Wielkość tekstu:

Port w Safenie

01.09.1406 r.n.ś.

 

W dokach unosił się silny zapach ryb, o różnym stopniu świeżości, wymiocin i taniego alkoholu. Havren odpoczywał, oparty o tylną ścianę jednej z wielu, dość podłych, gospód. W miejscach takich jak to, smród powalał intensywnością, ale za to zmniejszały się szanse, że mężczyzna ukrywający twarz przyciągnie niepotrzebną uwagę. W ten sposób odstraszał porządnych ludzi i unikał tych szukających zaczepki.

Jego statek odpływał dopiero za dwa dni. Kapitan musiał czekać na bardzo ważnych pasażerów, inaczej nie przesunąłby daty.

Havren co jakiś czas łapał się na tym, że wyobraża sobie, że znów zobaczy Gloriannę. Nie musiałby nawet z nią rozmawiać. Ona nawet nie musiałaby go zauważyć. Wystarczyłaby mu świadomość, że podróżują jednym statkiem. Sama myśl, że tak może się stać wywoływała u niego uśmiech. I za każdym razem gdy tak się działo, był na siebie zły.

Glorianna podjęła decyzję, a on ją uszanował. Nie powinien chcieć więcej niż dostał.

Niestety wyobraźnia nie dawała mu spokoju.

Podczas drogi do Safenu kilka razy musiał powstrzymywać chęć zawrócenia i osobistego pilnowania Glorianny w jej podróży. Bał się jednak, że królewna zinterpretuje to jako brak szacunku do podjętej przez nią decyzji. Tylko dlatego zdecydował, że musi przeć do przodu i nie myśleć o tym.

O niej.

 

W nocy przyjechały powozy otoczone kordonem rycerzy. Havren przywarł płasko do dachu i obserwował kobietę, której pomagał wysiąść jeden z rycerzy. Miała na sobie piękną, bogatą, błękitną suknię, a jej twarz i włosy zasłaniał woal.

Od razu poznał, że kobieta nie jest jego Glorianną. Poruszała się w zupełnie inny sposób, bardziej sztywny, jakby analizowała każdy ruch. Nawet stała przesadnie wyprostowana.

Wyraźnie była tylko dublerką. Tarczą dla skrytobójców, żeby odwrócić uwagę od prawdziwej królewny.

Havren uśmiechnął się pod nosem. Glorianna nie poparłaby jego pomysłu.

Podjął decyzję, że zapewni swojej ukochanej bezpieczną podróż. Nikt nie musiał wiedzieć, że to fałszywa królewna zginęła, dopóki prawdziwa nie pojawi się na dworze. Wtedy już będzie za późno, żeby ją niepostrzeżenie zabić.

Zapewni Gloriannie dodatkowy czas.

 

Opóźnienie w wypłynięciu statku ostatecznie okazało się na rękę Havrenowi. Wykorzystał swoje umiejętności i przeszłość kieszonkowca, żeby uzbierać na jawne wejście na pokład. Pierwotnie planował po prostu wmieszać się w tłum i zaszyć na całą podróż gdzieś pod pokładem, najpewniej wśród szczurów.

Teraz Havren opierał się o reling i wpatrywał w niknący na horyzoncie port. W niczym nie przypominał skrytobójcy, którego wynajmowali królowie. Twarz zasłaniała mu zdobiona, srebrna maska, włosy umył i związał z tyłu, a ubrania odpowiadały najnowszym trendom w modzie arystokratycznej.

Miał szczęście, że kilka godzin przed wyruszeniem statku, w jednym z barów znalazł ledwo przytomnego od alkoholu mężczyznę. Do tego z wyraźną deformacją twarzy, przez co nosił maskę, która jednak niewiele mu pomagała. Wyprowadził go uprzejmie z lokalu, podając się za jego sługę, po czym zabił w najbardziej szemranej dzielnicy portu, ukradł ubrania i wyrzucił ciało do morza. Liczył na to, że młodzieniec zostanie uznany za uciekiniera lub ofiarę jakich wiele w tych okolicach, a gdy ktoś odkryje, że coś jest nie tak, on już będzie w d’Arquen. Ludzie często uciekali od długów i oprychów, którym się narazili podczas pijackiej awantury lub zostawali zamordowani. Śmierć arystokraty, bawiącego się  w szemranych dzielnicach, była czymś tak oczywistym jak wschód słońca.

