Wielkość tekstu:

Komnata królewny Glorianny

6.08.1406 r.n.ś.

Glorianna z westchnieniem odłożyła pióro. Przez jej zawahania podczas pisania atrament zrobił kilka plam w pamiętniku. Teraz musiała poczekać aż tusz wyschnie, żeby nie poplamił innych stron gdy go zamknie.

Noce były jedynymi chwilami gdy mogła być sama i nie mieć z tyłu głowy, że musi się zachowywać w reprezentacyjny sposób. Zawsze ceniła te chwile samotności i nie wyobrażała sobie pozwolić pokojówkom czuwać w nocy przy jej łóżku. Był to jednak miecz obosieczny, ponieważ każdy po dłuższej obserwacji mógł poznać rutynę królewny. Codziennie mniej więcej o tej samej porze ostatnie służące opuszczały jej komnaty, a stojące na zewnątrz gwardzistki  nie miały prawa wejść do środka bez wyraźnego pozwolenia. Nawet jej osobista straż. Glorianna wydawała się wtedy nieświadoma i bezbronna. Tak można by sądzić, ale nigdy nie było to w całości prawdą. Glorianna jako córka króla Bolyernu umiała się bronić. Poprzedni Wielki Generał nauczył ją podstaw i wyrobił w niej nawyk spania ze sztyletem pod poduszką.

Dlatego on jej wtedy nie zabił.

Glorianna położyła się na ogromnym łożu pełnym poduszek i najdelikatniejszej pościeli. Zerknęła na książkę na stoliku nocnym. Baśń o Ḑ̵̛̮̀́ę̴̥̗҇͊̍̆ư̷̱̗̍͜ŗ̷̛̫̭̀ę̸̙́̓͡t̴̨̛͖̘͖̃͆h̸̛̠͚̮͌͜i҈̢̠͓́̉̃͝e҉̨͖̅̓͞l̸̡̙͌̀͡. Nigdy nie lubiła tej opowieści, wydawała jej się niezwykle smutna, mimo że niemal wszyscy uważali wręcz przeciwnie. Ona jednak nie rozumiała dlaczego ludzie uważali zniszczenie świata z miłości za coś romantycznego. Władcy żyli dla kraju. Nie przeszkadzało jej to jednak w uwielbianiu tej książki. Po prostu patrzyła na nią trochę inaczej.

Czekała dwie godziny, aż w końcu zmógł ją sen. Śniła o tym jak otwiera okno i wychodzi na zewnątrz. Śniła o tym, że może uciec. Że nie musi zgadzać się na wszystko. Że od jej decyzji nie zależy niczyje życie.

Z tego snu wyciągnęło ją uczucie dłoni na policzku. Im bardziej się wybudzała, tym większej ilości szczegółów była świadoma. Ciężaru drugiej osoby na jej materacu. Szorstkiej dłoni delikatnie dotykającej jej twarzy. Celowo zwolnionego oddechu.

— Havren — szepnęła otwierając oczy.

— Dlaczego tym razem nie byłaś czujna? Mogłem zebrać się na odwagę i cię zabić — mimo znaczenia swoich słów, mówił spokojnie, niemal kojąco.

— Gdyby moja śmierć mogła powstrzymać wojny, które toczymy, sama skoczyłabym z okna — szepnęła jeszcze sennie i uniosła się lekko.

Havren wstał z jej łóżka i rozejrzał się po komnacie. Jego oczy były doskonale przyzwyczajone do mroku, więc wypalona już świeca nie była dla niego dużym problemem. Zauważył wciąż otwarty pamiętnik leżący na biurku Glorianny.

— Myślisz, że twoje zapiski będą kiedyś studiowane przez historyków? Jak teraz studiują dzienniki władców sprzed tysiąca lat? — spytał przejeżdżając palcami po kartce.

— Nie czytaj tego — Glorianna z ogromnym wysiłkiem powstrzymała się od krzyku. Nie chciała zwrócić uwagi gwardzistek na korytarzu.

— Spokojnie, nie przeczytam — zamknął  pamiętnik. — Jestem zabójcą, ale mam resztki taktu.

— Wspominałeś, że w Ardenmarze miałeś tytuł wicehrabiego — uśmiechnęła się przypominając sobie ten fakt.

— Odkąd Jhana została kapłanką i przyjęła imię Vela, Ardenmar stracił ostatnie resztki autonomii — prychnął z odrazą. — Ten tytuł już od dawna nic nie znaczy.

— Ryzykowałeś życiem przychodząc tu i narzekasz na politykę? — zachichotała, wyciągając do niego rękę.

