Wielkość tekstu:

Główna świątynia Leistunga

14.08.1406 r.n.ś.

 

Cisza w świątyni została przerwana przez odgłos obcasów na czarnym marmurze. Leustiel nie odwrócił się. Nie musiał. Doskonale znał rytm jej kroków.

— Przychodzisz jako generałła czy hrabiana, Marithiel? — spytał z nutą złośliwości w głosie.

Theran zacisnęła mocno zęby. Cieszyła się, że mężczyzna nie mógł dostrzec, że jego próba dokuczenia jej była skuteczna.

— Jako Theran Brutharn, twoja siostra, Leustielu — odpowiedziała w równie złośliwym tonie.

Kapłan skrzywił się pod maską.

— Przyszłaś mi dokuczać? — Wstał z kolan sprzed ołtarza i odwrócił się w jej stronę.

Widok jej sylwetki nie pomagał mu w żaden sposób lepiej odczytywać jej emocji, ale tak czuł się bardziej naturalnie.

— Nie tym razem. Możemy udać się w bardziej ustronne miejsce? — Rozejrzała się nieufnie.

Nikogo nie dostrzegła, ale świątynia była ogromna, więc nie mogła mieć pewności czy ktoś się tu nie ukrył i nie podsłuchuje. Do tego mimo ciszy, wciąż znajdowali się w środku stolicy, w każdej chwili ktoś mógł wejść.

— Nikogo tu nie ma, poza jednym młodzieńcem, któremu udzielam schronienia od około dwóch tygodni, ale aktualnie śpi — zapewnił ją.

— Skąd masz pewność, że to nie czarownica w przebraniu? Łatwo oszukać twój wzrok — zauważyła ze złośliwością.

— Leer mi go opisał. Mówił, że wyglądał jak były rycerz, co pokrywa się z historią chłopaka i miał sporą bliznę po poparzeniu na policzku. Podobno stracił pamięć po jednej z bitew i próbuje ją odzyskać, szuka jakichś informacji. — Wzruszył obojętnie ramionami.

— Ta blizna wyjaśnia dlaczego śpi za dnia, pewnie wstydzi się z nią pokazywać i wychodzi nocą — stwierdziła z obojętnością. — O wiele częściej niż wcześniej słyszę narrację, że rycerze chodzą na wojny by zginąć ku chwale boga, nie by wracać z bliznami — dodała drwiąco. Nienawidziła tej logiki.

Spojrzała z dezaprobatą na ołtarz. Składał się głównie z ogromnego obrazu z przedstawieniem Leistunga — ogromnego rycerza w czarnej zbroi, który stoi pośród pola bitwy z uniesioną w górę koroną, zapewne zdartą z głowy pokonanego króla. Pod wyobrażeniem stała ogromna kamienna ława, która niemal zawsze była brudna od krwi składanej w ofierze.

— On naprawdę tak wygląda? Tak jak na tym obrazie? — spytała, wbrew sobie cicho, Theran.

— Tak, o ile dobrze pamiętam, wygląda identycznie — Leustiel pokiwał głową.

Tak naprawdę nie widział tego obrazu od kilkunastu lat. Za to widział Leistunga. O wiele za często.

— Chodźmy do moich komnat, skoro jesteś tu jako moja siostra, powinienem cię ugościć — stwierdził ruszając.

 

Gdy tylko znaleźli się na tyłach świątyni, w komnatach sypialnych Leustiela, Theran zamknęła drzwi i spojrzała na brata.

— Gdzie jest gwardzista Janssen? — spytała zimnym tonem.

— Theran… — Zaczął panikować. — Błagam cię. Nie on. Ja wiem, że popełniłem błąd. To było okrutne, wiem. Ja nie chciałem, żeby tak to się skończyło. Błagam, nie każ go za moje błędy. Zawarłem dla ciebie wtedy pakt. Obiecałem sobie, że zrobię wszystko, żeby ci to wynagrodzić, ale nie mogę ci go oddać…

Padł przed nią na kolana i chwycił rąbek jej sukni, gniotąc go. Plątał się w słowach a jego głos drżał.

— Uspokój się już. Nie zabiję go z zemsty — westchnęła głęboko i ścisnęła nasadę nosa. — Nie chcę po prostu, żeby nawet on słyszał tę rozmowę. Możesz mu opowiedzieć później, jeśli mu ufasz ale nie chcę, żeby osobiście słyszał wszystko.

Leustiel zamrugał kilka razy. Gdyby suknia Theran nie była w kolorze głębokiej czerni, byłyby na niej widoczne plamy.

Kobieta podeszła do jednego z bogato zdobionych foteli i usiadła w nim ciężko.

— Leera nie ma, odprawiłem go, gdy dowiedziałem się, że się zbliżasz — przyznał i ustawił drugi fotel naprzeciwko siostry.

