1
„ POBYT’ – Remigiusz Ogonowski.
– Nie wyrażam zgody na leczenie- rozległ się wrzask po korytarzu szpitalnym.
– Widział go pan dyrektor? – odezwał się salowy do sanitariusza.
– Tak – powiedział sanitariusz.
– Co powiedział? – zapytał salowy.
– Ostry atak schizofrenii – odpowiedział sanitariusz.
– Nasz pan dyrektor potrafi rozpoznać chorobę na odległość, a dobrego wariata na kilometr –
powiedział salowy.
Obiekt rozmowy stał zgarbiony, ubrany w kaftan bezpieczeństwa i mówił raz głośniej raz
ciszej – wolność, demokracja – nie wyrażam zgody na leczenie.
– Jak się nazywasz? – zapytał salowy osobnika w kaftanie.
– Marek Ogrodzki – odpowiedział zduszonym głosem.
– Co zrobiłeś? – zapytał ponownie salowy.
– Stłukłem trzy szyby – odpowiedział Ogrodzki.
Salowy zaczął wnikliwie przyglądać się wychudzonemu, przygarbionemu. Ogrodzkiemu. Z
jego podkrążonych oczu można było wyczytać lęk i niewiarygodny strach przed tym co go
teraz spotka, a chyba również brak wiedzy gdzie jest.
– To kto ściąga z niego kaftan? – pytał salowy.
– Myśmy go dostarczyli na miejsce – odpowiedział sanitariusz. Ale ostatecznie mogę go
dostarczyć nawet na salę – z pewnością w głosie mówił sanitariusz.
Gdy pasy kaftana były już niemal luźne, Ogrodzki się ożywił. Nie był już przygarbionym,
zagubionym człowiekiem. Zaczął powoli odczuwać uczucie wolności jaką chyba odczuwa
zwierzę wypuszczone na wolność z klatki.
– Rozbieraj się! – padła komenda z ust salowego.
– Wolność! Demokracja! – nie wyrażam zgody na leczenie! – krzyczał na całe gardło
Ogrodzki.
Dwa silne ciosy zadane ze znaczną siłą w okolice żołądka Ogrodzkiego przez salowego,
powaliły Marka na podłogę. Wstając wymamrotał w kierunku sanitariusza – będziesz
świadkiem w sądzie za pobicie mnie.
2
Sanitariusz przytaknął Ogrodzkiemu. Kuracja zastosowana przez salowego okazała się
skuteczna. Marek powoli zdejmował z siebie ubranie.
– Prędzej skurwysynu ! – poganiał salowy, zauważalnie zadowolony, że jego działanie tak
szybko przyniosło rezultat.
Tymczasem Marek Ogrodzki zdjął odzienie górne, i ociągał się ze zdjęciem spodni.
– Frajer, ściągaj spodnie! Mam tu dla ciebie ciuchy – mówił salowy.
Trzymał w ręku coś , co może w dalekiej przeszłości przypominało piżamę. Była ona niemal
w każdym miejscu łatana i cerowana i nie pasująca do postury Marka, który był osobnikiem
wysokim i szczupłym, a szykowna odzież dla Marka była za krótka i za szeroka, co było
widać od razu.
Ociąganie się zdjęcia spodni przez Marka było spowodowane groźbą odkrycia przed światem
mocno nieczystej bielizny. Niestety musiała, w pewnej mierze, jego nieświadoma tajemnica
ujrzeć światło dzienne. Widok ten przyprawił o niemiłe spojrzenie sanitariusza, a w salowym
wzbudził jeszcze większą pogardę.
Gdy Ogrodzki włożył to co miało być piżamą, pewien szczegół umknął uwadze salowego, a
który dojrzał sanitariusz.
-Słuchaj Zenobiusz, u was pewnie takich rzeczy nie wolno mieć?- zapytał sanitariusz.
Salowy Zenobiusz, którego tym razem po imieniu zapytał sanitariusz, spojrzał uważnie na
Ogrodzkiego.
Nagle wyraz tryumfu pojawił się na twarzy salowego. Umknął jego uwadze dość istotny
szczegół, który jest niedopuszczalny przy hospitalizowaniu chorych w szpitalach
psychiatrycznych, mianowicie łańcuszek na szyi pacjenta, na którym był zawieszony medalik
z wizerunkiem Jezusa Chrystusa. Wprawną ręką odpiął go sanitariusz z szyi Marka, podał
Zenobiuszowi, który z niekłamaną złością rzucił go na stojący obok stolik.
– Jest gotowy – powiedział sanitariusz.
– Ale kaftan zabierajcie. U nas tego towaru dość – powiedział z uśmiechem salowy
Zenobiusz. – No to idziemy – zadecydował.
Ogrodzki zdziwił się, że głos Zenobiusza wydał się sympatyczny, wszak był to głos
człowieka, który przed chwilą postępował z Markiem w sposób brutalny i namaszczony
okrucieństwem.
Ruszyli. Ogrodzki jeszcze bardziej się skurczył , wbił wzrok w podłogę i pokonywał wespół z
salowym korytarz, który był słabo oświetlony a przy tym dawno nie odświeżany. Ciemne
ściany potęgowały wrażenie ponurego nastroju tego wnętrza.
3
Ogrodzki ożywił się gdy przekroczył próg sali, była tak samo słabo oświetlona. Na sali
panował półmrok i nie było miejsca na zrobienie większego kroku. Wszędzie stały metalowe
łóżka, było ich trzynaście. Ogrodzkiemu przypadło łóżko, które stało pośrodku sali.
– Siadaj i podnieś ręce do góry ! – warknął salowy.
Marek wykonał polecenie i dopiero wtedy zauważył, że z kilku łóżek bliższych jak i dalszych
przygląda mu się kilka twarzy. Były to twarze smutne, niektóre wychudzone, wpatrzone
uważnie w Ogrodzkiego , jak również salowego.
– Mietek podejdź – powiedział salowy.
Z łóżka w końcu sali podniósł się mężczyzna krótko ostrzyżony, niewielkiego wzrostu, z
sumiastymi wąsami które okalał uśmiech.
– Już idę Zenek – powiedział mężczyzna pokonując labirynt między łóżkami.
-Co? Skacze? – zapytał.
– Nie, tylko nie wiem co mu odbije, zresztą z takimi łajzami sobie zawsze radziłem, a jaki
problem spuścić mu wpierdol jeszcze raz?
W jednej chwili pasy zaczęły obejmować korpus Marka, były to tak zwane szelki, które
krępowały Ogrodzkiego tak, że mógł leżeć tylko na wznak, były one przywiązane do łóżka.
– Przyszła teraz kolej na twoje nogi, frajer – ze śmiechem powiedział salowy.
Po unieruchomieniu nóg, salowy Zenobiusz w towarzystwie Mietka, zajął miejsce na krześle
przy wejściu do sali, za drzwiami której świeciła żarówka małej mocy.
Ogrodzki nijak nie mógł się znaleźć w tej sytuacji. Pasy unieruchamiały go, były sztywne i
ostre.
– Jak ty skurwysynu możesz robić coś takiego z człowiekiem! – zawołał w kierunku salowego
Marek.
Odpowiedź była natychmiastowa. W jednej chwili salowy, w towarzystwie Mietka, był przy
łóżku Marka. Zenobiusz wprawnym ruchem ręki złapał Ogrodzkiego za włosy i począł silnie
uderzać o pręty łóżka. Marek na skutek uderzeń spokorniał i zaczął przepraszać.
– Stul pysk, frajer! – zawołał Zenobiusz, nie przestając bić głową Marka o metalowe części
łóżka.
– Siostro! Siostro! – zaczął wykrzykiwać osobnik z łóżka przy drzwiach.
– Ty się Rysiu zamknij, siostra i tak nie przyjdzie, a jak nie przestaniesz wołać, to cię z
Zenkiem wykastrujemy – mówił podniesionym głosem Mietek.
– Pewnie, że cię wykastrujemy – śmiał się Zenobiusz. Wy tu kurwa wszyscy tacy sami, a ty
Ogrodzki będziesz grzeczny jak zastrzykami cię zajebią- kontynuował salowy
4
– Mnie to nie grozi – mówił stojąc obok salowego Mietek. Ja tu na specjalnych prawach.
– Kiedy masz sprawę w sądzie? – zapytał salowy Zenobiusz.
– Pan dyrektor mówił, że mnie na rozprawę nie puści, będzie mnie trzymał ile się da –
odpowiedział Mietek.
– Co się martwisz, dyrektor da ci takie papiery, że cię nikt nie ruszy – mówił salowy.
– To co ja mam tutaj, w porównaniu z kryminałem, to są wczasy, lepiej mi nigdzie nie będzie
żyć nie umierać, to co, Zenek, położę się. Ten nowy już się chyba uspokoił? – zapytał
Zenobiusza Mietek.
– Zaraz przyjdzie siostra, pewnie mu mieszankę szykują, a i tak skurwysynowi dopierdolę w
raporcie – mówił Zenek.
Na sali panowała zupełna cisza. Ogrodzki uważnie obserwował miejsce, w którym się
znalazł. Był oszołomiony i lękliwym wzrokiem badał teren. Było zbyt ciemno aby coś
dostrzec, nieruchome ciała spoczywały na łóżkach. Jedynym odgłosem, który przykuwał
uwagę, było co chwilę z różnych miejsc dochodzące donośne i natarczywe chrapanie.
Zenek, kołysząc się na krześle, uważnie przyglądał się chorym. Palił papierosa i zapewne nie
myślał o niczym ważnym, gdy ten beztroski nastrój przerwała wchodząc na salę, pielęgniarka.
Była to niskiego wzrostu dziewczyna o energicznym kroku i kruczoczarnych włosach, w ręku
trzymała strzykawkę, z którą zbliżyła się do łóżka Marka.
Ogrodzki widząc zbliżającą się groźbę, zaczął miotać się na łóżku na tyle, na ile pozwoliło
unieruchomienie, wykrzykując przy tym na całe gardło: – Wolność! Demokracja! Nie
wyrażam zgody na leczenie!
Widząc to, pielęgniarka znacząco spojrzała na Zenobiusza, który w jednej chwili był przy
niej.
– Zaraz gnoja z Mietkiem przewrócimy i przytrzymamy – zdecydował Zenobiusz.
– Niech pan weźmie zastrzyk – stłumionym głosem odezwał się na sąsiednim łóżku pacjent.
Pan nawet nie wie jaką one mają cudowną moc, a zresztą my tu wszyscy je bierzemy, to i pan
może – kontynuował sąsiad.
Ogrodzki nie chciał, nawet po słowach towarzysza niedoli, przyjąć zastrzyku ale widząc minę
salowego, która mówiła jedno: czy będziesz chciał , czy nie, dostaniesz, zaczął szukać
wyjścia z sytuacji. Zaraz, przecież dzisiaj cały dzień piłem a to wyklucza zastosowanie
każdego leku – jest to w końcu jakieś rozwiązanie – myślał Marek.
-Siostro – odezwał się nieśmiało. Ja dzisiaj cały dzień piłem alkohol, to taki zastrzyk może mi
zaszkodzić, proszę mi go dać jutro siostro – zakończył Ogrodzki.
5
Wypowiedź Marka wprawiła w radosny nastrój pielęgniarkę, która śmiała się z każdą
mijającą minutą głośniej.
– Przewróć go Zenek – rozkazała pielęgniarka.
Dwie pary rąk, Zenobiusza i Mietka, trzymały Marka mocno. Pielęgniarka wprawną ręką
wbiła igłę powyżej pośladka Marka. Zastrzyk był bolesny, a także, co zdziwiło Ogrodzkiego,
cała igła była wbita w ciało.
– Ani się nie ruszył – tryumfował salowy.
– To mieszanka, będziesz miał z nim spokój – powiedziała pielęgniarka.
Gdy Ogrodzki obudził się , było południe. Sali pilnował inny salowy. Był to, równie jak
Zenobiusz, człowiek młody ale wyglądający mniej groźnie. Chorzy krzątali się po sali, paru
osobników było przywiązanych do łóżek, w tym oczywiście Marek.
Nagle na salę wszedł bardzo chudy chłopak, mówiący cały czas pod nosem, w sposób tylko
dla siebie zrozumiały. Trzymał w obu rękach stołowe, wykonane z aluminium łyżki, i począł
każdą z nich wręczać każdemu pacjentowi z osobna. Była to niechybna wiadomość, że całe
towarzystwo otrzyma coś do jedzenia.
Marek zaciekawionym wzrokiem obserwował salę. Wszyscy, łącznie z Ogrodzkim, trzymali
łyżkę w ręku. Chorych, świadomość sama, że za chwilę będą jeść, wprawiła w niespotykane
ożywienie, większość z nich wycierała łyżkę w brudne piżamy, a i wygląd łyżki wywołał u
nich wielkie zainteresowanie – były one obracane i oglądane dosłownie z każdej strony.
Nagle pod drzwiami do sali rozległy się odgłosy głuche i tępe, które przerwały wspomniane
zainteresowanie towarzyszy niedoli Marka Ogrodzkiego.
Mężczyzna niskiego wzrostu, ubrany w spodnie i sweter, a nie piżamę, podawał salowemu
talerze, na których znajdowała się niewielka ilość żywności. Było to : trochę ziemniaków i
śladowe ilości smażonej ryby, plus surówka.
Tym razem uwagę Marka zaintrygował fakt, że osobnik, który przywiózł jedzenie, cierpiał na
nie widziane dotąd u żadnych spotykanych ludzi, drżenie rąk.
Jak to się dzieje, że talerze nie lecą mu z rąk, zastanawiał się Marek.
– Jak tam Bronek, spałeś co dzisiaj? – zapytał salowy numer dwa.
6
Bronek uśmiechnął się, i już miał odpowiedzieć na jego pytanie, gdy z korytarza dobiegł
damski głos.
– Jest na dwójce pan Bronek Pisarczyk? Trzeba koniecznie związać pacjentkę na stronie
żeńskiej.
Pan Bronek, usłyszawszy tą swoistą prośbę, ruszył w stronę drzwi krokiem szybkim i
zdecydowanym.
Chorym ledwo co otrzymawszy jedzenie, które w zupełności skupiło ich uwagę, spokój
przerwał kolejny gość na sali, była to młoda pielęgniarka, która trzymała w rękach coś, co
wyglądem przypominało tacę, na której znajdowała się masa igieł, strzykawka i niezliczona
ilość ampułek.
Marek ledwo radził sobie ze zjedzeniem posiłku, ponieważ stale był w zabezpieczeniu.
Tutejszy personel to skrępowanie górnej części ciała nazywał „szelkami”.
Pielęgniarka, znudzonym głosem rozpoczęła wypowiadać nazwiska pacjentów, którzy kornie
spuszczali spodnie piżam kładąc się na łóżka, i co jest oczywiste, eksponując pośladki. Robili
to ci, których pielęgniarka wywołała z nazwiska, pozostali zajadali się przysmakiem
przygotowanym przez kuchnię szpitalną.
Obraz obnażonych tyłków podczas posiłku, odbierał stopniowo Markowi chęć zjedzenia
obiadu. Na innych, to zdarzenie nie robiło wrażenia, zajadali się z apetytem.
Przyszła kolej wykonania zastrzyku Ogrodzkiemu, który mimowolnie zaczął się wzbraniać.
Pielęgniarka, trzymając w ręku strzykawkę, powiedziała: – To jest proszę pana zalecenie
lekarza, nic pan nie poradzi, proszę się przesunąć na bok. Może salowy ma pasy poluzować?
Salowy, słysząc co mówi pielęgniarka, skinął ręką na Mietka i zbliżył się do łóżka Marka.
Marek, widząc zagrożenie, powoli zrozumiał swoje położenie. Zapytał stłumionym głosem:-
Siostro, jeśli wezmę zastrzyk, będę mógł porozmawiać z lekarzem?
– Powiem mu – odpowiedziała. No, panie Ogrodzki, niech pan nie będzie dziecko, bo
poproszę zaraz Piotrka, i zrobi z panem porządek – powiedziała pokazując na salowego.
– A jaki to problem – przytaknął salowy. Raz dwa sobie z Mietkiem poradzimy – mówił.
Marek zrozumiał, że opór mu nie pomoże, przewrócił się na bok na tyle, na ile pozwoliły
pasy, i opuścił piżamę. Pielęgniarka wbiła całą igłę w pośladek Marka. Zastrzyk był bolesny.
– No i widzi pan, już po wszystkim – mówiła śmiejąc się siostra.
– Ale powie pani lekarzowi, że chcę z nim mówić? – pytał Marek.
– Powiem, powiem, tylko nie wiem , czy do pana jednego zechce przyjść, u nas wizyta lekarza
na sali obserwacyjnej nie jest często, może za parę dni doktor Gardecki do was przyjdzie –
mówiła pielęgniarka.
7
– A po co on ma tak często do was chodzić – wtrącił się do rozmowy salowy Piotrek. – On ma
wasze papiery, jemu to wystarcza by was leczyć – zakończył salowy.
– To nie pozostaje nic, jak czekać – powiedział Marek.
– I widzi pan jak pan po zastrzyku zmądrzał – powiedziała pielęgniarka.
Pielęgniarka powoli opuszczała salę, jedynie pacjent z łóżka przy drzwiach zagadnął ją.
– Dorota, może mnie byś zrobiła zastrzyk, a jeszcze lepiej jakbyś zmierzyła ciśnienie –
dopraszał się pacjent.
– Ty Rysiu, wszystko masz w porządku, odpoczywaj – odpowiedziała.
Salowy zbierał puste talerze, które podawał przez drzwi Bronkowi.
– Co oni dzisiaj tak długo jedli? – pytał Bronek. – Kobiety na żeńskiej stronie nie mogą
doczekać się jedzenia – mówił Pisarczyk.
– Nie wiesz jak to z nimi jest – odpowiadał salowy.
– Bronek, daj mi jeszcze jedną porcję – dopominał się Rysiek.
– Ty to jak byś miał chleb, to byś mi dał ? – pytał Bronek.
– Dałbym ci – odpowiedział Rysiek.
– Ty wszystko dajesz, tylko jak cię siostra odwiedzi, to to co ci da, zaraz zjesz, a papierosy to
masz parę godzin – mówił Bronek.
– Pisarczyk, nie chcesz, to nie dawaj, nie będę cię prosił – zdenerwował się Rysiek.
– Dobra, Białas, dam ci jeszcze jedno danie, a dasz mi papierosa jak twoja siostra przyjedzie?
– pytał Bronek.
– Pewnie, że ci dam – odpowiadał pacjent Białas.
Pisarczyk podał Białasowi znacznie większą porcję od tych, jakie dostali pozostali chorzy.
– Pan to ma fajnie, panie Ryśku, je pan ile pan chce – mówił z głodem w oczach pacjent z
sąsiadującego z Białasem łóżka.
Białas nie odpowiedział, tylko przez długą chwilę patrzył jak zaklęty w talerz z jedzeniem,
nie wykonywał przy tym żadnego ruchu, tylko patrzył na to co otrzymał od Bronka.
– Żresz Rysiek, czy nie! – krzyknął salowy. – Trzeba salę na mokro zrobić po obiedzie –
mówił.
Rysiu nie zareagował kompletnie na to, co powiedział salowy.
8
W dalszym ciągu Ryszard nie zwracał uwagi na ponaglenia salowego – wprost przeciwnie –
podnosił talerz z obiadem w górę, to opuszczał w dół, bez przerwy bacznie obserwując
pokarm znajdujący się przed nim.
– Jajko, kurwa chodź tu! – wrzeszczał Piotrek.
– Tak, panie Michałek, słucham łaskawie szanownego pana – mówił te słowa człowiek o
fizjonomii nastolatka. Był to mężczyzna niski, a nawet śmiało można stwierdzić, że wręcz
mały. Poza wzrostem, drugi fakt, który zwracał uwagę, to okulary z bardzo grubymi szkłami.
Istotną rzeczą było to, że jedno ze szkieł w okularze było całe popękane.
Pewnie widzi tylko na jedno oko, bo przez to spękane szkło pewnie kompletnie nic nie widać
– zastanawiał się Marek.
-Słuchaj Jajko, masz tu, zresztą, widzisz tego papierosa? Dostaniesz go jak umyjesz podłogę
na dwójce – mówił salowy bez przerwy, trzymając w ręce papierosa przy nosie pacjenta
Jajko.
– Jak mam myć, panie Piotrku, kiedy Białas jeszcze nie zaczął jeść i bez przerwy na jedzenie
patrzy? – pytał Jajko.
– Zaraz mu to wywalę, i nie będzie się miał na co gapić – mówił salowy.
– Ja się ciebie Michałek, nie potrzebuję bać – odpowiedział Ryszard.
Jednak groźba utraty jedzenia wywołała zwrot w zachowaniu Ryśka, który majestatycznie i
bardzo wolno konsumował obiad.
W tym czasie pacjent Jajko przeciskał się między niewielkimi szczelinami z wiadrem wody w
jednej ręce, a miotłą i szmatą w drugiej.
– Co ty Jajko wyrabiasz, najpierw zmieć na sucho, matole! – krzyczał Michałek.
– Tak jest, panie Piotrku, już się robi – odpowiedział sprzątający.
W czasie, gdy pacjent sprzątał, salowy Michałek prezentował chorym swoją tężyznę fizyczną.
Polegało to na tym, że wykonywał po kilkanaście pompek, później z pozycji kucznej
podciągał się na ramach od łóżek. Ćwiczenia te nie wyczerpały zbytnio salowego, ponieważ
nagle wstąpił w niego duch pracy, który polegał na tym, że podnosząc łóżka wraz z
pacjentem, uderzał jednym o drugie, co miało ułatwić pracę Jajce, a w jego rozumieniu, miało
przynieść zupełnie inny cel : wywołać lęk u pacjentów przed jego siłą fizyczną.
Tymczasem Marek, próbował nawiązać jakieś znajomości ale jedno co go powstrzymywało
to było natarczywe spojrzenie salowego Piotrka. Deprymowało to Ogrodzkiego. Wzrok
salowego przywoływał w Marku żywe wspomnienie tego co było w jego pamięci, mianowicie
potraktowanie go przez salowego numer jeden – Zenobiusza.
Może po tym salowym będzie ktoś bardziej ludzki, gorzej by było, jeśli zatrudnionych jest
tylko dwóch salowych – martwił się Marek. Ten , jak na razie nie bije, ale ta demonstracja
9
ćwiczeń gimnastycznych, nie rokuje najlepiej – myślał Ogrodzki. Jak tu przetrwać –
zastanawiał się patrząc przed siebie Marek.
– Michałek, daj mnie kaczkę! – tonem rozkazującym zadysponował pacjent Ryszard Białas.
Salowy spojrzał z wyrzutem na Białasa i powiedział przez zęby do pacjenta, który leżał na
łóżku, a przy tym nie był związany, aby dał mu tą kaczkę.
Pacjent wykonał polecenie bez mrugnięcia okiem.
– Od ciebie nie wezmę – odezwał się Białas.
– Rysiu, co ci zależy, pan Piotrek i tak ci nie poda – tłumaczył pacjent, który bez przerwy
trzymał w wyciągniętej ręce, kaczkę.
– Mnie ma to dać salowy – odpowiedział Białas.
– Jak chcesz, to lej w łóżko, potem sobą wysuszysz – odgryzł się salowy.
– Niech ci będzie, daj tą kaczkę – powiedział Ryszard do pacjenta, który z ulgą położył się do
łóżka.
– A od ciebie salowy Michałek, nic nie potrzebuję, nawet papierosa – zakończył spór
Białas.
– Patrzcie go!
I tu salowy musiał przerwać, ponieważ pielęgniarka podeszła pod salę wołając: Piotrek
Michałek, przyjęcie!
Salowy nerwowo poprawił włosy i fartuch, i ruszył w stronę wyjścia. Pielęgniarka zajęła
miejsce salowego, patrzyła beznamiętnie po sali, i widać było, że nie jest zadowolona ze
swego aktualnego położenia.
– Siostro? – zapytał mężczyzna po czterdziestce, o stojących na sztorc, krótko ściętych,
czarnych włosach, podchodząc do drzwi.
– Co chciałeś, Tadziu? – zapytała pielęgniarka, ani przez sekundę nie kierując na niego
wzroku.
– Chciałem iść do ubikacji – odpowiedział.
– Tutaj nie ma ubikacji – odpowiedziała.
Pacjent Tadziu zaczął nerwowo poruszać nogami.
– Proszę siostry, tylko na chwilę wyjdę – prosił.
– Nie pójdziesz Nyczek nigdzie, rozumiesz? Dopóki nie nauczysz się jednego, że w naszym
szpitalu nie ma ubikacji, a jest tylko łazienka – zrozumiałeś, Nyczek?
10
– To co, kochana siostrzyczko, mogę pójść do łazienki? – zapytał pacjent Tadeusz Nyczek.
– Pójdziesz tylko wtedy, jeśli na sali jest kaczka do wylania, i pamiętaj, żebyś ją pod kranem
wypłukał. Ale widzę, że jedna jest pusta, a gdzie jest druga? – rozglądając się pytała
pielęgniarka.
– Ja mam Dorota, ale ci jej nie dam, bo muszę zobaczyć, jakie mi żeście dzisiaj tabletki dali.
I w jednej chwili, pacjent Ryszard Białas wydobył pełną moczu kaczkę spod koca, i począł
pilnie obserwować jej zawartość pod światło i pod różnymi kątami. Następnie przyłożył
pojemnik do ust i wnikliwie wąchał mocz.
– Matko Boska, on to zaraz wypije! – krzyczała pielęgniarka.
– Nyczek, zabierz mu to i natychmiast wylej w ubikacji – zadysponowała siostra Dorota.
Jednak ubikacja – pomyślał Ogrodzki.
Pacjent Ryszard Białas rozstał się z kaczką pełną moczu po długich pertraktacjach z
pacjentem Tadeuszem Nyczkiem. Siostra Dorota, nie miała wpływu na ich długość. Pacjent
Nyczek w końcu wypełnił polecenie.
Ewidentnie poirytowana pielęgniarka nie czuła się dobrze w roli „stróża” sali obserwacyjnej.
Nerwowość jej brała się stąd, że nie wiedziała czy będzie na sali obserwacyjnej jeszcze kilka
minut, czy parę kwadransów. Otuchą natchnął ją pacjent, który powracał z łazienko –
ubikacji, trzymając w obu rękach kaczki.
– Nyczek, nie widziałeś czasem pana Piotrka? – pytała siostra.
– Nie widziałem, siostrzyczko kochana – odpowiedział pacjent.
– Nie wypuściłeś się czasem dalej z tymi kaczkami na oddział? – pytała dalej.
– Siostrzyczko, ja mam swoją robotę, musiałem dokładnie umyć kaczki, zresztą siostrzyczko
kochana, pacjentom z dwójki w ogóle nie wolno dalej chodzić, jak do ubikacji – odpowiedział
Nyczek.
Odpowiedź pacjenta zdenerwowała pielęgniarkę, zaczęła nerwowo dotykać kieszeni fartucha,
drżącymi rękami wyjmowała z jednej kieszeni zapalniczkę, a z drugiej papierosa,
równocześnie zaciągając się dymem, w ciągu paru sekund wróciła do stanu poprzedniego,
czyli takiego w jakim była niemal przez cały czas pobytu na dwójce.
Odruch pielęgniarki Doroty, ożywił Nyczka.
– Siostrzyczko kochana, mogłaby mnie siostra poczęstować papierosem? – prosił Tadeusz.
– Nie ma mowy – odpowiedziała. – Ciekawa jestem Nyczek tylko tego, czy jak się wylałeś, to
czy czasem nie zapomniałeś umyć sobie rąk i twarzy w muszli klozetowej, jak to masz w
zwyczaju robić? – pytała pielęgniarka z uśmiechem na twarzy.
11
– Siostrzyczko kochana, nigdy jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym zapomniał się umyć jak
jestem w łazience – odpowiedział pacjent Nyczek.
– Była chociaż woda spuszczona w kiblu, jak się myłeś? – pytała pielęgniarka.
– Oczywiście, siostrzyczko kochana, jakżeby inaczej – powiedział Nyczek.
– No to jak żeś się już umył, to zapierdalaj do łóżka, bo już się nie mogę na ciebie Tadziu
patrzeć – mówiła Dorota.
– Dobrze, siostrzyczko kochana, już idę ale jakby siostra dała mi chociaż popalić dosłownie ze
dwa dymy, to bym leżał grzeczniutko cały czas – mówiąc to prosił pacjent Tadeusz.
– No to jak obiecujesz, to może… – tu odgłosy z korytarza przerwały wywód Dorocie.
Pielęgniarka zastygła przez chwilę w bezruchu, nasłuchując, co też takiego niesie ze sobą
najbliższa przyszłość.
– Proszę, proszę panowie, cały czas prosto, sala jest po prawej stronie – informował
zaangażowanym głosem salowy Piotr Michałek.
Pielęgniarka, słysząc znajomy głos salowego, zareagowała natychmiast, wstając z krzesła.
Równocześnie zajęła się swoją fryzurą: poprawiała włosy, patrząc z wyczekiwaniem w stronę
coraz to bardziej zbliżających się kroków.
– Ciekawe kogo dzisiaj przywieźli, prawda, siostrzyczko kochana? – pytał nieposłuszny
pacjent Nyczek.
– Masz skurwysynu tego peta i uciekaj spod drzwi – mówiąc to, pielęgniarka Dorota podała
Nyczkowi niemalże w całości wypalonego papierosa.
– Niech Bóg siostrzyczce wynagrodzi, dziękował zaciągając się łapczywie końcówką
papierosa, Nyczek.
– Patrzcie państwo, pan Czajka! – zawołała Dorota, gdy dwóch sanitariuszy w asyście
salowego Michałka i dwóch policjantów idących wzdłuż noszy, znalazło się w zasięgu
wzroku pielęgniarki.
– Widzę Dorota, że rozpoznałaś Czajkę bezbłędnie mimo, że jest w kaftanie i związany
czterema pasami – dziwił się salowy.
Faktycznie, na noszach leżał mężczyzna około trzydziestoletni, jasny blondyn, wyglądający
na wysokiego i normalnie zbudowanego. Był spętany dosłownie z każdej strony, tak jak
zdążył poinformować salowy.
To już musi być większego kalibru świr – myślał Ogrodzki.
– Nyczek, leć po Pisarczyka, powinien być na jedynce – zdecydowała pielęgniarka.
– Po co? Damy se radę, w końcu pięciu nas jest – powiedział salowy.
12
Policjanci z dezaprobatą przyjęli słowa Michałka. Patrzyli wokół siebie ze szczególnym
uwzględnieniem sali nr dwa, stojąc najdalej od wejścia na salę obserwacyjną.
– Przecież tu się panie, mysz nie prześliźnie – powiedział jeden z nich.
– Trzeba jednym słowem wziąć sprawy w swoje ręce- odpowiedział salowy, widząc
zauważalny brak entuzjazmu w twarzach policjantów.
– Mietek pewnie zrobił miejsce Czajce i poszedł na szóstkę. Niech go Nyczek zawoła, no i
bez Bronka też się chyba nie obejdzie – mówił Michałek.
Nyczek ruszył w stronę drzwi.
Tymczasem Czajka zaczął gwałtownie ruszać głową, która była oczywiście nie skrępowana
niczym, co wprawiło policjantów w osłupienie.
– Patrz – mówił jeden do drugiego – on dostał tyle zastrzyków, że ja to byłem pewien, że trzy
dni będzie spał – mówił pierwszy.
– Pewnie na wariatów takich jak on, to już nic nie działa, on chyba pewnie jeszcze jest z tych
gorszych – odpowiedział drugi.
– To co, panowie, próbujemy go przenieść na łóżko – proponował sanitariuszom salowy, gdy
Nyczek wrócił z odsieczą.
Mietek i Bronek stali już przy zwolnionym łóżku, na którym miał zostać położony obywatel
Czajka, obaj trzymali w rękach pasy do krępowania, co tutaj przez personel medyczny było
nazywane zabezpieczeniem.
W tym czasie, sanitariusze z noszami uniesionymi jak najwyżej, czyli jak pozwalały warunki i
oczywiście siła i sprawność fizyczna, rozpoczęli pokonywać ten swoisty labirynt pomiędzy
łóżkami, które wypełniały całą przestrzeń sali obserwacyjnej.
– Wyżej trochę, o dobrze, już go mamy – mówił Michałek.
Gdy tylko Czajka został dostarczony na miejsce, Bronek i Mietek rozpoczęli działanie.
Wprawnymi ruchami unieruchomili pacjenta Czajkę przy pomocy pasów. Salowy Michałek
też nie próżnował, sprawdzał czy chory w jakiś tylko i wyłącznie sobie znany sposób, nie
będzie mógł się wyswobodzić, bo innej możliwości nie było.
– Dobra chłopy, jest solidnie przywiązany, ale wiecie, strzeżonego… Ja mu jeszcze ręce
mocniej zwiążę – mówił z ochotą zabierając się do tej czynności, salowy.
– Piotruś, zrób mi miejsce, lekarz mu zalecił mieszankę – mówiła siostra już przy łóżku
pacjenta, z zastrzykiem w ręku.
– Może go poluzujemy – pytał salowy pielęgniarkę.
– Lepiej nie, Czajkę trzeba znać, wiesz sam dobrze Piotrek, jaki z niego wariat – powiedziała
siostra Dorota.
13
Na skutek ukłucia, Czajka przebudził się, począł nerwowo rozglądać się wokół siebie.
Najpierw grymas zniekształcił mu twarz, lecz po chwili przemienił w uczucie długo
oczekiwanej ulgi.
– Mógłby mi pan dać wody – zwrócił się do salowego Czajka.
– Nyczek, przynieś mu wody – powiedział Michałek.
-Panie salowy, ja pana, panie salowy prosiłem o wodę – domagał się Czajka.
Salowy nie reagował na słowa Czajki. Patrzył przed siebie z kamienną twarzą. Z
premedytacją udawał, że nie słyszy jego próśb, które były ponawiane co jakiś czas, ponieważ
pacjent Nyczek gorliwie wypełnił polecenie Michałka jedynie w pierwszej fazie, czyli
wyjścia z sali obserwacyjnej, powrót nie następował już tak szybko.
– Panie salowy! – wrzasnął Czajka.
– Stul mordę, zaraz dostaniesz swoją wodę – odburknął Michałek.
– Ej ty, debil – zwrócił się salowy do człowieka, który stanął w progu sali.
Był to mężczyzna dobrze po czterdziestce, niskiego wzrostu i tęgiej postury, włosy miał
koloru jasny blond. Dwie rzeczy wyróżniały go oprócz sylwetki, mianowicie to, że trzymał w
ręce coś, co przypominało papierosa, ale tylko to że palił to jak papierosa mogło nasunąć taki
wniosek, bo to coś inaczej nie sposób tego nazwać, miało wygląd rulonu długości około
piętnastu centymetrów. Był to po prostu kawałek zwiniętej gazety, a w niej tytoń z
niedopałków.
Drugi, niemały szczegół, który zwracał uwagę na tego osobnika, to fakt, że jego piżama na
pośladkach była pokryta plamami krwi.
– Wasowski, mówię do ciebie kretynie – powiedział salowy.