Havren uśmiechnął się i podszedł do niej. Padł przed nią na kolana, nie wydając przy tym najmniejszego dźwięku i ucałował jej dłoń, uprzednio zsuwając materiał zasłaniający dolną połowę jego twarzy.

— Będę przychodził i narażał swoje życie tak długo aż mnie nie złapią — uśmiechnął się czule.

— Havren — szepnęła Glorianna. — Theran wróciła do zamku.

Mężczyzna zamarł na chwilę. Nie sprawił tego jednak sam fakt, że namiestniczka d’Arquen wróciła do stolicy Bolyernu. To wiedział już od dawna. Zwłaszcza, że jego zadaniem było zabić Gloriannę zanim Theran dotrze. Zmroziło go gdy dotarło do niego co oznaczał powrót kobiety.

— Powiedzieli ci już coś na temat małżeństwa? — spytał szeptem, który ledwo udało mu się wydusić.

— Jeszcze nie, ale jestem pewna, że decyzja już zapadła — tym razem to jej dłonie zaczęły badać jego policzek. Wysunęły się pod kaptur i badały uważnie kształt ściągniętej skóry, dużej blizny po poparzeniu, którą już zdążyła bardzo dobrze poznać.

Delikatne palce zaczęły zsuwać szorstki materiał z jego głowy. Na tyle powoli by mógł każdej chwili ją powstrzymać. Po odsłonięciu jego twarzy odgarnęła mu czarne włosy z czoła. Havren w odpowiedzi tylko przymknął oczy.

— I to ty jesteś najlepszym skrytobójcą na kontynencie? Król d’Arquen popełnił duży błąd wysyłając akurat ciebie — zaśmiała się bawiąc się jego włosami.

— Nie mogę zabić kogoś kto jest tak niewinny i nigdy nie myśli o sobie — nawet nie podniósł głowy. — Obserwowałem cię naprawdę długo i mogę mieć co do tego pewność.

— Nie ma ludzi idealnych, każdy zrobił kiedyś coś złego — komnatę wypełnił jej cichy śmiech.

— Są, a ty jesteś tego przykładem. Wiem, że masz wady, to że w ogóle tu jestem potwierdza twoją lekkomyślność, ale w porównaniu z ludźmi na których zwykle mam zlecenia, jesteś nieskazitelna.

— Havren…

— Nie. Nie możesz mówić, że jesteś jak inni skoro wyraźnie widzę prawdę — podniósł się a jego oczy błysnęły z frustracji. 

Glorianna nie odpowiedziała. Po prostu wpatrywała się w jego ciemne oczy, które zlewały się z mrokiem wokół nich.

— Jesteś najpiękniejszą kobietą jaką w życiu widziałem — szepnął Havren.

— A księżniczka Juliette? Słyszałam, że jej uroda jest wychwalana przez wszystkich. — Zaczęła się droczyć.

— Nie obchodzi mnie ona. W niczym nie jest w stanie ci dorównać. Masz najpiękniejsze oczy jakie w życiu widziałem, okrągłe, duże i bardziej błękitne niż samo niebo. Do tego nigdy nie podobały mi się ciemne włosy, a twoje są tak jasne, że prawie białe.

Jego komplementy sprawiły, że Glorianna zaśmiała się rozczulona. Jeszcze nikt nigdy nie mówił o niej z tak czystym uwielbieniem.

— Nawet jeśli zostaniesz wydana za kogoś w d’Arquen ja nie będę miał już wstępu na dwór, jeśli mnie nie zabiją to na pewno zostanę wygnany… Już nigdy nie będę mógł ci towarzyszyć…

Z uśmiechem złożyła pocałunek na jego czole.

— Nie chcę nawet o tym myśleć.

— Mogę ci pomóc stąd uciec, możemy razem ukryć się tam, gdzie nikt nas nie znajdzie — zacisnął palce na jej białej koszuli nocnej.

— To może sprowokować Bolyern, Theran nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć cel… Ludzkie życia już dawno przestały mieć dla niej znaczenie — szepnęła w jego włosy. Nie przeszkadzało jej, że były brudne.

— Naprawdę tak bardzo obchodzą cię ludzie, dla których sama nie znaczysz nic więcej niż symbol? — Odsunął się gwałtownie. — Przecież uwielbiasz tę książkę — wskazał na Baśń, wciąż leżąca na stoliku przy łóżku. Jego głos drżał od nadmiaru emocji.

— Ta książka dla mnie mówi o tym jak łatwo przekroczyć granicę, gdy myśli się wyłącznie o własnym szczęściu. Ja nie chcę popełnić błędu przed którym ostrzega — szepnęła znów po niego sięgając.