— Sprytnie — przyznała mu z aprobatą.

— O czym więc chcesz porozmawiać?

Leustiel odsunął kaptur białego płaszcza ale nie zdjął maski.

— Myślę, że zrozumiałam ojca. Nienawidzę tego kraju i jestem pewna, że on czuł to samo. — Zacisnęła pięści i usta. — Teraz mam pewność, że nie poszedł zimą na Jörgen z głupoty. Nie mógłby.

Leustiel wciągnął gwałtownie powietrze, przez co do jego ust dostało się trochę czerni. Prawie zakrztusił się czując smak popiołu i krwi.

— Ojciec zginął bo był zbyt pewny zwycięstwa — odparł unosząc lekko maskę i z obrzydzeniem wycierając usta rękawem.

— Jak możesz ufać tej narracji, podczas gdy sam wypaczyłeś ją w sztuce? — Uderzyła dłonią w twardy podłokietnik fotela. Nawet się nie skrzywiła.

Leustiel milczał przez chwilę.

— Zwykle nie jesteś impulsywna — zauważył.

Theran zawahała się przez chwilę. Miał rację. Ostatnio zbyt łatwo dawała się ponieść emocjom.

Wzięła głęboki oddech.

— Chodzi o to, że ten kraj zaczyna pożerać sam siebie. Mamy za dużo rycerzy a za mało ziem do podbicia. Otton chce zostać cesarzem. Za niedługo nie będziemy mieli już co podbijać. Nasi żołnierze gdy tylko wracają z bitwy chcą iść walczyć w kolejnej. Jeśli nie będą mieli gdzie walczyć, zaczną się wewnętrzne walki. Będziemy tak ogromni jak Stary Kraj. Upadniemy jak Stary Kraj. Pociągając wszystkich za sobą — ostatnie zdania powiedziała z wyraźnym naciskiem.

— Co chcesz z tym zrobić? — Leustiel nie wiedział czy chce znać odpowiedź.

— Powstrzymam nas. Zniszczę od środka. Jeśli Glorianna wyjdzie za króla d’Arquen tylko przypieczętuje nasz los. Zabiję ją. Zabiję tak, jak ten kraj zabił Ericha. — Wpatrywała mu się w oczy podczas mówienia. A przynajmniej w miejsce gdzie kiedyś były.

— I co dalej? Zabijesz ją i co? — Leustiel nie miał pojęcia do czego zmierza jego siostra.

— Zastąpię ją. Dwór d’Arquen też nie będzie chciał tego ślubu. Zgodzą się na podmianę kandydatek, im też to będzie na rękę. Później… Jeszcze nie wiem. Sfałszujemy dokumentację, księżniczka Juliette mogłaby w tym pomóc…

— Theran, rozumiem, że jesteś zrozpaczona po jego śmierci. Wiem, że nie powinienem być tak złośliwy z odmówieniem udzielenia ci ślubu. Ale ten plan nie ma szans się udać. Kim zastąpisz Gloriannę? Jak znajdziesz kogoś kto będzie grał tę rolę i jednocześnie będzie ci posłuszny? — zauważył. — Poza tym skąd pewność, że d’Arquen będzie grało z tobą w tę grę?

Theran zamyśliła się na chwilę. Leustiel miał rację. Ciężko byłoby znaleźć kogoś kto nie wypadłby przypadkiem z roli. Musiałby to być ktoś komu można by stworzyć całą historię i nie byłoby nikogo kto by ją podważył.

Przypomniała sobie nagle o jednym, pozornie nieistotnym wydarzeniu.

— Mam kogoś takiego. Kojarzysz miasto Kreut? Niewielkie, na południu kraju, to tam około dwudziestu lat temu zabito ostatnią czarownicę w Bolyernie. 

Leustiel pokiwał powoli głową.

— Tak, pamiętam, że została oskarżona o podanie eliksiru miłosnego córce jakiegoś kupca.

— Podczas powrotu do stolicy, zatrzymałam się na chwilę w małej wiosce na północny zachód od niego. Mieli tam jakąś wioskową wariatkę, mówiła, że jest księżniczką.

— Uwierzyłaś jej? — Zaśmiał się.

— Wystarczy, że ona w to wierzy — odparła Theran, mierząc brata spojrzeniem. — Jej obłęd jest tak głęboki, że nie trzeba będzie jej instruować. Ona po prostu zajmie miejsce, które, jak sądzi, od zawsze jej się należało. W końcu sama poprosiła mnie o ratunek.

— Będziesz musiała ją wszystkiego nauczyć, żeby wiedziała jak się zachowywać.

