19.08.1406 r.n.ś.
Glorianna obserwowała jak pokojówki kończą pakować resztę jej rzeczy. Większość ubrań, przedmiotów osobistych i mebli ruszyła w drogę dwa dni wcześniej. Gdy ona sama dotrze na dwór d’Arquen, komnaty będą gotowe, żeby w nich zamieszkała.
Westchnęła i wygładziła suknię. W ten sposób dyskretnie sprawdzała czy pamiętnik na pewno leżał bezpiecznie w woreczku przywiązanym do pasa znajdującego się bezpośrednio na bieliźnie. Nie mogła dopuścić, żeby ktokolwiek dowiedział się o Havrenie. To mogłoby ściągnąć niebezpieczeństwo na mężczyznę, a w jej sercu wciąż istniała nadzieja, że spotkają się ponownie.
Ostatni raz widziała go cztery dni temu, a już tęskniła za jego dotykiem, głosem, obecnością.
— Pani, Wielka Generałła oczekuje cię na dziedzińcu — ogłosiła, stojąca w drzwiach komnaty gwardzistka.
— Rozumiem, Sophio, już idę.
Starała się dumnie kroczyć korytarzami, nie okazując słabości. Nie chciała dopuszczać do siebie myśli, że to ostatni raz gdy widzi swoje pokojówki albo Sophię. Wcześniej były stałymi elementami jej życia. Nigdy nie myślała o tym, że pewnego dnia je opuści. Dlatego zdecydowała się z nimi nie żegnać. Wierzyła, że jeszcze kiedyś się zobaczą.
Szła z podniesioną głową, a gwardziści i gwardzistki widząc ją stawali na baczność, oddając jej cześć. Posyłała im lekkie uśmiechy i kiwała głową na znak pozdrowienia. Znała imiona wszystkich ludzi służących w zamku, a przynajmniej taką miała nadzieję. Serce ścisnęło jej się na myśl, że miałaby tu już nigdy więcej nie wrócić.
Przed zamkiem stał około tuzin powozów. Trzy z nich były identycznie bogato zdobione, a w środku każdego siedziała kobieta przypominająca Gloriannę.
— Kim są te kobiety? — spytała stojącego niedaleko rycerza.
— Zapewnią ci bezpieczeństwo, Pani. W razie napadu lub zamachu zostaną wzięte za ciebie, wasza wysokość — odparł, kłaniając się.
— Nie o to pytałam. Chcę wiedzieć kim są kobiety, które narażają dla mnie własne życie. — Tym razem jej głos nie zabrzmiał tak delikatnie.
— Wybacz, Pani — zreflektował się rycerz. — Panienka w pierwszym powozie to lady Elizabeth Lettow, w drugim dama Luise Ramel, a w trzecim baroneta Izolda Castell — wyjaśnił, wskazując dłonią każdą z kobiet.
— Dziękuję.
Glorianna próbowała przypomnieć sobie kim jest każda z panien, niestety kojarzyła tylko nazwisko Castell. Niestety z niczym konkretnym. Najwyraźniej kobiety pochodziły z bardzo niskiej szlachty i liczyły, że będąc jej sobowtórkami zyskają pozycję na dworze.
— Gdzie znajduje się mój powóz? — Królewna rozejrzała się, jednak nigdzie nie widziała czwartej kopii karocy.
— Generałła zarządziła, żebyś ty, Pani, jechała z nią konno.
— Rozumiem. Gdzie w takim razie znajdę generałłę Theran?
Rycerz zmarszczył brwi w zastanowieniu.
— Powinna jeszcze siodłać konia. Nikt inny, choćby chciał, nie mógłby się nawet do niego zbliżyć. — Mężczyzna nie zdołał powstrzymać dreszczy na samą myśl.
Glorianna skinęła głową w podziękowaniu i ruszyła w kierunku stajni.
Już z daleka słyszała paniczne rżenie i stukot kopyt. Tak jak jej powiedziano — Theran siodłała swojego konia.
— Pierwszy raz widzę jak sama zajmujesz się swoim wierzchowcem. Zawsze przed wyruszeniem wolałaś pilnować przygotowań — zauważyła. Musiała mówić głośniej, żeby przebić się przez hałas.
Theran odwróciła się w jej stronę, szybko ukrywając zaskoczenie.