Havren zacisnął usta w wąską linię i wyciągnął zza pasa jeden ze sztyletów. Pewnym ruchem przyłożył go do piersi Glorianny, tuż pod miejscem gdzie kończył się dekolt i nacisnął lekko.

— Jeśli tak bardzo ci zależy na ludziach d’Arquen, którzy chcą twojej śmierci, to dlaczego miałbym nie zrobić tego, po co przyszedłem tu pierwszej nocy? — Mimo tych słów jego dłoń drżała.

— Odpowiem dokładnie jak tamtej nocy. Jeśli to powstrzyma rozlew krwi, zrób to — pochyliła się lekko do przodu, ostrze nacięło materiał i jej bladą skórę.

Havren szybko odsunął ostrze i wycofał się. Widział jej pełen satysfakcji uśmiech. Odwrócił wzrok, pokonała go w jego własnej grze.

— Nawet ja wiem, że wbijając sztylet w to miejsce nie zabiłbyś mnie tak łatwo. Musisz się bardziej postarać, żeby wystraszyć królewnę militarnego państwa — zaśmiała się. — Wykorzystajmy czas który nam został. Naprawdę musimy bawić się w tanią manipulację?

Mężczyzna w końcu zdjął swój pas z bronią i odłożył go na bok. Niepewnie usiadł na łóżku, nie chciał ubrudzić drogiej pościeli. Ona delikatnie obróciła jego twarz ku sobie i złożyła na jego ustach delikatny pocałunek.

— Jesteś pewien, że to bezpieczne w twoim przypadku? Po prostu siedzieć obok mnie bez broni i z odsłoniętą twarzą? — szepnęła kładąc głowę na jego ramieniu.

— Nie obchodzą mnie konsekwencje i nie będę niczego żałował.

Uśmiechnął się obejmując ją i trzymając przy sobie, podczas gdy ona bawiła się jednym z zapięć jego skórzanego napierśnika. Często żartowała, że jego lekka zbroja jest o wiele cięższa do zdjęcia niż jej suknie.

 

Havren przychodził później niemal co noc. Starał się jak najlepiej wykorzystać czas, który mógł jeszcze spędzić z królewną.

Ta noc miała być ich ostatnią. Już zapadła decyzja. Glorianna miała wyjść za króla d’Arquen. Wydano już nawet dekret.

Jak zawsze wszedł przez okno, a ona jak zawsze na niego czekała.

— Więc… Naprawdę zamierzasz zgodzić się na to małżeństwo? — spytał ściskając w dłoni kwiat, który dla niej przyniósł.

— Tak — szepnęła podchodząc do niego. — Chcę zostać symbolem pokoju. Może to sprawi, że przestaniemy dążyć do rozlewu krwi.

Havren nie wiedział co odpowiedzieć. Zrobiło mu się sucho w ustach. W końcu utkwił wzrok w kwiecie. Białej lilii.

— To dla mnie? — spytała z uśmiechem Glorianna i delikatnie wysunęła lilię z jego dłoni. — To mój ulubiony kwiat.

— Naprawdę? Wybrałem go, ponieważ skojarzył mi się z tobą — mocniej naciągnął kaptur na głowę.

— Jest moim ulubionym, ponieważ jest od ciebie — powoli wsunęła dłoń pod kaptur, ale nie zdjęła mu go jeszcze. Zawsze czekała na pozwolenie.

Havren nie protestował, pozwolił jej ostatni raz odsłonić swoją twarz.

— Przepraszam, jeśli moje słowa cię w jakiś sposób urażą, ale podoba mi się twoja blizna — szepnęła kładąc dłoń na jego policzku.

Nie odpowiedział, po prostu położył dłoń na jej dłoni i przymknął oczy.

— Na pewno nie chcesz ze mną uciec? — spytał w końcu. Jego ciemne oczy były pełne nadziei.

— Przepraszam, naprawdę cię przepraszam, ale moim obowiązkiem jest wyjść za króla d’Arquen.

Havren westchnął z rezygnacją.

— Szanuję twój wybór, Glorio — skinął głową.

 

Dopiero gdy zbliżał się świt Havren znów narzucił na głowę kaptur. Gdy stawał już na zewnętrznym parapecie odwrócił się i spojrzał jeszcze na Gloriannę.

— Kocham cię — wyznał jej pierwszy i ostatni raz. — Będę cię kochał nawet jeśli widzę cię dziś ostatni raz w moim życiu.

— Ja też cię kocham i przyrzekam, że gdybym była kimkolwiek innym, to zostałabym twoją żoną — odpowiedziała łamiącym się głosem.

Skrytobójca odszedł i już nigdy nie wrócił.