Zostało już tylko ciche wmieszanie się w krąg odpowiednich ludzi i wykorzystanie okazji. To również nie stanowiło problemu.

 

— Aurech? Pierwszy raz słyszę to nazwisko — stwierdził mężczyzna w średnim wieku, podczas kolacji.

— Pochodzę z Ardenmaru, w Bolyernie pobierałem nauki — odparł z uśmiechem Havren, popijając wino. Jego maska była odsunięta na bok.

— Ach! Słychać nawet u pana obcy akcent. — Mężczyzna pokiwał głową. — Rozumiem, że zmierza pan do d’Arquen?

— Tak, mam tam poznać narzeczoną. Podobno urocza kobieta i do tego służyła wcześniej jakiejś księżniczce. Chyba Juliette, ale nie jestem pewien.

— Pan to pewnie z tych, którzy nie interesują się polityką. Nie ma co się dziwić, też taki byłem w pana wieku — wtrącił ze śmiechem inny mężczyzna.

— Tak, to prawda. — Havren zaśmiał się nerwowo. — W okresie nauk bardziej skupiałem się na zabawie.

— Jak każdy młody człowiek.

Przy stole rozległ się wesoły śmiech. 

— Dobrze ci się trafiło, chłopcze. Dużo się mówi o tym, że księżniczka przyjmuje na służące tylko najpiękniejsze panny. Do tego najlepiej wychowane. Wielka szkoda, że ona sama została wydana za kogoś pokroju markiza Kordavena — zauważyła smutno jedna z kobiet.

— Tak, wielka szkoda, że akurat on przeżył atak truciciela — westchnął ktoś inny.

— Uciszcie się, za ścianą jest królewna bolyerńska — zwrócił uwagę jeden z mężczyzn.

Na chwilę plotki ucichły, żeby znów wrócić na lokalne tematy.

Havren potrafił wzbudzać sympatię, a jego nienaganne maniery nie pozostawiały wątpliwości, że jest tym za kogo się podaje.

 

Przez następne kilka dni rejs mijał spokojnie, wręcz nudno, aż zaczęli zbliżać się do wyspy znanej z ataków piratów. Dawniej byli to separatyści podbitej przez Bolyern kultury, ale dziś nie było wiadomo czy oni sami o tym pamiętają.

Wszyscy pasażerowie siedzieli zamknięci w kajutach i czekali na znak od załogi, że można bezpiecznie wyjść.

Wbrew pozorom ataki na statki pasażerskie prawie się nie zdarzały. Najczęściej ofiarą abordaży padały statki kupieckie, zwłaszcza te przewożące żywność. Kapitan, pamiętając o przebywaniu na pokładzie królewny, uznał, że ostrożności nigdy za wiele.

Havren siedział w kajucie. Atak na statek mógłby równie dobrze mu pomóc, co zaszkodzić. Dlatego siedział na łóżku w stanie czuwania i wsłuchiwał się w każdy dźwięk. Analizował skrzypienie desek pokładu, odgłosy kroków załogi i rytm szumu wody uderzającej o statek. Gdyby ktoś wszedł teraz do jego kajuty, by poinformować o minięciu zagrożonego obszaru, widziałby jedynie drzemiącego z nudów szlachcica.

Nagle zrobiło się zamieszanie. Załoga zaczęła biegać po pokładzie, a fale rozbijały się agresywniej o burty. Wiatr wył wyjątkowo intensywnie.

Atak?

Havren, tylko czekający na okazję, poderwał się i wybiegł z kajuty, żeby sprawdzić, co się dzieje.

Rozejrzał się gorączkowo, ale nigdzie nie widział innego statku. Za to na głowie poczuł pierwsze krople deszczu.

— Powinien pan wrócić do swojej kajuty. Zaczął się sztorm — ostrzegł go jeden z przechodzących marynarzy. — Tym razem nie zostaliśmy zaatakowani, proszę jednak w przyszłości uważać. Nie jest pan pierwszym młodzieńcem, który chce się wykazać w walce z piratami. Proszę pamiętać, że to nie zabawa w zdobywanie chwały.

Havren przeniósł ciężar ciała z nogi na nogę i zaśmiał się z zakłopotaniem.

— Chciałem się sprawdzić w swojej pierwszej poważnej bitwie. Właśnie wracam z nauk w Bolyernie. — Potarł dłonią kark.