– Panie Michałek, słucham pana, pewnie łazienkę albo korytarz zmyć, tak? – pytał Wasowski.
– Z ciebie Wasowski to jest fajny chłopak, ja zawsze mówiłem, że ty Andrzej jesteś tu jednym
z lepszych pacjentów – mówił Michałek.
– To czego mnie pan tak często kopie w dupę? – pytał Andrzej.
– Nie wiesz jak to jest, przeważnie nudno jest, człowiek się nasiedzi na tej dwójce, to w końcu
jakąś rozrywkę musi mieć – wyjaśnił salowy. – Ale słuchaj Andrzej, skocz no, popatrz gdzie
się poniewiera ten Nyczek, miał przynieść wody, a mi nie wolno opuścić sali obserwacyjnej –
zwrócił się Michałek.
– Już idę, panie Piotrku, ale jak go znam, to pewnie się myje w muszli klozetowej, on
umywalki nie uznaje – odparł Wasowski.
– O panie salowy, idzie, i stało się tak jak mówiłem, bo ma lekko mokre włosy – kontynuował
Andrzej.
14
– Nyczku, idioto, ty myślisz, że tobie tak długo wolno przebywać poza salą obserwacyjną!? –
denerwował się salowy Piotrek.
Pacjent Tadeusz Nyczek nie przejął się zbytnio uwagą salowego. Niósł z uśmiechem na
twarzy kubek z wodą, kierując się w stronę łóżka Czajki.
– Proszę Czajka, pij- powiedział przykładając kubek do ust Czajki.
Zbigniew Czajka ociągał się z otwarciem ust. Patrzył bez przerwy na salowego.
– Słuchaj Czajka, albo pijesz albo nie pijesz, bo ja się umyłem i chcę się położyć – tłumaczył
Nyczek.
– Ja wiem Tadziu, że twój czas jest cenny, i nie masz czasu, ale nie piję, bo to wszystko
powinien robić salowy, prawda panie Michałek! – krzyknął pacjent Czajka.
Salowy nie zwracał kompletnie uwagi na słowa pacjenta dopominającego się o swoje prawa.
Siedział na krześle i patrzył w okno, od czasu do czasu sprawdzał stan swoich mięśni, aby się
uspokoić, czy jego ćwiczenia gimnastyczne nie idą na marne.
– Dobra Tadziu, napiję się i od ciebie wody – zdecydował Zbigniew Czajka.
Już otwierał usta, gdy krzyknął: panie Michałek, ja z panem pogadam inaczej jak tylko wyjdę
z pasów!
– To pewnie z rok poczekam – odpowiedział salowy.
Tym razem Czajka nie zareagował. W końcu napił się wody podanej przez Nyczka.
– Wiesz co, Tadziu, ta woda dalej tu kiepska – powiedział , niemalże w tej samej chwili
zasypiając.
Ogrodzki cały czas był zajęty tym co się dzieje na sali numer dwa, i nie zwracał uwagi na
innych ludzi znajdujących się tam, a było ich w końcu razem z Markiem, trzynastu. Uwagę
jego zaprzątnął całkowicie pacjent Zbigniew Czajka i zamieszanie z nim związane.
Gdy tylko przestał uważnie przyglądać się Czajce i salowemu Michałkowi, zauważył, że bez
przerwy patrzy na niego człowiek około siedemdziesięcioletni o przyjaznym spojrzeniu i
solidnej postury, który w pewnym momencie wstał z łóżka i kroki swe skierował w stronę
Marka.
– Braciszku, jak się braciszek nazywa? – zapytał.
– Ogrodzki, Marek Ogrodzki – poprawił się Marek.
– Z daleka braciszek do nas przyjechał ? – pytał dalej.
– Nie bardzo – odpowiedział Marek.
15
– Ja, braciszku Ogrodzki, chciałem wam o czymś bardzo ważnym powiedzieć, można mówić?
– pytał dalej.
– Proszę, niech pan mówi – zaintrygował się Marek.
– Ale braciszku Ogrodzki, na pewno można, zrobicie to o co was proszę? – pytał bezustannie.
Marek był już trochę zdenerwowany tym długim wywodem pełnym próśb, które w żaden
sposób nie pozwalały się domyślić o co temu człowiekowi chodzi.
– Mówcie śmiało dziadku, słucham uważnie – powiedział poufale Marek.
– Ja, braciszku Ogrodzki, mam do was bardzo ważną sprawę. Nazywam się Jan God i byłem
popem – powiedział.
– Poważnie? – ożywił się Marek.
– Jak zrobicie to, o co was proszę, to cały świat wam dam, mięsa, masła, słoniny – mówił pop.
– Nie potrzeba dziadku, to jest zbyteczne, jeśli tylko będę mógł pomóc, to zrobię to na pewno
– zapewnił Ogrodzki.
– Słuchajcie, braciszku, jak wyjdziecie ze szpitala, wiecie, jak was braciszek Gardecki
wypuści, to nie idźcie do pociągu, nie jedźcie do domu, tylko idźcie do Wojska Polskiego i
powiedzcie, że w Iwli stoi 180 dywizji niemieckich, i że one 1 września zaatakują Polskę,
dobrze? – upewniał się pacjent God.
– Niech się pan nie martwi, to było kiedyś, ta wojna już była, chyba pan nie może zapomnieć
o wojnie z 1939 roku – starał się uspokoić Goda Marek.
Rozmówca już tego nie słuchał. Szybko położył się do łóżka i zaczął płakać.
– Proszę nie płakać, na razie nic nie zapowiada początku wojny – starał się uspokoić Goda
Marek.
– Braciszku, ja się bardzo boję Germana – odpowiedział God, płacząc jeszcze bardziej.
– Dziadek God, Hans Hofmann stoi za oknem! – krzyknął z progu sali Mietek.
Reakcja Jana Goda była natychmiastowa, przykrył całą sylwetkę kocem, oprócz płaczu,
można było zauważyć, że co chwilę drży na całym ciele.
– Jasiu, zabij Germana! – krzyknął Mietek po raz drugi.
Pacjent Jan God, powoli wysunął nogi spod koca, w dalszym ciągu drżąc i płacząc.
Mietek był niecierpliwy, ponownie wezwał Goda do wykonania proponowanej czynności
powodując, że God w jednej chwili odrzucił koc i ułożył się w pozycji, w jakiej oddaje się
strzał z karabinu. God wyciągnął lewą rękę tak, jakby trzymał w niej lufę karabinu, natomiast
prawą rękę trzymał na wyobrażalnym spuście.
16
– Jasiu, na co czekasz, strzelaj bo Hans Hofmann ciebie zabije! – mówił podniesionym głosem
Mietek.
Jan God wykonał polecenie. Polegało ono na tym, że starał się jak najwierniej przy pomocy
głosu, imitować wystrzał i lot pocisku. Ręce Goda wykonywały ruchy takie, jak gdyby
trzymał w nich karabin.
– Widzisz Jasiu, już się nie ma czego bać, German zabity – śmiał się razem z salowym
Michałkiem, Mietek.
– Braciszku Mietku, a jak przyjdzie Stolfe, to może by braciszek Mietek go zabił – prosił God.
– Mogę zabić, ale co ja z tego będę miał – mówił rozbawionym do łez głosem, Mietek.
– Braciszku, cały świat wam dam: masła, mięsa, słoniny – odpowiedział Jan
– Ty lepiej ośle, papierosa daj – mówił już poirytowany Mietek.
– Piotrek, nie masz papierosa – zwrócił się do salowego, Mietek.
– Przecież wiesz, że ja nie palę – odpowiedział salowy.
– Już nie mogę tych skrętów palić – kontynuował myśl Mietek.
Pocierając zwilżone policzki, podszedł do Mietka Jan God.
– Braciszku Mietku, ja też nie palę, jak braciszek salowy, ale gdybyście chcieli cały świat, to
wam dam – napraszał się God.
– Zapierdalaj do łóżka Jasiu, bo coś mi się zdaje, że Germany pod Oddział zajechały –
odpowiedział Mietek.
– Boże pomiłujtie, boję się Germana! – krzyknął God, kierując natychmiast swe kroki do
łóżka, przy tym donośnie szlochając.
Jan God położył się do łóżka, przyjmując pozycję jak przed wykonaniem „egzekucji” na
Hansie Hofmannie.
Mietek, niezmiernie rad z dowcipu jaki sobie zafundował i mając go jeszcze w pamięci,
uśmiechał się na widok zachowania Jana Goda, lecz obraz ten już tak nie bawił go jak przed
chwilą. Wyraźnie czegoś było mu brak.
– Jak tam kolego, odpoczywasz – zwrócił się do Ogrodzkiego, przystając przy jego łóżku.
Nim Marek zdążył odpowiedzieć, Mietek mówił dalej: – Ty się nie martw, że teraz jesteś
związany… jak ty masz na imię? – przerwał w połowie zdania.
– Marek – odpowiedział Ogrodzki.
– Ty się nawet nie obejrzysz jak będziesz wiązał wariatów w pasy, i bił ich ile wlezie –
zakończył Mietek.
17
– Mietek, co ty z nim gadasz, on nie ma papierosów, bo i skąd – podniesionym głosem mówił
salowy Michałek. – Ja ciebie Mietek nie rozumiem, ty się zachowujesz jakbyś był tutaj od
wczoraj: przejdź się po salach, zrób im rewizję to prędzej czy później, jakieś papierosy
znajdziesz – radził salowy Piotr.
– Piotruś, spróbować można, ale chyba nie muszę ci mówić, co to wariat, chowają cygary w
takie miejsca, że nijak się domyślić gdzie są – informował Mietek.
Nagle Mietek zaczął nerwowo mrugać w stronę salowego, który chyba zrozumiał ten szyfr,
bo szybko podniósł się z krzesła, przybrał bardziej oficjalną pozę, i kompletnie nie zwracał
uwagi na szybko oddalającego się Mietka.
Ogrodzki, widząc tą niemą scenę rozgrywającą się między salowym a Mietkiem, patrzył z
wyczekiwaniem na drzwi. Nie czekał długo. Próg sali przekroczyła mocnej budowy
pielęgniarka. Była to kobieta, która już dawno przekroczyła pięćdziesiąty rok życia, w
każdym jej ruchu była zauważalna niezwykła pewność siebie jak i wspaniałe samopoczucie,
które powodowało wrażenie, że osoba ta czuje się doskonale.
– Widzę, że dobrze pan pracuje: cisza, spokój, dobrze byłoby panie Piotrku, utrzymać tak do
końca zmiany – mówiła pielęgniarka do salowego.
– Będę się starał, proszę pani – powiedział salowy.
Po tych słowach, zarumienił się jak uczniak.
– Jakóbczyk, ja do ciebie. Widzę że już z tobą lepiej. Zastrzyki przyjmujesz, ani się obejrzysz,
a będziesz zdrów – mówiła stojąc przy łóżku najbliższego sąsiada Ogrodzkiego.
Jakóbczyk, był to człowiek około czterdziestoletni, średniego wzrostu, blondyn, z fryzurą,
która od razu zdradzała fakt, że u zawodowego fryzjera to on nie był długi czas.
– No jak tam Jakóbczyk, obróć się, śpisz tak cały dzień, czy raczej pewnie udajesz –
zgadywała pielęgniarka.
Ogrodzki patrzył cały czas a to na pielęgniarkę, a to na Jakóbczyka. Intrygowało go to, że jak
na razie, takiego zainteresowania ze strony średniego personelu medycznego, podczas jego
dotychczasowego pobytu, nie zaznał żaden pacjent z sali nr dwa.
Po chwili, salowy wręczył siostrze dużą torbę plastikową, pełną żywności, od czekolad po
ciastka i banany.
– Dziękuję ci Piotruś, że mi tą siatkę podałeś, tak mnie głowa boli, że bym jej tu nie doniosła,
z magazynu na dwójkę – mówiła kobieta.
– Nic takiego, siostro oddziałowa, Bogusia ją podała, bo wiadomo, że w zakresie moich
obowiązków jest warunek: nie opuszczać „dwójki” – informował Michałek.
– Ja prosiłam Bogusię, że jak wyda papier toaletowy po salach, to żeby z łaski swojej podała
to jedzenie, które zostawiła siostra Jakóbczyka dla niego – tu mówiąc, skinęła głową w stronę
18
Jakóbczyka. – Jakóbczyk, obróć się do mnie, ty myślisz, że ja mam tak czas stać przy twoim
łóżku! – podniesionym głosem mówiła siostra oddziałowa.
Jakóbczyk kompletnie nie zwracał uwagi na słowa pielęgniarki, leżał przez cały czas w
bezruchu, wpatrywał się w podłogę, i nie wykazywał najmniejszego zainteresowania tym co
mogła podać jemu jego rodzona siostra.
Siostra oddziałowa skapitulowała, ruszyła w miejsce gdzie znajdowała się głowa pacjenta.
Zaistniał tu pewien problem, którego nie przewidziała: torba nie mieściła się w przejściu
pomiędzy łóżkami. Zdenerwowana tym faktem, wyszarpała torbę, i rzuciła ją ze złością na
leżące na łóżku, nogi pacjenta.
Rozsypanie się żywności na łóżko i podłogę, nie wpłynęło na zachowanie się Jakóbczyka,
który od dłuższego czasu był w orbicie zainteresowań siostry oddziałowej.
– Do cholery jasnej, Jakóbczyk rusz się, przecież nie masz zabezpieczenia, na co czekasz,
zbieraj to co się wysypało! – krzyczała na całe gardło siostra oddziałowa.
Pacjent na słowa siostry nie ruszył nawet palcem, nie zmienił pozycji, tyle tylko, że odmienił
mu się trochę widziany przez niego obraz: już nie widział pustej podłogi, a mógł oglądać coś
więcej, a to tabliczkę czekolady, a to pojedyncze cukierki i inne produkty, które tak
niefortunnie wypadły z torby.
Na ratunek siostrze oddziałowej pospieszył salowy, który z dużym zaangażowaniem zbierał z
podłogi prowianty.
– Pan, panie Piotrku, jest złoty chłopak, że też się pan jeszcze nie ożenił, ale jak tak dalej będą
na pana patrzeć młode pielęgniarki, to na pewno to się zmieni, ja już to wiem – mówiła siostra
oddziałowa.
Pan Piotrek, oblany rumieńcem, upychał wszystko z powrotem do torby, i widać było, że chce
to zrobić jak najprędzej. Gdy się już z tym uporał, wrócił bez słowa na zajmowane miejsce.
– Proszę Jakóbczyk jeść, masz zjeść ile dasz radę, oczywiście wiem, że wszystkiego nie zjesz,
ale reszty to ja ci nie zostawię, bo zaraz wszystko rozdasz – mówiła siostra.
Zaproszenie siostry oddziałowej nie robiło w dalszym ciągu wrażenia na pacjencie
Jakóbczyku.
– Co ty się Jakóbczyk wstydzisz, że nie jesz? – martwiła się pielęgniarka.
Zainteresowany tkwił niewzruszony, sprawiał cały czas wrażenie nieobecnego.
– No to jak tak, to dobrze. Proszę, tu jest jedzenie, które zostawiła twoja siostra – powiedziała
i poczęła wykładać na łóżku chorego zebrane w siatce pożywienie. – To ja idę porozmawiać z
panem Piotrkiem, a ty nie krępuj się, przestań gapić się w podłogę, nie pozostaje ci nic innego
drogi Jakóbczyk, jak jeść – kończyła siostra oddziałowa monolog urywanymi zdaniami.
19
– To widzę, że pan, panie Piotrku panuje tu nad sytuacją na obserwacyjnej – stwierdziła.
– Dużo pomocne były wskazówki ojca, tyle lat tu pracował, no i oczywiście też i człowiek
sam się stara – odpowiedział salowy.
– To był najlepszy salowy, pana tatuś, u niego był porządek na dwójce, czy to męskiej, czy
żeńskiej, zresztą – panie Piotrku – pana też tylko chwalić. – Aha, byłabym zapomniała, jak tu
szłam, to przywieźli nowego pacjenta, jakiś narkoman, to wiadomo że nie było po co pana
prosić, bo wiadomo, że w stosunku do nich jest zupełnie inne leczenie, jak i traktowanie.
Gdzieś mu dzisiaj cała szczęka zesztywniała i się wystraszył, i matka postanowiła go do nas
przywieźć. Co to teraz ta młodzież wyrabia, ale jak jej się dziwić, skoro o pracę tak trudno, a
ja wiem z doświadczenia, że chłop jak się w ciągu dnia nie napracuje, to mu się same głupoty
głowy trzymają – mówiła nie przerywając pielęgniarka.
– Święte słowa, proszę pani – przytaknął salowy.
– Zagadałam się cholera, idę zobaczyć co z Jakóbczykiem – powiedziała.
Siostra oddziałowa podchodząc do łóżka sąsiada Ogrodzkiego, patrzyła z zainteresowaniem,
czy w jego zachowaniu nastąpiła jakaś zmiana, i czy przede wszystkim coś zjadł. Patrząc
miała nadzieję, że chory na coś z wypchanej torby się skusi.
Srogie rozczarowanie spotkało siostrę oddziałową – wszystko znajdowało się w tym samym
miejscu. Chory nawet się nie poruszył. Dalej patrzył w podłogę, leżał w identyczny sposób
jak go siostra oddziałowa zastała gdy odwiedziła go z podarunkiem od rodziny.
– Pięknie Jakóbczyk, pięknie, ja tu widzę, że nie ma u ciebie żadnej poprawy. No to jak tak
dalej pójdzie z tobą, to nie mam wyjścia, porozmawiam z lekarzem, i niestety będziesz miał
dużo więcej zastrzyków – mówiła podniesionym głosem zdenerwowana pielęgniarka.
– A pan co się tak gapi jak głupi – z nieukrywaną złością w głosie, zwróciła się do
Ogrodzkiego.
– Mądry to ja na pewno nie jestem, skoro tu jestem – odpowiedział Marek.
– Na pana to już był raport, jak chce pan wiedzieć – powiedziała.
– Nic na to nie poradzę – odpowiedział.
– Dobrze już, dobrze, pan tak przywiązany cały czas? – pytała.
– Jak pani widzi – powiedział.
– Odkąd pan u nas jest, puszczał ktoś pana? – pytała pielęgniarka.
– Nie miałem tego szczęścia – odpowiedział Marek.
– Panie Piotrku, można pana prosić – zawołała oddziałowa.
– Oczywiście, proszę bardzo – idąc mówił salowy.
20
– Niech go pan na chwilę odwiąże i puści do łazienki, chyba że nie ma takiej potrzeby, co… –
mówiła siostra.
– Jest, jest – odpowiedział Marek.
– Niech się pan cieszy, że idzie pan do łazienki, bo znowu przepadł basen, gdyby nie to, to nie
byłoby mowy – mówiła uśmiechając się pielęgniarka.
Salowy wprawnymi ruchami i w sposób błyskawiczny uwolnił Marka. Po odwiązaniu pasów,
Marek pierwszą czynnością jaką wykonał, było zgięcie nóg w kolanach i ponowne ich
rozprostowanie. Natychmiast poczuł się lepiej, ale nie wstawał bo po prostu było to
niemożliwe, ponieważ ta nieznaczna przestrzeń dzieląca łóżka, była wypełniona postacią
salowego.
– Panie Piotrku, proszę z pacjentem nie iść, bo to jak pan wie, jest wbrew przepisom, ja z nim
pójdę – powiedziała oddziałowa.
– Idziemy – powiedziała do Marka.
Pan Piotrek, oczywiście, był już na swoim miejscu.
– Co pan taki chudy, jak się pan nazywa? – mówiła pytając pielęgniarka.
– Ogrodzki – odpowiedział.
– Byłabym zapomniała – powiedziała i energicznym ruchem wzięła torbę z żywnością dla
Jakóbczyka.
– Masz tu chociaż paczkę herbatników, bo na więcej nie zasługujesz – powiedziała kładąc
małą paczkę ciastek na brzegu łóżka obdarowanego.
Ogrodzki wyszedł na korytarz wraz z siostrą oddziałową. Spacer nie trwał długo, pielęgniarka
zapukała do drzwi znajdujących się w najbliższej odległości od sali obserwacyjnej.
– Panie Pisarczyk, można pana na chwilę prosić – mówiła przez uchylone drzwi do
niewielkiej sali.
– Już idę – odpowiedział głos z pomieszczenia.
Przez chwilę oczekiwania na pana Pisarczyka, siostra oddziałowa wnikliwie przyglądała się
Markowi.
– Pan tu u nas pierwszy raz? – zapytała.
– Tak, pierwszy. I mam nadzieję, że ostatni – odpowiedział Ogrodzki.
– Każdy, co tu przyjdzie pierwszy raz – tak mówi, potem różnie z tym bywa – odpowiedziała.
– O jest pan już, panie Bronku. Niech mu pan w łazience wytłumaczy, że u nas niedobrze jest,
tak szybko do raportu trafić – powiedziała oddziałowa odchodząc.
21
– Grzecznym trzeba być, kolego – pouczał pan Bronek. Tutaj, pyskowaniem nic nie
osiągniesz, a już lepiej to na pewno nie będziesz miał. – O tu, w tych drzwiach jest łazienka,
tylko szybko to załatwiaj i ciesz się, że siostra oddziałowa pozwoliła ci wyjść z dwójki, i
jeszcze jedno: nic w łazience nie kombinuj, bo w oknie są kraty… Albo dobra, wejdę z tobą.
Nawet nie zauważyłem, że mam brudną rękę, a cholera wie co ci do łba strzeli – mówiąc to
wprowadził Ogrodzkiego do łazienki.
Pan Bronek zajął się myciem rąk, a Marek pierwszy raz od przyjazdu widział inne
pomieszczenie od sali obserwacyjnej, nie licząc wprowadzenia na dwójkę przez salowego
Zenobiusza.
Marek zajął jedną z dwóch kabin, a i tak ten wybór mijał się z celem, bo jedna z dwóch kabin
była zabita gwoździem. Ogrodzki nie spieszył się. Już sam fakt, że jest w zamkniętym
pomieszczeniu bez towarzyszy niedoli, z każdą minutą poprawiał jego samopoczucie.
– Ty wyłaź, ja już papierosa kończę palić, a ty siedzisz i siedzisz – niecierpliwił się Bronek.
Marek z żalem opuszczał miejsce swego azylu, którym niestety okazał się mocno zabrudzony
klozet.
– Czegoś wody nie spuścił? Na takie siedzenie to chyba wypada za sobą porządek zrobić –
ganił Bronek.
Marek nie miał potrzeby spuszczenia wody, ponieważ nie korzystał z dobrodziejstwa tego
miejsca. Propozycja siostry oddziałowej była dla niego tak kusząca, że nie odczuwając
potrzeby fizjologicznej, przystał na niewyszukaną ofertę z ochotą.
Ogrodzki szybkim ruchem uruchomił spłuczkę i ruszył do wyjścia z Pisarczykiem.
Wychodząc z łazienki, wraz z Pisarczykiem, Marek zauważył, że w drzwiach oddziału stoi
młody chłopak o bujnej ciemnej czuprynie, który czule się żegna ze starszą kobietą. Obok tej
dwójki stała pielęgniarka.
– Bronek, posadź Ogrodzkiego przy dwójce, jest nowe przyjęcie, niby narkoman, ale sam
wiesz, nie wiadomo jak zareaguje na widok sali – zdecydował Michałek.
Tymczasem chłopak w towarzystwie pielęgniarki przemierzał korytarz, idąc palił papierosa,
który w wyraźny sposób dodawał mu odwagi.
Na widok Ogrodzkiego, uśmiechnął się i przechodząc próg sali obserwacyjnej, rzucił do
puszki po konserwie rybnej zapalonego, niemal całego papierosa, uśmiechając się po raz
drugi do Marka.
Ogrodzki nie wahał się już ani sekundy. Wyciągnął papierosa z popielniczko-puszki, i drżącą
ręką z niemałymi kłopotami wsadził papierosa w usta. Głód nikotynowy, uśpiony zdarzeniami
z pobytu w szpitalu, odezwał się ze zdwojoną siłą. Najważniejszy był papieros, nic innego
ważniejszego na świecie dla Marka w obecnej chwili nie istniało. Niestety, dla Ogrodzkiego
papieros wyrzucony przez narkomana palił się stanowczo za szybko. Niedopałek parzył
22
Marka w palce, a głód nikotynowy został spotęgowany w taki sposób, że za drugiego
papierosa Ogrodzki był gotów zrobić wszystko.
– Bronek popatrz, ja o tym Ogrodzkim zapomniałem, dopiero jak zobaczyłem puste łóżko, to
sobie o nim przypomniałem – mówiąc to salowy wyszedł na hol przed salę. – Widzę, że ci się
spodobało siedzieć na korytarzu Ogrodzki, ale tak dobrze to u nas nie ma, wracaj na salę –
rozkazał Michałek.
Marek grzecznie wrócił do łóżka.
Nowy pacjent, narkoman, starał się nie zwracać uwagi na Ogrodzkiego. Rozglądał się wokół
siebie i po wyrazie jego twarzy widać było, że ten kilkuminutowy pobyt na sali
obserwacyjnej, nie wpłynął budująco na jego samopoczucie.
Marek leżał cicho, przykryty kocem. Przestał już myśleć o papierosie, teraz jego marzeniem
było to, że być może salowy Michałek zapomni go związać pasami. Cały czas powtarzał w
myśli : „ udawaj, że cię tu nie ma „.
Salowy Piotrek cały czas był zajęty rozmową z Bronisławem Pisarczykiem.
– To mówisz Bronek, że już tydzień minął jak Kazikowi skończyła się przepustka – dociekał
Piotrek.
– Ja to się o niego nie martwię, po mojemu, prędzej czy później go Policja przywiezie –
odpowiedział Pisarczyk.
– On tu jest bardzo pożyteczny, a że wariat po wódce, to już druga sprawa, całe szczęście, że
w szpitalu nie pije – mówił salowy.
– Myślisz, że on by se i tu nie poradził? – Piłby i tu, gdyby się doktora nie bał, nie wiesz
Piotrek jak jest na odwykówce, kto ma ten pije, to i dla Kazika by się znalazło – wyjaśniał
Bronek.
– Patrz Bronek jaki „kowboj nocny” grzeczny – powiedział salowy wskazując palcem prosto
na Ogrodzkiego. – Co ty frajerze myślałeś, że ja o zaleceniu lekarza zapomniałem – mówił
salowy.
Trwało dosłownie kilkanaście sekund gdy Ogrodzki na nowo był związany, i to nawet
mocniej niż za pierwszym razem.
„Faktycznie, zna swój fach, sądząc po wprawie z jaką mnie związał”, myślał Marek.
– Bronek włącz telewizor, już muszę od tych mord odpocząć, bo za długo się na nich patrzeć
nie da – zadysponował Michałek.
Po kilku minutach rozległ się głos z telewizora, który stał w głębi korytarza. Ogrodzki
zauważył go gdy palił papierosa, ale był pewien, że ten stary czarno-biały odbiornik nie jest w
stanie już normalnie funkcjonować, a jest w tym miejscu tylko po to aby zapełnić kąt.
23
Salowy Piotrek postawił krzesło w progu do sali obserwacyjnej, twarz kierując w stronę
końca korytarza, gdzie był usytuowany wspomniany telewizor.
Nagle sala chorych przestała go zupełnie interesować, nie obejrzał się ani razu, był całkowicie
pochłonięty ekranem telewizora.
Ten okazany brak zainteresowania w stosunku do chorych, po raz pierwszy od dobrych kilku
godzin, zmienił zupełnie zachowanie pacjenta Jakóbczyka – nie był już biernym
obserwatorem podłogi – pierwszą czynnością jaką wykonał, było rozerwanie opakowania z
herbatników pozostawionych przez siostrę oddziałową.
Po otwarciu ciastek, Jakóbczyk rozpoczął spożywanie ich, leżąc jednak w dalszym ciągu w tej
samej pozycji, w jakiej go pozostawiła zniechęcona do niego z powodu uporu jego w braku
zainteresowania jakież to produkty podała jego siostra, siostra oddziałowa, która chciała go
tak hojnie obdarować, w imieniu rodzonej siostry.
Jakóbczyk widząc, że salowy kompletnie nie zwraca uwagi na dwójkę, czyli salę
obserwacyjną, nie odwracając się, dotknął ręką Ogrodzkiego. Marek spojrzał na sąsiada i
zauważył, że między palcami trzyma on jedno ciastko.
– Nie, naprawdę dziękuję – odpowiedział Marek.
– Bierz kolego, bardzo proszę – powiedział odwracając się, Jakóbczyk.
– Bardzo dziękuję, ale nie ma ich pan wiele – tłumaczył Marek.
– Pan to pewnie i z litr wódki dziennie może wypić, bo więcej pewnie nie – powiedział
Jakóbczyk.
– Więcej pewnie nie – odpowiedział Marek, biorąc ciastko.
Po tej wymianie zdań między Jakóbczykiem i Ogrodzkim, ożywił się świeżo przybyły
narkoman.
– Ty – zwrócił się do Marka. – Nie wiesz czasem, czy tu zawsze jest tak przejebane? – pytał
Ogrodzkiego.
– Pewnie tak, ale sam dokładnie nie wiem, bo sam tu jestem pierwszy dzień – odpowiedział.
– Kolego, z daleka jesteś czy z bliska? – nacierał narkoman.
– Raczej z bliska, ale jakie to ma znaczenie dla ciebie? – zainteresował się Ogrodzki.
– Bo wiesz, chciałem wiedzieć jak w twoich stronach wygląda możliwość kupienia słomy
makowej? – pytał narkoman.
– Po jaką cholerę żeś się tu wepchał, jak myślisz dalej ćpać? – pytał Marek.
24
– Myślisz że wiedziałem, że tu taki syf, a poza tym szczęka mi cała zesztywniała dzisiaj rano,
ale jakoś mi teraz przeszło – tłumaczył narkoman.
– To z jednego już cię wyleczyli – mówił śmiejąc się Marek.
– Ty, nie bądź taki cwany, lepiej powiedz skąd konkretnie jesteś? – pytał narkoman.
– Odpowiem ci inaczej – powiedział Marek. – Dobrze znam Janka Tkaczyka, muszę ci teraz
mówić gdzie mieszkam czy to nazwisko wystarczy? – pytał Marek.
– Matko Boska, ty „króla” znasz? – dziwił się narkoman. – Jezus Maria, co ja bym dał żebym
się z „królem” dobrze znał, Boże, przecież to jest najstarszy narkoman na tym terenie –
entuzjazmował się rozmówca Ogrodzkiego.
– Nie rozumiem co w nim takiego intrygującego, przecież to wrak człowieka – dziwił się
Marek.
– Nie znasz się kolego na tych sprawach, powiem ci tylko tyle, że wszyscy okoliczni
narkomani mogą nie mieć „towaru”, a „król” zawsze ma, i dlatego warto się z nim znać,
zrozumiałeś teraz? – pytał wyjaśniając narkoman.
– Ja ci też odpowiem w podobny sposób: Tkaczykowi daję jeszcze rok życia sądząc po jego
wyglądzie, ma niewiele ponad trzydzieści lat, a fizjonomię starca. – Jednego tylko nie
rozumiem, jak z tym twoim „królem” wytrzymuje jego matka, przecież on od rana do
wieczora produkuje narkotyki, to musi to robić w obecności matki, chyba że stara mieszka w
kuchni a pokój jemu udostępniła, bo mieszkanie to oni mają skromne i zarazem ciasne,
zresztą, nie chce mi się już więcej tak długo o nim mówić, strata czasu nawet tutaj –
zakończył Marek.
Przysłuchując się rozmowie, jaką wiódł Marek z narkomanem, Jakóbczyk który chcąc nie
chcąc, musiał jej wysłuchać, po raz drugi zmienił pozycję na łóżku. Patrząc prosto w oczy
Markowi, powiedział: – Pan to mnie zaczarował co najmniej na miesiąc. I powrócił do stanu
poprzedniego, jeśli chodzi o ułożenie jego sylwetki na łóżku.
– Wolę sto razy narkotyki jak wódkę, a po tobie to widać od razu, że lubisz alkohol – dążył do
zakończenia sporu, narkoman.
– Słuchaj, z takim nabożeństwem jak ty traktujesz człowieka, który nie jest wart głębszego
zastanowienia, bo powinno się tak myśleć o wybitnych umysłach tego świata sztuki czy
nauki, a twój idol nie jest przy nich „puchem marnym”, a i to chyba jest za wysoka ocena
twojego „króla – odgryzł się Ogrodzki.
Spór zakończył łoskot wózka z kolacją, którą wydawałoby się, pewną ręką przywiózł pan
Bronek. Salowy Michałek też się ożywił, bo chyba dawka programu telewizyjnego wpłynęła
na niego nużąco, czy być może znużenie to wywołała jego „ciężka praca”, a zmiana wszakże
się kończyła.
– Co Bronek, jajka dzisiaj na kolację? – zapytał Piotrek.
25
– Jajka, jajka – odpowiedział Bronek, który podawał mocno trzęsącymi się rękami herbatę w
metalowych kubkach, wypełnionych cieczą tylko do połowy, i pewnie to powodowało sukces
Pisarczyka, że rozlewał co trzeci.
Towarzystwo z sali obserwacyjnej zajadało się dwoma kromkami chleba położonymi jedna na
drugą, z tym że tylko jedna była posmarowana margaryną, a do tego każdemu na głowę
przypadało jedno jajko.
Markowi również i dzień kończył się nieciekawie pomimo jego zadowolenia, że wypalił
niemal całego papierosa, którym obdarował go narkoman. Miał na wieczór problem,
ponieważ jego jajko ugotowane na twardo nie dość, że było niestarannie obrane, ale po
uporaniu się z tym stwierdził jeszcze jeden przykry fakt, mianowicie to, że w dwóch
miejscach na jajku widniały dwa ślady doskonale odbitych brudnych palców osoby, która w
sposób niedokładny oczyściła jajko ze skorupy.
Nie zrażony trudem, zjadł z apetytem kolację i począł smakować herbatę, która oczywiście w
równie dalekim stopniu odbiegała od normy.
Podczas jedzenia posiłku, Bronek Pisarczyk dwa razy wchodził na salę z papierosem w ustach
i wołał: – Prędzej to jedzcie, kubki potrzebne na żeńską stronę!
Pewnie zawitałby z tym samym zawołaniem i trzeci raz, gdyby nie wizyta pielęgniarki, która
tak jak podczas obiadu, wniosła na tacy niezliczoną ilość igieł i parę strzykawek, nie licząc
ampułek z zastrzykami.
Marek skończył jeść i pić, gdy niemalże w tej samej sekundzie wyrwał mu z ręki kubek z
resztkami herbaty Pisarczyk, który nie ukrywał swojego rozgniewania ze względu na długość
spożywania kolacji przez pacjentów dwójki.
Ogrodzkiemu nie pozostawało nic, jak obserwować pielęgniarkę, która zaczęła odczytywać
pacjentów po nazwisku, co łączyło się z tym, że po odczytaniu trzeba natychmiast opuszczać
piżamę w dół i ułożyć się tak aby pielęgniarce czynność robienia zastrzyku zabierała jak
najmniej czasu.
– Siostro Mucha, może Piotrek iść do kuchenki zjeść kolację? – pytał Pisarczyk.