— Co tu robisz? Nie powinnaś pilnować, żeby nie zapomnieć żadnej sukienki? — Szybko wróciła do zapinania popręgu.
— Podobno mnie oczekiwałaś. Dodatkowo, skoro już tu jestem, chciałabym poznać twój plan na naszą podróż.
— Miałaś czekać na dziedzińcu. Co do planu, to nic skomplikowanego. Trzy powozy z fałszywymi Gloriannami wyjeżdżają z własną gwardią i wozami z zaopatrzeniem o różnych godzinach i będą jechać innymi szlakami. Każdy z dowódców danego oddziału zna wyłącznie swoją trasę. My jedziemy same a naszą drogę znam tylko ja. W ten sposób zmniejszymy prawdopodobieństwo tego, że coś pójdzie nie tak do minimum. Słyszałam w d’Arquen o jednym skrytobójcy, który jest genialny w swoim fachu. Mam nadzieję, że przynajmniej zyskamy czas zanim nas znajdzie — wyjaśniła, nie przerywając zajmowania się koniem.
— Nie to miałam na myśli.
Theran nie odpowiedziała na to stwierdzenie.
— Znasz może imię tego skrytobójcy? Lub pseudonim? — spytała w końcu Glorianna, mimo że domyślała się odpowiedzi.
— Kojarzę jego nazwisko, Audrithen.
Serce Glorianny zabiło szybciej. Miała rację. Havren.
— Rozumiem, doceniam ile dla mnie robisz — odpowiedziała dopiero, gdy miała pewność, że jej wyraz twarzy i ton głosu nie zdradzą uczuć sprzed chwili.
Theran zerknęła na nią, ale natychmiast odwróciła wzrok.
— Nie powinnaś — mruknęła pod nosem. Królewna nie usłyszała tego przez rżenie koni. — W końcu jestem twoją generałłą — dodała już głośniej.
Glorianna kiwnęła głową. W jej umyśle kotłowały się pytania, jednak zdecydowała się ich nie zadawać. Wybrała nieświadomość.
— Wiesz może czy Baldavier przyjdzie życzyć mi dobrej podróży?
— Wątpię, ma dużo pracy.
— Rozumiem. — Tym razem nawet nie starała się ukryć żalu.
O zachodzie słońca odjechał ostatni powóz.
Theran i Glorianna wyruszyły kilka godzin wcześniej na Enbarrze. Żaden koń nie chciał przebywać w pobliżu rumaka Generałły, więc mimo wielu propozycji rycerzy, obie kobiety dosiadły jednego wierzchowca.
Leustiel stał przy otwartym oknie. Zamknął powieki, czując na twarzy powiew wiatru.
— Myślisz, że Theran wykona swój plan? — spytał, przerywając Leerowi, który czytał mu na głos dokumenty. I tak od dłuższego czasu nie słuchał.
— Nie mam pojęcia co może jej siedzieć w głowie — odparł, wstając i podchodząc do partnera.
Widok Baldaviera w zwykłej koszuli i spodniach był wyjątkowo rzadki. Gwardzista nie mógł oprzeć się myśli, że ta cienka warstwa ubrań budowała większe poczucie intymności niż naga skóra.
— W końcu to Erich cię szkolił. — Kapłan zrelaksował się, czując jak dłoń odgarnia jego włosy na jedno ramię. — Żałuję, że nie pożegnałem się z Glorianną, ale nie miałem siły z nią rozmawiać.
Leer westchnął i wbił wzrok w intensywnie czerwone niebo. Z uśmiechem pełnym satysfakcji położył dłonie na biodrach Leustiela, który nie mógł zobaczyć jego miny.
— Bałeś się kiedyś, że świat skończy się za twojego życia?
— Nie miałem na to czasu.
— Ja z kolei kiedyś bardzo dużo nad tym myślałem. Co mógłbym zrobić, gdyby wszystko miało się skończyć. — Jego palce wbiły się w skórę kapłana.
— Bardzo chętnie znajdę ci zajęcie, na przykład dokończenie czytania mi tych dokumentów. — Wskazał na biurko, przy którym wcześniej siedział Leer. — Myślisz, że nie wiem jak się uśmiechasz? Słyszę to w twoim głosie.
— Szkoda, że nie słuchałeś tak raportów.
Lekkie muśnięcie warg na karku, po czym dotyk i bliskość zniknęły.
Komnatę znów wypełniły słowa raportów.