Marynarz wrócił do swoich obowiązków mrucząc coś pod nosem o irytującej młodzieży i lekkomyślnych arystokratach. Havrenowi w pewien sposób imponowała liczba i różnorodność przekleństw, których przy tym użył.

Podziękował bogu, nieważne któremu, za maskę. Dzięki temu nie musiał ciągle kontrolować mimiki. Teraz musiał tylko znaleźć kajutę fałszywej Glorianny.

Udając, że wraca do swojej kajuty, z całej siły starał się nie balansować ciałem. Czuł na sobie kpiące spojrzenia mijających go członków załogi.

Zgadzał się z nimi. Doprawdy żałosny widok.

Morze stawało się coraz bardziej niespokojne, fale sięgały już naprawdę wysoko i zaczynały zalewać pokład. Statek nagle przechylił się gwałtownie, a Havren z trudem stłumił odruch przeturlania się, żeby miękko wylądować.

Marynarze widzieli jak upada, ale nikt nie miał czasu mu pomóc. Doskonale.

Wcześniej już zauważył, że kajuta księżniczki nie znajdowała się w okolicy jego własnej. Musiało więc istnieć inne zejście pod pokład, dla wyjątkowych pasażerów. Problem polegał na tym, że do tej pory nie wiedział, gdzie go szukać.

Nie miał wiele czasu. Niedługo marynarze zaczną się irytować, widząc jak pałęta się po statku w tak bardzo nieporadny sposób.

Udając, że kołysanie rzuca go na różne strony, zdołał znacząco oddalić się od znanego mu zejścia. Miał pewien plan, ale był on ryzykowny i nie miał stuprocentowych szans powodzenia. Równie dobrze może zostać zignorowany lub niezauważony i narazić się na utratę życia. Nie miał jednak nieskończenie wiele czasu. Musiał zaryzykować, jeśli chciał pomóc Gloriannie.

Z myślą o ukochanej, dał się przewrócić następnej ogromnej fali. Starannie wybrał kąt, pod jakim się obrócił, żeby uderzyć głową. Liczył na to, że załoga zajęta walką z naturą, będzie chciała mieć z głowy nieprzytomnego młodzieńca i zniosą go w najbliższe bezpieczne miejsce.

Havren już szykował się na uderzenie, ale w ostatniej chwili odruchowo przybrał bezpieczną pozycję do upadku.

Nie zdążył nawet zakląć pod nosem. Nie uderzył o deski. W ostatniej chwili został złapany w pasie.

Instynktownie przekręcił się w obcych ramionach i sięgnął dłonią do biodra, gdzie zwykle trzymał nóż, ale zatrzymał się w połowie ruchu. W tym momencie nawet nie potrzebował maski, ponieważ jego mimika doskonale pasowała do roli. Na twarzy miał wypisane czyste zdezorientowanie i pewien rodzaj zagubienia.

Leżał w ramionach jednego z rycerzy, pilnujących fałszywej królewny.

Ostatni raz został tak bardzo zaskoczony podczas próby zabicia Glorianny. Popełnił wtedy błąd, nie doceniając jej. Zwykle delikatne i spokojne królewny nie wyciągają nagle sztyletu spod poduszki i zamachują się na skrytobójców. Do tego celując idealnie w tętnicę szyjną.

Wyraźnie prześladował go jakiś pech.

— Wszystko w porządku? Nie powinno cię tu być — zwrócił się do niego rycerz.

Havren postanowił wykorzystać sytuację.

— Wybiegłem z kajuty, myśląc, że atakują nas piraci, ale okazało się, że to tylko sztorm. Fale zaczęły miotać statkiem tak bardzo, że nie byłem w stanie wrócić do siebie. — Tłumiąc niechęć i zniesmaczenie, przylgnął mocniej do mężczyzny.

Kątem oka obserwował jego wyraz twarzy. W końcu rycerz przygryzł wargę i pomógł mu stanąć na nogach, ale wciąż obejmował go ramieniem. Prawdopodobnie chcąc pomóc mu utrzymać równowagę.

— Chodź, nie możesz tu zostać — stwierdził i zaczął go prowadzić.

Havren zmusił się do rozluźnienia ciała, co przyszło mu z trudem. Krzywił się pod maską z każdym drgnięciem palców na talii.

Został zaprowadzony do saloniku, w którym zwykle kwitło życie towarzyskie. Dziwnie było obserwować to miejsce jako puste i ciche. Tak bardzo skupił się na oddaleniu od znanego zejścia pod pokład, że nie zwrócił uwagi na fakt, że zaszedł w tę okolicę.