– Nie, nie może, ja salowego muszę mieć na sali jak wykonuję zabiegi pacjentom –
odpowiedziała siostra Mucha. – Panie Bronku, pan dobrze wie kto to jest Czajka, pan widzi
że śpi, do zastrzyku muszę go zbudzić, a ja wiem co on po przebudzeniu zacznie wyrabiać –
tłumaczyła siostra Mucha.
– To może ja Czajkę obudzę – powiedział Pisarczyk i udał się w kierunku łóżka obiektu
rozmowy. – Widzę, że chleb i jajko nie ruszone, śpi skurczybyk, trzeba to zabrać, czas kolacji
minął – powiedział w kierunku Muchy, Bronek.
Marek obserwował pielęgniarkę, która odmierzała z ampułki do strzykawki płyn. Jedno, co
zastanowiło Ogrodzkiego to fakt, że każdy miał identyczną „porcję” zastrzyku – dotyczyło to
wszystkich pacjentów – a było ich kilku, których zdążył zaobserwować.
26
Siostra Mucha szybko uwijała się. Praca, którą wykonywała nie stanowiła dla niej problemu,
jedyny aspekt, który mógł zakłócić rytm jej pracy, to biadolenie pacjentów, że zastrzyk
bardzo bolał. Na te uwagi pielęgniarka odpowiadała ironicznym uśmiechem, a w najlepszym
układzie – zbywała milczeniem.
– Ogrodzki! – zawołała Mucha.
Na dźwięk nazwiska „Ogrodzki”, podniósł się z krzesła salowy, a za nim podążył Pisarczyk.
Podeszli do łóżka Marka.
Siostra, też idąc w jego kierunku, zatrzymała się wpół drogi, cały czas patrzyła w kąt sali,
śmiejąc się na całe gardło. Była to kobieta tęga, a jej głośny śmiech powodował u niej takie
zachowanie ciała, że im głośniej się śmiała, tym bardziej trząsł się jej brzuch.
Pisarczyk i Michałek wtórowali pielęgniarce, śmiejąc się na równi z nią. Być może jej
skaczący brzuch bawił ich na równi z tym, z czego tak beztrosko radowała się Mucha.
Ogrodzki przez sekundę myślał, że to on wprawił w takie rozbawienie pielęgniarkę, salowego
i obywatela o niewiadomym statusie – Bronisława Pisarczyka.
Prawda okazała się inna. Otóż pacjent Tadeusz Nyczek położył się tak płasko na łóżku i
przykrył kocem, co sprawiało wrażenie, że miejsce jest zupełnie puste, każdy przechodzący
obok łóżka Nyczka stwierdziłby, że nikt tu nie leży.
– Tadziu, zaraz cię kochanie odwiedzę! – zawołała Mucha.
Na te słowa plan Nyczka runął. Koc zaczął ruszać się na całej powierzchni.
– No dobra, Ogrodzki ściągaj piżamę, sam widzisz jak Tadziu na zastrzyk nie może się
doczekać – powiedziała pielęgniarka.
Marek tak zainteresował się fortelem Nyczka, że niemal zapomniał, że to on teraz zostanie
poddany „troskliwej opiece” siostry Muchy. Tym razem już wiedział, że musi wykonywać to
co każe personel szpitalny. Spojrzenia pielęgniarki i salowego wraz z Pisarczykiem mówiły
jedno: będziesz się opierał, załatwimy cię. Mimo to, Marek leżał w bezruchu.
– Panie Ogrodzki, niech pan nie utrudnia, ten zastrzyk, który panu na pewno zrobię, to jest
zalecenie lekarza i nie ma zmiłuj się – powiedziała zniecierpliwiona Mucha.
– Proszę mnie zrozumieć, ja nie mam pojęcia, za sprawą jakich ludzi ja się tu znalazłem –
tłumaczył Marek.
– Mnie to nie obchodzi, ja muszę wykonać swoją robotę, i niech pan nie wydziwia, lekarz
pana widział, zalecił leczenie, i my tu panu nie zaszkodzimy, proszę opuścić piżamę – mówiła
Mucha.
– Ty, stary! – krzyknął salowy.
27
– Już dobrze, dobrze panie Piotrku, widzi pan, że opuszcza piżamę, on będzie niedługo
najbardziej posłusznym pacjentem – mówiła przerywając salowemu, Mucha.
Siostra chyba potraktowała Ogrodzkiego lepiej od innych pacjentów, bo zastrzyk go bolał
mniej niż zwykle.
– No to teraz Tadziu, moja niespełniona miłość – mówiła przygotowując zastrzyk,
pielęgniarka.
Nyczek wyczuł zbliżające się niebezpieczeństwo, spod koca zaczęły dobiegać głosy :
Mamusiu ratuj! Najświętsza Panienko ratuj!
Mucha bardzo szybko ściągnęła z niego koc i dolne odzienie, i z dużą wprawą wbiła igłę w
pośladek. Nyczek przestał wołać.
– Widzisz Tadziu, już po wszystkim, i po co to całe zamieszanie – łagodnym głosem
powiedziała siostra. – To budźcie panowie Czajkę, żeby tylko dał sobie zrobić ten zastrzyk –
martwiła się pielęgniarka.
– Czajka, wstawaj! – zawołał salowy.
– Jak mam wstać. Odwiążcie mnie to na pewno wstanę – odpowiedział szeptem Czajka.
– To ty nie śpisz? – dziwił się Michałek.
– Śpię ile chcę – odpowiedział.
– W porządku, twoja sprawa, słuchaj, ja ci poluzuję pasy pod jednym warunkiem, że bez
gadania weźmiesz zastrzyk – zaproponował Piotrek.
– Nie ma sprawy, panie Michałek, ale po co je tylko luzować, przecież można je całkiem zdjąć
– odpowiedział.
– Ty się Czajka nigdy nie zmienisz, zrozum: o zdjęciu pasów decyduje doktor Gardecki –
wyjaśnił salowy.
– Ten ślepiec?! – odpowiedział ze złością Czajka.
– Czajka, tego już za wiele! – wtrąciła się do rozmowy siostra Mucha.
– To siostra Mucha robi dzisiaj zastrzyki? – Pani w całym szpitalu robi je najgorzej, od pani
nie przyjmę – powiedział coraz bardziej zdenerwowany Czajka.
– Ty Czajka to masz szczęście, że Kazik nie wraca z przepustki, on by tu z tobą zrobił zaraz
porządek – odpowiedziała.
– Ja się Wojnowskiego nie boję i nie będę bał – odpowiedział.
– Tak mówisz, bo się dowiedziałeś, że go nie ma – powiedziała pielęgniarka.
– Skoro nie ma Kazika, to my sobie we dwóch nie damy z nim rady – pytał Pisarczyk.
28
– Czajka, skarbie drogi, postaram się zrobić zastrzyk bezboleśnie, obiecuję, przecież wiesz
doskonale, że cały czas nie będziesz ich brał, pierwszy raz u nas nie jesteś – tłumaczyła
Mucha.
– To co, luzować pasy, dasz sobie zrobić zastrzyk? – pytał salowy.
– Szkoda Piotrek, że skurczybyk nie pali, za papierosa zrobiłby wszystko a tu rzadko który
ma, zresztą sam bym mu dał papierosa gdyby palił – mówił szeptem Bronek do salowego.
– Czajka, ja ci raz powiedziałam, że cię nie będzie boleć, drugi raz nie będę powtarzać,
napiszę na ciebie raport i z pasów nie wyjdziesz – powiedziała pielęgniarka Mucha.
– Dobrze siostro, zgadzam się, ale mam prośbę: żebym nie był cały czas tak na płasko
związany – prosił pacjent Czajka.
– Poluzujcie mu te pasy, zróbcie jak chce, bo mi już cierpliwości zostało niewiele – rozkazała
pielęgniarka.
Salowy z Pisarczykiem wykonali polecenie siostry. Czajka oparł się o ramę łóżka rozglądając
się po sali, po chwili zawołał : Tadziu, ja ci mówię, ty go kiedy urwiesz, słowo daję, urwiesz!
– Ty świnio pieprzona, jak on może takie rzeczy robić , ten Nyczek to już za grosz wstydu nie
ma, masturbować się przy wszystkich! – wołała Mucha.
– Ja to już mu nieraz za to w pysk dałem, ale nie pomogło – mówił salowy.
– Teraz to ja popatrzę do końca, o zastrzyku nie ma mowy – powiedział roześmiany Czajka.
– Macie go, jeszcze jeden zboczeniec, ja mam dzisiaj pracy nie skończyć tylko dlatego, że
jemu się chce na takie plugastwo patrzeć – zdenerwowanym głosem mówiła pielęgniarka. –
Moja cierpliwość się skończyła, róbcie natychmiast z nim porządek! – krzyknęła.
– Czajka, bądź grzeczny – prosił Bronek.
– Dobra jest, Tadziu skończył, można robić, tylko mam go w ogóle nie czuć, siostro Mucha –
powiedział pacjent.
– Ty już się o to nie martw – mówiąc to Mucha zbliżyła się ze strzykawką w ręce, do Czajki.
Wbijając igłę powyżej pośladka Czajki, pielęgniarka po wstrzyknięciu zawartości strzykawki,
energicznym ruchem ręki przekręciła dwa razy igłę cały czas tkwiącą w jego ciele. Czajka
zawył z bólu.
– Pan to widział, co! – krzyknął w stronę Marka, Czajka.
Ogrodzki milczał.
– Musiał pan to widzieć, tak czy nie!? – dopominał się Czajka.
Marek nie reagował.
29
– Ten biedak ci Czajka nie pomoże, ty myślałeś skurwysynu, że ci bezkarnie ujdzie twoje
gapienie się na tego świńtucha Nyczka – powiedziała wychodząc, siostra Mucha.
– No co tam, czego Mucha poszła taka zła z dwójki ? – pytał słusznej budowy i podobnego
wzrostu dwudziestoparoletni mężczyzna o blond włosach.
Michałek spojrzał na zegarek.
– Dobrze Józek, że jesteś wcześniej, bo ja jeszcze kolacji nie jadłem, a tu zmiana się kończy –
odparł Piotrek. – Nie wiesz jak to jest z Czajką, a co Nyczek wyprawia po zastrzyku, nie
muszę ci mówić, sam dobrze wiesz jak jest, od dzisiaj przecież nie pracujesz – informował
Michałek.
– To znowu Czajka jest? Nie tak dawno doktor Gardecki go wypisał, i znowu go przywieźli? –
zastanawiał się Józek.
– Żebyś widział jak był powiązany, szkoda, że cię nie było – odpowiedział Piotrek.
– To idź Piotrek zjeść, a my z panem Bronkiem przywiążemy dobrze pana Czajkę, żeby nam z
łóżka nie spadł – mówił z uśmiechem, Józek. – Piotruś, skarbie, pozostali spokojni? – pytał
Józek.
– Spokojni. Ja wiem, że to nic nie da, ale zwiążcie z Bronkiem tego świnię Nyczka za to co
robił – powiedział opuszczając miejsce pracy, Piotrek Michałek.
Salowy Józek, po wykonaniu czynności, na które sam wpadł, jak i te zadane przez kolegę,
pożegnał się z panem Bronkiem, usiadł na krześle pod drzwiami sali obserwacyjnej, i wyjął z
siatki przyniesionej przez siebie, książkę. Był to chyba, sądząc po okładce, podręcznik historii
z końcowych klas szkoły średniej. Józef zagłębił się w lekturze. Nie było mu jednak dane
długo przyswajać wiadomości zawartych w książce.
– Proszę pana, można wyjść po kolacji zapalić? – pytał nieśmiało narkoman.
– Kolego, nie pójdziesz. Każdy, kto jest na sali obserwacyjnej, ma zakaz palenia przez cały
czas pobytu tutaj, takie są przepisy, nic na to nie poradzę, wyjdziesz z dwójki, będziesz palił
ile będziesz chciał – odparł salowy wracając do przerwanej lektury.
– Ale ja tu jestem na innych prawach, ja nie jestem chory psychicznie – powiedział narkoman.
– To inna sprawa, ale z tego co wiem, to zaraz do ciebie przyjdzie siostra pobrać ci krew do
badania – informował salowy.
Słowa Józka okazały się prorocze. Przyszła pielęgniarka, której Ogrodzki wcześniej nie
widział. Była to kobieta starsza, która na pewno zbliżała się do sześćdziesiątego roku życia.
Jej czepek trzymany z godnością na głowie, miał dość pokaźną liczbę pasków, istotny był
również fakt, że z wszystkich pielęgniarek, ona jedna nosiła czepek, pozostałe które wpadały
z wizytą na salę obserwacyjną, nie miały tego nakrycia głowy.
– No co tam kolego, podwijać rękaw – powiedziała do narkomana.
30
– Proszę bardzo, tylko nie wiem, gdzie się pani wkłuje – powiedział.
– Już ja znajdę sobie miejsce, nie wstyd ci chłopcze, robić z sobą takie rzeczy – mówiła.
– Niech siostra próbuje, ale ja wiem jedno, nie wkłuje się pani, ja już dla siebie nie mogę
znaleźć miejsca – powiedział.
– My ciebie tu wyciszymy, ja widzę, że na tobie łzy matki nie robią wrażenia, prosiła by cię
ratować za wszelką cenę, i czy tego będziesz chciał czy nie, uratujemy ciebie – mówiła
pielęgniarka.
Niestety, dla pielęgniarki przepowiednia narkomana, niemalże się spełniła. Narkoman syczał
po każdej próbie wkłucia igły w jego żyłę. Pielęgniarka nie zrażała się niepowodzeniami.
Wreszcie, po kilkunastu minutach prób pobrania krwi, pielęgniarka z miną zwycięzcy,
trzymała strzykawkę pełną krwi.
– No i co kolego, znam swój zawód, co? – pytała siostra.
– Każdy mój kolega narkoman, szybciej by się wkłuł – odpowiedział.
– Panie Józku, pan słyszy jaki gówniarz bezczelny – mówiła.
– Pani Tlałka, on jeszcze zapłacze, jestem tego pewien – odparł salowy Józef.
– O Boże! Siostra Tlałka do mnie przyszła, witam siostrę – wołał podnosząc się z łóżka na ile
pozwoliły pasy, pacjent Czajka.
– To ty się Boguś tak zagapiłeś, że mnie nie widziałeś wcześniej? – pytała z uśmiechem na
twarzy, pielęgniarka.
– Siostro, mogłaby mi tylko pani robić zastrzyki, nikt więcej? –prosił Czajka.
– Ty Boguś, za często nas odwiedzasz, a ja nie zawsze mam dyżur – odpowiedziała.
– Siostra wie, jak mi dzisiaj pielęgniarka Mucha zrobiła zastrzyk, do tej pory boli mnie tyłek –
mówił.
– Trzeba grzecznym być i pomagać w utrzymaniu czystości naszej placówki zdrowia –
odpowiedziała siostra Tlałka, zupełnie nie na temat w drugiej fazie zdania. – No to Boguś
odpoczywaj, biegasz jeszcze? – pytała.
– Oczywiście siostro, zawsze chcę wziąć udział w prawie wszystkich maratonach, jakie są –
mówił Bogdan Czajka.
– To dobrze, u nas na razie, po wyjściu z dwójki będziesz jeździł z jedzeniem wózkiem,
prawda Boguś? – mówiła.
– Jak mi zegarek oddacie, bo jak mnie ostatnio kuzynka odbierała, toście mi go nie oddali –
skarżył się pacjent.
31
– Oj Boguś, Boguś – wychodząc mówiła pielęgniarka.
– Ty, to ty jesteś maratończyk? – pytał narkoman.
– Pewnie że jestem. W całej okolicy nikt tak szybko nie biega jak ja – odpowiedział Czajka.
– To który pan był w ostatnim maratonie, w którym pan biegł? – włączył się do rozmowy,
Ogrodzki.
– Panie starszy, pan to od kiedy widzi? – pytał się Ogrodzkiego, pacjent Czajka.
– Niech mnie pan zrozumie, nie mogłem inaczej się zachować, zresztą, patrzyłem w inną
stronę – tłumaczył Marek.
– Gówno prawda, panie starszy – odpowiedział Bogdan Czajka.
Ogrodzki zmartwił się nie tyle odpowiedzią Czajki, a tym że pacjent Czajka był starszy od
Marka o kilka lat, a i tak nazywał go „panem starszym”. Muszę źle wyglądać, myślał Marek.
Rozmyślania Marka przerwał narkoman.
– Masz co palić? – pytał.
– Nie mam – odpowiedział Marek.
– To masz tu parę papierosów, może być ich więcej, zależy od ciebie – mówił tajemniczo
narkoman.
– Co, poznać cię lepiej z twoim „królem”, masz załatwione – odpowiedział Marek,
niezmiernie rad, że ma papierosy.
– O „królu” to ja już zapomniałem, poczekaj chwilę, muszę iść do ubikacji i tam zapalić, bo
innego sposobu na tego „naukowca” salowego nie ma – powiedział narkoman.
Narkoman rzucił na łóżko pudełko z kilkoma zapałkami.
– Proszę pana, mogę skorzystać z łazienki? – pytał narkoman.
Salowy oderwał wzrok od książki, przez chwilę patrzył na proszącego.
– Nie lepiej by ci było dalej z kolegami rozmawiać, po co się truć – powiedział salowy.
– Ale ja proszę pana, chcę skorzystać z łazienki, palić raczej nie będę – dalej prosił.
– To weź sobie kaczkę – uciął salowy.
– Do kaczki się nie zmieści – odparł narkoman.
– Chcesz się truć, to się truj, idź – zezwolił salowy Józek.
Po krótkiej chwili salowy odłożył książkę. Wstał z krzesła i ruszył w stronę korytarza.
32
– Teraz może pan palić, on będzie stał na korytarzu, dalej nie pójdzie – zwrócił się do Marka
pacjent Jakóbczyk.
Ogrodzki nie czekał ani chwili. Głód nikotynowy był silniejszy od lęku zapalenia papierosa
na sali obserwacyjnej. Papierosa palił tak zachłannie, że minęło dosłownie niecałe dwie
minuty, gdy nie wiedział gdzie wyrzucić niedopałek. W jednej chwili znalazł odpowiednie
miejsce dla niego. Nie ma nic lepszego jak kaczka, pomyślał. Stała ona koło jego łóżka.
– Ty, co tobie się wydaje, że na wczasach jesteś! – krzyczał na korytarzu salowy.
– Już wracam na salę, panie Józku – idąc mówił narkoman.
– Ładne mi to już. Bądź pewny, że na mojej zmianie nie pójdziesz więcej do łazienki – mówił
podniesionym głosem salowy.
– Przecież bym sam doszedł do sali, niepotrzebnie pan stał na korytarzu – powiedział
narkoman.
– Co tutaj jest potrzebne, a co jest niepotrzebne, to ja decyduję – powiedział Józek. – To już
przesada, to ty z zapalonym papierosem wszedłeś na dwójkę?! – No to na pewno kolego
trafisz do raportu jak „amen w pacierzu”! – odgrażał się salowy.
– Nic takiego – odpowiedział narkoman.
– A dajcie wy mi wszyscy spokój – powiedział salowy biorąc na powrót podręcznik do rąk.
– Ty Marek masz na imię, tak czy jakoś podobnie, Mariusz chyba nie, co? – pytał
Ogrodzkiego narkoman.
– Marek, Marek – odpowiedział radosnym głosem, po wypaleniu papierosa, Ogrodzki.
– Słuchaj przyjacielu, z tego co ja widzę, to w tym szpitalu jest więcej niż przejebane – mówił
narkoman.
– Nie narzekaj, co byś zrobił gdybyś był związany jak ja i większość tych nieszczęśników z
dwójki – odpowiedział Marek.
– Mi to nie grozi, nie zapominaj, że nie jestem wariatem – z dumą w głosie mówił narkoman
Odpowiedź narkomana wprawiła Marka w zakłopotanie, czy już od teraz zawsze będzie
gorszy dla tych niby normalnych ludzi…
– To teraz słuchaj Marek, pasami się nie przejmuj, powiedz lepiej jak zrobić coś takiego, żeby
od razu było lepiej – powiedział z wyrazem tajemnicy narkoman, uśmiechając się
nieznacznie.
– Lepiej to by każdy tu chciał, bo tak jak tu ma większość, nie licząc oczywiście ciebie, to już
chyba gorzej być nie może – mówił Ogrodzki
– Jest tylko jedna na to rada, drogi Marku – powiedział narkoman.
33
– Ciekawy jestem jaka, przyjacielu – powiedział Ogrodzki, wyraźnie zainteresowany ostatnim
zdaniem jego rozmówcy.
– Łatwa moja propozycja nie będzie, ale od razu możemy być wolni – mówił dalej narkoman.
– Przestań być taki tajemniczy, pewnie masz dojście do lekarza? – pytał Marek.
– Nie to, innego wyjścia nie ma jak uciec stąd – odpowiedział narkoman.
– Nic głupszego nie mogłeś wymyślić. Okna są otwarte tylko górą, na dole co prawda nie ma
krat, ale za to są zabite gwoździami i nie otworzysz ich, no i najważniejsza kwestia – skąd
weźmiesz ubranie – przecież w piżamie ujdziesz najdalej kilkadziesiąt metrów. Dam ci lepszą
radę: czekaj na matkę, innego sposobu na zmianę losu nie widzę – zakończył Marek.
– Matka będzie za tydzień, a ja tu nie wytrzymam następnego dnia. Z ubraniem nie będzie
kłopotu, można podejść do jakiegoś domu, i poprosić o używane spodnie, i powiedzieć skąd
żeśmy uciekli, to na pewno zrozumieją, że innego wyjścia nie było, najlepiej byłoby gdyby
się powiedziało, że nas tu biją. Nie zapominaj, że koło domu zawsze suszy się pranie, to
można bez proszenia coś ubrać na siebie – namawiał Marka narkoman.
– Jeśli chodzi o bicie, to faktycznie, mógłbym coś na ten temat powiedzieć, mówię ci: czekaj
na matkę, pogada z lekarzem i cię wypuści, przecież jesteś tu na własną prośbę, ja nie mam
zamiaru uciekać dopóki nie porozmawiam z lekarzem i nie zmienię sali, przecież tu na
okrągło siedzi salowy, o nim to pewnie zapomniałeś. I jak widzisz cały twój mało misterny
plan runął, bo nie pomyślałeś o najważniejszym problemie, który ma na imię „salowy” –
powiedział Ogrodzki..
– Trzymaj Marek tu jeszcze parę papierosów, i mówię ci – zastanów się dobrze- ja ci źle nie
radzę – zakończył narkoman.
Ogrodzki natychmiast schował podarowane papierosy. Trzeba go trzymać w niepewności, jak
mu powiem, że nie mam zamiaru uciekać, to przestanie dawać papierosy, myślał Ogrodzki.
– Panie salowy, można przerwać lekturę? – mówił stojąc u wyjścia narkoman, ze szczoteczką
do zębów i kubkiem.
– Ty kochany, dzisiaj z dwójki nie wyjdziesz, a i tak zaraz wszyscy pójdziecie spać, sam się
dziwię, że jeszcze nocnego światła nie włączyli – odparł salowy Józek.
Narkoman, z mocno niezadowoloną miną, wracał do łóżka, ale wpół drogi zatrzymał go
Czajka.
– Ty, kolego, mógłbyś mi pożyczyć szczoteczkę do zębów? – prosił.
– Jak pan, panie Bogdanie chce zęby umyć, jak pan jest związany, a po drugie: mam tylko
jedną szczoteczkę – tłumaczył narkoman.
– Chodź, chodź kolego do mnie, popatrz jak mi ręce spuchły od pasów, poluzujesz? – prosił
Czajka.
34
– Panie Józku, można mu poluzować pasy? – pytał narkoman.
Salowy spojrzał na ręce Czajki.
– No to jak spuchły, to niedużo możesz mu poluzować – powiedział salowy, który kończąc
mówić, wlepił wzrok w książkę trzymaną w obu rękach.
Narkoman wypełnił prośbę Czajki i zarazem wykonał polecenie salowego.
Marek, patrząc na nich obu zauważył, że obaj razem szepczą, a narkoman po zakończeniu
rozmowy, wręczył Czajce szczoteczkę do zębów, i z uśmiechem na twarzy, począł iść w
stronę łóżka Ogrodzkiego.
– No i co, śmiałeś się ze mnie, zaraz ci powiem czego dowiedziałem się od Czajki –
powiedział.
Marek, udając zainteresowanie, patrzył na narkomana z wyczekiwaniem.
– Teraz słuchaj co ci powiem, Czajka już dwa razy stąd uciekał, i za każdym razem mu się
udało. I jak ci teraz? – z wyrazem tryumfu, przyglądał mu się narkoman.
Mówiąc te słowa, narkoman coraz bardziej wierzył, że Marek z nim ucieknie.
– To może pogadamy z tym Czajką. Mówił ci dokładnie jak uciekał? – pytał Ogrodzki.
– Józiu, Józiu skarbie, telefon do ciebie! – wołał damski głos z korytarza.
– Wasowski chodź tu, siadaj, pamiętaj, że nikt nie ma prawa na krok wyjść z dwójki. Jak
kogoś wypuścisz, to cię osobiście z czwórki na dwójkę przeniosę – zrozumiałeś? – Pilnuj,
żeby nikt z pacjentów nie ruszał książek, ciebie to też dotyczy! – rzucił na koniec, salowy.
Wasowski był bardzo zadowolony z funkcji jaką otrzymał od pana salowego.
– Co tam Rysiu, słyszałem, że ci mało jedzenia dają? – zagadnął Białasa.
– Nie chce mi się wiedzieć, Wasowski, co gadasz – powiedział Białas, patrząc w sufit.
– Cześć Andrzejek! – zawołał Bogdan Czajka, przerywając czyszczenie zębów szczoteczką,
bez użycia wody i pasty.
Jak to się stało, że Czajka ma wolne ręce – myślał Marek.
– Kto panu pasy zdjął? – zapytał.
– Nikt w całym szpitalu nie umie, tak jak ja, bez pomocy uwolnić się z pasów, panie starszy –
odpowiedział Czajka.
– Boguś, ja wiem, że ty jesteś maratończyk i nie palisz, ale może wiesz, kto może
poczęstować papierosem z dwójki? – pytał Wasowski.
– Dam ci zapalić, jak nam pozwolisz zapalić – zaproponował zastępcy salowego, narkoman.
35
– Palcie chłopy, kto ma, tylko szybko, ale moja cena jest cztery papierosy dla mnie –
powiedział Wasowski.
– Dam ci dwa – zaproponował narkoman.
– Dobra jest, niech będzie – odparł Wasowski.
Ogrodzki z narkomanem zapalili po papierosie. W przypadku Marka, cała czynność trwała
stosunkowo bardzo krótko, co wynikało z podświadomego strachu przed salowym – jaka
będzie jego reakcja. Narkoman palił zupełnie inaczej niż Marek – powoli, nie spiesząc się.
– Słyszałem, że papierosy uspokajają, chętnie bym zapalił, ale jak tu pogodzić jedno z drugim,
przecież jestem sportowcem – mówił pacjent Czajka.
– Machnij ręką na sport. Dam ci fajek ile będziesz chciał, tylko powiedz jak ci się udało uciec
stąd dwa razy? – pytał narkoman.
– Za każdym razem tak samo: uwolniłem się z pasów, poczekałem aż salowy zaśnie, a potem
jak tylko było górą okno otwarte – droga wolna, potem łapać okazję – najlepiej jakaś
ciężarówka, i już – uśmiechając się mówił pacjent Czajka.
– Nie chce mi się wierzyć, żeby w tych łachach udało się zatrzymać jakiekolwiek auto, zresztą
na tym odludziu będzie trudno w środku nocy o samochód, który by jechał w pożądanym
kierunku, to jest niemożliwe – powiedział Ogrodzki.
– Panie starszy, jak panu mówię, że mi się udało, to po co pan tyle gada – odgryzł się Czajka.
– No dobrze, to co pan powiedział kierowcy jak zobaczył, że jest pan ubrany w piżamę i że
ma pan na nogach pantofle? – dociekał Marek.
– Ja myślałem, że pan jest mądrzejszy. W pantoflach uciec się nie da, nie wyjdzie pan po
oknie, trzeba sobie zorganizować buty, co nie jest trudne, bo w szpitalu mało kto ma pantofle
lecz buty, zresztą, co z panem gadać, będzie pan widział, że ucieknę z tym panem co ma
papierosy, zobaczy pan – mówiąc to Czajka wskazał palcem na narkomana.
– Ja to nie uciekam, po mnie mama przyjedzie, tylko mojej mamie trudno się wybrać, bo
czytać nie umie i musi się pytać czy do dobrego autobusu wsiadła – powiedział ze łzami w
oczach, Wasowski.
– Policja pana nie szuka jak pan ucieknie? – Szpital nie zawiadamia ich, żeby pana szukali? –
pytał Ogrodzki.
– Ja Policji się nigdy nie bałem, i nie mam zamiaru się bać – odpowiedział pacjent Czajka.
– Może masz rację Boguś, ja wiem że ty szybko biegasz, i cię ostatnim razem nie złapali, ale
jak wróciłem z przepustki, to wróciłeś z powrotem, a uciekłeś tej nocy co ja rano wyszedłem
na przepustkę – po raz drugi wtrącił się do rozmowy Wasowski.
36
– Bo głupi byłem. Jak dostałem się do domu, to tydzień z domu nie wychodziłem, a po
tygodniu matka mi poradziła, żebym poszedł do psychiatry i powiedział co zrobiłem, i ja
dureń posłuchałem matki, a lekarka powiedziała, że źle zrobiłem i wezwała Pogotowie, i mnie
znowu tu przywieźli, i byłem szesnaście miesięcy i piętnaście dni w tym szpitalu, i nic innego
nie robiłem jak jeździłem wózkiem z jedzeniem – skończył Czajka.
Na wieść, że Czajka był w szpitalu sporo ponad rok, Ogrodzki całe plecy miał mokre od potu,
tak zdenerwowała go wiadomość o czasie pobytu Czajki w szpitalu.
– To pewnie jak pan teraz ucieknie, oczywiście zakładając, że się panu uda, to już do lekarza
pan nie pójdzie? – pytał Marek, pocąc się coraz bardziej.
– Jak nie pójdę, jasne że pójdę, tylko już nie będę taki głupi, wejdę do gabinetu i od razu
otworzę okno, siądę na parapecie i powiem do lekarki, że jak zadzwoni po Pogotowie, to ja
skoczę z okna, i zobaczymy co ona zrobi – powiedział niezwykle z siebie zadowolony,
Czajka.
– Ciekawe co zrobisz, jak gabinet przeniosą na parter, Czajka – mówił śmiejąc się salowy
Józek, który miał wyraźnie lepszy humor po odbytej rozmowie telefonicznej.- Spieprzaj
Wasowski z dwójki, chyba że ci się tu podoba – rozkazał.
– Nie mógłby mi się pan dać trochę tej kawy napić co pan sobie zrobił, panie salowy? – prosił
w drzwiach Wasowski.
– Niby za co? – pytał w coraz to lepszym nastroju, Józek.
– Jak to za co, za pilnowanie dwójki – odpowiedział Wasowski.
– Ty Wasowski, widzę że ty się robisz coraz bardziej bezczelny, będę musiał na twój temat z
siostrą oddziałową porozmawiać, wynoś się ode mnie – co tak śmierdzisz – nie było kąpieli w
ostatnią sobotę, czy jak? – pytał salowy.
– Panie Józku, matka pani Bogusi zachorowała i nie było komu zrobić kąpieli, mówił też pan
Bronek Pisarczyk, że w magazynie nie ma już ani jednego szamponu… – i tu Wasowski
mówiłby dalej, ale złowrogie spojrzenie salowego spowodowało, że przerwał.
– Ty nie zwalaj winy na szpital, tylko przestań w butach spać, kto to widział, cały dzień
chodzić i nie ściągnąć butów na noc do łóżka – powiedział ze złością w głosie salowy.
– Jak mam panie salowy… – zaczął mówić Wasowski, ale nie było mu dane dokończyć.
Salowy wstał z krzesła i ręką nakazał powrót Wasowskiemu do sali, w której spał.
– No to dobranoc panowie, pan Józek będzie teraz pił kawę, a wy wszyscy macie spać. Nie ma
mowy o wychodzeniu do łazienki i żadnych rozmów, jasne? – powiedział salowy.
Po zaproszeniu pana salowego Józka, sala numer dwa wypełniła się ciemnością, światło
zgasło, panował półmrok.
37
Ogrodzki nie mógł zasnąć. Słaba żarówka umieszczona nad drzwiami, na pewno nie dawała
tak jasnego światła jak tak zwane żarówki dzienne, ale drażniła.
Narkoman również był niespokojny na tyle, że zdecydował się na sali zapalić papierosa. Nie
palił go długo, salowy natychmiast kazał go zgasić i napomniał, że jeśli jeszcze raz zastosuje
taki manewr na jego dyżurze, zwiąże go jak szynkę.
Nieznośne chrapanie pacjenta Ryszarda Białasa wypełniające całą salę też nie pozwalało
przywołać snu, ale w końcu wszyscy zasnęli.
* * *
Nowy dzień zaczynał się w szpitalu o godzinie szóstej. Był to czas gdy wymieniał się
personel, jedni kończyli zmianę, drudzy zaczynali. Tylko pan Józek nie mógł doczekać się
zmiennika. Nerwowo stukał białymi drewniakami jeden o drugi, czym walnie przyczynił się
do obudzenia wszystkich znajdujących się na sali obserwacyjnej.
– Co „prawdziwki”, wyspaliście się czy też nie, bo „naczelnik” to się trochę w nocy rzucał,
dobrze Ogrodzki, że masz pasy, bo byś z łóżka spadł – mówił salowy, podchodząc do łóżka
Marka.
– Dlaczego mnie pan nazwał „naczelnikiem” – pytał zdziwiony Ogrodzki.
– Ty już dobrze wiesz, dlaczego – odpowiedział Józek.
– Panie salowy, proszę mi podać kaczkę i posprzątać koło mojego łóżka, chyba pan w końcu
w pracy jest – mówił podniesionym głosem pacjent Bogdan Czajka.
– Czajka, jeszcze jedno takie słowo, a trafisz do raportu, przyrzekam ci to – odpowiedział
salowy.
– Panie starszy, to może coś pośpiewamy, nudno tu w tym szpitalu, niech pan powie co by tu
zaśpiewać? – pytał Marka Czajka.
– Stul pysk Czajka, skończę zmianę to śpiewaj ile chcesz, dopóki nie zejdę z dwójki, nie ma
mowy o śpiewaniu! – powiedział podniesionym głosem salowy.
38
Pacjent Czajka skapitulował, powrócił do czynności wykonywanej przed zaśnięciem –
czyszczeniem zębów szczoteczką otrzymaną w prezencie od narkomana, naturalnie bez
użycia pasty i wody.
– Panie Józku, może pan Błażejczaka dać na chwilę na dwójkę, bo nie możemy sobie z nim
dać rady: co go wyrzucimy z Zabiegowego, to znowu wraca i prosi o papierosy, które już
dawno wypalił. – Tu w tej naszej pracy, nie ma chwili spokoju, i to jeszcze za takie grosze
człowiek pracuje – mówiła pielęgniarka w progu drzwi od sali.