— Przecież wiem. Z odpowiednio powolnym tempem marszu, podróż może nam zająć nawet kilka miesięcy. Tyle mi wystarczy. Później na dworze przedstawi się ją jako Gloriannę. Nieważne czy będą chcieli grać w to ze mną czy ją zabiją. W obu przypadkach d’Arquen nie będzie przejęte.

— Wtedy jest szansa, że Otton zrezygnuje z udawania, że nie przejmują ziem i po prostu przesunie granice, zamiast bawić się w marionetkowe państwa, jak to robił tyle lat z Andermanrem.

— Więc stanę do wojny pod sztandarem d’Arquen. Wtedy najpewniej ty przejmiesz wojska Bolyernu, bo nie będą chcieli tracić czasu na wybranie mojego następcy. Spełnisz swoje marzenie, Baldavier.

— Przecież nie mam z tobą żadnych szans w bitwie. — Skrzywił się, co tym razem było widoczne bo jeszcze nie nasunął dokładnie maski z powrotem.

— Masz do dyspozycji boga wojny, Mazmat też na pewno do ciebie przemawia.

— Nikt nie chce mojej śmierci tak jak Leistung. Nie udawaj, że tego nie wiesz, żeby cię wyciągnąć z tej wioski musiałem nadpisać jego pakt. On słabnie — wyjawił, pocierając o siebie wnętrza dłoni w ciężkich rękawicach. — Poza tym, twój plan rozsypuje się na wiosce. Nie możesz sobie pozwolić na świadków, a do wybicia całej wioski potrzebujesz pretekstu. Do tego, żeby zlegitymizować jej pochodzenie potrzebuje błogosławieństwa boga, które powinna dostać zaraz po narodzeniu. Wrócisz z nią tutaj? — zadrwił.

— Trafiłam tam w momencie gdy odprawiali święto niezwiązane z kultem Leuistunga, herezja to wystarczający pretekst. Co do błogosławieństwa, to będę miała po drodze zaprzyjaźnionego boga. Myślę, że Mazmat będzie to na rękę.

— Chcesz znów tam wrócić? Jesteś szalona? Jeśli znów cię nie wypuszczą, nie mam pojęcia co mógłbym im jeszcze oddać…

— Mazmirathiel zapewniła mnie, że mogę wchodzić i wychodzić z ich lasu kiedy zechcę.

— Ufasz jej? Nawet nie wiesz do końca z czym mamy do czynienia…!

— Jest kapłanką, tak jak ty. Jeśli ona jest potworem, dlaczego ty nim nie jesteś? — Nie spuszczała wzroku z jego maski.

Baldavier wypuścił drżący oddech.

— Ufam ci. Jeśli potrzebujesz zemsty za Ericha, dokonaj jej. — Pochylił głowę w geście poddania.

— Dziękuję. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to co się stało i wszyscy poniesiemy za to odpowiedzialność.

Theran również skinęła mu głową.

— Chcę zobaczyć kiedyś twój ślub z Leerem, jeśli się na niego zdecydujecie. Przetrwajmy do tego czasu. — Wstała i poprawiła maskę brata. — Odprowadzisz mnie do wyjścia, jak prawdziwy brat?

— Oczywiście, jutro wystawię dekret dotyczący ślubu Glorianny.

— Napisz go najbardziej surowo jak się da. To pomoże odsunąć od ciebie podejrzenia w sprawie śmierci królewny — poradziła mu Theran.

 

Po wyjściu siostry, Leustiel od razu zaczął szukać Leera. Było mu bardzo łatwo znaleźć mężczyznę, ponieważ ściany nie stanowiły problemu dla wzroku kapłana. Jego spojrzenie potrafiło przenikać przez nie. Wszystkie krawędzie rozmywały się, jakby były zrobione z dymu. Wszystko postrzegał w odcieniach czerni. Potrafił jednak dostrzec położenie przedmiotów i ludzkie sylwetki, ale szczegółów już nie. Od kilkunastu lat widział świat jedynie w ten sposób.

— Przeżyłeś — zaśmiał się Leer, podchodząc do Leustiela i kładąc mu dłoń na ramieniu. — Już prawie zapomniałem jak bardzo jesteście do siebie podobni.

— Nie żartuj sobie z tego. Bałem się, że przyszła cię zabić, żebym ja też stracił kogoś ważnego. — Zrzucił z siebie jego dłoń i ruszył z powrotem do swoich komnat. — I pamiętaj, zachowuj się jak należy.

— Wybacz, kapłanie — ukłonił się dworsko i ruszył za nim.

Po wejściu wzrok Leera od razu padł na czarne plamy, wsiąknięte już w dywan.

— Pokaż mi swoje oczy — poprosił podchodząc do Leustiela i bardzo ostrożnie zdejmując jego maskę.

Gwardzista nawet nie drgnął na to co pod nią zobaczył. Oczy kapłana były całkowicie czarne, nieprzerwanie wypływało z nich coś co przypominało krew, ale nią nie było.