Glorianna siedziała oparta o plecy Theran i luźno obejmowała ją w pasie. Była zmęczona, a spokojny krok Enabarra działał na nią usypiająco.
— Ostatnio spędziłyśmy ze sobą tyle czasu jako dzieci. Pamiętasz jak twój ojciec uczył nas podstaw szermierki i Baldavier chciał do nas dołączyć? Miecz był od niego większy — zaśmiała się cicho.
— Nie pamiętam. — Padła chłodna odpowiedź.
Przez kolejną godzinę jechały w ciszy.
— Theran?
— Słucham.
— Możemy porozmawiać? — Królewna nieświadomie wzmocniła chwyt.
— Muszę się skupić — ucięła.
Glorianna zamknęła oczy. Widziała, że kobieta zachowuje się inaczej, ale nie mogła z niej wyciągnąć dlaczego.
W końcu zmorzył ją sen.
Obudziła się czując promienie słońca na powiekach. Chciała się wyprostować i… prawie straciła równowagę. Na koniu przytrzymało ją ramię Theran.
— Już ranek…? — Nie miała pojęcia jak to możliwe.
— Tak.
— Możesz w końcu przestać?! — Zirytowana podniosła głos.
— O czym mówisz?
— Od momentu gdy wyjechałyśmy odpowiadasz mi jednym słowem. Znam cię od dzieciństwa i wiem, że coś cię męczy. Dlaczego wolisz udawać, że wszystko w porządku?
— Zabawne, że mówisz to akurat ty. Ja też cię znam. Wiem, że od zawsze miałaś tendencję do udawania, że widzisz i rozumiesz mniej niż w rzeczywistości.
Glorianna nie odzywała się dłuższą chwilę.
— Obie jesteśmy zmęczone. Jechałyśmy kilkanaście godzin, więc to chyba pora, żeby odpocząć. — Theran zmieniła temat.
Królewna zacisnęła usta w wąską linię.
Podczas dziewięciu dni podróży zatrzymały się jeszcze osiem razy i to tylko na kilka godzin. Glorianna miała wrażenie, że w ogóle by tego nie robiły, gdyby mogła wysiedzieć dłużej w siodle.
Teraz od dłuższego czasu przemierzały las.
— Wiem, że nie jesteś głupia. Dlaczego nie pytasz? — odezwała się w końcu Theran. Od czasu wyjazdu prawie nie rozmawiały.
— A odpowiesz na moje pytania?
Generałła zaśmiała się sucho.
— Tak.
Królewna zmarszczyła brwi. Nie rozumiała nagłej zmiany w zachowaniu towarzyszki.
— Cały czas jechałyśmy na południe. Powiedziałabym nawet, że na południowy-wschód. Tylko tu znajduje się tak wielki las — stwierdziła Glorianna.
— Masz rację.
— Nie rozumiem tylko dlaczego. Nie cierpisz podróży morskich, więc na pewno nie zmierzamy do portu w Safenie. Chcesz nas przeprawić przez góry?
— Próbuję zmylić Audrithena, śledzi nas od tygodnia.
Królewnę przeszedł dreszcz, który Theran odebrała jako strach.
Nie pomyliła się.
— Odpocznijmy. Jutro ruszymy na zachód i będziemy jechały wzdłuż linii brzegowej — zaproponowała, zatrzymując konia.
Zsiadła i wyciągnęła rękę, proponując pomoc, która po chwili zawahania została przyjęta.
Pod Glorianną ugięły się nogi, gdy w końcu stanęła na ziemi. Theran ją podtrzymała.
— Dziękuję. — Królewna od razu starała się zwiększyć dystans. — Potrzebuję teraz znaleźć jakieś ustronne miejsce, żeby rozwiązać problem natury fizjologicznej — oznajmiła.
Theran westchnęła głęboko.
— Skąd wiedziałaś, że kłamię. — Wyciągnęła miecz z pochwy.
— Havren opuścił stolicę w dniu wydania dekretu.
— Havren?
— Havren Audrithen — doprecyzowała. — Co chcesz osiągnąć?
— Bolyern zaczyna zapadać się pod własnym ciężarem. Przyjęcie d’Arquen przypieczętuje nasz koniec. — Uniosła miecz.
Z gardła Glorianny wyrwał się cichy śmiech.
— Zabijesz mnie, żeby ratować kraj? Myślisz, że w ten sposób zagwarantujesz pokój?