– Dobrze, oczywiście, zaraz zrobię z nim porządek, tylko wezmę krzesło, bo do czegoś muszę
go przywiązać, a tu jak zwykle, wszystkie łóżka zajęte – odpowiedział salowy.
– To co, przyprowadzić go, czy pójdzie pan po Błażejczaka? – Jak siostra szła, to mówiła,
żebym przypilnował dwójki za pana, panie Józku – mówił Pisarczyk.
– Już idę, tylko niech mi pan poda jakieś lepsze krzesło z korytarza – prosił salowy. – To lecę
i od razu dowiem się, co się dzieje z moją zmianą – dodał Józek.
Salowy Józef nie kazał długo na siebie czekać, wszedł na salę prowadząc przed sobą niskiego
wzrostu mężczyznę, w wieku około sześćdziesięciu lat, silnego bruneta, którego
jednym ruchem ręki usadził na krześle, a następnie przywiązał pasem podanym przez
Pisarczyka, przymocowując krzesło do ramy łóżka.
– No to Błażejczak, odpoczywaj – powiedział klepiąc go po ramieniu. – Panie Bronku, to lecę
siostra przekazała prośbę?
– Do śniadania posiedzę – przyrzekł Pisarczyk. – To który chce do ubikacji iść, tylko
pojedynczo i nie myć się, bo na to nie ma czasu, od tego jest kąpiel, chyba nie muszę wam
mówić, że pacjent z dwójki nie ma prawa kręcić się po szpitalu – powiedział podniesionym
głosem Bronek.
W jednej chwili, przy Pisarczyku stali wszyscy pacjenci, którzy nie byli przywiązani do
łóżek.
– Tak to ja was nie upilnuję, nie ma mowy. Który ma papierosy, niech pali przy mnie sam
jeden, a reszta lać do kaczek, Nyczek wyniesie, czy wy durnie myślicie, że ja całą dwójkę
wypuszczę na oddział! – mówił poirytowany Pisarczyk.
Narkoman podszedł do Pisarczyka, wyciągając paczkę papierosów w jego stronę, Pisarczyk
bez słowa wziął papierosa.
– To jak pan wypali, to proszę iść do łazienki, jak ma pan taką potrzebę – powiedział do
narkomana.
– Chętnie skorzystam, panie Bronku – odpowiedział.
– Co „Nyczek wyniesie”, gówno wyniesie, ty sobie Pisarczyk sam kaczki noś, klawiszu! –
zawołał z łóżka Tadeusz Nyczek.
39
– Za to co powiedziałeś, skurwysynu… – powiedział głośno, idąc w kierunku łóżka Nyczka,
Pisarczyk. Podchodząc do Nyczka, Pisarczyk powiedział: – To widzę, że już z tobą ktoś
porządek zrobił, ale sprawdzę cię, jak już tu jestem, czy czasem z pasami nie kombinowałeś.
Ponadto Pisarczyk sprawdził czy Nyczek jest dobrze związany.
– Co, nie ma na niego kary, Broniu ! – zawołał z łóżka Czajka.
– Ty Czajka powiedz mi w końcu jedno: jak ty masz na imię? – Na skierowaniu masz
Zbigniew, a wszyscy na ciebie mówią Bogdan – pytał Pisarczyk, mając chyba na celu to, że
zmieniając zupełnie temat, chciał ze świadomości chorych wymazać wywołane przez Nyczka
słowo, użyte w stosunku do niego, które miało na imię „klawisz”.
– Odpowiem panu jak mi pan z magazynu jakieś fajne spodenki do biegania przyniesie –
powiedział Czajka.
– Tobie Czajka, ja widzę, już nic nie jest w stanie pomóc – odpowiedział Pisarczyk.
– Panu też nic nie pomaga, skoro już tyle lat pan w szpitalu siedzi – powiedział Czajka.
– Czajka, jak przyjdzie siostra Ola, to już moja w tym głowa, żebyś przestał pyskować – nie
dawał za wygraną Bronisław Pisarczyk.
– Ja się tej „białej suki” nie boję, a ciebie Pisarczyk, tym bardziej, jesteś taki sam pacjent jak
ja, a rządzisz się tutaj jak byś był nie wiadomo kto – powiedział Czajka.
– Tylko, że nie jestem na dwójce i w pasach, tak jak ty, łajzo, i jeszcze jedno słowo, to ci
spuszczę taki wpierdol, że się nie pozbierasz! – krzyknął Pisarczyk, sięgając nerwowo po
papierosa, co przy tak olbrzymim drżeniu rąk spowodowało, że rozsypane papierosy po
posadzce, pomagał mu zbierać narkoman.
– Bóg was skaże! Bóg was skaże! – zawołał z krzesła Błażejczak.
Pisarczyk skapitulował. Wyszedł na korytarz z zapalonym papierosem, i odwrócił się tyłem
do sali.
– Pan wie, panie starszy, skąd ma tyle pieniędzy ten Bronuś? – pytał Ogrodzkiego, aktywny
od rana Czajka.
Ogrodzki milczał.
– To ja panu powiem. On ma tu monopol na handel papierosami i czekoladkami. Ma pan
pieniądze, to „pan Bronek” wszystko panu sprzeda, panie starszy, tylko dużo drożej jak w
sklepie. Chce się pan wykąpać czy ogolić – da mu pan herbatę czy papierosy- załatwi że
będzie można, bo pan pewnie wie, że tu kąpiel zbiorowa jest co sobota, częściej nie wolno się
kąpać – mówił Czajka.
– Dlaczego nie wolno częściej się kąpać, co im to przeszkadza? – zainteresował się Marek.
40
– Bo czystość szpitala jest ważniejsza od was, a myśmy do nikogo z was zaproszenia nie
wysyłali – powiedziała pielęgniarka, która „wyrosła jak spod ziemi”, idąc w kierunku łóżka
Marka.
Była to kobieta około czterdziestoletnia, i jedno co ją wyróżniało ze wszystkich pielęgniarek,
które zdążyły odwiedzić dwójkę to to, że miała ładną twarz i zgrabną figurę.
– Pan się nazywa Ogrodzki? – zapytała.
– Tak.
– Proszę podwinąć rękaw piżamy – powiedziała.
– Można wiedzieć, po co? – pytał Marek.
– Mnie niech się pan nie pyta, tylko lekarza proszę zapytać – odpowiedziała pielęgniarka.
– Proszę mi wobec tego powiedzieć, czy w tym szpitalu jest jakaś szansa chociaż zobaczyć
lekarza, bo porozmawiać z nim to pewnie się nie uda? – pytał Marek.
– To nie jest moja sprawa, niech pan podwinie rękaw, ja tu wykonuję polecenia dyrektora, i to
jest moja sprawa, a pan dyrektor nie ma w zwyczaju mnie informować kiedy będzie wizyta na
obserwacyjnej – odparła ładna pielęgniarka.
Ogrodzki zrezygnował. Pielęgniarka bezlitośnie pobrała krew z ręki pacjenta Ogrodzkiego i
nie patrząc kompletnie na chorych, ruszyła do wyjścia.
– Już myślałem Piotrek, że dzisiaj do pracy nie przyjdziesz, a ja muszę śniadanie rozwieźć,
gdyby oddziałowa nie prosiła, to bym machnął ręką na dwójkę – co to jakaś pielęgniarka nie
może posiedzieć – mówił do spóźnionego salowego, Pisarczyk.
– Nie wiesz, że to są Bronek wielkie damy – odpowiedział salowy Michałek. – Józek się nie
denerwował, że mnie tak długo nie było? – pytał Michałek Pisarczyka.
– Co on się będzie denerwował, on u oddziałowej wszystko załatwi – Józka nie znasz –
powiedział Bronek.
– Kto by go nie znał, on ma zawsze najlepszą zmianę – kontynuował salowy Michałek.
– To ja idę po chłopów z szóstki, niech przyniosą z głównej kuchni śniadanie, nie ma na co
czekać, wiesz jaka Ola ostra – powiedział odchodząc Pisarczyk.
– O, i pan Błażejczak jest, widzę że towarzystwo w komplecie, jeszcze tylko dodać
Wasowskiego i będzie aż miło przy dwójce posiedzieć, taki będzie spokój na oddziale –
mówił przed siebie, nie patrząc na nikogo konkretnego z chorych, salowy.
– Panie Piotrku, można już sprzątać? – pytał w drzwiach sali pacjent Jajko, trzymając w jednej
ręce wiadro z wodą, a w drugiej miotłę z umoczoną na niej wilgotną szmatą.
41
– Kurwa Jajko, kretynie nie widzisz, że jeszcze śniadania nie jedli!? Uciekaj z tym co masz w
rękach, bo zawołam kogo innego, chętnych na twoją robotę za papierosa w tym szpitalu nie
brakuje! – krzyczał poirytowany Michałek.
Pacjent Jajko przeprosił kilka razy salowego Michałka za swą nadgorliwość, i odszedł od sali
obserwacyjnej.
– Braciszku Michałek, nie wie braciszek co dzisiaj na śniadanie? – pytał pacjent God.
– Ty se God odmawiaj pacierz, albo jeszcze lepiej by było, jakbyś odprawił tu na sali mszę –
powiedział salowy Michałek.
Pacjent Jan God w jednej chwili uklęknął, złożył ręce do modlitwy i zaczął wypowiadać
słowa w języku ukraińskim, bez przerwy się żegnając, wykonując znak krzyża tak, jak go
czynią wyznawcy prawosławni.
Michałek patrzył uśmiechając się na to co pacjent czyni, traktując to równocześnie jako
wspaniałą rozrywkę.
– Ty się God już Niemców nie boisz? – Śniadanie jedzie, pewnie się zmęczyłeś i głodny jesteś
– mówiła pielęgniarka wchodząca na salę z nieodłączną tacą, na której znajdował się zestaw
ampułek i igieł, jak i jedna strzykawka.
– Siostrzyczko Olu, a German nie przyjechał z braciszkiem Pisarczykiem? – pytał
wystraszony God.
– Kładź się God do łóżka, bo jeszcze jedno takie pytanie, a zaraz pójdziesz w pasy –
odpowiedziała.
– Boję się Germana – powiedział God, odbierając jedzenie od pana Bronka.
Tymczasem siostra Aleksandra krzątała się wokół tacy, która leżała na parapecie okna. Na jej
twarzy można było zauważyć pogardę jaką darzyła pacjentów, było to odczuwalne w każdym
jej geście, jak i w sposobie wykonywania zastrzyków, po których każdy pacjent jęczał. Jedno,
co było dziwne – nikt nie zgłaszał najmniejszych pretensji – nawet Zbigniew vel Bogdan
Czajka dał sobie zrobić zastrzyk, bez słowa sprzeciwu.
To musi być okropna kobieta, i sądząc po zachowaniu pacjentów, wszyscy jej tu się boją –
pomyślał Ogrodzki.
– Pan, panie Michałek niech się tu weźmie za porządek. Parapety aż się lepią od brudu, o
oknach nie wspomnę, pana praca nie polega chyba na robieniu sobie żartów z pacjentów, czy
się mylę? – pytała siostra Ola.
– God to już tak sam od siebie, ja mu nic nie mówiłem, może go związać , czy jak? – pytał
zawstydzony salowy.
– Już panu mówiłam, co ma pan robić. A ten co tu robi? – pytała kierując wzrok w stronę
przywiązanego do krzesła, Błażejczaka.
42
– Bóg cię skaże – powiedział pacjent Błażejczak, gdy zauważył wzrok pielęgniarki na sobie.
Siostra Aleksandra uśmiechnęła się na słowa pacjenta.
– Ty Błażejczak, to już wiesz gdzie mieszkasz, czy nie? – pytała.
– Przy drodze. Bóg cię skaże – odpowiedział.
– Niech go pan wywali z dwójki, i proszę się wziąć za porządki, tak jak mówiłam –
powiedziała wychodząc.
Jak ten chłop z nią wytrzymuje w domu – zastanawiał się Pisarczyk.
– Nie wiesz Bronek jak to jest, mąż ją ćwiczy w domu, a ona się w pracy na nas wyżywa –
powiedział salowy. – Czekaj Bronek, odwiążę Błażejczaka, a wy wpierdalać prędzej
– Chleb to tu jest bardzo dobry, tylko dżemu mogliby więcej dawać, i herbata niesłodka –
trapił się Czajka.
– Ciesz się tym, co masz – urwał wywód Czajki, salowy.
– Wy darmozjady, nawet na takie jedzenie nie zasługujecie – wtórował Pisarczyk.
– Może mi „klawiszu” herbatę dwa razy drożej jak w sklepie, sprzedasz! – krzyknął do
Pisarczyka, Czajka.
– Czajka, jak będziesz miał dalej taki niewyparzony ryj, to już moja w tym głowa, żebyś dość
się naczekał na zmianę sali, a o maratonach możesz zapomnieć, i to na długo – odgrażał się
Pisarczyk.
– Masz szczęście idioto, że jesteś w pasach, bo byś był pierwszy do mycia okien – przyłączył
się do gróźb, salowy.
– Pisarczyk, daj mnie po śniadaniu papierosa – żądającym głosem mówił pacjent Ryszard
Białas.
– Mnie myślisz, że ktoś daje za darmo papierosy – odpowiedział Pisarczyk.
– Bronek, daj jednego, ja ci dam jak będę miał – prosił Białas.
– Masz szczęście, że mi się palić chce, to ci zostawię popalić, musisz poczekać, jak wypalę, to
ci przy końcu papierosa zostawię parę dymów – zdecydował Bronek.
– Takiego to ja nie potrzebuję – odparł Ryszard.
– Patrzcie go, hrabia, człowiek ma dobre serce, a tu taka zapłata – powiedział Bronisław
Pisarczyk.
– Panowie, prędko! – Dwóch policjantów i chłopy z odwykówki nie mogą sobie poradzić z
Kazikiem Wojnowskim! – informowała wystraszonym głosem, pielęgniarka.
43
– Siostra posiedzi przy dwójce? – pytał salowy.
– Pewnie że posiedzę – przytaknęła.
Na widok, że salowy z Pisarczykiem opuścili salę, najszybciej zareagował pacjent Czajka.
Niespokojnie zaczął poruszać się na łóżku, raz wolno, raz gwałtownie, dosłownie za krótką
chwilę uwolnił się z pasów krępujących nogi, a pozostałe czynności w jego wykonaniu,
pomogły uwolnić się całkowicie. Z wyrazem zadowolenia na twarzy, schował pasy pod
kocem i pod poduszką. Było to możliwe, ponieważ pielęgniarka kompletnie nie obserwowała
dwójki. Pochłonęła ją bez reszty oferta telewizyjna, którą uważnie śledziła .
Ogrodzki nie mógł przestać myśleć o tym co zrobił Czajka, to co wydawało mu się
niewykonalne bez pomocy drugiej osoby, Bogdan wykonał w parę chwil. Podziw dla Czajki
mieszał się z osłupieniem. Narkoman pospieszył do Czajki z gratulacjami, i naturalnie z
omówieniem projektu z poprzedniego dnia. Szeptali dłuższy czas, narkoman co jakiś czas
klepał Czajkę i uśmiechał się.
Po zakończeniu rozmowy, narkoman pod piżamą przenosił pasy do szafki, która służyła
salowym do przechowywania ich, i w ten sposób nie dość, że uwolnił się z zabezpieczenia,
ponadto pozbył się dowodu rzeczowego, przy udziale towarzysza planowanej ucieczki.
– Po jaką kurwę ściągali mu kaftan na izbie przyjęć? – dziwił się Pisarczyk.
– Nie ma co gadać, trudno było, ale poradziliśmy sobie z Kazikiem. Już tak jest, ale też ci
policjanci mogli trochę pomyśleć przed zdjęciem z niego kaftana – mówił Michałek.
– Już po wszystkim Dorota, może pani wracać do swoich zajęć, chyba że chce pani posłuchać,
jak to żeśmy z Kazikiem bitwę toczyli? – zachęcał do rozmowy, Pisarczyk.
– Panowie, bardzo chętnie, ale muszę rozdzielić leki pacjentom, zresztą wiem dobrze, co
znaczy Wojnowski pijany, a to taki dobry człowiek, jak mu przejdzie i wytrzeźwieje – to lecę
– powiedziała na odchodnym pracowita pielęgniarka.
– Ty, kolega, idź na korytarz, odwiedziny masz – powiedział salowy do narkomana.
– To dyrektor tak szybko dał zgodę na odwiedziny, przecież musi się siedzieć na dwójce
najmniej dwa tygodnie, i dopiero wtedy odwiedziny, zresztą chory to on nie jest, to pewnie
można, a nie wiesz kto to wychodził z gabinetu dyrektora? – Wyglądała na jego matkę, to
pewnie i matka – zastanawiał się głośno Pisarczyk.
– Mnie to nie obchodzi, ważne jest to, że po usadzeniu Kazika to chyba Ola da mi już spokój z
tymi porządkami, ona to już ma pierdolca z tą czystością, ale ona to już się nie zmieni –
„filozoficznie” zakończył wywód salowy.
– Pójdę do sklepu, kupić ci coś? – pytał Bronek.
– Jak będziesz wracał, to zrób mi herbaty w kuchence. Nie wiesz kto mnie dzisiaj zmienia,
Józek czy Zenek? – pytał salowy.
44
– Jak będę robił, bo i ja się napiję herbaty, to popatrzę do grafiku, to co, wziąć ci coś w
sklepie, bo żem się nie dowiedział? – pytał, w dalszym ciągu stojąc, Bronisław.
– Nic mi Broniu nie bierz, tylko nie zapomnij o herbacie – przypominał Piotrek.
Nie wyczerpały zbytnio zmagania salowego Michałka z opornym pacjentem Wojnowskim.
Być może zrozumiał jeszcze bardziej, że w jego pracy niezbędna jest siła fizyczna, a na
pewno ostatnie doświadczenie zachęciło go do wzmożonych ćwiczeń gimnastycznych –
pompek, które mógł wykonywać tylko w sąsiedztwie drzwi, ponieważ była tu największa
przestrzeń w sali obserwacyjnej.
Jan God pilnie śledził ruchy salowego. Nagle zawołał z łóżka : – Żal mi was, braciszku
Michałek!
– Ty się popie zamknij – odpowiedział salowy nie przerywając ćwiczeń.
– Pan to panie salowy, słaby sportowiec, maratonu by pan nie zaliczył – powiedział pacjent
Czajka, obserwując poczynania salowego.
Michałek przerwał na chwilę „gimnastykę”, i popatrzył w stronę Czajki.
– Który z was odważył się go rozwiązać?! – grzmiał groźnym głosem.
– Braciszku Michałek, braciszek Czajka potrafi sam się rozwiązać, prawda braciszku
Bogdanie? – powiedział, zarazem pytając Czajkę, pacjent Jan God.
– Macie rację dziadku, niewielu pacjentów potrafi z pasami dać sobie samemu radę, jak ja – z
dumą powiedział Czajka.
– Piotrek, chodź na herbatę – zapraszał Pisarczyk.
– Dobrze Bronek, że jesteś, ja ciebie Czajka zaraz urządzę, poczekaj sekundę a zobaczymy
czy będziesz taki cwaniak za chwilę – odgrażał się Michałek.
– Bronek, proszę cię, skocz po kaftan – prosił salowy.
– To ty nie wiesz, że ostatni Nyczek podarł? Smakując herbatę, odpowiedział Pisarczyk. –
Zresztą nawet, żeby były, to trzeba za chwilę iść po obiad z głównej kuchni, ale jak sam
wiesz, że kaftany to u nas na chorych co leżą w łóżku, nie zdają egzaminu, czy Nyczek,
Białas czy Czajka, załatwią kaftan w pół godziny tak, że już się do niczego nie nadają, i co tu
dużo gadać- i z kaftana Czajka potrafi się uwolnić – na tego skurwysyna trudno znaleźć
sposób, ale widzę że spokojnie leży – nie puszczaj go z dwójki i spokojna głowa –
wyjaśniając pouczał Pisarczyk.
– Ja bym go związał – powiedział salowy.
– Co ci to da, za chwilę się rozwiąże, będziesz nad nim stał, tak to już jest z „częstymi”
pacjentami – odparł Bronek.
– Ja go i tak zwiążę – nie dawał za wygraną Michałek.
45
– Kogo to tak trzeba związać? – pytała pielęgniarka Tlałka.
– Wiadomo kogo, Czajka jak to ma w zwyczaju, sam się rozwiązał z pasów – z rumieńcem na
twarzy, odpowiedział salowy Michałek.
– Panie Piotrku, to „stary” pacjent. Boguś, będziesz grzecznie leżał, ty dobrze wiesz, poleżysz
parę dni na dwójce a potem damy cię na inną salę i będziesz miał lepiej jak w domu. Ty
dobrze wiesz, że u nas grzecznym trzeba być – mówiła pielęgniarka, stojąc obok salowego. –
No to chłopcy, do zobaczenia, zaraz do was przyjdę z lekarstwami – mówiła uśmiechając się,
Tlałka. – Proszę też dopilnować, panie Michałek, żeby nikogo z chorych na sali nie
brakowało – nakazywała.
– Panie Piotrku, może pan mnie poczęstować papierosem, zrobię co pan będzie chciał, jeśli
mnie pan poczęstuje – prosił pacjent Wasowski.
– Masz załatwione, dostaniesz papierosa, jak zmyjesz korytarz – odpowiedział Michałek.
– Chętnie to zrobię, poproszę o papierosa – ponowił prośbę.
– Teraz chcesz? – pytał salowy.
– Tak – odpowiedział pacjent.
– Pewnie, ja ci dam papierosa, ty go w kiblu wypalisz, i potem powiesz, że jesteś słaby po
tabletkach i nie dasz rady zmyć korytarz. Dostaniesz po robocie, inaczej nie – powiedział
salowy.
– To może wpuści mnie pan na chwilę na dwójkę, ten narkoman ma dużo papierosów, to mi
może jednego pożyczy, to mu oddam całą paczkę, jak moja renta przyjdzie na szpital, proszę
panie Piotrku – mówił Wasowski.
– Czekaj, coś mi się o tobie przypomniało ciekawego. Powiedz Wasowski czy to prawda, że
jak ostatni raz byłeś na przepustce, to jak cię Policja na mieście zabrała do Izby Wytrzeźwień,
to podobno za sto złotych od pijaka kupiłeś jednego papierosa? – pytał z zaciekawieniem,
czekając na odpowiedź, salowy.
– Prawda, prawda – odpowiedział Wasowski śmiejąc się do łez.
– Tobie chłopie już nic nie pomoże, siadaj na razie przy dwójce, bo ja muszę na chwilę odejść,
i pamiętaj: nikogo z sali nie puszczaj, aż ja przyjdę, zrozumiałeś? – pytał salowy.
– Oczywiście, panie Piotrku – odpowiedział Wasowski, bardzo zadowolony z roli, jaka mu
przypadła.
– Bogdan, gdzie ten chłopak co tu leży, wiesz, co ma papierosy? – pytał Wasowski Czajkę,
nerwowo zaglądając nawet pod łóżko narkomana.
– Andrzejku, na co ci papierosy, ty znany piłkarz i palisz? – Nie pal Andrzej, ja cię proszę –
mówił Czajka.
46
– Rzucę Bogdan, tylko mi powiedz, czy czasem gdzieś tu w łóżku nie schował papierosów, to
mogę sobie paczkę wziąć, na pewno przecież o kimś takim jak ja musiał słyszeć – mówił
Wasowski, przeszukując łóżko narkomana.
– Ty, co mi grzebiesz w moim łóżku! – krzyczał w progu sali narkoman.
– Chciałem ci kolego ładnie pościel na łóżku ułożyć, niech się kolega nie denerwuje – mówił
Wasowski, który na głos narkomana zaczął drżeć na całym ciele.
– Ty, poprawiaj tą pościel, ale najpierw chodź tutaj! – zawołał salowy do narkomana.
– Ciotka ci pewnie papierosy przywiozła, co? – pytał Michałek.
– Mogę pana poczęstować, proszę – narkoman wyciągnął z kieszeni piżamy otwartą paczkę
papierosów.
– Wezmę tylko dwa. Pogadałeś sobie trochę z ciotką, to pewnie ci niejedną paczkę
papierosów zostawiła, i nie tylko – mówił uśmiechając się salowy.
– Może pan wziąć więcej, proszę – zachęcał narkoman.
– Ja nie dla siebie, więcej nie potrzebuję, wracaj do łóżka, zaraz powinien być obiad –
łagodnym głosem mówił Michałek.
– No to kochani, już jestem, długo chyba żeście nie czekali, chłopcy drodzy – z uśmiechem na
twarzy wołała od drzwi, siostra Tlałka. – Powiem wam jeszcze jedno: jak będziecie grzecznie
brać zastrzyki, a pozostali połykać tabletki, to może z obiadem pan Bronek szybciej do was
przyjedzie – mówiła Tlałka, wertując zeszyt. – Kochaneczki, kogo z zeszytu wyczytam, to
majteczki w dół, i wszyscy zostaną szybko i fachowo obsłużeni – radosnym głosem mówiła
Tlałka.
Rozpoczęło się tradycyjne wyczytywanie, ale każdy z pacjentów wiedział i bez tego, kiedy
będzie mu robiony zastrzyk. Każdy „nowy” pacjent miał przeważnie zastrzyk na końcu,
natomiast „stary” pacjent sali obserwacyjnej był na początku. Przez kilka sekund siostra
Tlałka stanęła i pilnie nasłuchiwała czy nie dobiega z korytarza czasem odgłos wózka, na
którym był przywożony każdy posiłek. Niestety, dziś pan Bronek się spóźniał. Siostra Tlałka
nie marnowała czasu, postanowiła wrócić do pracy.
– Panie Ogrodzki, dlaczego pan się nie przygotował do zabiegu, już pan chyba wie, że pan jest
przedostatni, a „słodki” Boguś ostatni? – powiedziała Tlałka.
– Siostro, można o coś zapytać? – powiedział Ogrodzki.
– Drogi panie, na rozmowy przyjdzie czas, a teraz majtki w dół, zaraz będzie obiad, co panu
więcej do szczęścia trzeba? – odpowiedziała pielęgniarka.
Ogrodzki skapitulował i zastosował się do polecenia Tlałki.
47
– Bogdaneczek , na co czekasz, koleżka Ogrodzki nie marudził przy zastrzyku, świadomie
zostawiłam was obu na koniec. Bogusiu, widzę że nie masz już pasów, to droga na czwórkę
czy trójkę za dzień czy dwa, będzie stała otworem przed tobą – mówiła do pacjenta Czajki,
pielęgniarka Tlałka.
– Ja od siostry zawsze zastrzyk przyjmę, pod warunkiem, że mi siostra powie, kto mi ukradł
zegarek, jak ostatni raz tu byłem? – powiedział Boguś.
– Bogdan, bo się pogniewamy, u nas nic nie ginie i nikt nie kradnie, proszę się położyć na
brzuchu! – ze złością w głosie, powiedziała Tlałka.
– To mówi pani, że jeszcze dzień, dwa i pójdę na inną salę? – pytał z niedowierzaniem
Czajka.
– Pod warunkiem, że przestaniesz sprawiać kłopot przy zastrzyku – odpowiedziała
pielęgniarka.
– Nie ma sprawy! – krzyknął Czajka, i z wyrazem nieopisanej radości na twarzy, położył się
na bok, odsłaniając przy tym ręką oba pośladki.
Siostra Tlałka wbiła igłę powyżej pośladka Czajki, i bardzo długo robiła zastrzyk. Po
zakończeniu czynności, zapytała:- Bolało?
– Nie czułem nic – odpowiedział Czajka.
– Siostro, można podawać obiad? – Nie chciałem wnosić zupy, bo jakby Czajkę trzeba było
znowu związać, to kto by odbierał talerze, gdyby Piotrek go wiązał – tłumaczył „obiadowe”
opóźnienie, Pisarczyk.
– Wy to byście wszystkich wiązali, ja do nich z sercem podchodzę – pożartuję i nie mam z
żadnym kłopotu – a Bogusia nie wiążcie, to i tak nic nie da, wyczeka moment i się uwolni z
zabezpieczenia, a zresztą – po co – on taki grzeczny – powiedziała wychodząc z sali,
pielęgniarka Tlałka.
– Można prosić o obiad? – stojąc w drzwiach pytał Nyczek. ,samodzielnie oswobodzony.
– Spierdalaj ośle, palcami będziesz żarł, łyżki jeszcze nie rozniesione! – głośno powiedział
salowy. – Bronek, może by ich z tym obiadem przetrzymać z pół godziny? – proponował
Michałek.
– Czego nie, oni tylko o jedzeniu myślą – powiedział Pisarczyk zapalając papierosa.
– Pisarczyk, mnie się chce wiedzieć, kiedy ty dasz obiad? – powiedział pacjent Ryszard
Białas.
Białas pochodząc do drzwi sali, sylwetką zasłonił je całe. Ogrodzki zrozumiał dlaczego Białas
przeważnie po krótkiej wymianie zdań z Pisarczykiem, dostaje repetę. Ten potężnie
zbudowany człowiek, wzbudzał strach i lęk przed tym, co może zrobić, jeśli nie otrzyma
48
podwójnej porcji jedzenia, a potem od Pisarczyka darmowego papierosa, którym i tak się nie
zaciągał.
– Tobie to ja Rysiu dam obiad, ale chwilę musisz poczekać – powiedział Pisarczyk.
– Czekać to se możesz ty, ja nie mogę, zresztą ty już się na pewno nażarłeś, i mówię to tobie
Bronek, i tobie salowy Michałek, dajcie mnie obiad! – krzyczał Białas.
– Daj mu, daj Bronek, jeszcze szajba mu odpierdoli, wiesz jak jest – powiedział odchodząc na
znaczną odległość od Białasa, salowy.
Pisarczyk, widząc realne zagrożenie ze strony głodnego pacjenta, szybko z wielkiego
wojskowego termosu, w którym była zupa, wlał jej pełny talerz, przy okazji rozlewając – z
racji wiecznego drżenia rąk – i podał Białasowi.
– Ty to byś kurwa za talerz zupy zabił – powiedział Pisarczyk do Białasa, jeszcze bardziej
trzęsącymi rękami zapalając kolejnego papierosa.
Białas nie odpowiedział, trzymał talerz zupy przed sobą i patrzył w niego z zachwytem w –
oczach.
Salowy Michałek widząc, że Białas trzyma talerz przed sobą i kompletnie nie ma zamiaru
jeść, wrzasnął: – Czego dziadu nie jesz, na co czekasz?!
Pacjent Ryszard nie poruszył się nawet odrobinę, obserwował w bezruchu zupę, a po jego
twarzy nie przebiegł najmniejszy grymas.
– Jak on ma braciszku Michałek jeść, jak nie rozdane łyżki – powiedział God.
– Wasowski do mnie!- Idż po szmatę, zetrzyj rozlaną zupę z podłogi, a potem przynieś na
dwójkę łyżki, bo nie możemy dać obiadu!- zrozumiałeś, czy mam powtórzyć? – mówił głośno
salowy.
– Oczywiście, panie Piotrku, już idę, ale może by mi pan jednego papierosa dał – wszystko co
pan każe – zrobię, proszę pana – mówił Wasowski.
– Papierosa dostaniesz jak zasłużysz, teraz rób co ci mówiłem, chyba że nie chcesz palić –
powiedział salowy.
– Chcę, chcę, już idę – powiedział oddalając się szybkim krokiem, Wasowski.
– Wszystko przez tą durnowatą Tlałkę – gada bzdury do wariatów – im się od tego we łbach
przewraca, wiadomo że na tych samych talerzach kobiety z obserwacyjnej jedzą, no ale przez
Tlałkę będą jadły dziś później, prawda Bronek, czy nie? – zwrócił się z uśmiechem na twarzy,
Michałek do Pisarczyka.
– Pewnie kurde, że prawda – odparł Bronek paląc bez przerwy papierosa.
– Braciszku Michałek, jak wróci braciszek Wasowski, to da już braciszek salowy obiad, a ja
wam za to cały świat dam – niecierpliwił się zapewne z głodu, Jan God.
49
– To mięsa, masła i słoniny już Jasiu nie dajesz? – powiedział niezmiernie rad ze swego żartu,
salowy.
– On wszystko da, tylko że nic nie ma, to inna sprawa – odrzekł „filozoficznie”, Pisarczyk.
– Nic im się nie stanie, jak poczekają z jedzeniem. Wasowskiemu chyba ktoś z pacjentów
papierosa dał, bo go długo nie ma, źle by było jakby dostał dwa, to ani łazienki, ani sali na ,
mokro nie zrobi, już ja wiem, ze jak Wasowski ma co palić, to nic nie zrobi, chyba się za nim
przejdę, posiedzisz chwilę – pytał Pisarczyka, zastanawiając się nad losem pacjenta
Wasowskiego, salowy Piotr Michałek.
– Idź, idź, nie wiem jak mogłem o tych łyżkach zapomnieć, ale jak człowiek ma pamiętać o
wszystkim przy tych wariatach – powiedział na rozstanie Bronek do salowego.
– Widzę, że pani zgubę prowadzi, ja pozwoliłem sobie na chwilę odejść z dwójki, żeby
zobaczyć czy Andrzej łyżki niesie – powiedział salowy, widząc idącą pielęgniarkę Tlałkę,
wraz z pacjentem Wasowskim.
– Jak to tak, chłopcy jeszcze nie jedli, panie Piotrku? – z wyrzutem w głosie pytała Tlałka.
– Jakoś tak dzisiaj zeszło, nie moja wina, że kuchnia się spóźniła, ty gdzie masz łyżki,
przecież prosiłem cię o nie Andrzej, dlaczego ich nie masz? – niepewnym głosem mówił
salowy, czym wykazał wyraźny respekt przed Tlałką.
– To załatwiajcie swoje sprawy panowie, ja idę po raz drugi odwiedzić Bogusia Czajkę –
powiedziała Tlałka. – Panie Bronku, niech pan zostawi te wstrętne papierosy, pan za dużo
pali. Boguś, Boguś! – wołała przekraczając próg sali, Tlałka. – Proszę bardzo, powinnam się
pogniewać na ciebie – powiedziała Tlałka, wyciągając z kieszeni fartucha, zegarek.
– Zegarek mój kochana siostra znalazła! – krzyczał, ciesząc się jak małe dziecko, Czajka na
widok zegarka.
– Mówiłam ci Boguś, że w naszym szpitalu jeszcze nic nikomu nie zginęło, to za to, ze coraz
bardziej jesteś grzeczny, Czajeczko droga – powiedziała pielęgniarka.