Leer wyciągnął haftowaną chusteczkę z kieszeni zaczął oczyszczać twarz Leustiela. Robił to bardzo dokładnie i czule, mimo że czuł przez materiał dziwną lepkość i chłód substancji.

— Nie dopierzesz jej później — zwrócił mu uwagę Baldavier.

— Wiem.

Stali tak chwilę w ciszy, czekając aż Leer skończy.

— Nie wierzę ci, że nawet się nie krzywisz gdy to robisz.

— Sam możesz sprawdzić, po prostu zdejmij rękawice.

Leustiel myślał nad tym przez chwilę, ale w końcu zdecydował się to zrobić. Powoli zaczął odsłaniać dłonie. Spojrzał na ich wnętrze. Nawet jego wzrok mógł to dostrzec. Pięcioramienna gwiazda skierowana ku dołowi i wpisana w okrąg znajdowała się na obu jego dłoniach. Symbol paktu. Teraz gwiazdy były bledsze niż wcześniej. Leistung osłabł.

— Myślisz, że jeśli on zginie, to ja też? — spytał Leustiel wpatrzony w swoje dłonie.

— Nie myśl o tym. — Leer włożył z powrotem chusteczkę do kieszeni.

— Theran uważa, że te wojny niszczą nasz kraj — wypalił nagle. — Nie rozumiem tego do końca, ale czuję, że dzieje się z nią coś złego. Może Leistung się nią interesuje? Ojciec przed wyruszeniem na Jörgen też zachowywał się bardziej impulsywnie…

— Przestań, nie możesz zamartwiać się czymś na co nie masz wpływu. Możesz o tym porozmawiać z innymi podczas spotkania, prawda? O ile dobrze pamiętam, jest ono jakoś za niedługo.

Leer objął dłońmi twarz kapłana i delikatnie ścierał palcami nowe krople, które spływały z jego oczu.

— Czwartego września — doprecyzował Leustiel.

— Widzisz? Wszystko będzie dobrze, po prostu nie myśl o czymś czego nie możesz zmienić. — Pocałował go w czoło.

Kapłan dotknął opuszkami palców jego twarzy, której nigdy nie widział. Od zawsze tylko ją sobie wyobrażał, próbował poznać wygląd Leera dotykiem.

— Powiedz mi jeszcze raz, jaki masz kolor oczu? — spytał cicho.

Znał odpowiedź, ale lubił ją słyszeć. Przesunął palcami po powiekach gwardzisty.

— Pamiętasz kolor pierwszej trawy na wiosnę?

Padła równie cicha odpowiedź.

— A włosów?

Przeniósł jedną dłoń na tył jego głowy.

— Pamiętasz kolor siana?

— Masz bardzo konkretny typ porównań — zaśmiał się Leustiel.

— Wybacz, ostatnio cały czas krążą plotki o nowym wierzchowcu twojej siostry. Sam przychodzę czasem na niego popatrzeć. Jest w nim coś niezwykłego…

— Tak… masz rację. — Kapłan cofnął dłonie.

— To jeden z twoich sekretów? Nie chcę drążyć, jeśli uważasz, że nie powinienem tego wiedzieć — zapewnił go szybko Leer.

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że związek z Wielkim Kapłanem musi być podszyty tajemnicami. Na tym świecie były rzeczy, o których większość ludzi nie powinna wiedzieć.

— Przepraszam.

Cicha odpowiedź Leustila mu wystarczyła.

— Wszystko rozumiem.

Zapewnił go i złożył pocałunek we wnętrzu jego dłoni.

Leusteil zrelaksował się i znów nieśmiało zaczął badać twarz ukochanego. Bardzo chciał ją zobaczyć, poznać każdy szczegół. Pozostało mu jednak tylko wyobrażenie jej sobie na podstawie dotyku.

— Czasem się zastanawiam kim bym był, gdybym dostał wybór — odezwał się cicho. — Chociaż wątpię, żebym się urodził, gdyby Theran wybrała życie jako Marithiel…

Leer w odpowiedzi tylko objął go i przytulił do siebie.

— Skup się na mnie. Nie dzieje się nic złego. Najwyżej będzie trwała kolejna wojna, ale one nigdy nas nie dotyczą bezpośrednio. Stracisz rozum, jeśli będziesz przejmował się zbytnio innymi.

Przez chwilę trwali tak w ciszy.

— Baldavier.

— Słucham.

— Chciałem po prostu wymówić twoje imię.

Leustiel miał ochotę rozpłakać się ze wzruszenia. Zamiast tego pocałował ukochanego, a ten odwzajemnił gest. W tej chwili nie byli Wielkim Kapłanem i jego gwardzistą, a po prostu Baldavierem i Leerem.