Palce na jego talii zniknęły, co przyjął ze sporą ulgą, ale nic nie mogło złagodzić poczucia porażki. Oczekiwał, że zostanie zabrany do ukrytych kajut. Całe poświęcenie poszło na marne i nie miał pojęcia, kiedy ponownie trafi się okazja, żeby próbować ruszyć do przodu.

— Jesteś cały przemoczony, musisz się osuszyć i przebrać, inaczej możesz dostać gorączki… — stwierdził rycerz znów przygryzając wargę. Prawdopodobnie robił tak, gdy podejmował ciężkie decyzje. — Myślę, że nie będzie problemu, jeśli będę cię pilnował. Do tego będzie nas tam więcej…

 Havren zadrżał z satysfakcji, co mogło być wzięte za dreszcze z zimna. Nie spodziewał się, że ta beznadziejna sytuacja okaże się najlepszym zbiegiem okoliczności.

— Nie chciałbym, żebyś miał przeze mnie kłopoty. — Starał się brzmieć na zakłopotanego. Wymusił nawet kaszel, żeby wyglądać żałośniej.

— Poręczę za ciebie. Nie chcę, żeby to zabrzmiało dziwnie, ale wyróżniasz się przez tę maskę i trochę cię obserwowałem. Nie chcę ryzykować, że taki uroczy młody człowiek umrze na gorączkę podczas podróży — odparł rycerz, odwracając wzrok.

Te słowa ukształtowały w głowie Havrena zupełnie nowy plan. Kilka lat temu obiecał sobie, że nie będzie więcej posuwał się do takich kroków. Życie i bezpieczeństwo Glorianny cenił jednak bardziej niż samego siebie.

— To bardzo mi schlebia. — Objął się ramionami i znów zakaszlał.

— Pospieszmy się.

Rycerz zaprowadził go do pokoju, gdzie jadała królewna z jej strażą. Odsunął dywan, pod którym została ukryta klapa. Drugie zejście pod pokład.

— Zejdź pierwszy — polecił rycerz.

Havren posłusznie zszedł po wąskich i stromych stopniach. Nie bał się, że się potknie, ale mężczyzna za nim najwyraźniej tak, bo przez cały czas czuł ramię w okolicach pasa.

Klapa nad nimi została zamknięta i natychmiast zapadła absolutna ciemność. Havren często pracował w mroku, ale rzadko absolutnym i do tego bez wcześniejszego przyzwyczajenia wzroku.

Ostrożnie zaczął badać nogą przestrzeń przed sobą.

— Spokojnie, poprowadzę cię — rycerz złapał jego dłoń i zaczął prowadzić.

Havren miał ochotę wyrwać rękę, ale znów musiał się powstrzymać.

— Czy ty się dobrze czujesz, Weiss? — syknął ktoś z ciemności przed nimi. — Dlaczego kogoś tu sprowadziłeś? Pozbądź się go, ale już. Nie mogłeś wziąć przynajmniej tej misji na poważnie?

— Generale, biorę tę misję na poważnie. To jednak nie wyklucza, że chcę udzielać pomocy, gdy jest potrzebna. Ten chłopak mógł zginąć, a ja na to nie pozwolę. — Weiss wyprostował się i uniósł dumą.

— Nienawidzę gdy trafiają mi się idealiści w oddziale — prychnął generał, ale przepuścił ich. — Uważaj tylko na niego, najlepiej zawiąż mu oczy, ręce czy cokolwiek.

— Nie poradzimy sobie w pięciu z jednym młodym szlachcicem? — spytał w odpowiedzi Weiss kpiącym tonem.

Havren mógł tylko uśmiechnąć się za maską. Nie planował robić teraz nic ryzykownego. Nie miał szans z pięcioosobowym oddziałem w otwartej walce. Zwłaszcza, że na statku nawet nie miałby gdzie uciec.

— Rób co chcesz. — Generał machnął ręką z wyraźną irytacją.

Weiss zaprowadził Havrena do pustej kajuty. Najwyraźniej tylko tymczasowo, ponieważ skrytobójca naliczył trzy hamaki.

— Usiądź. — Gwardzista pomógł mu usiąść na skrzyni obok najniżej wiszącego hamaka.

— Na pewno mogę tu przebywać? Generał nie wydawał się zachwycony. — Havren odwrócił głowę, ale kątem oka wciąż obserwował Weissa.