Pacjent Czajka pilnie przyglądał się zegarkowi, po chwili powiedział: – To chyba nie mój…
– Nie opowiadaj głupstw Czajka, specjalnie byłam za nim w magazynie, ubierz go sobie na
rękę, ale po kolacji musisz go oddać, bo wiesz dobrze, że na sali obserwacyjnej nie wolno
mieć zegarka, przyniosłam ci go tylko do kolacji, żebyś miał czas się nim nacieszyć
Bogdaneczek, tylko pamiętaj go salowemu oddać – robię to dla ciebie, przy okazji łamiąc
przepisy. Na mnie czas, i tak przez ciebie Boguś się dzisiaj nachodziłam, ale musiałam ci
udowodnić, że u nas nic nikomu nie ginie – mówiła pielęgniarka. – Andrzejek, szybciej
rozdawaj te łyżki, ty Białas, co tak ten talerz trzymasz, ręce cię nie bolą? – Dlaczego Rysiu
nie ma łyżki, przecież widzę, że niektórzy je mają, a zupy jeszcze nie dostali, co to za
porządki, panie Michałek! – podniesionym głosem mówiła „zegarkowa” pielęgniarka.
– Co cię to gruba Tlałko obchodzi – powiedział pacjent Ryszard Białas.
50
– Szczupły się odezwał – powiedziała Tlałka i szybko wyszła.
Wasowski, słysząc słowa Białasa, które Ryszard skierował pod adresem Tlałki, natychmiast
przyniósł mu drugi talerz zupy pomimo, że Białas zjadł dosłownie parę łyżek zupy, którą
został obdarowany znacznie wcześniej od pozostałych pacjentów.
– Postaw Andrzej mnie tu obok łóżka tą zupę, zjem ją chętnie, bo przez Tlałkę ta już jest
zimna – powiedział ze złością w głosie Ryszard Białas, oddając zimną zupę pacjentowi
Janowi Godowi, który wypił ją bezpośrednio z talerza, wrócił na swoje łóżko, i z nie
mniejszym apetytem konsumował swoją zupę.
Po zjedzeniu obiadu, ożywienie na dwójce zmalało, jedynie pacjent Czajka starał się ze
wszystkich sił zadbać o stan higieny jamy ustnej, oczywiście bez użycia pasty i wody
czyszcząc zęby szczoteczką narkomana, przy okazji mierząc czas czyszczenia na odzyskanym
zegarku.
Pacjent Andrzej Wasowski umył podłogę na sali obserwacyjnej, za tę pracę dostał od
salowego jednego papierosa, który uprzednio był własnością narkomana, ale salowy Michałek
powiedział mu, że dla siebie to on nie bierze, bo po prostu nie pali.
Michałek miał problem, ponieważ Wasowski odmówił umycia łazienki, pomimo próśb
salowego, jak i zapłaty w postaci jednego papierosa.
– Panie Piotrku, na co mi pana papierosa, jak już palę – powiedział wylewnie dziękując za
papierosa salowemu, którego miał otrzymać za wykonanie kolejnej pracy, Wasowski.
– Kolego, masz wielkie szczęście, że kończysz zmianę, cały szpital na nogach, „szaleńca”
wiozą! – krzyczał salowy Józek do Michałka.
Michałek spojrzał na zegarek.
– Co ty Józiu tak dzisiaj wcześniej? – zapytał.
– Jakie to ma teraz znaczenie. Jest wystarczająca ilość pasów na dwójce, czy mam się przed
przejęciem obowiązków, przejść na żeńską stronę? – pytał mocno zdenerwowany Józek.
– Józiu nie bój się, jak widzisz że nie dasz rady, to mogę zostać jak go przywiozą, to ci
pomogę, ja się wariatów nie boję, załatwię go w parę minut – powiedział Michałek.
– Ja bez twoich metod, jeszcze prędzej sobie z nim poradzę, dla mnie to żaden problem, w
końcu jakieś doświadczenie w tej pracy człowiek ma – odpowiedział Józek.
– Oczywiście, psychologicznie – śmiejąc się powiedział Michałek.
– A żebyś wiedział, że psychologicznie Piotruś – odparł Józek.
– To jak tak, to idę, łazienka nie zrobiona, cześć – powiedział Michałek.
– Nie mam do tego teraz głowy, sprawdzę czy są pasy – powiedział wchodząc na salę, Józek.
51
Salowy nawet nie spojrzał na salę, natychmiast otworzył szafkę z pasami.
– Kolego, siądź na chwilę przy dwójce, ja wyjdę tylko na chwilę na żeńską stronę po więcej
pasów, od przybytku głowa nie boli – powiedział salowy do narkomana.
– Proszę bardzo, panie Józku – powiedział narkoman.
– Tylko proszę nikogo z sali nie puszczać, dopóki nie wrócę – powiedział wychodząc szybkim
krokiem, salowy.
Ogrodzki korzystając z nieobecności salowego, natychmiast zapalił papierosa.
– Co jest, nie pozwoliłem palić! – krzyknął w stronę Ogrodzkiego, narkoman.
– Daj spokój – powiedział Marek.
– Tylko szybko pal, nie potrzebuję mieć kłopotów – powiedział narkoman.
– To już kolego, ze mną nie uciekasz, w salowego się kolega zmienił – powiedział Czajka.
– Bogdan, pewnie że uciekam, o to się nie martw, tylko wiesz – wypadało zapytać czy można
zapalić – powiedział chwilowy „salowy”
Przyjemna rzecz ludźmi rządzić, pomyślał Marek.
– Proszę pana, można iść do łazienki się umyć – pytał pacjent Nyczek narkomana.
– Nie można – powiedział narkoman, zapalając papierosa.
– Ja mam to w dupie, idę – powiedział Nyczek.
– Masz papierosa – powiedział narkoman.
– Dziękuję, dobrze że zapalony, zapałki nie są tanie – powiedział zadowolony Nyczek.
Mógłby już ten Józek wrócić, bo jak tak dalej pójdzie, to całą paczkę papierosów trzeba
będzie rozdać, martwił się narkoman.
– Jestem, dlaczego Nyczek pali na sali? – pytał salowy Józek.
– Bez pozwolenia chciał wyjść z sali – tłumaczył narkoman.
– Co tu z tobą Nyczek robić, byłeś nie tak dawno w pasach, będziesz znowu, was zostawić na
chwilę bez opieki, to byście z przywiązanymi łóżkami chodzili, proszę gasić papierosa i
położyć się do łóżka, i to już! – rozkazał salowy.
– Już to robię, tylko skończę palić, cały dzień nie paliłem – powiedział pacjent Nyczek.
– To już przechodzi ludzkie pojęcie! – krzyknął poirytowany salowy.
Dobrze, że skończyłem palić wcześniej, jakby mnie złapał , to by związał mnie za ręce –
cieszył się w myśli Ogrodzki.
52
– Nyczek, czekam sekundę, i cię wiążę, chyba że się natychmiast położysz – mówił Józek.
– Dobrze, panie salowy, już się kładę, tylko skoczę się szybko umyć, niech pan poczeka –
mówił pacjent Nyczek, uśmiechając się, jakby nie widział wściekłej twarzy salowego.
– To już jest szczyt bezczelności! – Jak tu człowiek ma mieć spokój w pracy, już się chyba
dzisiaj nic nie pouczę – martwił się Józek.
– Panie Józku, ja pomogę go panu związać – deklarował się narkoman.
– Może za chwilę – odparł salowy.
– Mirek, wynoś się na trójkę, pan dyrektor tak zdecydował – zawołał salowy w kierunku
chorego leżącego obok okna.
Wezwany poprawił okulary na nosie i patrzył po sali, jakby ją widział po raz pierwszy.
Dopiero wtedy Ogrodzki zauważył, ze energia życiowa drzemie w niewielu towarzyszach:
God, Nyczek, Białas, narkoman, oczywiście – Czajka, niemalże zupełnie „martwy”
Jakóbczyk, którego nie ożywiła nawet siostra oddziałowa z prezentem żywnościowym od
rodziny.
Wszyscy pozostali pacjenci jedli, spali, załatwiali potrzeby fizjologiczne przy pomocy kaczki.
Być może kiepskie żywienie powodowało to, że nawet konieczność skorzystania z łazienki
nie była tak częsta jak zazwyczaj ma to miejsce. Przecież pacjent Mirek został dostrzeżony
dopiero gdy wywołał go salowy, tak by go pewnie nikt nie zauważył, czy też, nikogo by nie
zainteresował. Mirek nawet nie oglądając się na swoje łóżko, opuścił dwójkę.
– Co to trzeba panie Józku zrobić, żeby dostać się na „lepszą” salę? – pytał narkoman.
– Swoje odleżeć. Ty się nie martw, wkrótce zmienisz – uspokajał narkomana salowy.
– To może zwiążemy Nyczka, bo się jeszcze skurczybyk nie położył, nie wiem czy mi czasem
nie będzie chciał papierosów ukraść? – z troską w głosie pytał narkoman.
– Kolego, zasada podstawowa jest jedna: pacjent z dwójki nie ma prawa zapalić, chyba że
zmieni salę na lepszą, wówczas inna jest rozmowa – odpowiedział salowy.
– Ale pan dobrze wie, ze ja „psychiczny” nie jestem – odpowiedział narkoman.
– Zgoda, tylko co z tego, ty jesteś przez nas leczony również, chyba nie muszę mówić ci z
czego, co tu dużo gadać – z uzależnienia, a to na jedno wychodzi, nieprawda? – zakończył
kwestię Józek. – Nyczkiem też się nie martw, o popatrz, już się razem z Godem modlą przy
kaloryferze.
– Faktycznie, nie wypada go teraz wiązać – powiedział narkoman.
– Nie opowiadaj głupstw, to nie ma znaczenia, pasów mi na kretyna szkoda, „szaleńca” do nas
wiozą, muszę być przygotowany – oznajmił Józek.
53
– To może panie Józiu i mi by było można salę zmienić, to trochę strach pod jednym dachem
z kimś takim spać – mówił narkoman.
– O to się nie martw, my go tu zaraz ujarzmimy – bez przekonania w głosie, powiedział
salowy.
– To jakiś niebezpieczny „świr”, panie Józku? – pytał narkoman.
– Powiem ci tylko tyle, że ostatnie pół roku w lesie mieszkał, a z takimi nie ma żartów, już ja
to z doświadczenia wiem – odparł salowy.
– Panie salowy, proszę tu koło mojego łóżka porządek zrobić, bo mi się podobało napluć na
podłogę – domagał się pacjent Czajka.
– Wracaj do łóżka – powiedział salowy Józef do narkomana, jakby kompletnie nie słyszał
słów Czajki.
– Panie Józku, siostry powiedziały, żeby pan na chwilę przestał czytać książki, bo i tak jest
pan bardzo mądry, i zapraszają pana do zabiegowego, i mówiły jeszcze, ze czeka jakaś
niespodzianka, czy coś – powiedział Wasowski.
– Siadaj tu i pilnuj, widzę że już ci lepiej, bo sam się dziwię, że wreszcie rozumiesz co się do
ciebie mówi – powiedział salowy opuszczając posterunek.
– Jak się wam chłopaki żyje? – pytał Wasowski.
– Super jest, Andrzejek! – wołał z łóżka Czajka.
– Panie Andrzeju, pozwoli pan zapalić? – pytał Ogrodzki.
– Jak ma pan co, to czemu nie, ja nie taki jak salowy, u mnie można palić, kto by się Józia bał,
niech pan pali, mógłby i mi pan jednego papierosa dać, oddam panu jak moja renta do szpitala
przyjdzie – powiedział Wasowski.
– Lepiej chłopcy nie palcie, skąd wiecie czy pan Józek zaraz nie wróci – starał się zasiać
niepokój narkoman.
– To co z tego, niech przychodzi, kto by się tym przejmował – nie dawał za wygraną
Wasowski, mając przed sobą perspektywę wypalenia papierosa.
– Tylko jest jeden problem, niewiele mam tych papierosów, pan jest na innej sali, to chyba
łatwiej panu o papierosy – powiedział Ogrodzki do Wasowskiego.
– To wypalmy go na spółkę – odpowiedział Wasowski.
– Dobrze – powiedział Marek, zapalając papierosa.
– Proszę bardzo, proszę, pan przecież doskonale zna drogę, panie Gibonka, śmiało – rozległ
się głos salowego Józefa po korytarzu, który był dobrze słyszalny na dwójce.
54
– Dawaj szybko tego papierosa! – powiedział Wasowski do Ogrodzkiego.
– Łóżko czeka już na ciebie od drugiej, Gibonka – mówił Józek, popychając ręką przed siebie
staruszka.
Człowiek przyprowadzony przez salowego był bardzo marnej postury, na którą składał się
mizerny wzrost, oscylujący w granicach stu pięćdziesięciu centymetrów, jak i mocno
wychudzona sylwetka. Jedyne, co rzucało się prosto w oczy w wyglądzie tego osobnika, to
bardzo długie włosy, nie pasujące zupełnie do jego wieku, jak i nie pielęgnowana bardzo
długa broda.
– Jak my tu ciebie Gibonka ogolimy? – zastanawiał się salowy.
– Panie Józku, skoro ten dziadek zajął łóżko przygotowane dla tego niebezpiecznego typa, to
ja może swoje zwolnię, i przeniosę się na inną salę? – pytał z prośbą w oczach, narkoman.
– Jeszcze by tego brakowało, żeby pacjent decydował o zmianie sali. Niedoczekanie wasze, i
proszę się przestać mieszać w życie szpitala! – z gniewem w oczach powiedział w kierunku
narkomana salowy, wyciągając spod pachy podręcznik historii.
– Ja to pana podziwiam, panie Józku, w każdej chwili mogą przywieźć bardzo
niebezpiecznego świra, a pan sobie spokojnie czyta – powiedział narkoman.
– Co tu dużo gadać, doświadczenie robi swoje, psychologia nie jest mi obca, a to ma
niebagatelne znaczenie – powiedział salowy, wracając do przerwanej lektury.
Pacjent Andrzej Wasowski cały czas przebywał w sali obserwacyjnej, pobyt umilał mu
rozmowny jak zawsze Czajka, z którym Andrzej zawzięcie prowadził dyskurs.
Po zakończeniu przyjaznej pogawędki, Wasowski udał się w stronę wyjścia, nie potrafił
jednak przejść spokojnie obok salowego.
– Panie Józku, pan to tyle czyta, że niedługo będzie pan mądrzejszy od doktora Gardeckiego,
tak mi się wydaje, prawda panie Józku? – z ironicznym uśmiechem powiedział Wasowski.
Salowy Józef nie spojrzał na Wasowskiego, czytał nie przerywając lektury. Zapewne słowa
pacjenta Wasowskiego, skierowane pod jego adresem, wydały mu się możliwe do
zrealizowania, ponieważ powiedział: – Andrzej, zasłaniasz mi światło, masz tu papierosa,
tylko w sali mi nie pal.
– Oczywiście panie Józku, lecę do łazienki, z pana to jest bardzo dobry człowiek, bo to że
mądry, to każdy w naszym szpitalu wie – powiedział wychodząc Wasowski, który tym razem
w drzwiach pozdrowił wyciągniętą ręką przyjaciela Czajkę.
Pacjent Wasowski wrócił pod salę obserwacyjną bardzo szybko, znów przywitał po
faszystowsku Czajkę.
– Panie Józku… – lecz nie dane było mu skończyć myśli, natychmiast przerwał ją salowy.
55
– Przecież ci po to dałem papierosa, żebyś mi nie zawracał głowy! – powiedział salowy.
– Dałem pół papierosa Tadziowi Sokołowi, on fajny chłopak – tłumaczył się swą obecnością
Wasowski.
– To już więcej ode mnie nie zapalisz – skwitował decyzję Wasowskiego, Józek.
– Co tam fajka, panie Józku, mnie dzisiaj głowa boli i byłem u pielęgniarek prosić o tabletkę
od bólu głowy – powiedział Wasowski.
– I co, dały ci? – pytał salowy.
– Nie, bo podobno szpital nie ma pieniędzy na lekarstwa tego rodzaju – odparł Wasowski.
– No to zmiataj stąd, Wasowski! – rozkazał salowy Józek.
– Już idę panie Józku, tylko siostry kazały mi się o coś pana zapytać – mówił Wasowski.
– Co takiego? – A nie przekręcisz czasem, durniu? – ciekawskim głosem pytał Józek.
– Nie, nie, nie ma mowy, zapamiętałem dobrze – z pewnością w głosie powiedział Andrzej
Wasowski.
– To mów szybko, nie widzisz, że się uczę – powiedział salowy.
– One się pytają, czy przestał już pana brzuch boleć, jak się okazało, że „grożny szaleniec” to
nikt inny jak ten stary dziad, Gibonka? – zachodząc się od śmiechu, powiedział Andrzej.
– Już ja sobie z nimi porozmawiam, to jest niedopuszczalne, robić sobie przy pomocy
pacjenta, żarty z mojej osoby! – powiedział ze złością salowy.
– Ja tylko powtarzam, co mówiły – bronił się Wasowski.
– Siadaj tu matole i pamiętaj: nikogo na krok z sali nie puszczaj, i nie pozwalaj na sali palić,
nawet jemu! – powiedział salowy wskazując palcem na narkomana.
Po wyjściu salowego, Wasowski opuścił posterunek, ale nie na długo – wracając na dwójkę –
niósł ze sobą w rękach stare, zniszczone trampki, które wręczył Czajce. Pacjent Czajka
natychmiast schował je pod poduszkę.
– Tylko pamiętaj Czajka, za te trampki ma być kapelusz, taki sam jak ma Bob Dylan –
powiedział Wasowski.
– Andrzejek nie martw się, masz załatwione – powiedział Czajka.
– Wasowski, koteczku, pan Józef kazał ci wracać na czwórkę, za dużo się dzisiaj po tej
dwójce kręcisz – powiedziała starsza kobieta, ubrana w chustkę na głowie, pomimo że była w
pomieszczeniu. Szczególny fakt, który zwracał uwagę to to, że w ręku trzymała talerzyk
deserowy, a na nim stała szklanka z kawą, w której była włożona łyżka, którą przeważnie jada
się zupę.
56
– Który z was ma papierosy? – powiedziała kobieta, pijąc kawę wraz z zanurzoną łychą w
szklance.
– Nie przeszkadza pani ta łyżka – zapytał Czajka.
Kobieta nie odpowiedziała. Z uśmiechem na ustach wzięła papierosa od narkomana.
– To dzisiaj ja was mam, pan Józek ma dzisiaj szkołę – powiedziała kobieta.- Pewnie jeszcze
po książki przyjdzie, no ale mój Zenek chory, to muszę za niego odpracować – mówiła pijąc
kawę i równocześnie paląc papierosa. – To co koteczki, skręca was, bo nie możecie palić? –
Ten co mi dał papierosa, może palić, reszta nie – powiedziała.
– Pani Matlakowa, bardzo pani dziękuję, że jest pani tak wcześnie, spróbuję tu przy dwójce
rozgryźć zadanie z matematyki. Co to z tą nauką człowiek ma, że już od samego myślenia o
niej, to mnie czasem głowa boli, ale szkoda ostatnią klasę tak zostawić, trzeba się uczyć, żle
by było zawalić wszystkie lata szkoły – powiedział salowy Józek.
– Proszę, niech pan się uczy, mnie to nie przeszkadza, ja sobie na te koteczki popatrzę –
mówiła zastępczyni salowego Zenka.
– Pani Matlakowa, a co to się pani synowi stało? – pytał z troską w głosie, z nad zeszytów,
pilny uczeń, salowy Józek.
– Bo to ja wiem, chory biedak i tyle – odpowiedziała Matlakowa.
– Józiu, to które to zadanie, co sobie z nim rady nie dajesz? – pytał żeński głos z korytarza.
– To, skarbie – powiedział Józek.
– Wezmę je do magazynu i postaramy się ci je rozwiązać – powiedziała młoda kobieta, sądząc
po barwie głosu.
Salowy Józek zapalił papierosa, i niecierpliwie oczekiwał na powrót osoby, która miała
pomóc mu rozwiązać „problem naukowy”.
Pani Matlakowa nie próżnowała, poprosiła, choć może bardziej zażądała od narkomana
kolejnego papierosa, i spacerowała – na ile pozwoliła przestrzeń – po dwójce. Co jakiś czas
przystawała przy łóżku i patrzyła na każdego pacjenta z osobna.
Jedno, co zdziwiło Ogrodzkiego, to jej kompletny brak zainteresowania pacjentem Białasem,
jak też jej bardzo szybki krok, gdy była w sąsiedztwie łóżka Rysia. Do Czajki też starała się
nie podchodzić blisko, bo było to w zasadzie niewykonalne z tej prostej przyczyny, że pluł on
wokół swojego łóżka tak, że gdyby się Matlakowa zbliżyła, znalazłaby się w sile jego rażenia.
– Józiu, już jest rozwiązanie, szybko nam poszło, trudne to zadanie raczej nie było – mówiła
dziewczyna o znanym głosie.
– Czy ja wiem, rozwiązywałem je na brudno dzisiaj parę godzin i mam oczywiście w
brudnopisie rozwiązanie – powiedział Józek.
57
Salowy wyciągnął brudnopis i porównywał swoje rozwiązanie z tym, które otrzymał podane
zapewne przez pielęgniarki, które postanowiły wnieść swój udział w edukację Józka.
– I co Józiu, zgadza się? – pytała.
– Ja mam inne rozwiązanie na brudno, nie ma innego wytłumaczenia jak to, że to zadanie ma
kilka rozwiązań – powiedział z dumą w głosie salowy, chowając zeszyty. – Twoje szczęście
Czajka, że kończę dzisiaj wcześniej zmianę, bo bym raz dwa z tym twoim pluciem porządek
zrobił! – powiedział wychodząc, salowy Józek.
– Ja sobie zaraz z tym kotkiem porozmawiam – powiedziała Matlakowa.
Czajce znudziło się plucie, a że wykonywał tylko dwie czynności: pierwsza – plucie, druga –
czyszczenie zębów szczoteczką narkomana, rozpoczął tę drugą.
Matlakowa wolnym krokiem zbliżyła się do łóżka Czajki. On na nią nie zwracał żadnej
uwagi, czyścił zęby zawzięcie. Gdy zmęczyła mu się prawa ręka, przełożył szczoteczkę do
lewej, na której znajdował się zegarek.
– Kto tobie kotku pozwolił zegarek na dwójce nosić!? – krzyknęła Matlakowa, podchodząc
szybkim krokiem.
– Ściągaj go, ale to już, zaraz go damy do magazynu! – mówiła podniesionym głosem,
Matlakowa.
– Co mi tu pani stula jakieś bzdury o magazynie, nie oddam zegarka, już żeście mi jeden
ukradli! – głośno mówił Czajka
– Czajka bądź mądry, takie są przepisy, nie wolno mieć zegarka na sali obserwacyjnej –
łagodniejszym głosem mówiła Matlakowa.
– Proszę pani, pani tu jest salową, prawda, pani syn tak samo, ja też przepisy znam, i wiem że
wy powinniście podawać basen, wynosić kaczki, a przede wszystkim myć podłogę, i nie
rozstawać się z miotłą i szmatą, dobrze powiedziałem, chłopaki? – powiedział Czajka,
szukając oczami poparcia wśród pacjentów.
– Święte słowa powiedział braciszek Czajka, a mi was babciu żal – powiedział pacjent Jan
God, który pod koniec zdania, zaczął rzewnie płakać.
– Dobrze Czajka, skoro jesteś taki mądry, to ja też coś ci powiem. Kiedyś, dawno temu, był u
nas w szpitalu komunista, ważny sekretarz, jednym słowem – partyjny, i jemu też nie wolno
było mieć zegarka, i ty mi mówisz, że lepiej znasz przepisy, kotku – przekonana o swej racji,
mówiła Matlakowa.
– Sama pani powiedziała, że to było dawno, zresztą mi ten zegarek dała kochana siostra
Tlałka, i pani gówno do tego – odpowiedział Czajka.
Matlakowa zdenerwowała się nie na żarty, skoro postanowiła wypalić własnego papierosa,
być może zapomniała po słowach Czajki, że powinna swoje oszczędzać.
58
– Czego stary dziadu wyjesz! – zawołała w stronę Goda, nie wyjmując przy tym papierosa z
ust.
– Bo żal mi was, babciu – płacząc powiedział God.
– Ty się o mnie nie martw, ty się martw, żeby czasem Germany ciebie nie chciały odwiedzić,
bo coś mi się wydaje, że jak przyjdą, to się posrasz w gacie – powiedziała śmiejąc się
nerwowo na całe gardło, Matlakowa.
– Dlaczego pani dokucza starszym ludziom? – odezwał się Jakóbczyk.
– Obrońca się znalazł, co już trzy lata na dwójce siedzi, też mi towarzystwo! – warknęła
Matlakowa.
– Matlakowa, daj mnie szybko kaczkę! – zadysponował pacjent Ryszard Białas.
– Lej w łóżko dziadu, ja to wszystko co do mnie gadacie, powiem Zenkowi – on zaraz z wami
porządek zrobi, jeszcze będziecie mnie przepraszać, zobaczycie – odgrażała się Matlakowa.
– Zapali pani, proszę bardzo – powiedział narkoman.
– Możesz dać, chociaż dopiero co zgasiłam, ale jak tu się opanować przy takich durniach –
powiedziała Matlakowa.
– Ja też ledwo na tej dwójce wytrzymuję, ale tłumaczę sobie to w ten sposób, że to są chorzy
ludzie, i nie należy na nich uwagi zwracać – pocieszał salową narkoman.
– Jak tu się nie denerwować, niech pan popatrzy na tego Gabonkę czy Gibonkę, już
zapomniałam jak on się prawidłowo pisze – mówiła Matlakowa. – Gibonka, powiedz ty mi,
kiedy ty się ostatni raz goliłeś, wyglądasz jak dziki człowiek, czy ja wiem jak cię jeszcze
nazwać, Gibonka co powiesz? – pytała Matlakowa.
Staruszek, na słowa salowej, usiadł na łóżku, wzniósł ręce do góry, następnie przeżegnał się
kilka razy i zaczął się zapamiętale modlić.
– No widzi pan, zapomniałam o tym co powiązany, już z nim Zenek porządek zrobił, siedzi
cicho tylko się gapi, ale mi to nie przeszkadza – mówiła Matlakowa do narkomana, patrząc na
Ogrodzkiego. – Skręca, skręca, zapaliłbyś koteczku, ale u mnie nie zapalisz, nawet jakbyś
miał co, ale i tak pewnie nie masz? – powiedziała w stronę Ogrodzkiego, salowa.
– Ma, ma, ja parę papierosów mu dałem – powiedział narkoman.
– Też pan nie miał komu, tylko takiej łajzie – mówiła Matlakowa patrząc bez przerwy na
Marka.
– Ty stara Matlaczko, dawaj kaczkę! – dopominał się po raz drugi, Białas.
– Wstań i sam sobie weż, ręce ci do dupy przyrosły, czy jak Białasku? – powiedziała salowa.
– Proszę bardzo, panie Rysiu – powiedział narkoman, podając kaczkę.
59
– Niech będzie, wezmę od ciebie – powiedział Białas.
Gdy pacjent Ryszard Białas napełnił moczem po brzegi kaczkę, począł – jak to miał w
zwyczaju- oglądać i wąchać, i pokrótce stwierdził : znowu niedobre tabletki mi dali.
-Zabierz mu to pan, bo się świnia zaraz tego napije!- powiedziała Matlakowa do narkomana
który natychmiast wykonał polecenie, z dużym lękiem.
Białas tym razem pożegnał się z kaczką bez żalu, przewrócił się na bok w łóżku, i niemal
natychmiast zaczął głośno chrapać.
– Dobrze, że zasnął ten Białas, muszę panu powiedzieć, że on jest bardzo niebezpieczny,
gorszego wariata to ja w tym szpitalu nie widziałam, a pracuję tu już tyle, że niewiele mi do
emerytury zostało, tak że wiem co mówię – mówiła Matlakowa do narkomana.
– To moim zdaniem lepiej, żeby był związany, jak jest taki groźny – ze strachem w głosie
zaproponował narkoman.
– My byśmy wszyscy chcieli, żeby tak było jak pan mówi, ale to jest niemożliwe – odparła
Matlakowa.
– Dlaczego? – zapytał narkoman.
– Proszę pana, on tu już jest kupę lat, i prawie bez przerwy był związany, a że spokojny nigdy
nie był, to się rzucał na łóżku, no i pasy mu tak poraniły nogi, ze już mu się chyba nigdy nie
zagoją, robią mu co prawda opatrunki, ale mało to pomaga, mówię panu, straszne ma te rany,
i doktor zakazał go wiązać, ale niech się pan nie boi, on jest najgorszy jak jest głodny, a jak
się nażre, to bez przerwy śpi – odpowiedziała Matlakowa narkomanowi, który po
wysłuchaniu jej słów zapalił papierosa, zapominając poczęstować rozmówczynię.
– Nie bój się pan – powiedziała śmiejąc się Matlakowa, widząc zmienioną twarz narkomana,
który opowieścią o pacjencie Ryszardzie Białasie wystraszył się nie na żarty.
– Pani Matlakowa, może mi pani dać papierosa? – prosił Nyczek.
– On ci da – powiedziała Matlakowa, wskazując palcem na narkomana.
Narkoman natychmiast wyjął papierosy z kieszeni piżamy z zamiarem poczęstowania
Nyczka.
– Co pan tak się spieszy mu tego papierosa dawać, czekaj pan. Słuchaj koteczku, dostaniesz
od niego papierosa pod warunkiem, że umyjesz po kolacji dwójkę – powiedziała salowa
Matlak.
– Żądaj co najmniej czterech! – zawołał do Nyczka, Czajka.
– To, że ty jesteś cwaniak Czajka, to ja wiem, ale ty się nie martw, wróci do roboty mój
Zenek, to będziecie wszystko robić za darmo – powiedziała Matlakowa.
60
– Co się pani tak tym swoim kurduplem chwali, co, myśli pani ze nie wiem, że ten pani
cudowny syn, to nawet do dawnej Milicji się nie dostał, bo był za mały, ja już swoje wiem,
dobrze mówię chłopaki, co? – powiedział niezmiernie z siebie zadowolony pacjent Czajka.
– Pewnie, że dobrze, braciszku Czajka, ja wam za to, jak mnie brat Mietek weźmie do domu,
to wam dam masła, mięsa i słoniny za to co mówicie, braciszku – powiedział Jan God.
– Kiedy to dziadku będzie? – zainteresował się Czajka.
– Po niedzieli braciszku, po niedzieli – zapewniał God.
– Dobra jest, dziękuję wam God – powiedział.
– Dobrało się dwóch wariatów – powiedziała Matlakowa.
– Ty, God, a ty pamiętasz kiedy ostatni raz u ciebie był twój brat Mietek, bo ja sobie jakoś nie
mogę przypomnieć, a go znam dobrze i już go dawno nie widziałam, żeby ciebie odwiedzał
– mówiła Matlakowa.
– Po niedzieli babciu będzie, i mnie zabierze, zobaczycie babciu Matlakowa, że Mietek
przyjedzie, porozmawia z braciszkiem Gardeckim i pojedziemy, a ja za to że mnie braciszek
Gardecki puści, cały świat mu dam – powiedział Jan God.
– Po cholerę jemu ten twój cały świat, on ma tyle pieniędzy, że od ciebie durniu, nic nie
potrzebuje – powiedziała pani Matlakowa. Popatrz pan, no i nie zrobią te koteczki z
człowieka wariata, po co ja z nimi gadam – mówiła Matlakowa do narkomana, który był
wdzięcznym słuchaczem i bez przerwy przytakiwał. – Słuchaj pan, Białas śpi, to się nie musi
pan go bać, noc długa, idę sobie zrobić kawy, a pan tu ich popilnuje, wystarczy nie dać po
sobie poznać, że się ich boi, bo jak tak na pana patrzę, to widzę że za odważny to pan nie jestpowiedziała
wychodząc salowa.
– Aha, zapomniałam panu powiedzieć, bo widzę, że pan taki wystraszony, że Białas to się
przeważnie budzi tylko jak słyszy, że jedzie wózek z jedzeniem, a reszty nie trzeba się bać! –
krzyczała z korytarza, salowa.
Dosłownie minęło parę minut, gdy Matlakowa była z powrotem na dwójce. Na jej widok,
twarz narkomana wróciła do stanu jaki miała wyraz podczas ich miłej pogawędki, czyli w
miarę spokojnego.
Już po mojej kawie, pielęgniarka idzie z zastrzykami i tabletkami, ani chwili w tej pracy
człowiek nie ma wytchnienia, rzuciłabym to wszystko w diabły, ale emerytury szkoda – żaliła
się Matlakowa. – Nyczek, przestań stać przy drzwiach, mogłeś już dawno dostać papierosa,
ale skoro słuchasz Czajki, to zamiast papierosa, dostaniesz w pierwszej kolejności zastrzyk w
dupę, a ja se z Wasowskim załatwię sprzątanie za chleb co zostanie po kolacji – powiedziała
dumna z siebie Matlakowa, że w tak łatwy sposób znalazła rozwiązanie problemu umycia
podłogi. – Jest nasza Beatka, dzień dobry, czy dobry wieczór siostro, no to koteczki,
nastawiać dupy! – wołała Matlakowa.
61
Szczupła i wysoka młoda pielęgniarka, zawstydziła się na słowa wypowiedziane przez
Matlakową. Ustawiła tacę z zastrzykami na parapecie okna, i na pierwszy rzut wybrała
Ogrodzkiego, nie odczytywała nazwisk z zeszytu, jak jej poprzedniczki.
– Pani to jest bardzo ładna dziewczyna, to pewnie zastrzyk kompletnie nie będzie bolał –
powiedział Marek do pielęgniarki Beaty.
– Dobrze, dobrze, niech nadstawi pośladek.
Marek patrząc kątem oka na pielęgniarkę zauważył, że jest ona mocno speszona.
Niestety, nadzieja Marka sądzona po wyglądzie siostry, że zastrzyk będzie bezbolesny,
okazała się chybiona, zastrzyk bolał jak cholera, najbardziej ze wszystkich jakie mu zrobiono
do tej pory.
Marek bacznie obserwował reakcje pacjentów – po wykonaniu zastrzyku, nikt z pozostałych
nawet nie jęknął. Masz tu bracie zapłatę za komplement, pomyślał Ogrodzki.
Pielęgniarka Beata szybko uwinęła się z zastrzykami. Dziwnie nikt nie protestował, co w
przypadku Czajki było zastanawiające, pacjent Nyczek również był chyba pogodzony z
losem, że dziś już nie wypali papierosa, zresztą co tam papieros, salę zaszczycił swą
obecnością sam Bronisław Pisarczyk, oczywiście w towarzystwie wózka, na którym
znajdowała się niemal przez wszystkich upragniona kolacja.
Posiłek wieczorny nie był zanadto skomplikowany – były to dwie pajdy chleba plus kubek
mleka.
– Patrz pan, panie Broniu, jak kotki piją to mleczko – mówiła podniesionym głosem
Matlakowa.
– Ja przepraszam, pani to może to mleko kupuje za własne pieniądze dla szpitala, skoro to dla
pani taki frapujący obrazek? – powiedział bardzo głośno, Ogrodzki.
Matlakowa nagle utraciła swą pewność siebie, i na słowa Marka nie zareagowała zupełnie.
Tylko pacjent Jan God zabrał głos w tej kwestii.
– Ma rację braciszek Ogrodzki, to mleko to nam kupił braciszek Gardecki, a nie babcia
Matlakowa – powiedział.
Zaraz po kolacji zgaszono światło dzienne, i zapanował półmrok.