— Zrobię to, nawet gdybym miała wywołać ostateczną wojnę. — Dłoń trzymająca miecz zadrżała.
Królewna zgięła się wpół pod wpływem nowej fali śmiechu, a z jej oczu popłynęły łzy.
— Theran… powiedz mi… czy gdybym uciekła… szukałabyś mnie? — Nie była w stanie złapać oddechu.
— Tak, świadomość, że żyjesz mogłaby pokrzyżować wszystkie moje plany.
Gloriannie zajęło dłuższą chwilę uspokojenie się.
— Cieszę się, że to słyszę. — Uśmiech nie schodził jej z ust. — Havren proponował mi ucieczkę. Na szczęście nie zmarnowałam szansy na życie z nim.
— Wiem jak to jest. — Dłoń Theran nie przestawała drżeć, ale nie opuściła broni.
— To takie zabawne… Wcześniej myślałam, że jestem gotowa oddać życie za kraj, ale teraz… — Spojrzała na swoje ręce, które trzęsły się bardziej niż Theran.
— Rozumiem cię, mnie zweryfikowała Bitwa pod Lasem.
— Przekaż mu to. — Sięgnęła pod spódnicę i wyciągnęła spod niej pamiętnik. — Opowiedz mu jakąś piękną historię, że do końca próbowałaś mnie uratować. Nie chcę, żeby obwiniał się, że mnie zostawił. — Podeszła do niej na długość miecza. — Baldavier wiedział co chcesz zrobić, dlatego nie chciał się ze mną pożegnać, prawda?
Generałła bez słowa przyjęła notes i włożyła go do torby przy siodle.
— Nawet nie próbujesz już uciec?
— Nie mam z tobą szans, a co dopiero z tym stworzeniem. — Uśmiechnęła się patrząc na konia. — Gdybyś wcześniej nie zorientowała się, że chcę uciec, miałabym chociaż nadzieję.
— Masz rację. Teraz nie masz żadnych szans.
— Theran?
— Tak?
— Mam nadzieję, że jesteś pewna swojego planu.
— Nie zabiłabym cię, gdybym w niego wątpiła.
Przez chwilę jedynym dźwiękiem był szum liści na wietrze. Od ostrza odbijały się promienie słońca przezierające między koronami drzew.
— Boję się.
— Obiecuję, że nawet nie poczujesz. Wiem jak to zrobić. — Ustawiła się i przygotowała do zadania ciosu.
— Czekaj!
Zastygła.
— Tak?
— Nie chcę jeszcze umierać. — Glorianna znów nie mogła powstrzymać łez. Widziała je też w oczach Theran.
— Nikt nie chce.
W jej głowie rozbłysło wspomnienie. Erich. Wysłany na wojnę z d’Arquen. Martwy.
Znów wzięła zamach. Czuła ciepło rozlewające się w jej piersi.
— Czekaj!
Tym razem nie zaczekała.
W głównej świątyni Leistunga rozległ się huk. Wszyscy obecni podczas modłów za pomyślną podróż księżniczki patrzyli, jak Wielki Kapłan nagle upada na posadzkę. Nikt nie rozumiał, co się dzieje.
Pierwszy ruszył Leer.
Znał Leustiela — jego ograniczenia, limity, każdą reakcję ciała. Ten upadek nie był naturalny, inaczej zauważyłby przynajmniej jeden sygnał ostrzegawczy. Tym razem go nie było.
Ukląkł przed kapłanem, odgradzając go od wzroku tłumu. Szybko zdjął mu maskę, żeby nie utrudniała oddychania, odchylił głowę do tyłu i przyłożył dwa palce do szyi. Uspokoił się wyczuwając miarowe pulsowanie, z ciałem Leustiela wszystko było w porządku. Sprawnie z powrotem założył mu maskę i wstał, odwracając się do ludzi.
— Wielki Kapłan doznaje właśnie objawienia! Wszyscy na kolana! Bóg Wojny jest tu z nami!
Wszyscy natychmiast przycisnęli twarze do ziemi, bojąc się, że sprowadzą na siebie boski gniew.
W tym czasie Leer przywołał do siebie gestem dwóch strażników świątynnych, żeby pomogli mu przenieść kapłana do jego komnat. Sam nie byłby w stanie tego zrobić, a nawet we trójkę mieli problem. Baldavier sporo ważył z uwagi na wzrost, w pełnej zbroi stawał się niemożliwy do podniesienia przez jedną lub nawet dwie osoby.
