Coś głośno huknęło na strychu i ciężko potoczyło się po podłodze. Za chwilę równie niespodziewanie wszystko ucichło. Miauknął kot. Był, oczywiście, przerażony, więc pazury wysunęły się z opuszek i zastukały o stopnie, gdy zbiegał w dół. „Tak dziwne, do diabła! I co to, u licha, było?!” – mógłby pomyśleć w biegu. Ale nie – kot nie potrafił myśleć, to były tylko jego instynkty: uciekać na wszelki wypadek, bliżej do swojej pani, a potem – jak będzie.
W sypialni, na ogromnym łóżku, oparta na poduszce dla wygodnego czytania, samotnie półleżała dziewczyna, przewracając strony ukochanej „Symphoniki”. Zaniepokojona hałasem, odłożyła czasopismo i zawołała wychowawczym tonem:
— Klarnet!
Kot, rzecz jasna, nie odpowiedział, bo mówić też nie potrafił. Trzeba było wstać i wyjść na korytarz. Światło się zapaliło i zobaczyła, jak przy schodach na strych, siedząc tylko na tylnych łapach, tkwił znajomy, węglowoczarny Maine Coon, a przed nim… niezwykła kałuża – produkt kociego strachu.
— Och, Klarneciku! – zmiękła. – Znowu stare sztuczki? Przecież jesteś już dorosłym chłopcem, nie wstyd ci?
Kot, no cóż, rozumiesz…
„Spacerowałem po strychu” – zdawały się mówić oczy niemej istotki – „aż tu bum i ja…” (tu kot próbowałby ukryć swoje tchórzostwo)… “zdecydowałem, że już mnie tam nic nie interesuje. I oto jestem!”. Zamiast tego z rozchylonego pyszczka wydobyło się tylko:
— Miau! – i natychmiast podbiegł, by łasić się do swojej pani.
— Poczekaj, Klarnecik, teraz trzeba tu posprzątać. – A potem głośniej dodała do smart-domu: „Sprzątanie na mokro z osuszaniem!”. Zadźwięczał sygnał uruchomienia i robo-odkurzacz z pojemnikami do pochłaniania cieczy wyjechał do zadania.
Kiedy wszystko było skończone – po prostu wyrzuciła worek utylizacyjny do kosza.
— Chcesz coś przekąsić? – dziewczyna zwróciła się do kota. – Bo ja tak. Ty mnie przestraszyłeś, łobuzie. Chodź!
— Miau! Miau! – odpowiedział, zadowolony, unosząc ogon.
— Tak właśnie wiedziałam – roześmiała się, gdy dotarli do kuchni, i troskliwie nasypała do jego miseczki „Superkarmę dla nocnych kawalerów”.
Sobie zrobiła kanapkę z łososiem i awokado, a już wyraźniej powiedziała do smart-czajnika: „Herbata waniliowa!”.
Kiedy aparat zabulgotał i kapsuła z naturalnym hormonem szczęścia całkowicie się rozpuściła, do porcelanowej filiżanki cienkim strumieniem popłynął pachnący, relaksujący napój. Dzyńk! I już ogrzewała dłonie i parzyła usta.
Nacieszywszy się niespodziewaną przekąską, oboje wrócili do sypialni. Dziewczyna od razu wskoczyła pod kołdrę, a kot zatrzymał się w progu i powoli badał sytuację, zanim leniwie ułożył się na łóżku, zachowując czujność w spojrzeniu.
Dziewczyna wróciła do czytania, podnosząc odłożoną „Symphonikę” – rzadkie w czasach tabletów elitarne wydanie Światowej Kapituły Opery na artystycznym papierze kredowym o wysokiej gramaturze, w niezwykle dużym formacie.
Kot tymczasem zwinął się w kłębek i, przymknąwszy oczy, wreszcie zadowolony zamruczał. Jakby uciekał od niedawnego stresu w słodką drzemkę.
Dziewczyna przewróciła kolejną stronę, chciwie wczytując się w obszerny tekst o przygotowaniach do nadchodzącego, wielkiego koncertu. Chodziło o globalny projekt „Synchronia Operarum 5x5x5”, w którym w niewielkiej solowej sztuce Debussy’ego miała wystąpić także ona – Naya-Maria Świtła, młoda flecistka Orkiestry Narodowej. „To coś niesamowitego!” – czytała – „Pięć oper w pięciu teatrach operowych w wykonaniu pięciu orkiestr światowego poziomu będzie wznosić dusze słuchaczy w blasku niezrównanej muzyki wieczności! Wędrując majestatycznie po świecie od Teatro alla Scala do Palais Garnier, Metropolitan Opera i Sydney Opera, tegoroczny etap projektu dotarł do Opery Leopolitana – właśnie na uczczenie tysiąclecia tego światotwórczego ekopolisu Wspólnoty Międzymorskiej w dniach 22–24 kwietnia 2211 roku!”.
Ostatnie linijki, jak się zdawało Nai‑Marii, zaczęły lekko drgać. Tłumacząc to zasypianiem, po prostu przetarła oczy i czytała dalej. Jednak im dalej zagłębiała się w tekst, tym bardziej amplituda drgań kolejnych linijek przypominała świetlny sygnał impulsu na ekranie oscyloskopu. Czasem ten umowny sygnał splatał się z sąsiednimi linijkami, czasem rozpadał na pojedyncze frazy i słowa albo układał się w figury geometryczne, a nawet rysował zadziwiające obrazy: kwiat lubczyku, pyszczek Maine Coona, Krzyż konstelacji Łabędzia…
Rysunki stawały się coraz większe, zastępując tekst, który po prostu znikał, zwalniając śnieżnobiałe strony dla nowych szkiców. Teraz migały wszystkimi barwami tęczy, jakby jakiś niewidzialny projektant zastosował efekt wizualny neonowego migotania.
— Tak! Dość! – powiedziała głośno do siebie. – Już całkiem zasypiam. – Wtedy odłożyła czasopismo, poprawiła poduszkę, ułożyła się i światło zgasło.
Od ruchu na łóżku kot podejrzliwie uchylił oczy, lecz przekonawszy się, że to fałszywy alarm, wrócił do swojej mruczącej drzemki.
Już po piętnastu minutach orgobransolety obojga wskazywały fazę lekkiego snu, a system smart-domu dostosował się do jej troskliwego podtrzymywania. Teraz jakby wszyscy spokojnie spali. Jednak tak nie było…