Marka ze snu wyrwał krzyk Matlakowej : – Matko boska, Czajka uciekł, Jezus Maria,
przecież nie spałam!
Nowina wykrzyczana przez salową, bardzo ucieszyła Marka, ale był tak senny, że spojrzał
tylko na łóżko Czajki, które było puste, i zaraz zasnął.
Gdy tylko się Marek obudził, skierował wzrok na łóżko Czajki. Uciekinier znajdował się na
nim z powrotem.
62
Długo się „wolnością” nie nacieszył, biedak – pomyślał.
– I co ty Czajka myślałeś, że od nas tak łatwo uciec? – mówiła uśmiechając się Matlakowa,
stojąc przy jego łóżku.
Czajka nie odpowiadał.
Dopiero teraz Marek zauważył, że był on związany pasami tak, że nawet nie pozwalały mu
one na najmniejszy ruch. Takie unieruchomienie pacjenta miało w żargonie szpitalnym swój
termin, zwał się on: „związany jak szynka”.
– To też nie miałeś gdzie uciekać, tylko do księdza? – pytała Czajkę Matlakowa. – I co ty mu
tam koteczku gadałeś? – mocno zainteresowanym głosem pytała.
– Co miałem gadać, prawdę gadałem, żeście mi kolację zabrali – powiedział Czajka.
– To ty durniu, takie głupoty księdzu opowiadałeś? – To nie dziwię się, że do nas zadzwonił, i
cię chłopy z szóstki przywlekły. – To teraz sobie koteczku w pasach poleżysz – mówiła
Matlakowa.
– Pani Matlakowa, proszę na razie nie wychodzić z pracy, nawet jak będzie zmiana, na pewno
dyrektor Gardecki będzie chciał z panią porozmawiać, i chyba pani Matlakowa będzie
nagana, że pani pacjent z dwójki uciekł, bardzo mi przykro – powiedziała pielęgniarka Beata.
Gdy ucichły kroki pielęgniarki, Matlakowa powiedziała: – Ja ci tego skurwysynu nie daruję!
– Baczność! Matlakowa! – zawołał w drzwiach dwójki wysoki szatyn z bujnym wąsem. To
wieloletni pacjent Tadeusz Sokół.
– Tadziu, kochany, znajdź mi pana Pisarczyka, pewnie jest gdzieś na Oddziale, ja nie mogę od
dwójki odejść – prosiła salowa.
– Da mi pani za to na paczkę herbaty, jak go znajdę? – powiedział Tadziu.
– Dam ci Sokół, tylko idź go szukaj, im prędzej go znajdziesz, tym więcej herbaty dostanieszpowiedziała
Matlakowa.
– Tylko, żeby czasem nie była granulowana, bo po niej rzygam – powiedział pacjent Tadeusz
Sokół, udając się na poszukiwania obywatela Bronisława Pisarczyka.
Nie trwało to długo, pan Bronisław musiał być w pobliżu, bo zjawił się niemal natychmiast.
– Co tam, pewnie się Czajka próbuje rozwiązać? – mówił idąc w stronę łóżka zajmowanego
przez Czajkę.
– Nie, nie panie Bronku, chcę na chwilę wyskoczyć, zanim mnie dyrektor wezwie, o telefon
mi chodzi – powiedziała wybiegając z sali.
Pan Pisarczyk wyjął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę, i rzucił jedno i drugie
niedbale na krzesło, sam oparł się o framugę drzwi.
63
Narkoman leżąc w łóżku, pilnie przyglądał się zapalniczce leżącej na krześle. Powoli wstając
z łóżka, podszedł do drzwi, w których stał Pisarczyk.
– Panie Bronku, można zapalić jednego? – zapytał poufałym tonem narkoman.
– Pal, człowieku – odpowiedział Pisarczyk.
Narkoman włożył w usta papierosa i sięgnął po zapalniczkę Pisarczyka, leżącą na krześle.
Reakcja Bronka była natychmiastowa, zawołał: – Co ty myślisz, że ja do niej wodę wlewam!?
– Masz chyba swoją, a jak nie masz, to idź do sracza, dadzą ci odpalić!
Narkoman zdecydował się skorzystać ze swoich zapałek – wyjście do łazienki nie stanowiło
dla niego atrakcji – w przeciwieństwie do większości pacjentów sali obserwacyjnej. Mocno
zmieszany zachowaniem Pisarczyka, wypalił szybko papierosa, i podszedł do Czajki.
– Co Bogdan, nie udało się? – pytał.
– Co się miało udać, jakbym nie wstąpił na plebanię, gówno by mnie złapali, nawet ci zasrani
alkoholicy co mnie tak powiązali, że się ruszyć nie mogę, ale pamiętaj przyjacielu, że ja
jestem sportowiec, i się nigdy nie poddaję, Czajkę trzeba dobrze poznać, żeby wiedzieć na co
go stać – powiedział Czajka do narkomana. – Ty, nachyl się – powiedział do narkomana
niepokonany pacjent Czajka.
– Co, chcesz papierosa, przecież nie palisz? – powiedział , nie spełniając prośby Czajki,
narkoman.
– Nie o to chodzi, jak Pisarczyk wyjdzie na korytarz, zresztą teraz stoi odwrócony, to poluzuj
mi szybko pasy, najbardziej na rękach, na razie udawaj, że rozmawiamy – powiedział Czajka.
– Co ty, Bogdan, w każdej chwili może się odwrócić, nie mogę Boguś, i spać mi się chce
jeszcze, jak Bronek pójdzie po śniadanie, to pogadam z popem, to ci poluzuje on, wiesz, ja nie
chcę ryzykować – pozwalają mi palić na sali – sam rozumiesz… Trzymaj się, Boguś –
powiedział narkoman i wrócił na swoje łóżko.
– Porozmawiałeś z kolegą, widzisz co się dzieje z tymi co uciekają – mówił roześmiany
Bronek.
– Mi dobrze w tym szpitalu, po co mi uciekać – odpowiedział narkoman.
– Każdy tak mówi – odpowiedział Bronisław. – Tylko, że… Już jesteście z powrotem,
Matlakowa – powiedział Pisarczyk, nie kończąc rozmowy z narkomanem.
– Trochę mnie nie było, ale byłam w zabiegowym po krople, tak mnie serce boli przez tego
skurczybyka Czajkę, że też musiał akurat na mojej zmianie uciekać – mówiła salowa.
– Daleko nie uciekł, a doktor zrozumie, żeście na chwilkę zasnęli, nagadać wam nagada, ale
bez tego się nie obejdzie – mówił Pisarczyk.
64
– Że też mój Zenuś musiał zachorować, przy nim by się bał uciekać, co ja teraz zrobię –
mówiła zmartwionym głosem Matlakowa.
– Grunt to się Matlakowa nie przejmować. Pora mi iść na główną kuchnię, wszystko będzie
dobrze – powiedział Bronek.
– Dzień dobry, nie spodziewałem się tutaj pani, bo i Zenobiusz ze mną przyszedł, to coś mi
nie pasuje, pani czy inne kobiety, to pilnują żeńskiej dwójki? – pytał salowy Michałek.
– To mówi pan, że Zenek jest, to ja idę się ogarnąć, on wszystko panu powie, mnie dzisiaj
rozmowa z dyrektorem czeka – powiedziała Matlakowa, szybkim krokiem opuszczając
miejsce pracy.
– Co się takiego stało? – pytał salowy.
– Zenek panu powie! – krzyknęła z głębi korytarza Matlakowa.
– Ty nie wiesz co się stało? – zapytał Michałek narkomana.
– Czajka w nocy uciekł – odpowiedział narkoman.
– No właśnie słyszałem jak pielęgniarki mówiły, że Matlakowa ma dzisiaj sraczkę murowaną,
a Czajka ile razy jest, to zawsze ucieka, i Gardecki jej najwyżej naganę da, a ona co chwilę po
jakieś krople lata i one nie mogą się w spokoju kawy napić. Tyle słyszałem jak się
przebierałem – mówił Michałek. – Nie wiesz, o której w nocy uciekł? – pytał salowy.
– Nie wiem, spałem, tylko usłyszałem jak pani Matlakowa krzyknęła, że Bogdan uciekł –
odpowiedział narkoman.
– Ciekawe, po co Zenek przyszedł do pracy jak matka za niego odpracowała, może już wie co
się stało, tylko przy terapeutkach nie chciał nic mówić, bo szły z nami – zastanawiał się
głośno salowy.
Po chwili wszedł na salę salowy Zenobiusz. Nie miał na sobie fartucha, rozejrzał się wkoło,
skinął na Michałka, i obaj podeszli do łóżka Czajki.
– Piotrek, sprawdź pasy! – zadysponował Zenobiusz Matlak.
– Co ty chcesz robić, Zenek? – pytał salowy Michałek, wykonując równocześnie polecenie
kolegi.
– Szkoda czasu na rozmowy, dyrektor może w każdej chwili przyjść – powiedział Matlak. –
Idź Piotrek na korytarz, i patrz czy ktoś nie idzie! – rozkazał Zenobiusz.
Czajka bezradnie przyglądał się temu, co się wokół niego dzieje.
65
Zenobiusz podciągnął rękaw swetra tak, żeby dobrze widzieć zegarek na ręce, uklęknął na
jednej nodze przy łóżku Czajki, lewą rękę położył na ramie łóżka, a prawą zaczął dusić
Czajkę, bez przerwy obserwując zegarek.
Ogrodzki, patrząc na zaistniałą sytuację, zastanawiał się czy jeszcze śni, bo w to co widzi, nie
mógł uwierzyć.
Zenobiusz, po odmierzeniu czasu na zegarku, zwolnił ucisk na szyi. Czajka wrzeszczał na
całe gardło tak, że był na pewno słyszalny na całym oddziale. Zenobiusza nie zniechęcił
krzyk Czajki: – Siostrzyczki! Mordują!. Powtórzył czynność jeszcze dwukrotnie, następnie z
grymasem na twarzy i drżąc na całym ciele, podszedł do zastygłego w bezruchu Michałka i
powiedział krótko: – Mnie tu Piotruś dzisiaj nie było, i wyszedł.
Po paru minutach, Michałek powiedział do narkomana: – Ostry jest ten nasz Zenek.
Narkoman nie odpowiedział. Bez pytania zapalił papierosa. Michałek na zaistniały fakt, nie
zwrócił najmniejszej uwagi.
– To ty dzisiaj Piotrek jesteś na dwójce? Siostra oddziałowa kazała mi za późny powrót,
przygotować salę do wizyty Gardeckiego – powiedział do salowego młody, niewiele ponad
trzydziestoletni, średniego wzrostu mężczyzna.
– To ile się po przepustce dni spóźniłeś? – pytał Michałek.
– Czy to ważne ile, ważne, że jestem i od razu biorę się za robotę – odparł.
– Chłopy, poprzykrywać się, pan Kazik będzie mył okna, a dziś poranek chłodny – powiedział
pan Kazimierz, i od razu wziął się do roboty.
– Wojnowski, jak ty pięknie myjesz okna i parapety! – wołała z zachwytem w głosie, siostra
Mucha.
– Porządek musi być! Dyrektor tu dzisiaj będzie – odpowiedział Kazik.
– Kaziu, ty to jesteś wspaniały facet, ale co z tego, za to że tak póżno wróciłeś z przepustki,
posiedzisz u nas trochę – mówiła Mucha.
– To ty myślisz, że ja bym to robił, gdybym wrócił w terminie? – Wezmę się za czystość,
posiedzę trochę za salowego jak trzeba będzie, zrobię porządek z niegrzecznym pacjentem, i
zaraz dyrektor zapomni, oddziałowa poprze, i znowu Wojnowski na przepustce – powiedział
Kazik.
– Tak, i od rana do nocy pijany – powiedziała pielęgniarka Mucha.
– Co zrobić, jak mi wódka smakuje – mówił Wojnowski, ani na chwilę nie przerywając pracy.
Wszystkich związanych pacjentów ogolił, w tym oczywiście Ogrodzkiego, który mu za to
podziękował i właśnie słowem „dziękuję”, Marek zainteresował Wojnowskiego bardziej, niż
pozostali pacjenci poddani goleniu.
66
– Gibonki nie golę teraz, muszę zapalić. Gibonka, kiedy się ostatni raz goliłeś? – pytał Kazik.
– Myślisz Kazik, że on wie – powiedział salowy Michałek, tym samym zwalniając Gibonkę
od odpowiedzi.
– Czego nie puścisz z pasów tego chłopaka? – powiedział do salowego Kazik, wskazując ręką
na Ogrodzkiego.
– Ty, Ogrodzki, jak przyjdzie lekarz to poproś, może się zgodzi – powiedział Michałek.
– Masz co palić? – pytał Kazik Marka.
– Dostałem parę od kolegi, ale nie muszę chyba panu mówić, ,ze na dwójce nie wolno palić
pacjentom – powiedział Ogrodzki.
– Pierdol to, pal mojego, a jak ogolę tego dziadka Gibonkę, to ci paczkę pożyczę, oddasz jak
będziesz miał, nic się nie martw, ten szpital nie jest taki zły, jak się na początku wydaje –
powiedział Wojnowski.
– Panie Piotrku, można? – pytał Marek trzymając w ręce darowanego papierosa.
– Można, można, Kazik pozwolił – powiedział pełnym głosem Wojnowski.
– To Kaziu, będziesz jeszcze na dwójce, ja wyjdę na chwilę – powiedział Michałek.
Ciekawe miejsce, że pacjent ma więcej do powiedzenia niż salowy, myślał Marek paląc
papierosa.
– Nie ma sprawy, idź, mnie tu na dłuższą chwilę obywatel Gibonka zatrzyma –
powiedział Kazik.
Minęło dosłownie parę chwil, gdy zjawił się Pisarczyk ze śniadaniem. Obecność jak i
zachowanie pacjenta Wojnowskiego spowodowało, że sala zaczęła żyć w pełnym tego słowa
znaczeniu, nawet mocno doświadczony tego poranka Boguś Czajka uśmiechał się co chwilę,
a zapewne mało komu po takim przejściu, uśmiech na twarzy tak szybko by się pojawił.
Niestety, nastrój prysł gdy pojawiła się pielęgniarka Mucha z nieodłączną tacą. Chociaż i tutaj
Wojnowski zachował się tak, że pacjenci bardzo mało narzekali na bolesne zastrzyki.
– Chłopcy, bierzcie grzecznie zastrzyki, szybciej przeskoczycie na lepszą salę, a niejeden
związany, po wizycie doktora, z pasów wyskoczy, innej drogi nie ma – mówił zadowolony z
siebie Wojnowski.
– Wojnowski, ja widzę że ty zaczynasz wyręczać personel medyczny – mówiła, bez
najmniejszej skargi w głosie, pielęgniarka Mucha.
– Bo trzeba do takich ludzi mieć podejście, i to odpowiednie, a ja je mam, doświadczenie robi
swoje, pierwszy raz to ja tu nie jestem, i swoje wiem – powiedział z przekonaniem Kazimierz
Wojnowski.
67
– To prawda. W tym szpitalu to chyba nikt nie zliczy, ile ty razy do nas wracałeś, ja bym się
policzenia tego nie podjęła – powiedziała Mucha.
– Kaziu, wychodź z dwójki, zaraz przyjdzie dyrektor, lepiej dla ciebie będzie, żeby cię na
razie nie widział, sam wiesz dlaczego – mówił Michałek, mocno zdenerwowany przed
zbliżającą się wizytą dyrektora Gardeckiego.
– Już mnie nie ma – powiedział Wojnowski.
– Ja też swoje skończyłam, chodź Kazik, zrobię ci kawę – zapraszającym głosem powiedziała
Mucha.
– To teraz, który nie jest związany, to niech się bierze za pościelenie łóżka, i to pościel ma
równiutko leżeć, żeby na wizycie nie było ani jednej fałdy na poszwie – tonem nie znoszącym
sprzeciwu, mówił salowy Piotr Michałek, który w widoczny sposób odzyskał pewność siebie,
po opuszczeniu dwójki przez Wojnowskiego wraz z Muchą.
Pacjent Gibonka polecenie salowego wykonał celująco. Pościel na łóżku była tak ułożona, że
Michałek stwierdził, że żadna pielęgniarka z pracujących w szpitalu, nie zrobiłaby tego z
równą starannością.
Michałek obiecał Gibonce, za tak dobrze wykonaną pracę papierosa, oczywiście pod
warunkiem, że go będzie miał, bo on sam nie pali, ale stwierdził jednoznacznie, że u niego
słowo – rzecz święta, i nagroda Gibonkę nie ominie.
Ogrodzki również myślał o zbliżającej się wizycie lekarza i był przekonany, że to
niecodzienne wydarzenie w życiu pacjentów dwójki, radykalnie zmieni sytuację jego, jak i
pozostałych współtowarzyszy. Marek był bardzo zasmucony beznadzieją, która otaczała
wszystkich pacjentów bez wyjątku, choć ciężkie „przypadki” dwójki wpływały kojąco na
psychikę Marka, a jednocześnie rodziły nadzieję. Na pewno po rozmowie z doktorem
Gardeckim, opuści szpital bardzo szybko, a dotychczasowy w nim pobyt, będzie traktował jak
koszmar senny, myślał Ogrodzki.
Marek w myślach biegł coraz dalej, zaczynał się nawet martwić jak sobie poradzi w życiu,
gdy ktoś ze znajomych dowie się gdzie był, ale natychmiast przestał się trapić, skoro
najpóźniej jutro pożegna raz na zawsze miejsce swojego aktualnego pobytu, to każdy myślący
człowiek będzie pewien, że umieszczenie Ogrodzkiego w szpitalu psychiatrycznym, było
jedną wielka pomyłką. Marek nie przestawał marzyć, jak to sobie inaczej a nawet lepiej ułoży
życie po wyjściu ze szpitala. To parodniowe doświadczenie życiowe nie będzie zapewne złe,
odmieni mnie, będę miał zupełnie inne spojrzenie na świat, myślał.
I tak Marek Ogrodzki myślami i marzeniami układał na nowo życie, że zupełnie zapomniał o
głodzie nikotynowym. Ten tok myślowy przerwał doktor Gardecki w towarzystwie dwóch
pielęgniarek, który zaszczycił swoją osobą salę obserwacyjną.
Uwaga wszystkich pacjentów skupiła się na lekarzu, na pielęgniarki nikt nawet przez sekundę
nie spojrzał, nie były nawet tłem dla Gardeckiego.
68
– Co tam Rysiu u ciebie, dobrze ci u nas, głodny pewnie jesteś? – pytał Gardecki pacjenta
Ryszarda Białasa.
Białas zamyślił się, patrząc bez przerwy na Gardeckiego.
– To Rysiu, zastanawiaj się dalej, jak skończę wizytę to mi powiesz, i pomijając zupełnie
chorych znajdujących się na sali, ruszył w kierunku Czajki.
– To tak panu źle u nas, panie Czajka, że uciekać trzeba i księdza w nocy niepokoić? –
uśmiechając się lekarz pytał Czajkę.
– Jak ma być panie doktorze dobrze, jak mnie dzisiaj o mało co Matlak nie udusił? – z
wielkim żalem w głosie, powiedział Czajka.
– Widzi pan sam, jakie głupstwo pan zrobił tą ucieczką, ja już słyszę, że jest z panem nie
najlepiej, ale tym niech się pan nie martwi, od tego tu jesteśmy, żeby panu pomóc i wyleczyć
pana, a tak na marginesie panu powiem, że to co pan mówi, jest nie do pomyślenia, nawet co
tam, nie do pomyślenia, to jest zupełnie niedorzeczne – salowy Matlak przebywa na
zwolnieniu lekarskim- więc sam pan widzi, że musi pan u nas jeszcze trochę zostać –
powiedział Gardecki opuszczając Czajkę i zarazem kierując się natychmiast do wyjścia.
– Panie doktorze, można pana na chwilę prosić? – lękliwym tonem zawołał Ogrodzki.
– Co tam znowu? – powiedział Gardecki, zbliżając się do łóżka Marka.
– Panie doktorze, chciałem prosić o chwilę rozmowy – błagającym głosem jak i wzrokiem,
prosił Marek.
– Pan Ogrodzki, tak? – złowieszczo powiedział Gardecki.
Marek, widząc dopiero teraz twarz lekarza, przeraził się w dwójnasób, lekarz Gardecki miał
jedno oko szklane, a drugie zezowate, co wywoływało demoniczne wrażenie.
– Co pan tak zamarł? – zapytał Gardecki, widząc zmianę na twarzy Marka.
Ogrodzki w końcu ochłonął, ale nie było mu dane powiedzieć nawet słowa, do ataku
przystąpił doktor Gardecki.
– Drogi panie, o miejscu i czasie rozmowy to ja decyduję, zrozumiał pan? – powiedział
odchodząc.
– To może, panie doktorze, pozwoli pan aby zdjęto mi „zabezpieczenie”? – mówił nie
poddając się Marek.
– O tym też nie ma rozmowy, pan tu w dzień przyjęcia, co ja mówię, w jaki dzień, w noc
przyjęcia, rozrabiał jak „dziki osioł” – powiedział lekarz, zupełnie się nie odwracając.
– Ten też jest od niedawna – nieśmiało wtrąciła jedna z pielęgniarek, wskazując na Gibonkę.
69
– Co mi tam pani Gibonką głowę zawraca – powiedział machając od niechcenia ręką, lekarz.-
Aha, byłbym zapomniał, do pana przyjechała matka, a ja wyraziłem zgodę na odwiedziny –
powiedział Gardecki do narkomana, który wyskoczył ze swojego łóżka jak z procy.
Ryszardem Białasem pan dyrektor też postanowił się już nie zajmować, zresztą pacjentowi
Białasowi zbytnio na tym nie zależało.
Doktor Gardecki raczej nie zmęczył się wizytą, bo w zasadzie nie było czym, postanowił
uciąć sobie krótką pogawędkę z salowym Michałkiem, który z należytą uwagą słuchał
dyrektora Gardeckiego.
Pacjent Jan God postanowił, w sposób znaczny, podtrzymać na duchu pacjenta Marka
Ogrodzkiego. God widząc, że sala przestała być obserwowana przez kogoś z personelu,
szybkim krokiem podszedł do pustego łóżka narkomana. W jednej chwili podniósł siennik i
wyjął spod niego nienaruszoną paczkę papierosów, należącą do narkomana.
– Braciszku Ogrodzki, ja widzę, że jesteście bardzo smutni, że was braciszek Gardecki z
pasów nie puścił, to ja wam za to daję w prezencie papierosy, żebyście się nie gniewali na
braciszka Gardeckiego – powiedział God, kładąc na łóżku Marka skradzione papierosy.
Marek, który po wymianie słów z lekarzem, był kompletnie przybity, i nie mógł wydobyć się
z szoku, jaki przyszło mu przeżywać, ani chwili nie wahał się przyjąć w nieczysty sposób
zdobyte papierosy. Czarne myśli, które go opanowały, potęgowały jego rozpacz, ale niedługo
było mu dane trwać w tym stanie.
– Pan się nazywa Ogrodek, czy jakoś podobnie? – pytała mało sympatyczna pielęgniarka,
trzymając w ręce stojak z dwiema kroplówkami.
Marek nie odpowiadał.
– Pan hrabia będzie łaskaw podwinąć rękaw! – powiedziała pielęgniarka.
Ogrodzki milcząc wykonał polecenie. W krótkim odstępie czasu od ustawienia stojaka obok
łóżka, igła z kroplówki tkwiła w żyle Marka.
– Nie ruszać się gwałtownie! – napomniała odchodząc.
Sytuacja, w której znalazł się pacjent Ogrodzki, nie wpłynęła w najmniejszym stopniu kojąco
na jego samopoczucie, w głowie miał zupełną pustkę, wyglądem przypominał bardziej
człowieka martwego za życia, niż wielkiego marzyciela sprzed paru chwil.
Kroplówka sączyła się wolno, ale skutecznie. Marek patrzył w jeden punkt, nie zwrócił
najmniejszej uwagi na fakt, że w sali zagościł nowy pacjent, który wchodząc na dwójkę, już u
drzwi przedstawił się jako Wincenty Witos. Człowiek podający się za Wincentego Witosa
palił spokojnie w drewnianej lufce papierosa. Jeszcze parokrotnie poinformował kim jest,
czym wyraźnie zdenerwował pielęgniarkę, oglądającą tuż obok sali obserwacyjnej telewizor,
a która była zmuszona tu przebywać za sprawą kroplówki Ogrodzkiego.
70
– Piotrek, zwiąż tego starego dziada, żeby zamknął chociaż na chwilę mordę!- skarżyła się
pielęgniarka telewidzka.
– Nie mogę kochanie, Gardecki nie zlecił mu zabezpieczenia – odpowiedział salowy.
– On to jest dopiero matoł! – powiedziała pielęgniarka.
– To może Kasiu, idź do zabiegowego, jak będzie się kończyć kroplówka, to cię zawołam –
zaofiarował się Michałek.
– Chętnie bym na to przystała, ale ten stary idiota Gardecki pewnie jeszcze nie poszedł, tak że
jestem skazana na siedzenie tutaj – żaliła się pielęgniarka.
– Byłaś dzisiaj na żeńskiej stronie? Podobno tak baby z dwójki szaleją, że może dziś pasów
zabraknąć w szpitalu – starał się sprowadzić rozmowę na inne tory, salowy.
– Ja to już mam wszystko w dupie, podobno szykują się zwolnienia, cholera wie co ze mną
będzie – odpowiedziała pielęgniarka Kasia.
I tak od słowa do słowa, przyszła pora na drugą kroplówkę przeznaczoną dla Marka, którą
wprawną ręką zaaplikowała Ogrodzkiemu, siostra Katarzyna. Druga kroplówka znacznie
żywiej płynęła do żyły Marka.
W miarę opróżniania się kroplówki, Marek zaczął odczuwać silną potrzebę oddania moczu.
Odczucie z każdą minutą było coraz silniejsze.
Jak tu wybrnąć z tej kłopotliwej sytuacji, zastanawiał się Marek. Wszakże jestem związany,
przy tym jedną rękę mam „nieczynną”, tkwi w niej igła, poruszę się i rozłączę kroplówkę,
jakie tu znaleźć rozwiązanie, walczył z myślami Ogrodzki.
Z każdą minutą było coraz gorzej. Organizm nie pozwalał na zwłokę. Do cholery, muszę się
jakoś wylać, jeszcze parę sekund i zleję się w łóżko, martwił się Ogrodzki.
– Panie Nyczek, może mi pan podać kaczkę? – prosił ostatkiem sił , Marek.
– Oczywiście, proszę pana, już panu daję, ale gdzie jest pusta, bo jedna jest, ale muszę pójść ją
wylać, mało w niej jest nasikane co prawda, i jakby mnie pan Piotrek puścił, to bym się przy
okazji umył – rozprawiał Nyczek.
Ogrodzki znając czas, jaki Nyczkowi zajmuje opróżnienie kaczki, zdecydował, że załatwi swą
potrzebę do kaczki, która pusta nie jest, ale był przekonany, że w jednej chwili załatwi
narastający problem.
Niestety, na rozwiązanie palącego problemu, musiał Ogrodzki poczekać, ponieważ Nyczek
widząc szansę opuszczenia sali obserwacyjnej, podjął negocjacje z salowym Michałkiem, na
temat opróżnienia kaczki.
– Do dupy pójdziesz, już cwaniaku celowo jedną kaczkę zostawiłeś w sraczu, żebyś mógł
częściej łazić, już jak mam cię puszczać, to tylko wtedy jak będę pewny, że dyrektora nie ma,
71
ile razy mam powtarzać wam, co to jest sala obserwacyjna! Możesz iść co najwyżej wyłączyć
telewizor, bo mnie denerwuje. Tak, łatwo powiedzieć wyłącz, jak ty matole nawet tego nie
potrafisz, szlag by to trafił, wszystko człowiek musi zrobić sam! – powiedział Michałek,
wstając z krzesła.
– Won Nyczek do łóżka, żebym cię nawet koło drzwi nie widział! – powiedział wychodząc na
korytarz, salowy.
– Nyczek, dawaj tą kaczkę, bo się zleję! – wołał na całe gardło przerażony Ogrodzki.
– Czego mam nie dać, proszę bardzo – powiedział Nyczek, stawiając kaczkę tak, że Marek
musiał się nie lada natrudzić, aby ją sięgnąć, nie rozłączając kroplówki.
Jeszcze tylko jedną ręką opuścić piżamę i kres utrapienia, myślał Marek.
Z piżamą poszło nadspodziewanie łatwo, i długo oczekiwana chwila miała się ziścić.
Niestety, dla Ogrodzkiego koniec „operacji” okazał się najgorszy z najgorszych. Objętość
kaczki wraz z pozostawionym w niej moczem, była zbyt mała, a pragnienie załatwienia
potrzeby fizjologicznej tak ogromna, że Marek w kilka sekund ją zapełnił, mało tego, mocz z
kaczki przelał się na łóżko, piżamę i przy okazji naturalnie na fragment ciała, z tej prostej
przyczyny, że oczekiwanie organizmu było znacznie większe od objętości kaczki, która była
uszczuplona przez poprzedniego pacjenta, który miał „przyjemność” z niej korzystać.
Ogrodzkiemu, po zaistniałej sytuacji, zupełnie do reszty odechciało się żyć. Jedyna myśl, jaka
krążyła po jego głowie, to natychmiastowa zmiana pościeli i dolnego okrycia, o umyciu się,
nie chciał nawet marzyć.
– Można pana, panie Piotrku na chwilę prosić? – zdruzgotanym głosem prosił Marek
salowego.
– Zaraz ci tą kroplówkę wyłączą, pielęgniarka z tobą jeszcze nie skończyła, przyjacielu –
powiedział Michałek, nie ruszając się z miejsca.
– Mi nie chodzi o kroplówkę, tylko o taki bardzo niemiły wypadek, jaki mi się przytrafił –
powiedział Marek.
– Co mi tam twój wypadek, przyjdzie siostra, to jej dupę zawracaj! – odciął się salowy.
– To ja poproszę o zmianę pościeli i piżamy, po odłączeniu kroplówki! – ze złością
powiedział Marek.
– Ty im dłużej jesteś u nas, to większy wariat jesteś, po cholerę ci świeża pościel? –
powiedział mocno zainteresowany prośbą Marka salowy, podchodząc do niego.
– Wie pan, głupia sprawa, mocz się z kaczki przelał na łóżko, proszę zrozumieć, dwie
kroplówki jedna po drugiej, i taka nieprzyjemna historia – mówił Marek.
– To co, ty jak koń sikasz, czy jak ? – mówił śmiejąc się salowy.
72
– Nie, tylko kaczka była wcześniej wypełniona do połowy, o kroplówkach już wspominałem –
mówił Ogrodzki.
– To wszystko przez tego pierdolonego Nyczka, specjalnie przynosi tylko jedną kaczkę, żeby
mógł częściej z dwójki wychodzić! Nic się nie martw, zaraz ci zmienimy pościel – powiedział
Michałek.
– Serdecznie dziękuję – powiedział Marek.
– Wcześniej jak po obiedzie, na zmianę pościeli nie licz – odparł Michałek.
***
– To przyszedłem się pożegnać, panie Piotrku, mama mnie zabiera do domu – radosnym
głosem wołał u drzwi, narkoman.
– Może to i dobrze, wolne łóżko się na pewno przyda, zresztą, na dwójce non stop powinno
być wolne łóżko – powiedział salowy Piotrek.
– Już dzieciaku nie płaczesz? – Wył przy matce jak bóbr, dorosły człowiek by się wydawało.
Chciała go u nas matka zostawić, ale płaczem wymusił na niej wypis ze szpitala – mówiła o
narkomanie siostra Katarzyna.
Narkoman, niezmiernie zawstydzony słowami pielęgniarki, zabierał wszystkie pozostawione
przedmioty, które były jego własnością. Poza środkami czystości, niebagatelną część
stanowiły papierosy. Być może, gdyby nie słowa pielęgniarki pod jego adresem, zacząłby się
dopominać o skradzioną przez Goda paczkę papierosów, a tak chciał jak najprędzej opuścić
dwójkę, i robił wszystko, aby swój pobyt na niej, ograniczyć do minimum.
– Ty, podaruj jedną paczkę papierosów, nie musi być pełna – prosił Ogrodzki.
– Skąd ci wezmę, co ty myślisz, że poza szpitalem to fajki ci za darmo dają, radż sobie sam.
Do widzenia, panie Piotrku! – powiedział narkoman.
– Zapamiętaj sobie jedno: w tym szpitalu pacjent nie powinien mówić „do widzenia”,
właściwsze słowo, to przyjacielu, żegnam – powiedział salowy.
– Nie ma zmartwienia, ja tu na pewno nigdy nie wrócę – powiedział szybko wychodząc,
narkoman.
– Każdy tak mówi, a potem różnie z tym bywa – powiedział cicho pod nosem Michałek.
73
Pielęgniarka Katarzyna, która przed kilkoma minutami odłączyła kroplówkę Markowi,
powróciła na dwójkę ze strzykawką w ręce. Było to dziwne, bo była bez tacy i przed obiadem,
a zawsze wykonywanie zastrzyków odbywało się podczas posiłku.
– No, drogi panie, kroplówki wzięte, pora na zastrzyk – powiedziała pielęgniarka do Marka.
Ogrodzki zaskoczony, że został indywidualnie potraktowany zastrzykiem, przez chwilę
zapomniał o bardzo nieprzyjemnym zdarzeniu, które miało miejsce nie tak dawno, ale
„podmokły teren”, nie pozwolił na długo o tym zapomnieć.
– Siostro, chciałbym siostrę bardzo przeprosić, bo tu mi się kaczka z moczem rozlała –
nieporadnie tłumaczył Marek.
– Proszę pana, w takim miejscu jak to, to już nic nie dziwi – powiedziała uśmiechając się
pielęgniarka.
Ogrodzki ochoczo poddał się iniekcji, będąc przekonany, że tym razem nie będzie musiał
przerywać spożywania obiadu, tak jak pozostali pacjenci z dwójki, kiedy to o tej porze,
pielęgniarki miały w zwyczaju wykonywać zastrzyki.
– Faktycznie, masz tu mokro – powiedziała pielęgniarka po wykonaniu zastrzyku, i odeszła.
Pan Bronisław jak zwykle pojawił się wraz z wózkiem, rządził i dzielił racjami obiadowymi,
konsumpcja trwała zaledwie parę minut, gdy siostra Katarzyna była w pełnym rynsztunku,
uzbrojona w strzykawki i igły, z powrotem na sali.
– Ty, Kaśka, daj w pierwszej kolejności zastrzyk temu nowemu co gada, że się nazywa
Wincenty Witos, a mnie się wydaje, że zupełnie inne miał napisane nazwisko przy przyjęciu –
prosił salowy Michałek.
– To ty Piotrek nie wiesz, że ten dziadek, to jakiś działacz ludowy i mu od tej działalności
odbiło i się teraz za Witosa podaje, a po drugie twojej prośby nie spełnię, bo Gardecki nie
zalecił mu żadnych leków, tylko obserwację – powiedziała pielęgniarka. – A tak na
marginesie, to ty się oczywiście wygłupiasz mówiąc tak, jakbyś nigdy nie słyszał o Witosie, o
tym prawdziwym, co , Piotrek? – pytała zaciekawiona pielęgniarka.