W momencie, gdy Leustiel znalazł się na łóżku, Leer kazał wyjść swoim podwładnym. Teraz mógł skupić się na kapłanie.
Zrzucił z niego zbroję, a następnie zajął się maską. Zaniepokoiło go, co pod nią zobaczył. Zwykle czarne łzy spływały jedną lub dwiema strugami. Tym razem cieczy było tak wiele, że pokryła niemal całą twarz. To nie mógł być dobry znak.
— Wszystko teraz będzie w tym czarnym paskudztwie — zaklął pod nosem, przemywając mu twarz. — Masz szczęście, że to mi się podoba.
Minęło kilkanaście minut, nim na twarzy Leustiela zostały już tylko przebarwienia od lat nieprzerwanego kontaktu skóry z czernią w tych miejscach. Przy okazji odkrył ukrytą we włosach ranę.
— Nie mogłeś upaść na twarz?
Po owinięciu skaleczenia bandażem pozostało mu tylko czekać, aż Baldavier odzyska przytomność. Siedział na łóżku, przeczesując jego ciemne włosy palcami.
Siedząca na łące dziewczyna nagle podniosła głowę i rozejrzała się wokół.
Co się stało, Maredi? Wyczuwasz coś? — W jej świadomości rozległ się głos. Coś pomiędzy fizycznym dźwiękiem, a myślą.
— Chyba nasze plany właśnie zaczęły się komplikować — odpowiedziała, ale z jej ust nie schodził łagodny uśmiech.
— Znów rozmawiasz z Mazmat, Maredi? — spytał, wychodzący z lasu młody chłopak.
— Tak, ale nie przeszkadzasz nam. Masz dla mnie nową piosenkę?
— Mam, ale muszę zaśpiewać ją bez muzyki, bo Mair znów zniszczył mi lutnię.
— Śpiewaj, chętnie posłuchamy — zachęciła go dziewczyna.
Theran, wciąż z mieczem w dłoni, osunęła się na kolana. Czuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Najpierw Erich, teraz Glorianna. Musiała zaufać, że Leer nikomu nie da skrzywdzić Baldaviera. Nawet jej.
Zabiła kogoś. Nie mogła znieść tej myśli. Podczas licznych bitew nikogo nie zabiła.
Na polach bitew nie było morderców i ofiar.
Byli żołnierze.
Mechanicznym gestem podniosła się z ziemi, wycierając twarz ramieniem. Nie obchodziło jej, że metal jedynie rozmazał łzy.
Wyciągnęła z torby przy siodle materiał i podeszła zdjąć Enbarrowi ogłowie. Pierwszy i ostatni raz spojrzała na ciało Glorianny. Szybko odwróciła wzrok.
— Smacznego. — Jej głos był wyprany z emocji.
Poklepała konia po szyi i odeszła trochę, żeby znaleźć wygodny pień do siedzenia. Nie obejrzała się ani razu, żeby zobaczyć co dzieje się za jej plecami. Skupiła całą swoją uwagę na czyszczeniu i polerowaniu ostrza.
Z całej siły starała się odciąć od dźwięków za plecami. Jednak jeden wyjątkowo głośny odgłos łamanej kości wdarł się do jej wyobraźni i wywołał odruch wymiotny.
Theran oparła się ciężko o pobliskie drzewo, gdy poczuła, że nie ma już czym wymiotować. Była zbyt wyczerpana nawet na płacz. Chciała, żeby wszystko okazało się koszmarem sennym. Zaraz obudzi się w ramionach Ericha. Usłyszy od niego, że znów przesadzili podczas treningu i została ogłuszona. Tylko tyle. Wymazania ostatnich dwóch lat.
Wzdrygnęła się, gdy Enbarr trącił ją nosem w ramię. Znów poczuła skurcz żołądka, widząc krew na pysku konia. Obejrzała się, żeby spojrzeć na miejsce gdzie zostawiła ciało Glorianny. Już go tam nie było.
Po zachodzie słońca wyruszyła w dalszą drogę. Teraz nie musiała ograniczać wierzchowca, ponieważ nie miała przed kim ukrywać jego prawdziwej natury.
Jej następnym celem była wioska na południu Bolyernu.