— Mówisz jakby to był co najmniej Wielki Generał. — Zaśmiał się ze szczerym rozbawieniem i podał mu suchą koszulę. — Musisz się przebrać.

— Dziękuję, ale nie mogę przyjąć twoich ubrań. — Siłą powstrzymał się od przewrócenia oczami.

— Jeśli chcesz, mogę obiecać, że nie spojrzę, gdy się będziesz przebierał. — Jego mina jasno wskazywała na to, że nie należy mu ufać w tej kwestii.

— Możesz poczuć się zawiedziony. Szczerze wątpię, że moja aparycja odpowiada twoim wyobrażeniom. — Robiło mu się niedobrze, słysząc własny, flirciarski ton.

— Skąd wiesz, że jakieś mam? — Weiss uniósł brew.

— Zdradzisz mi chociaż swoje imię zanim zobaczysz mnie półnago? Znam tylko twoje nazwisko.

— Liland. — Przysunął się bliżej. Havren zwalczył chęć odsunięcia się.  — Teraz ty musisz zdradzić mi swoje, ponieważ nie znam nawet twojego nazwiska.

— Noud, Noud Aurech.

Weiss zbliżył się jeszcze bardziej. Stał tak blisko, że Havren mógł poczuć ciepło jego ciała i nieznacznie przyspieszony oddech. Skrytobójca próbował odciąć się od tego, tak jak dawniej. Tym razem pomagała mu myśl o Gloriannie. To dla niej był w stanie znów się do tego posunąć.

Dłonie gwardzisty przesunęły się do jego twarzy i zaczęły bawić zatrzaskami maski.

— Możesz się bardzo zawieść moim wyglądem — powtórzył Havren.

— Wolę zobaczyć twoją twarz.

Delikatnym ruchem Weiss zdjął mu maskę z twarzy. Nawet się nie skrzywił widząc bliznę. Zamiast tego położył dłoń na jego twarzy.

Havren musiał bardziej przyłożyć się do pracy. Brzydziło go jak wiele pamiętał z czasów gdy miał około dwudziestu lat.

— Skąd ją masz? Ktoś cię skrzywdził? — Głos Lilanda brzmiał na autentycznie zmartwiony.

— Pochodzę z Ardenmaru.

Havren wiedział, że to wystarczy. Twarz rycerza natychmiast przybrała współczujący i aż do mdłości czuły wyraz.

— Przykro mi, że cię to spotkało. Mój ojciec brał udział w najeździe na Ardenmar i opowiedział mi co tam się działo — szepnął cicho, przykładając czoło do czoła Havrena.

— Przecież to nie twoja wina — szepnął cicho skrytobójca i położył dłoń na jego policzku. Nie dał po sobie poznać fali gniewu, która go ogarnęła.

Dłonie Weissa spoczęły na jego biodrach, a usta delikatnie, niemal nieśmiało zetknęły się z jego własnymi.

Havren doskonale zdawał sobie sprawę czego chce gwardzista i równie dobrze wiedział, że musi mu to dać. Nawet jeśli dla niego jedyna korzyść pojawi się w dłuższej perspektywie czasu.

 

Liland był wściekły. Czuł się zdradzony do żywego i miał ochotę płakać z bólu złamanego serca.

— Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej, Noud!? Dlaczego mnie nie powstrzymałeś!? Masz narzeczoną, do której teraz zmierzasz! Ja naprawdę się zaangażowałem — krzyczał Weiss, nie przejmując się jak wiele osób go usłyszy.

— To małżeństwo polityczne, uwierz mi, Liland — bronił się Havren, w duchu przeklinając.

— Nawet jeśli, to nigdy nie chciałem stawać się kochankiem zaręczonej osoby — przyznał z czystym bólem w głosie.

— Masz rację, powinienem był ci powiedzieć. — Havren zbliżył się do niego i położył mu dłoń na policzku. Nie został odtrącony. — Przepraszam, że ci nie powiedziałem wcześniej. Ja też się zaangażowałem w nas. Naprawdę chciałbym zerwać te zaręczyny i zostać z tobą, ale co mogę zrobić? Moi rodzice za ostatnie pieniądze wysłali mnie na nauki do Bolyernu. Ten ślub to nasza ostatnia szansa na wyrwanie się z ubóstwa.

Weiss zacisnął szczękę i oczy z bezsilnego gniewu. Havren ustabilizował sytuację.