– Czy to człowiek o wszystkim musi wiedzieć. No prędzej jeść, kobiety na żeńskiej stronie na
wasze talerze czekają! – wołał z naganą w głosie salowy.
Pielęgniarka, widząc zachowanie salowego, z niedowierzaniem pokręciła głową i wróciła do
swych zajęć.
Ogrodzki leniwym wzrokiem śledził pracę pielęgniarki, gdy nagle pod jej koniec padło:
Ogrodzki!
– E tam, też się siostry żarty trzymają, przecież niedawno temu miałem zastrzyk, nie wierzę,
żeby pani nie pamiętała – powiedział pewnym głosem Marek.
74
– Co bym miała nie pamiętać, lekarz ci dzisiaj zlecił dwa, a ja zawsze kochany, przestrzegam
poleceń przełożonych – powiedziała pielęgniarka.
– Jak to dwa, zawsze dostawałem trzy, po jednym rano, w południe i wieczorem, a nigdy dwa,
niemal jeden po drugim – mówił Marek.
– Ty, Ogrodzki, chcesz nową pościel? – powiedział salowy.
– Czy chcę, pragnę jej! – odpowiedział Marek.
– To bądź grzeczny, to zobaczymy co da się w tym temacie zrobić – powiedział salowy.
– Jeden więcej, jeden mniej, jaka to różnica – powiedział kładąc się na bok, Marek.
Pielęgniarce przypadło do gustu zachowanie Marka, bo zrobiła mu drugi zastrzyk „łaskawie,
to znaczy – bezboleśnie.
Ogrodzki w niedługim odstępie czasu od obu zastrzyków poczuł silną senność, ale starał się
ze wszystkich sił ją zwalczyć, wszakże miał obiecaną świeżą pościel. Pytał parokrotnie
salowego, czy już przynieśli z magazynu spodnie od piżamy i prześcieradło.
Odpowiedź salowego była jedna: – zaraz będziesz miał.
Ogrodzki nie doczekał się, wygrał sen, czy też może, salowy.
Gdy Marek obudził się, była głęboka noc. Przy sali siedział poznany Kazik Wojnowski i jakaś
rumiana, gruba kobieta.
– Panie Kaziku, która to jest godzina? – zapytał Marek.
– Aleś spał, od obiadu, po co ci godzina, tu się godzin nie liczy – odpowiedział Wojnowski. –
Cesia, mnie szkoda tego chłopaka, lubi wypić tak jak ja, czytałem jego historię choroby,
trochę podobny do mnie – mówił uśmiechając się, Wojnowski.
– Pewnie chcesz go puścić z pasów? – zapytała rumiana Cesia.
– Czytasz w moich myślach – odpowiedział Kazik.
– Puszczaj go, puszczaj, mi też go szkoda. Żadnej rodziny biedak nie ma – odpowiedziała
Cesia.
– Skąd o tym wiesz? – pytał Kazik.
– Ja każdego nowego pacjenta, co u nas pierwszy raz, też czytam historię choroby, z nudów –
powiedziała Cesia.
Wojnowski szybkimi ruchami uwolnił Marka z pasów.
Ogrodzki, niemalże płacząc, podziękował. Ale to nie był koniec atrakcji dla Marka tej nocy.
Otrzymał od Wojnowskiego i Cesi zaproszenie na kawę.
75
-Proszę pana, może mi pan przynieść kubek wody? – prosił przywiązany do łóżka młody
człowiek, który musiał zawitać na obserwacyjną podczas głębokiego snu Ogrodzkiego.
Marek natychmiast chciał spełnić prośbę o wodę, nowo przybyłego pacjenta.
– Co ty sobie Kabajem głowę zawracasz, pij kawę jak ci dają, tylko musisz wiedzieć, że u nas
w szpitalu nic nie ma za darmo, dostałeś kawę, popilnujesz za Cesię do rana dwójki, takie tu
są prawa – poinformował Marka, Wojnowski.
Marek zrozumiał wtedy, że w zależności od sytuacji, nawet w takim miejscu, można być
szczęśliwym, choćby tylko do rana.
– Jakby co się działo, to jestem w sali obok – powiedział Kazik, opuszczając wraz z Cesią
dwójkę.
Marek, po opuszczeniu dwójkowego stolika przez „wybawców”, zastał na nim pozostawioną,
wypełnioną do połowy, paczkę niezłych papierosów, która poprawiła jego nastrój do stanu
euforii.
– Ej, proponuję za jednego papierosa, jutro całą paczkę! – wołał z łóżka pacjent, któremu
najwidoczniej przestało doskwierać pragnienie.
– To może najpierw wody przyniosę – proponował Ogrodzki.
– Co się wodą przejmujesz, jakoś trzeba się poznać: Andrzej Kabaj jestem – powiedział
wyciągając rękę w stronę gdzie stał Ogrodzki.
– To rąk ci nie związali na pierwszy raz, Andrzej? – pytał Marek.
– A kto ci powiedział, ze ja tu pierwszy raz jestem? – powiedział śmiejąc się, Kabaj. – Jutro
mnie z pasów puszczą całkiem, no to poczęstuj tym papierosem wreszcie, i nie martw się o
nie, jak będziesz ze mną trzymał, to ci nigdy papierosów tutaj nie zabraknie – z dużym
przekonaniem w głosie, powiedział Kabaj.
– Nie powiem, żeby mnie taka perspektywa nie cieszyła, ale na dwójce, nawet jak się nie jest
w „zabezpieczeniu”, to się jej nie opuszcza. Niby bez problemu cię do sracza puszczą, ale i
tak salowy stoi na korytarzu i patrzy, czy z kibla idziesz prosto na salę – mówiąc, pytał
Marek.
– Kochany, tu w tym szpitalu, kocha się we mnie jedna terapeutka, jak jutro do roboty
przyjdzie, to jej zaraz powiedzą, że jestem z powrotem, to mi zaraz po śniadaniu przyniesie
dwie paczki papierosów i czekoladę, tak że jak dasz jeszcze jednego papierosa, to jutro za to
paczkę dam, masz moje słowo i bądź tego pewny – zakończył pacjent Andrzej Kabaj.
– Proszę bardzo – powiedział Ogrodzki, częstując Kabaja drugim papierosem.
Dziwna cisza tej nocy na sali, nawet Białas nie chrapie, myślał Marek, natychmiast dzieląc się
myślą z nowo poznanym pacjentem.
76
– Kolego, ja tu na tej sali, to wszystkich znam oprócz ciebie, bo ciebie to ja pierwszy raz w
życiu widzę, no i tego tez pierwszy raz widzę – jakiś Witos – chłopie, co tu się działo, zanim
go związali, szalał dziadek na całego i bez przerwy się darł: wy do Witosa, Witos wam
jeszcze pokaże!, że tez cię nie zbudził, mocny zastrzyk musieli ci dać – powiedział Kabaj.
Ogrodzki z Kabajem gawędzili tak jeszcze pół godziny. Rozmowa nie mówiła o niczym
istotnym, tylko Marek co parę minut upewniał się, czy jutro na pewno Andrzej będzie miał
papierosy od zakochanej w nim terapeutki, która miała na imię Renata.
– To mówisz, że ci ta Renata papierosy po śniadaniu przyniesie? – bez przerwy upewniał się
do przesady, Ogrodzki.
– Daj już spokój z tymi papierosami, raz ci nie wystarczy powiedzieć, pytasz wkoło tylko o te
papierosy, lepiej powiedz skąd żeś się tu wziął, na wariata nie wyglądasz, a w wariackim
szpitalu jesteś, to będzie ciekawsze, niż tylko bez przerwy: czy będą papierosy, czy nie –
powiedział Kabaj.
– Wiesz, chciałem na stałe do Izraela wyjechać – i tu łzy Ogrodzkiemu stanęły w oczach – i
przerwał w pół zdania, odwracając głowę.
– Nie załamuj się, ja też właśnie słyszałem, na przekór temu co się mówi, że w Izraelu jest
dobre życie, i to nie jeden raz słyszałem – powiedział Andrzej, wyraźnie zaintrygowany
niedokończonym zdaniem Ogrodzkiego.
-Zresztą, przed zamiarem wyjazdu do Izraela, miałem zupełnie inne plany, za długo by
opowiadać, to może za darmowego papierosa ty mi powiesz, jakie siły cię tu umieściły? –
spokojnym już w miarę głosem powiedział Ogrodzki, czekając niecierpliwie na odpowiedź
Andrzeja.
– Ja to ci powiem, skąd tu się wziąłem bez papierosa, ale jak już powiedziałeś, że chcesz dać,
to chętnie zapalę – powiedział Kabaj.
Ogrodzki dotrzymał obietnicy. Kabaj powoli paląc papierosa, „nastrajał” się do opowieści.
– Mówiąc krótko, oddałem się nieświadomie w służbę szatana – odpowiedział tajemniczo
Kabaj, rozkoszując się palonym papierosem.
Ogrodzki już miał pytać o szczegóły, gdy pacjent Kabaj zdecydował się dać większe światło
na rozpoczętą przez niego kwestię.
– Ja, kolego, całe życie miałem do dupy, co wyszedłem z więzienia, to z powrotem do
pieprzonej puchy, i po tych doświadczeniach doszedłem do wniosku, że Boga nie ma, i
postanowiłem spalić wszystkie pamiątki i wszystko co miało najmniejszy związek z moją
Pierwszą Komunią Świętą. Popaliłem wszystko, nawet książeczkę modlitewną, co mi ją
ksiądz przy Komunii dał, a na pierwszy ogień poszły moje wspólne zdjęcia z księdzem, co
fotograf robił podczas Komunii. Nie został nawet najmniejszy ślad po tym, że przystąpiłem
do Komunii, i wtedy na krótko mi diabeł pomógł, każdy lewy interes wychodził, każde
złodziejstwo się udawało, nie wiedziałem co robić z pieniędzmi, forsy miałem tyle, że przez
77
całe życie tyle nie miałem co po spaleniu pamiątek po Komunii, po pewnym czasie pieniądze
przestały dawać szczęście i zacząłem się fatalnie czuć, wtedy pomyślałem, że szatan mnie
pokona i w istocie mnie pokonał, trafiłem do więzienia, potem tu. W więzieniu zrozumiałem,
że jedyny ratunek w Bogu, który jednak jest, i pierwszą rzeczą jaką kazałem sobie zrobić, to
poprosiłem kumpla z pierdla, żeby mi w widocznym miejscu na ręce wytatuował twarz Jezusa
Chrystusa, popatrz jak wykuł – i tu Kabaj pokazał rękę, na której niewiele powyżej dłoni,
widniał niedokończony wizerunek twarzy Jezusa Chrystusa.
Marek, patrząc na to „arcydzieło”, starał się ukryć dezaprobatę dla tego tatuażu, ponieważ był
on zrobiony sztubacko i nieudolnie, tak, że wrażenie wywoływał marne.
– Czemu go nie dokończyłeś? – zapytał Ogrodzki.
– Czego nie dokończyłem? – Jak miałem dokończyć, jak mnie szwagier do szpitala wsadził –
odpowiedział, nie na żarty wzburzony, Kabaj.
– Koniec rozmów! – No kolego, kładź się do łóżka, muszę ja teraz siedzieć przy dwójce,
przyjdzie pielęgniarka co ma noc i będzie mnie pytać co ma do raportu wpisać, to dla ciebie
będzie lepiej, jak będziesz udawał że śpisz – powiedziała rumiana Cesia do Marka.
Cesia doskonale orientowała się, kiedy przyjdzie pielęgniarka, bo nie zdążyła się wygodnie
usadowić na krześle, gdy z korytarza dobiegł kobiecy głos.
– Wszyscy, pani Cesiu, w nocy spali, nikt nie szalał? – pytał głos.
– Spali jak niemowlęta, najmniejszych kłopotów z nimi nie miałam, życzyłabym sobie zawsze
takie noce na dwójce – odpowiedziała Cesia.
– To dziękuję pani – odpowiedział głos.
– Też siostra dziękuje, nie ma za co – odpowiedziała Cesia.
– Pani Czesławo, można jeszcze jednego zapalić? – prosił Ogrodzki, upewniwszy się po ciszy
panującej wokół, że pielęgniarka odeszła na dobre.
– Wyście już sobie razem z Kabajem popalili pół nocy, wystarczy, a Kabajowi ty papierosów
nie dawaj, bo on u nas co chwilę jest – powiedziała Cesia. – Ty, Kabaj, ty za ostatnie
miesiące, to który raz już u nas jesteś? – pytała uśmiechając się, Cesia.
– Czy to pani Cesiu ważne, ile, ja teraz sobie tutaj przyjechałem na pół roku, muszę odpocząć
– powiedział pacjent Kabaj.
– Ja też bym sobie chętnie tu po odpoczywała jak ty, terapeutka wszystko kupi – żyć nie
umierać – w domu trzeba by było pracować, a tu sanatorium, czy jakie wczasy – powiedziała
rumiana Cesia.
– I ty tak spokojnie mówisz, że chcesz w tym szpitalu spędzić pół roku? – z niedowierzaniem
pytał Ogrodzki.
78
– Bo ja kolego, wierzę w medycynę – powiedział Kabaj.
– Coś ci kiepsko ta medycyna pomaga, Kabaj – powiedziała salowa Cesia. – Chyba, że się w
naszej Reni zakochałeś i specjalnie wariata udajesz – powiedziała salowa, lecz po chwili
dodała: – Co ja mówię, Kabaj na to za głupi.
– Pani Cesiu, pani taka dobra i ładna kobieta – zaczął nieśmiało mówić Marek.
– Co, spodobałam ci się? – powiedziała salowa.
– Gdzież ja bym miał odwagę zawracać głowę tak wspaniałej kobiecie jak pani – mówił
Marek kłamiąc w każdym słowie, bo ładna to ona na pewno nie była, jedynie bardziej ludzka
od pozostałych salowych.
– Ty coś ode mnie chcesz? – pytała Cesia.
– Pani, to widać że zna się na ludziach. Mam prośbę pani Cesiu, taką malutką prośbę, czy nie
załatwiłaby mi pani czystej pościeli i świeżej piżamy, wystarczą same spodnie – proszącym
głosem powiedział Ogrodzki.
– Czystą piżamę każdy z was dostanie po głównej kąpieli, tylko nie wiem po co ci nowa
pościel? – pytała Cesia.
– Wstyd się przyznać, trochę moczu się z kaczki przelało na pościel, niby nie dużo, ale
prosiłbym panią o zmianę – mówił znów w niezgodzie z prawdą Ogrodzki, biorąc pod uwagę
ilość rozlanego moczu.
– Kiedy ci się to wylało? – zapytała Cesia.
– Wczoraj przed obiadem – odpowiedział Marek.
– To po co ci nowa pościel, przecież już wyschło – powiedziała Cesia. – Ty mi lepiej
powiedz, czego jeszcze Józka nie ma.
– To nic się nie da z tą pościelą zrobić? – naiwnie pytał Marek.
– Już mówiłam, że jak wyschło, zresztą gadaj z Józkiem, ja już swoją pracę skończyłam,
jakbym mogła dwójkę zostawić, to bym poszła, a tak to muszę czekać na swoją zmianę. Jak
masz, to se zapal – ucięła rozmowę salowa Cesia.
Marek chętnie wypełnił zgodę salowej Czesławy, na wypalenie papierosa. Cesia też
wypełniała czas paląc papierosa za papierosem, w ten sposób wypełniając po części nudę, jak
i po części, niecierpliwe wyczekiwanie zmiennika, czyli salowego Józka.
Pacjenci dwójki przeważnie spali, ale ten sielankowy nastrój postanowił „zakłócić” pacjent
Ryszard Białas, z każdą sekundą donośniejszym chrapaniem, które w sali wypełnionej ciszą,
stawało się coraz bardziej denerwujące. Niby było to normalne zjawisko u Białasa rano, ale
rumiana Cesia, zmęczona wyczekiwaniem na zmiennika, postanowiła sobie urozmaicić życie,
kładąc na twarzy Białasa starą, wysuszoną szmatę, co zapewne w jej przekonaniu miało
79
położyć kres chrapaniu. Niestety, i tu spotkało ją rozczarowanie, Białas zaczął chrapać
jeszcze donośniej. Na dalsze „eksperymenty” Cesi przeszła ochota, ponieważ coraz donośniej
do dwójki słychać było stukot drewniaków salowego Józka.
– Wybacz Cesia spóźnienie, obiecuję że kiedyś cały dyżur za ciebie wezmę – przepraszał
Józek.
– Ty przychodź punktualnie, to będzie wszystko w porządku, nie będziesz musiał przepraszać
i obietnic składać, których i tak nie spełnisz – mówiła Cesia.
– Który tu najwięcej w nocy szumiał? – pytał Józek.
– U mnie to jest zawsze spokój – odparła Czesława. – Gdzieś tu były kłopoty z tym co się za
Witosa podaje, ale już mu chyba przeszło, Kazik z Bronkiem wybili mu z głowy wariactwo,
zresztą nie ma zmartwienia – śpi. To idę Józiu – powiedziała salowa Czesława.
Salowy Józek, jak to miał w zwyczaju, zajął się czytaniem podręczników szkolnych i nie
interesował się pacjentami, jedynie przewracając kartkę w książce, lubił spojrzeć przez ten
czas na salę.
Ogrodzki pilnie obserwował salowego, żeby wyczuć moment, kiedy na dłuższy czas przerwie
lekturę. Marek będąc już „wolnym” pacjentem – nie przytwierdzonym do łóżka – bardzo
chciał wyjść do łazienki, a z drugiej strony nie chciał przerywać czytania salowemu, aby nie
narażać się na jego gniew, co byłoby równoznaczne z pozostaniem na sali obserwacyjnej co
najmniej do końca zmiany.
Tego ranka na sali nie działo się nic szczególnego. Gibonka odmawiał modły, wznosząc co
chwilę ręce do góry, wspomniany Białas spał, Witos tak samo, jedyne co dziwiło, to nad
wyraz spokojne zachowanie Czajki, gdyby nie to, że wypełniał swą postacią łóżko, wydawać
by się mogło, że go na sali już nie ma. Pacjent Andrzej Kabaj bez przerwy patrzył na wejście
do sali, oczekując zapewne „odwiedzin” terapeutki Renaty z „fantami”.
Salowy wyzwolił Marka z bacznego śledzenia jego każdego ruchu, przerwał naukę w jednej
sekundzie i począł spacerować po sali na tyle, na ile pozwalała przestrzeń dwójki.
– No co tam Naczelnik, widzę że już lepiej z tobą, nie masz pasów? – powiedział Józek do
Ogrodzkiego.
– Właśnie, panie Józku mam prośbę, mógłbym wyjść dosłownie na parę minut do łazienki? –
prosił Marek.
– Możesz iść, należy ci się odrobina luksusu – powiedział śmiejąc się, salowy.
Ogrodzki, zupełnie zaskoczony łatwością załatwienia swej prośby u salowego, natychmiast
skierował się do wyjścia.
Po przejściu paru kroków, odkrył u siebie dość niemiłą dolegliwość, która na pewno nie
będzie mu spędzać snu z powiek, ale w znaczny sposób będzie mu utrudniać poruszanie.
Dolegliwością tą był silny ból pośladków.
80
Ta dupa to na pewno boli od zastrzyków, pomyślał wchodząc do łazienki.
Pierwszy od paru dni kontakt z wodą, w dodatku ciepłą, poprawił mu na tyle nastrój, że
poczuł się na nowo człowiekiem.
Jednak sielankę ostudziła myśl, czy nie jestem tu czasem za długo, Józek się wkurzy i będzie
gotów mnie już więcej nie puścić z dwójki, nie ma rady, trzeba wracać, muszę się
dostosować, pomyślał.
Gdy pacjent Ogrodzki opuszczał swoją „oazę spokoju”, na korytarzu prowadzącym do sal,
spotkał się z niskim człowiekiem, z dobrze przekroczonym czterdziestym rokiem życia, w
towarzystwie pielęgniarki. Osobnik badawczo popatrzył na Marka, i w milczeniu zmierzał w
kierunku sali obserwacyjnej.
Ogrodzki wyprzedził wspomnianą parę i zameldował swój powrót panu salowemu. Józek nie
ganił Marka, że tak długo siedział w łazience, tak że Marek kornie położył się do swojego
łóżka i oczekiwał w napięciu, jak pozostali pacjenci, na śniadanie.
– Witajcie chłopaki! – zawołał w progu drzwi dwójki, spotkany wcześniej mężczyzna. –
Kochane chłopy, żonka mnie tu wsadziła, ale ja tu to długo nie mam zamiaru być, jutro mnie
stąd koledzy wyciągną. – Który chce papierosy, bo pan Leszek Kowalczyk ma ochotę
każdego z was poczęstować, a mam tego towaru w brud – przechwalał się pacjent Leszek
Kowalczyk.
Po takim zaproszeniu, Ogrodzki w jednej chwili był przy Kowalczyku. Refleks Marka został
nagrodzony – otrzymał dwie paczki papierosów za to, jak podkreślał Kowalczyk, ze go dwa
razy nie trzeba prosić.
Pacjenci, widząc sukces Marka, ruszyli gęsiego do „króla tytoniowego”, i też się nie zawiedli,
zostali także nagrodzeni.
– Ty, chłopak, powiedz mi co ty tu robisz? – Na świra nie wyglądasz, skąd żeś się tu wziął? –
zapytał Kowalczyk Ogrodzkiego.
– O to samo i ja mogę zapytać ciebie – powiedział Marek.
– Ze mną sprawa jest prosta, z żoną mi się nie układa, i mi tu pobyt załatwiła, pewnie jej się
wydaje, że zmięknę jak tu posiedzę, tylko że ona jeszcze nie wie, że się srogo przeliczy –
powiedział przekonanym głosem nowy szczodrobliwy pacjent.
– Nie prościej byłoby się rozwieść? – pytał Marek.
– Widać, że się na babach nie znasz, pewnie kawaler jesteś? – pytał Kowalczyk robiąc w
zdaniu pauzę, na odpowiedź Ogrodzkiego.
– Tak – przytaknął Ogrodzki i dopiero wtedy zauważył, że jego rozmówca jeszcze zupełnie
nie wytrzeźwiał.
– Jak ty chłopak masz na imię? – Pytam, żeby lepiej się gadało, ja Leszek.
81
– Marek Ogrodzki – odpowiedział.
– Słuchaj Marek, do dupy z moja żoną, ty mi lepiej powiedz, jak tu wariata odegrać,
rozumiesz, przyświrować, bo musisz wiedzieć, kurwa jak tu o tej mojej żonie nie mówić,
ostatnie zdanie na jej temat : założyła mi „suka” jeszcze sprawę karną w sądzie – mówił
Kowalczyk, którego wcale nie zrażała obecność salowego.
– Wariata udać to tutaj nawet nie trzeba udawać, żeby być – powiedział Ogrodzki, ale
Kowalczyk mu przerwał.
-Nie filozofuj, tylko gadaj, to ci papierosów na parę dni zapewnię, zrozum, wariatowi w
sądzie nic nie zrobią, o to chodzi, że jak tu się znalazłem, to trzeba jakąś korzyść wynieść–
powiedział Kowalczyk.
– Nie ma sprawy, mogę coś poradzić, ale jak uznają cię za psychicznego, to trzy bolesne
zastrzyki dziennie są pewne – powiedział Marek.
Kowalczyk, gdy usłyszał słowo „zastrzyk”, pobladł i chyba ta informacja do reszty go
otrzeźwiła
Powiedział na słowa Marka cichym głosem: – Ty nie żartuj z tymi zastrzykami.
– Każdy tutaj uznany za wariata je dostaje, czy chce czy nie chce, takie tu niestety panują
prawa – powiedział Marek.
– To co radzisz, bo wariat mi już przeszedł – powiedział Kowalczyk, który z każdą minutą
pobytu na sali, tracił grunt pod nogami.
– Jak nic złego nie zrobiłeś, to powiedz prawdę jak było, żona w akcie zemsty cię tu umieściła
i tak dalej – mówił Ogrodzki.
– Dobrze mówisz, łap jeszcze paczkę, mnie jutro koledzy papierosy podrzucą, tak że z tym nie
mam zmartwienia – powiedział Kowalczyk.
Marek z radością przyjął trzecią darowaną paczkę, i chciał rozmawiać z Kowalczykiem o
szczegółach jakie spowodowały, że umieszczono go w szpitalu psychiatrycznym, ale nie było
mu dane, ponieważ siostra Ola zjawiła się z zastrzykami, a wraz z nią, obywatel Pisarczyk ze
śniadaniem i nieodłącznym wózkiem, na którym były umieszczone racje żywnościowe.
– Ty, Naczelnik, chodź tu! – krzyknął do Ogrodzkiego, salowy Józek.
– Proszę, słucham – powiedział Ogrodzki podchodząc.
– Roznieś wszystkim śniadanie – zrozumiałeś?
– Tak jest, panie Józku – powiedział Marek, który był w dwójnasób usatysfakcjonowany, miał
papierosy w oszałamiającej, jak na panujące warunki w szpitalu, ilości, i zajęcie przy
rozdawaniu śniadania.
82
Marek uwijał się najszybciej jak potrafił i siostra Ola, słynąca z chamskiego stosunku do
pacjentów, chciała też dorównać Markowi ze swoją pracą, albo na odwrót.
Gdy przyszła kolej na Kabaja, siostra Ola z wypisaną pogardą na twarzy, podeszła do niego.
Musiała potraktować go wybitnie boleśnie zastrzykiem. Kabaj po wykonaniu przez nią na nim
„wyroku”, krzyknął na całe gardło: – By cię kurwo zajebana, szlag trafił!
Siostra Ola zarumieniona i zupełnie zagubiona podeszła do śpiącego jeszcze Witosa.
– Panie, obudź się, lekarz zalecił panu zastrzyk – mówiła pielęgniarka Ola.
Pacjent podający się za Witosa, spał w dalszym ciągu.
– Panie Józku, proszę z nim zrobić porządek! – powiedziała Ola, wracając do swego
pierwotnego stanu.
Salowy Józek rozpoczął budzenie Witosa poprzez pocieranie mu uszu.
– To wy tak do Witosa! – zawołał wyrwany ze snu pacjent. – Przyjaciele, uwolnijcie mnie z
kajdanów, a sam pokonam tych diabłów w białych fartuchach! – mówił z groźbą w głosie,
Witos.
– Ja już mam dość tej niewdzięczności pacjentów, zaraz każę pani Musze zrobić mu zastrzyk
– powiedziała zrezygnowanym głosem siostra Ola.
Podchodząc do parapetu okna, położyła na tacy gotową strzykawkę i spojrzała w zeszyt
pielęgniarski, w którym była notowana ilość zabiegów.
– Nie, temu to ja jeszcze jestem w stanie zrobić zastrzyk, no Ogrodzki, nastawiaj tyłek! –
zawołała Ola.
Marek zupełnie się już nie opierał, poddał się biernie pracy średniego personelu medycznego.
Ale to i tak nie poprawiło nastroju siostrze Oli, która opuściła dwójkę.
Po krótkim czasie, salę obserwacyjną odwiedziła siostra Mucha w towarzystwie Kazimierza
Wojnowskiego.
– Ty dziadek, uspokoisz się! – powiedział Wojnowski.
– Widać, żeś czart, bo Witosa nie poznajesz! – zawołał pacjent.
– Ja ci zaraz skurwysynu dam czarta! – krzyknął Wojnowski, i sądząc po zamachu ręki, dwa
razy silnie uderzył pięścią Witosa w twarz.
Widząc zajście, siostra Mucha powiedziała: – My ci Kaziu musimy silniejsze tabletki dawać,
strasznie nerwowy jesteś.
Witos skapitulował, patrzył obojętnym wzrokiem w sufit, a po jego twarzy nie przeszedł
najmniejszy grymas bólu.
83
– Braciszku Wojnowski, nie wolno tak robić, Bóg to widzi – powiedział pacjent Jan God.
– Przestań stary! – krzyknął Wojnowski.
– Wy się nie denerwujcie, braciszku Wojnowski, żal mi was – mówił God.
– Ja się nie mam czym denerwować, tylko ty mi popie powiedz, gdzie jest ten Bóg, do którego
się modlisz, skoro latami siedzisz w szpitalu i nikt cię nawet z rodziny nie odwiedzi? –
pouczał Goda, Wojnowski.
– Nie trzeba tak mówić, braciszku Kaziku, ja tu będę aż do zimy – powiedział God.
– Twoja sprawa, jak ci się tu podoba to siedź, ja widzę po sobie, że jak jestem na dwójce, to
razem z nimi głupieję, po co ja z tym Ukraińcem rozmawiam – mówił Kazik, szukając
aprobaty u pielęgniarki Muchy.
Być może siostra Mucha utwierdziłaby Wojnowskiego w przekonaniu, że się w swych
słowach nie myli, ale nie było jej dane, ponieważ na salę zawitała pielęgniarka, która
„eskortowała” pacjenta Kowalczyka do sali.
– Pan ma papierosy? – zagadnęła pielęgniarka Kowalczyka.
– Poczęstować panią? – z błyskiem w oku, zapytał Kowalczyk.
– Jak by pan mógł? – odpowiedziała.
– Proszę uprzejmie – powiedział wyjmując z kieszeni papierosy.
– To tyle ma pan w paczce, wystarczy, to niech się pan podniesie – powiedziała pielęgniarka.
– Nie rozumiem – powiedział zdumiony pacjent.
– Tu nie ma nic do rozumienia.
Pielęgniarka szybkim ruchem ręki wyjęła spod poduszki papierosy, wszystkie jakie pozostały
Kowalczykowi.
– My to panu przechowamy w Zabiegowym, zresztą, pan ma zalecone zabezpieczenie, panie
Kaziu proszę pacjenta przywiązać – powiedziała wychodząc.
– Zaraz, chwileczkę! – mówił zdezorientowany Kowalczyk.
– Proszę usiąść na łóżku – mówił, chcąc przypomnieć o swojej obecności, salowy Józek.
Kowalczyk był już zupełnie zagubiony i wybełkotał zaledwie: – Proszę bardzo.
Salowy Józek znał swój fach, nie zabrało mu wiele czasu założenie tak zwanych „szelek”
Kowalczykowi.
84
– To co ja kurwa zrobię, Renaty z papierosami nie ma, a tobie przyjacielu, pielęgniarka
wszystkie papierosy wzięła – martwił się Kabaj. – Policzyłeś chociaż paczki, bo to że ci parę
wypalą, to jest więcej niż pewne, trzeba je znać – mówił Kabaj.
Kowalczyk nieśmiało podniósł rękę niby to tak, jakby chciał Kabaja pozdrowić, ale
natychmiast popłynęły mu łzy po policzkach, i ten jego gest ręką, okazał się aktem jego
rozpaczy.
Ogrodzki nawet nie próbował pocieszać nieszczęśnika, wiedział że jego nawet pełne otuchy
słowa, odniosłyby odwrotny skutek.
– Wasowski, masz już ciepłą wodę w wiadrze? – pytał salowy.
– Oczywiście, panie Józku – powiedział Wasowski.
– To czego nie zmywasz sali? – zdziwionym głosem powiedział salowy.
– Bo bym chętnie zapalił przed robotą, a nie mam co – ugrzecznionym głosem mówił
Wasowski.
– I ty durniu myślisz, że ja ci przed zmyciem papierosa dam? – powiedział zupełnie zdumiony
Józek.
– Chodź tu, ja ci dam papierosa! – wołał z łóżka do Wasowskiego, Kabaj.
– Wam to się już całkiem we łbach poprzewracało! Wasowski, coś mi się wydaje, że ty chcesz
być na jednej sali ze swoim przyjacielem Kabajem? – powiedział rad ze swojej myśli, salowy
Józek.
– To jak pan taki mądry, to dlaczego pan nie robi tego co do pana należy?- powiedział pacjent
Kabaj do salowego.
– Kabaj, jak będziesz dalej taki mądry, to ja cię rozwiążę i ty „prawdziwku” pozmywasz –
odgrażał się Józek.
– Ja tu przyjechałem się leczyć, a nie sprzątać – odgryzł się Kabaj.
– Panie salowy, mnie niech pan puści z pasów, a wszystko się tu będzie błyszczeć! – wołał, od
dłuższego czasu „nieobecny”, pacjent Czajka.
– Pewnie, jak ja mam ciebie Czajka z zabezpieczenia puszczać, żebyś podłogę zmył, to bym
sam się już zhańbił i zmył – powiedział Józek.
– To może ja zmyję? – wtrącił Ogrodzki.
– Nie ma sprawy, Wasowski daj „Naczelnikowi” miotłę i wiadro, samo się rozwiązało –
powiedział, zadowolony z propozycji Marka, salowy.
Gdy Ogrodzki odbierał „sprzęt” od Wasowskiego, salowy rzucił od niechcenia:- Widzę
„Naczelnik”, że powoli zaczynasz rozumieć o co tu chodzi.
85
Marek z werwą zabrał się do mycia posadzki, a Wasowski z nie mniejszą, wyrwał z ręki
Kabaja papierosa.
– Ogrodzki, jak ładnie zmyjesz, to będziesz mógł na sali zapalić, masz moją zgodę –
powiedział salowy podchodząc do łóżka płaczącego Kowalczyka.
– Pana żona to w służbie zdrowia pracuje? – zapytał Józek Kowalczyka.
– A niech ją szlag trafi, za to co ze mną zrobiła! – odpowiedział łkając pytany.
Salowy, uzyskawszy odpowiedź pacjenta Kowalczyka, z politowaniem pokiwał głową i
wrócił na swoje miejsce, obserwując pilnie pracę wykonywaną przez Ogrodzkiego.
– No, Ogrodzki widzę, że im dłużej zmywasz, tym lepiej ci idzie, ale jak tak patrzę na ciebie,
to dochodzę do wniosku, żeś ty się w życiu za wiele nie napracował.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedział u drzwi dwójki, ubrany w skromną
odzież, staruszek.
– Na wieki wieków dziadku, tylko mi nie właźcie na salę, bo co dopiero zmyta podłoga i
możecie ślady zostawić – odpowiedział Józek.
– Kto by tam panie wchodził, chciałem się z moim kolegą Gibonką pożegnać- pora do domupowiedział
starzec.
– Niech was Bóg prowadzi, Walendziak – powiedział nie wstając z łóżka, Gibonka.
– No to jak się już pożegnałem z Gibonką, to i z pozostałymi panami z dwójki się pożegnam i
powiem wam jedną ważną rzecz: który z panów jest pierwszy raz w tym szpitalu, to jak go
wypiszą i jak będzie szedł do autobusu, czy jak tam komu po drodze, to niech się tam za
siebie nie ogląda za żadne skarby, to wtedy będzie pewne, że już tu nigdy nie wróci. Co
miałem zrobić – zrobiłem, co miałem powiedzieć – powiedziałem, pora do siebie wracać –
powiedział Walendziak.
– I mnie się wydaje, że dość już na dzisiaj waszych „złotych myśli” – spointował radę starca,
salowy Józek.