— Możesz zerwać te zaręczyny. Gdy nasza królewna dotrze do stolicy, dostanę ogromne wynagrodzenie. Mój ojciec jest baronem, po jego śmierci przejmę ten tytuł. Zapewnię byt tobie i twojej rodzinie. Nie jesteś dla mnie tylko przelotnym romansem. Myślę o tobie na poważnie — zadeklarował Weiss, chwytając dłoń Havrena i całując jej wierzch.

— Jesteś starszy tylko o rok — zaśmiał się skrytobójca wyuczonym śmiechem.

— Dwadzieścia sześć lat to dobry wiek, żeby utrzymać partnera i jego rodzinę. — W jego oczach było czyste oddanie.

 

Havren został stałym bywalcem w tajnych kajutach i wszyscy zaczęli to akceptować. Nawet generał. Skrytobójcę nieco to dziwiło i na początku widział w tym podstęp, ale szybko doszedł do wniosku, że to nie to.

Cały plan szedł gładko. Havren odliczał już ile nocy musi jeszcze przetrwać. Nie byłoby tak źle, gdyby przynosiły one coś więcej niż czystą frustrację.

Niedługo jednak mieli zejść na ląd.

Musiał być gotowy.

 

Tak jak się spodziewał. Gwardia przyzwyczaiła się do jego obecności tak bardzo, że po prostu pozwolili mu ze sobą podróżować. W końcu nie dał im żadnych powodów, by mu nie ufać.

Pierwszą noc po zejściu na ląd spędzili w mieście do którego przybili, a drugą w zajeździe, znajdującym się tylko pół dnia drogi od niego. Wiadomość dla wszystkich była jasna i oczywista.

 Jesteśmy tu z królewną. Królewna jest tutaj. Mamy królewnę.

Havrena na swój sposób bawiło jak bardzo chcieli być widoczni. Świecili niemal jak wielka latarnia morska. Każdy skrytobójca z jego doświadczeniem zastanowiłby się dwa razy. Od razu coś wydało się nie tak.

W trzeci dzień podróży lądem, w końcu zeszli na mniej rzucające się w oczy rejony. Tę noc mieli spędzić w lesie. Doskonała okazja dla wszystkich mniejszych rzezimieszków, którzy chcieliby położyć dłonie na nagrodzie za śmierć królewny.

Wbrew pozorom gwardia nie starała się szczególnie nawet udawać, że chronią kogokolwiek. Większość nocy minęła na graniu w karty. A przynajmniej tak Havrenowi się wydawało, ponieważ Weiss zadbał o ich prywatność.

Kolejną noc również spędzili w lesie.

 

Tym razem blask poranka zobaczył tylko Havren. Wokół niego leżały ciała ludzi, którzy zaledwie kilka godzin wcześniej śmiali się, pili i jedli, uważając go za jednego z nich. Element zaskoczenia był tak silny, że nie mieli szans z jego precyzją i determinacją.

Havren nawet się nie odwrócił, żeby splunąć na Weissa po raz ostatni. Nareszcie był wolny. Nie musiał więcej tego robić. Następnym razem wybierze własną śmierć.

Miał nadzieję, że tym razem się nie okłamywał.

 

Na dworze został powitany niemal jak bohater. Postronnym osobom przedstawił się jako skromny myśliwy. Nie było ciężko w to uwierzyć, biorąc pod uwagę jego wygląd. Zarost, przydługie, znów tłuste włosy i nie najświeższe ubrania. Tylko król wiedział z kim tak naprawdę ma do czynienia, gdy Havren odwinął przesiąknięty krwią materiał, prezentując mu serce Glorianny.

Uwierzyli w to, że królewna nie żyje. Nawet księżniczka Juliette prawie omdlała widząc serce.

Dopóki nie doszły do dworu plotki o tym, że ktoś widział królewnę wraz z eskortą w pobliżu pasma gór Hannibskich.

 

Havren robił co mógł, żeby zawsze być pierwszym. Nawet jeśli to znaczyło, że musi pozbywać się własnej konkurencji.

Król był zachwycony jego oddaniem, mianował go nawet oficjalnym Królewskim Skrytobójcą.

Havrena jednak obchodziło tylko jedno. Kupienie Gloriannie tyle czasu na bezpieczną podróż, ile potrzebowała. Nawet jeśli musiał opłacić tę cenę sobą.