– Proszę Józiu, zamówiona kawa – powiedziała trzymając w ręku spodek ze szklanką kawy
pielęgniarka, która zabrała wcześniej papierosy pacjentowi Kowalczykowi.
– Jak się ma świeżo przybyły? – pytała z zainteresowaniem w głosie, pielęgniarka.
– Kowalczyk, sądząc teraz po jego zachowaniu, to chyba już na dobre wytrzeźwiał –
odpowiedział salowy.
– Ja znam jego żonę, ona już nie mogła sobie z nim dać rady, i postanowiła go u nas umieścić
– powiedziała pielęgniarka.
86
– Ona w naszym resorcie pracuje, ta Kowalczyka żona. Ja osobiście nie jestem przekonany, że
dobrze z nim postąpiła, jego pobyt u nas, będzie się za nim ciągnął do końca życia – mówił
salowy.
– To co miała kobieta zrobić, jak pije całymi dniami i zza wschodniej granicy kochankę sobie
znalazł, zresztą co ja ci będę Józiu mówić, chłop nigdy baby nie zrozumie – zakończyła
wywód pielęgniarka odchodząc.
– Ogrodzki, już dość tych porządków, podłogę zedrzesz! – Jak masz co palić i ochotę, to pal
na sali, do łazienki to ja ciebie nie puszczę, coś ci się dziwnie oczy świecą, boję się, że
zaczniesz głupio kombinować – powiedział Józek.
– Gdzież bym śmiał, panie Józku – powiedział Ogrodzki.
– Dobra, dobra, każdy z was tak mówi, a potem aż nogi bolą od stania na dyrektorskim
dywanie – powiedział salowy. – Tylko pal papierosa dyskretnie i szybko, bo zaraz obiad, a
jak obiad to i zastrzyki, ty „Naczelnik” pewnie lubisz zastrzyki? – żartował w rozmowie z
Markiem, salowy.
Słowa Józka okazały się prorocze, z korytarza zaczęły dobiegać odgłosy „garkuchni”
dowodzonej przez pana Pisarczyka.
– Pal spokojnie, Bronek to nie siostra, a za zmycie podłogi należy ci się nagroda – uspokajał
salowy Marka, który skrywał papierosa pod kocem.
– Ty, chodź tu zaraz! – zawołał Pisarczyk w stronę Marka.
Marek, rad nie rad, wyrzucił prawie do końca wypalonego papierosa do kaczki, i ruszył w
kierunku wózka z obiadem, na którym stało już parę gotowych dań na talerzach.
– To ja będę nakładał obiad na talerze, a ty roznoś te, gdzie już nałożone – pouczał Marka,
Pisarczyk.
Ogrodzki z zapałem wykonywał polecenie Pisarczyka, a po jego spełnieniu, spotkał go
niemały „zaszczyt” – zjadł obiad w towarzystwie Pisarczyka i Kazimierza Wojnowskiego
przy „dwójkowym” stoliku, który był tym razem wystawiony przed salę, a porcja jaką
przyszło mu zjeść, była trzykrotnie większa od normalnej.
Korytarz był cały wypełniony pacjentami, którzy w zatrważającej ciszy spożywali obiad,
przyjmując przy okazji ni mniej nie więcej jak po garści tabletek otrzymywanych od siostry
oddziałowej, która swą „aptekę” woziła na wózku, na którym był również umieszczony kubek
z wodą, który służył do ułatwienia pacjentom połykania pastylek.
– To wszystkim ma ten jeden kubek wystarczyć do połknięcia tabletek? – zdziwionym głosem
pytał Marek Wojnowskiego.
– Nie masz większych problemów? – urwał kwestię Wojnowski. – Lepiej powiedz czy ci
głosy przeszły, bo ja to jak ostro piję, to mam – powiedział. – Bo ja, to przyjacielu, żebym
tylko głosy słyszał, to by była betka, ja to się pierwszy raz tu sam zgłosiłem. Idę w jesieni
87
podpity wieczorem koło kościoła, i w pewnym momencie słyszę za sobą głośne kroki,
oglądam się – nie ma nikogo – zrobiłem dwa kroki i znowu słyszę, ale żeby tylko kroki,
orkiestra za mną teraz idzie i głośno gra, oglądam się – nie ma nikogo – ujdę metr, znowu
słyszę muzykę i to głośno, oglądam się – puściutko – nie ma nikogo, myślę sobie, Kazik źle z
tobą, szukaj ratunku, i przyjechałem tu. – A ty dużo piłeś zanim się tu dostałeś, pewnie nie
mało, skoro cię tu przywieźli? – kończąc pytał Wojnowski.
– Ogrodzki, ty już zapomniałeś gdzie masz być?! – To ja cię mam ze strzykawką po całym
oddziale szukać? – mówiła ze złością w głosie pielęgniarka, niedawna rozmówczyni
salowego Józka.
– Już wracam na salę, dzięki za obiad – powiedział Marek, i udał się na dwójkę.
Pielęgniarka na Ogrodzkim zakończyła swą pracę, i na odchodnym powiedziała od
niechcenia: – Józek, rozwiąż Kowalczyka, dyrektor go na rozmowę wzywa.
– To teraz ma iść? – pytał Józek.
– Tak – powiedziała pielęgniarka.
– Nie ma sprawy – powiedział salowy, uwalniając pacjenta z pasów.
Kowalczyk, idąc na spotkanie z dyrektorem, nie był nawet wspomnieniem człowieka sprzed
kilku godzin, który obdarował wszystkich pacjentów papierosami, był po prostu człowiekiem
„złamanym”, który przestał walczyć, choć trudno było zauważyć po nim , aby chciał taka siłę
wyzwolić w sobie, myślał zapewne, że jak na warunki szpitalne, osiągnie sukces „szerokim
gestem”, który przysporzy mu przyjaciół wśród pacjentów, a jego pobyt w szpitalu będzie
znikomy, gdy z odsieczą przybędą koledzy. Patrząc na niego, gdy szedł w stronę drzwi, widać
było, że jego metoda na przetrwanie w szpitalu, zawiodła go na całej linii. Istotnym
czynnikiem, który też miał niemały wpływ na zmianę jego nastroju było to, że Kowalczykowi
wydawało się, że miejsce w które rzucił go los, czy może bardziej żona, będzie dla niego
doskonałym tematem do rozmów z kolegami przy piwie, i to takich że audytorium będzie z
minuty na minutę rosło.
– Panie Józku, gazety przyniosłam, jest jakiś lepszy stan u pana co by czytał? – pytała
salowego wysoka blondynka, która już dawno przekroczyła czterdziesty rok życia.
– Może by i był, ale ja nie rozumiem dlaczego terapia nagle zadbała o tych pacjentów, których
nie ma w zakresie obowiązków. Może mi pani Renatka to wytłumaczy? – z uśmiechem i z
ironią w głosie, pytał salowy Józek.
– Szkoda mi tych nieboraków – odpowiedziała Renata.
– Szczególnie jednego – powiedział Józek, którego w zauważalny sposób bawiła rozmowa z
terapeutką Renatą.
88
– Oj, panie Józku, dlaczego wy na każdym kroku drwicie z terapii, człowiek chce jak
najlepiej, a personel szpitalny stale szuka w nas powodu do kpin – mówiła urażona
zachowaniem Józka, Renata.
– Gdzież bym śmiał. Kabaj, dostawa papierosów dla ciebie od troskliwej terapeutki! –
powiedział rozbawiony do reszty salowy.
– Pan to jest cham! – powiedziała terapeutka rzucając pod nogi salowego rulon gazet.
– Naczelnik, prasa, chcesz poczytać? – zawołał Józek, na którego gest Renaty nie wywarł
najmniejszego wrażenia.
Ogrodzki z radością podniósł zwinięte gazety, wcześniej pytając salowego, czy sam nie ma
czasem ochoty ich przejrzeć.
Józio nie wykazał zainteresowania. Markowi nie pozostało nic innego, jak zagłębić się w
lekturze.
– Ma pan szczęście, że jestem związany, bo byśmy inaczej porozmawiali, panie salowy! –
powiedział wzburzony przyjęciem przez Józka Renaty, Kabaj.
– Kabaj, dopóki ja siedzę przy dwójce, nie ma mowy o przemycie papierosów dla ciebie –
zrozumiałeś – i nie próbuj podskakiwać bo wiesz, że ze mną żartów nie ma, trafisz do raportu
i posiedzisz na dwójce, i swojej Renaty szybko nie zobaczysz! – I nie odszczekuj się, bo cię
mocniej w pasy zwiążę, że się nie ruszysz, mam nadzieję, że się zrozumieliśmy! – powiedział
salowy.
Kabaj pomruczał coś pod nosem, ale salowy Józek na takie drobnostki nie zwracał
najmniejszej uwagi.
– Co tam Naczelnik ciekawego znalazłeś do czytania, że o papierosach zapomniałeś, korzystaj
z mojego dobrego humoru, bo zaraz zmianę kończę i różnie może być z paleniem –
powiedział salowy, na którego dobry nastrój miała wpływ drobna sprzeczka z terapeutką
Renatą.
– Nie wiem czy dobrze myślę, ale te gazety najnowsze, to chyba nie są – odpowiedział znad
gazety, Marek.
– Najnowsze, dobry kawał, co najmniej sprzed tygodnia, świeża prasa, w naszym szpitalu nie
przewidują czegoś takiego, co tu dużo gadać, jak tak dalej będzie jak jest, to niedługo i takich
nie będzie, szpital nie ma pieniędzy – wyjaśnił pokrótce Józek Markowi sytuację szpitala.
– To jest aż tak źle? – z niedowierzaniem pytał Ogrodzki.
– Czytaj, czytaj, a w przerwach obserwuj przyrodę – powiedział Józek, który zapewne
myślami był już za bramą szpitalną.
– Widzę, że już jesteście Matlakowa, czyli Zenek dalej chory? – mówił salowy Józek.
89
– Już z nim lepiej, a co to za różnica, ważne że zmiana jest – powiedziała Matlakowa.
– Ma pani rację, najgorsze jak się zmiennik spóźnia. Tu wszystko w porządku, jeden jest u
dyrektora, powinien już wrócić, coś go długo trzyma, ale z nim jest inna „polka” – żona w
resorcie pracuje, to pewnie długo na obserwacyjnej nie będzie – nakreślał sytuację
Matlakowej Józek, zbierając się do wyjścia.
– Pani Matlakowa, zapali pani? – proponował Kabaj salowej, trzymając w ręce darowaną
przez Kowalczyka, paczkę papierosów.
– Wy mnie „kotki” do palenia nie namawiajcie, bo ja dzisiaj całą noc Najświętszą Panienkę
prosiłam, żebym już nie paliła i mnie wysłuchała – cały dzień dzisiaj nie palę, tak że dajcie mi
spokój z papierosami – powiedziała Matlakowa. – Widzę Czajka, że jak mój Zenek z tobą
„porozmawiał”, to tak jakby cię nie było na dwójce – mówiła Matlakowa wielce rada, że
pozytywny skutek, w jej rozumieniu świata, odniosła zwyrodniała „terapia”, zastosowana
przez jej syna na Czajce.
Pacjent Czajka udawał, że nie słyszy, czy też nie chce słyszeć, co mówi do niego matka
człowieka, który w zwierzęcy sposób pomścił ją za to, że akurat na zmianie jego mamusi
przyszło mu do głowy uciekać ze szpitala, i to w dodatku z sali obserwacyjnej, z której
choćby do łazienki wolno wyjść tylko za zgodą salowego
– Ja z pani synem porozmawiam jak wyskoczę z pasów, wtedy zobaczymy czy będzie taki
odważny, nie sztuka jest dusić i bić człowieka przywiązanego do łóżka, wielki bohater co się
boi wieczorem sam iść ze szpitala na przystanek i na pielęgniarki czeka, żeby razem z nimi
iść do autobusu, już kogo jak kogo, ale ja waszego synusia dobrze znam, za często jestem w
tym szpitalu, żeby go nie poznać…
I tu Matlakowa nie mogąc już słuchać słów Czajki, które nawiasem mówiąc, były zgodne z
prawdą, zawołała na całe gardło: – Kabaj, dawaj szybko papierosa!
Kabaj niechętnie spełnił żądanie Matlakowej, częstując ją produktem tytoniowym, być może
przypomniał sobie, że misja terapeutki Renaty, mająca na celu wypełnić jego dzienne
zapotrzebowanie na papierosy, zakończyła się fiaskiem.
Matlakowa nerwowo paliła papierosa i nawet nie zauważyła od razu powrotu na salę pacjenta
Kowalczyka, który w radosnym nastroju powrócił do swego łóżka.
Ogrodzki patrząc na jego zachowanie: pewność kroku, patrzenie wokół wzrokiem pogardy na
współtowarzyszy, zrozumiał że odbyta rozmowa z dyrektorem, naładowała Kowalczyka
niezwykle pozytywnie.
– Nie pytasz przyjacielu, jak było? – zapytał Kowalczyk Marka, uśmiechając się przy tym
tajemniczo.
– Sądząc po radykalnej zmianie nastroju, to już zupełnie inaczej patrzysz na świat, jak i na
swoje położenie – odparł Ogrodzki.
90
– To, to widać? – powiedział śmiejąc się Kowalczyk.
– Jeszcze jak – powiedział Marek.
– Muszę ci powiedzieć, że na początku nie było dobrze. Po zachowaniu dyrektora doszedłem
do wniosku, że on jest większy wariat jak niejeden na tej sali – powiedział rozpromieniony
Kowalczyk.
– Co takiego zrobił? – z zaciekawieniem pytał Marek.
– No bo ja kolego, wchodzę a on wstaje zza biurka i wyciąga z kieszeni nitkę i pyta się mnie
co to za nitka, a ja mówię – nitka z kieszeni, a on mówi :”Świetnie panie Kowalczyk, ale
niech pan powie jakiego koloru ona jest”, a ja mówię – zielona, to on mówi – doskonale, to
teraz niech mi pan powie jak się pan nazywa, no to ja mówię, a on znowu mówi – doskonale,
to teraz proszę mi powiedzieć, którego dzisiaj mamy, a ja wiesz, ostatnio ostro piłem i
szczerze mówiąc nie wiedziałem jaki to jest dzisiaj dzień, i mówię:- Panie dyrektorze,
ostatnio żyłem w stresie i się zupełnie w datach pogubiłem, a on mówi do mnie: – Jeśli pan
sobie zdaje sprawę, że ostatni okres pańskiego życia nie był udany, mało – udany, fatalny,
skoro pan trafił do nas, to widać że pan już wie, że robił pan źle i co najważniejsze – rozumie
pan swój błąd, a niech mi pan jeszcze powie, gdzie pan mieszka. Ja se myślę – znowu wariat,
przecież mają moje papiery, bo mnie z domu wygarnęli jak przyszedłem się tylko wykąpać –
ale sobie myślę – powiem, co mi szkodzi, i powiedziałem. I potem my se pogadali, ale to już
się nie nadaje do opowiadania przy wszystkich – zakończył opowieść Kowalczyk.
– To nie wiedziałem, że cię z domu wzięli, nic nie można było poradzić? – z troską w głosie
pytał Marek.
– Co poradzisz jak człowiek głupi, jak bym był mądry, to bym tu dzisiaj nie siedział –
odpowiedział Kowalczyk.
-To jakie cię tu siły przywiodły? – zapytał Ogrodzki.
– To już ci mówiłem, żadne siły, tylko żona – odpowiedział Kowalczyk.
– No to jakiegoś haka musiała mieć, skoro tu jesteś? – dociekał Marek.
-Nie wiesz jak to w małżeństwie, była kłótnia, nerwy mi puściły, żona stała przy drzwiach,ja
nimi trzasnąłem, i tak jakoś przez przypadek, złamałem jej palca u ręki – powiedział
rozmowny Kowalczyk.
– Tymi drzwiami, ten palec? – pytał Marek.
– Drzwiami, drzwiami, ale jakie to ma znaczenie, palec żony poszedł do gipsu, a że jest z
zawodu pielęgniarką, to nie stanowiło dla niej problemu badanie psychiatryczne mi załatwić, i
tak to się zaczęło. Wyznaczyli mi termin, żebym się zgłosił na badanie i to do tego szpitala,
tylko nie żeby od razu w pasy, czy w ogóle się kłaść tutaj, tylko wiesz, sama rozmowa, po
której lekarz miał stwierdzić czyś wariat czy nie, i ja żem z kolegami tu przyjechał pijany na
wyznaczony termin, wchodzę do gabinetu, siedzi psychiatra – baba, stara baba i mówi: –
91
Może mi pan, panie Kowalczyk powie, jakie miasto jest stolicą Japonii, a ja se myślę, co mi
szkodzi udać głupa, i mówię – Osaka, a ona znowu coś zaczęła gadać, już nie bardzo
pamiętam co, patrzę na jej mordę, a ona ma wszystkie zęby w gębie czarne, i na dodatek
każdy popsuty, a mnie zawsze rodzice uczyli, że człowieka jaki jest, a przede wszystkim jego
kulturę, poznaje się po zębach, i jak tak widzę jakie ona ma zęby, to już nawet żem jej nie
powiedział „pani doktor”, tylko mówię: – Jak pani nie wstyd jako lekarzowi, mieć takie
popsute zęby. A ona wtedy mówi: – To ja już panu panie Kowalczyk podziękuję. I jakoś się z
żoną dogadała i mnie tu sądownie obie wsadziły. To już całą historię znasz, ale ja tej mojej
żonie jeszcze pokażę, na koniec powiem ci jedno – z dyrektorem to już się dogadałem –
powiedział Kowalczyk pokazując Markowi zaciśniętą pięść z wyciągniętym kciukiem do
góry na znak, że wszystko idzie w jego życiu ku lepszemu.
– Chciałbym mieć taką nadzieję jak ty – powiedział Marek.
– Niektórzy mówią, że nadzieja to matka głupich – powiedział Kowalczyk.
– Jak tu bez niej żyć, ja myślę, że dobrze ją mieć – wtrącił Marek.
– Ja kolego, u ciebie widzę inne wyjście – powiedział Kowalczyk.
– Jakie? – zapytał ożywiony Ogrodzki.
– Teraz ci nie mogę powiedzieć, ale wydaje mi się, że w twoim przypadku jedyne –
powiedział Kowalczyk, porozumiewawczo patrząc na salową.
– Ale z was gaduły – przerwała długą rozmowę Marka z Kowalczykiem salowa Matlakowa.
– Co to, już nawet w tym szpitalu to i rozmawiać nie wolno? – powiedział z nutą skargi w
głosie, Kowalczyk.
– Co się pan tak od razu złości, nie popilnowałby pan sali piętnaście minut, ja bym sobie
kolację zjadła? – W zasadzie pacjent z dwójki nie powinien tego robić, ale jak na złość nie
widzę tego durnia Wasowskiego, ani kogoś jemu podobnego – śpią „kotki”, tylko jak usłyszą,
że kolację wiozą, to się wszyscy na komendę budzą – mówiła salowa.
– Jak pozwoli pani zapalić na sali, to czego mam nie popilnować. Czy tu w ogóle – z małymi
wyjątkami – jest kogo pilnować – mówił już uprzejmym głosem Kowalczyk.
– Ma pan papierosy? – zapytała udając niedowierzanie Matlakowa.
– Poczęstować panią? – uprzedził odpowiedzią Kowalczyk następne pytanie salowej.
Matlakowa z ochotą sięgnęła po papierosa. Gdy Kowalczyk chciał obsłużyć ją do końca,
podając ognia, ta żachnęła się: – A kto to widział palić przed kolacją? – i wyszła.
Kowalczyk z zadowoleniem usiadł na krześle, które uprzednio zajmowała Matlakowa.
– Na co czekasz, pal! – zawołał Kowalczyk do Ogrodzkiego.
Marek z radością wykonał polecenie „niby salowego”.
92
– No to ci teraz powiem, jakie dla ciebie widzę wyjście. Moim zdaniem nie ma innego, jak
ucieczka. Wiecznie na tej sali nie będziesz, to jak będziesz widział, że są ku temu warunki, to
nie zastanawiaj się, tylko uciekaj, na nic nie czekaj – powiedział tymczasowy salowy, z miną
taką jakby to rozwiązanie było ze wszech miar prekursorskie.
– Myślałem już o tym, ale jest bariera nie do pokonania, skąd ciuchy? – W tym co mam na
sobie, daleko nie ujdę – powiedział Ogrodzki.
– Ty myślisz, że ja bym ci coś takiego mówił, gdybym nie mógł tego tobie załatwić? – Jutro
mają być u mnie koledzy, dwa słowa i ciuchy masz, o to się nie musisz martwić, i parę
złotych też ci na początek choćby na autobus dam, to dla mnie żaden kłopot, i wiadoma
sprawa, że nie musisz oddawać, ja tam nie jestem taki człowiek, żebym drugiemu nie pomógł
– powiedział Kowalczyk.
– Serdecznie dziękuję, za wszystko zapłacę, i to z nawiązką – zapewniał Marek swego
przyszłego „wybawcę”.
– Przestań mnie obrażać, mnie forsy nigdy nie brakowało, ważne że jak wszystko będziesz
miał, żebyś nie stchórzył, bo jak masz tu zamiar siedzieć całe życie, to nie będę nic kolegom
gadał – groził Markowi, Kowalczyk.
– Nie, nie, proszę załatwiać, ja wiem, że ucieknę, to jedyne rozwiązanie dla mnie, i na pewno
się odwdzięczę – mówił Ogrodzki.
– Ten znowu swoje, dobrze że salowa nadchodzi bo bez przerwy dziękujesz a jeszcze nic
nie dostałeś, mówię ci po raz ostatni: wszystko będzie jak trzeba reszta zależy od ciebie,.
. – Już pani po kolacji? Spokój tu był – informował salową, Kowalczyk.
– To ja o tym wiedziałam, inaczej bym nie poszła, ważne że Czajka dobrze związany, bo na
tego „gada” nie ma sposobu – mówiła Matlakowa.
– Ja bym sobie z nim poradził jakby co się działo, mnie też zależy, żeby personel miał o mnie
dobre zdanie – powiedział Kowalczyk.
– Z pana to widać, że lepszy pan, to słuchaj pan: nie pożyczyłby mi pan paczki papierosów do
jutra, oddam – prosiła salowa.
– Chętnie bym pożyczył, ale sam mam mało papierosów na sali, kupiłem przed szpitalem 25
paczek, trochę dałem kolegom z sali, a resztę pielęgniarka mi zabrała, tak że naprawdę,
jakbym miał przy sobie, to bym pani pożyczył – tłumaczył Matlakowej, Kowalczyk.
– Niech się pan nie martwi, ja z pielęgniarkami pogadam i powiem, że pan się zgodził, to mi
dadzą papierosy – odetchnęła z ulgą w głosie, salowa.
– No co tam, odbierać sobie kolację, który może niech podaje tym co na łóżkach, no ruszać
się! – wołał u drzwi sali, Pisarczyk.
93
– Bronek, jak ty to podjechałeś, że w ogóle wózka nie było słychać? Ja tu sobie z panem
rozmawiałam i jakbyś nie krzyknął, to bym ciebie nie zobaczyła – mówiła zaskoczona salowa
Matlak.
– Bo wy Matlakowa za dużo rozmawiacie, a za mało pracujecie i nie wiecie co się na dwójce
dzieje – uśmiechał się Pisarczyk, ukazując całkowite bezzębie.
– Co ty gadasz, u mnie wszystko jak w zegarku. O jest siostrzyczka, dużo dziś siostra ma
zastrzyków? – mówiła salowa.
– Jak zwykle, pani Matlakowa – odpowiedziała pielęgniarka.
I tu rozpoczęła się wyliczanka nazwisk pacjentów, którzy pojedynczo obnażali swe pośladki,
a pozostali w spokoju spożywali posiłek bez najmniejszych oznak braku apetytu, pomimo
widoku z różnych stron sali, co rusz gołej dupy.
Proces wykonywania iniekcji przebiegał bez najmniejszych zakłóceń, nawet butny Czajka nie
zgłaszał żadnych zastrzeżeń co do jakości, jak i sposobu wykonania na nim „wyroku”, salowa
Matlak dzielnie sekundowała pielęgniarce, a Pisarczyk – człowiek o niewiadomym statusietkwił
w pogotowiu, gdyby któremuś z pacjentów przyszło do głowy, okazywać opór na
zalecenie doktora Gardeckiego.
Kowalczyk z uśmiechem na twarzy spoglądał jak każdy z „wybrańców losu” krzywi się i
przeklina pod nosem, gdy pielęgniarka wstrzykuje fenactil w płynie, w dowolnie wybrany
pośladek.
– Pan co się tak śmieje, jutro na pana przyjdzie kolej, doktor zalecił panu witaminy w
zastrzyku, a one pieką jak jasna cholera – poinformowała pielęgniarka Kowalczyka o decyzji
doktora Gardeckiego.
Uśmiech na twarzy Kowalczyka zgasł po słowach pielęgniarki, gdy tylko siostra opuściła
dwójkę.
– Kolega, wiesz coś bliżej na temat tych witamin? – pytał Kowalczyk trzęsącym się głosem
Marka.
– Raczej za „sympatyczny” ten zastrzyk z witamin nie będzie, ale ja w tym szpitalu
nauczyłem się jednego: nie należy tutaj wierzyć w radykalną poprawę swojej sytuacji, trzeba
się biernie poddać biegowi czasu, tu zasada „raz na wozie, raz pod wozem”, sprawdza się w
każdym calu, ale pamiętaj: jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było – zakończył
wypowiedź Ogrodzki.
– Ja to widzę, że im więcej tych zastrzyków ci w dupę walą, to ty coraz mądrzejszy –
powiedział z obrażoną miną Kowalczyk, i położył się tak na łóżku, aby nie widzieć Marka.
– No „kotki”, kolacja zjedzona, teraz pora spać, który będzie leżał grzecznie i nie zawracał mi
głowy łażeniem do ubikacji, to może sobie przed snem zapalić na sali, pod warunkiem że
94
będzie spał albo cicho leżał, i proszę was – nie śpiewajcie, bo pielęgniarki strasznie tego nie
lubią – powiedziała tym razem dobrotliwa salowa.
– To jak wolno palić, to daj mnie Matlakowa papierosa – powiedział żądającym tonem pacjent
Ryszard Białas.
– O, odezwał się ten co potrzebuje pozwolenia, żeby na sali palić. Ty Rysiu, jak ci kto da
papierosa, to se palisz kiedy chcesz na dwójce, a po drugie, czego ja mam ci dawać od siebie
papierosa, w moim dowodzie wpisany nie jesteś, to z jakiej racji? – powiedziała niezmiernie
zadowolona ze swych słów wypowiedzianych do Białasa, jak i do ogółu, Matlakowa.
– Trzymaj, Rysiek! – powiedział pacjent Kabaj, rzucając w jego kierunku papierosa.
Białas, widząc na swym łóżku papierosa, przestał się interesować „całym światem”, wziął
papierosa do ręki i przez kwadrans bacznie mu się przyglądał, nie wkładając go do ust, o
zapaleniu nie wspominając.
Organizm Marka, który wcześniej nie miał kontaktu ze środkami psychotropowymi, nie
pozwalał na dalszą obserwację Białasa i jego zauroczeniu papierosem, sen pokonał go i
zasnął.
Wczesna pora, o jakiej zwykł zasypiać Ogrodzki, nie pozwalała mu na przespanie całej nocy.
Budził się zazwyczaj około godziny czwartej nad ranem, i tak też było tej nocy. Gdy otworzył
oczy, zobaczył siedzącą na sali salową Czesławę. Jej widok ucieszył Marka, wszak Cesia była
dla niego jak matka – częstowała kawą, papierosa podarowała – jednym słowem : żyć nie
umierać.
– Dlaczego to pani znowu noc ciągnie? – zapytał salową Marek.
– Bo ja kochany, lubię w nocy siedzieć, nawet jak mi dyżur wypada w dzień – to się
zamieniam – w dzień się wyśpię, jakoś wtedy mi się lepiej śpi – powiedziała salowa.
– Można pani Cesiu zapalić? – zapytał Marek.
– Pal. Wiesz co, będziesz miał fajnego kolegę na sali, właśnie przywiozła Policja młodego
chłopaka, ładny jak z obrazka, jestem pewna, że się polubiecie. Już go powinien Wojnowski
przyprowadzić, będzie leżał na łóżku Kowalczyka – powiedziała salowa.
– To gdzie ten Kowalczyk jest teraz? – pytał Ogrodzki.
– Na szóstce. Ty też tam pewnie niedługo pójdziesz, o chyba idą – powiedziała Cesia i wyszła
na korytarz. Nie, to pielęgniarka poszła do kuchenki, widzę że ty coraz lepiej się czujesz,
przyzwyczaisz się, ale pamiętaj, najważniejsze to z obserwacyjnej wyjść, potem to już długo
tu nie będziesz, jak ci zmienią salę na lepszą, to ja ci wtedy powiem co trzeba robić, żeby się
stąd legalnie wydostać, i niech cię Pan Bóg broni, nie próbuj uciekać, bo cię tu zaraz z
powrotem przywiozą i posiedzisz dziesięć razy tyle na dwójce co trzeba, a z tego połowę w
pasach. O, teraz to już na pewno oni – powiedziała salowa, ponownie wychodząc naprzeciw
oczekiwanym.
95
Ogrodzki podążył za salową.
W towarzystwie Wojnowskiego, szedł krok w krok wysoki, przystojny , dwudziestoparoletni
brunet, ubrany w kaftan bezpieczeństwa..
– Zejdź mi tłusta babo z drogi, jestem synem prezesa! – krzyknął w stronę salowej,
młodzieniec w kaftanie.
– Ale nerwowy – powiedziała salowa kręcąc głową.
– Połóż się tu, Malmowski! – groźnym głosem powiedział Wojnowski.
– Zrobię wszystko, tylko niech ten Chrystus odejdzie – powiedział nowy pacjent, nazywając
Chrystusem Ogrodzkiego.
Marek faktycznie miał dość długie włosy i szczupłą sylwetkę, i chyba dlatego tym mianem
określił go w swej paranoi, pacjent Malmowski.
– Ty, jak ty będziesz tu takie głupoty mówił, to czeka cię ciężkie życie – powiedział Marek do
Malmowskiego.
– Jezusie idź precz, ja szatanowi służę, jestem synem prezesa Johana! – odpowiedział
Malmowski.
– Chcesz zadzwonić do prezesa? – A ty, wracaj do łóżka – nakazał Markowi, Kazik.
– Naprawdę? – zapytał z niedowierzaniem Malmowski.
– Masz jak w banku – powiedział Wojnowski.
Sebastian Malmowski, na wieść o tym, że zadzwoni, spełniał każde polecenie Wojnowskiego,
i w kilka minut, był przytwierdzony do łóżka.
Niemałe poruszenie z okiełznaniem Malmowskiego spowodowało, że niemal wszyscy będący
na sali obudzili się, tylko pacjent Ryszard Białas spał niewzruszony.
Sebastian Malmowski niepewnym wzrokiem rozglądał się wokół siebie. Po chwili zdołał
jednak przypomnieć sobie o obietnicy Wojnowskiego.
– Ty, a gdzie mój telefon! – zawołał.
– Zadzwonisz, jak przestaniesz bzdury gadać – odpowiedział Kazimierz Wojnowski, i opuścił
dwójkę.
Malmowski, wzburzony odmową Kazika w kwestii telefonu, zaatakował w swej złości
pacjenta Nyczka: – A ty czego chamie jak ziewasz, to sobie ręką mordy nie zasłonisz! –
krzyknął w kierunku wspomnianego.
Pacjent Nyczek nie miał w zwyczaju przejmować się taką drobnostką jak słowa
Malmowskiego pod jego adresem, zresztą bardziej jak uwaga nowego pacjenta, zaintrygowała
96
go wizyta siostry Muchy ze strzykawką w ręce, w której znajdowała się mikstura zwana
„mieszanką”, i została zaaplikowana pacjentowi Malmowskiemu, który podczas
wstrzykiwania płynu, wrzeszczał na cały głos: – Jestem synem prezesa! Johan przybywaj!
Szatanie dodaj sił!
– Boże, on jest opętany, taki ładny chłopak – mówiła salowa, która szybko wytarła spływającą
po policzku łzę.
– Matko Boska, nie płacz, bo twe łzy nie zamienią się w uzdrawiający mnie eliksir! – zawołał
Malmowski do salowej. – Albo nie, płacz, a twe łzy Matko Najświętsza, zamienią się w złoty
deszcz, który uczyni nas wszystkich bogatymi i szczęśliwymi – mówił Malmowski.
– Parę razy to ja tu już byłem, ale takiego wariata jeszcze nie widziałem – powiedział Kabaj.
– Będę musiała wszystko co mówi podać pielęgniarce, jak przyjdzie mnie się pytać, co tu się
przez zmianę działo, żeby wiedziała co do raportu napisać, nie ma rady, trzeba powiedzieć,
ale moim zdaniem, ten chłopak jest nie do uratowania – mówiła salowa.
– Pani Cesiu, niech pani patrzy, tak tu się przed chwilą darł, a teraz nawet człowiek nie
zauważył, że zasnął – powiedział pacjent Kabaj.
– Pewnie dawno nie spał. Ty, zwróć tu na niego uwagę, masz tu trochę papierosów, co mi z
nocy zostało, i siadaj na moje miejsce, ja idę do pielęgniarek coś więcej się na jego temat
dowiedzieć, a ty nikogo nie puszczaj z dwójki dopóki nie wrócę ja albo Józek – powiedziała
salowa, powierzając swe obowiązki Ogrodzkiemu.
Marek zapalił papierosa i przyglądał się „synowi prezesa”, który spał jak niemowlę.
– Musiał mocny zastrzyk dostać, że tak szybko zasnął – powiedział Kabaj, licząc papierosy w
paczce.- No to jak Renata dzisiaj fajek nie poda, to jestem ugotowany – martwił się Kabaj.
– Może nie będzie tak źle – i tu Marek chciał zaofiarować swą pomoc w kwestii papierosowej
Kabajowi, ale jego myśl przerwał Sebastian Malmowski, który przez sen, zaczął się rzucać na
całym ciele.
– Ale go trzyma – powiedział Kabaj, widząc co dzieje się z Malmowskim
– Może skoczyć po pielęgniarkę? – pytał Ogrodzki Kabaja.
– Gówno to da, jeszcze cię opierdolą, żeś bez pozwolenia wyszedł z dwójki – powiedział
Kabaj. – Zresztą, co się martwisz, zaraz mu telepaczka minie, coraz rzadziej się rzuca, chyba
mu przechodzi – mówił Kabaj.
Ogrodzki, szukając potwierdzenia na diagnozę Kabaja, zbliżył się do łóżka Malmowskiego i
stojąc obserwował go. Kabaj miał rację, Malmowski miał już tylko drgawki na całym ciele,
ale zaszła kolejna zmiana w wyglądzie obserwowanego, mianowicie to, że był cały mokry od
potu, który strugami spływał po jego twarzy.
97
– A co to za porządki, że nikt nie pilnuje dwójki! – wołał u drzwi Pisarczyk, trzymając w obu
rękach po jednej rolce papieru toaletowego.
Marek natychmiast ruszył w stronę Pisarczyka.
– Ja pilnuję, panie Bronku – powiedział.
-Też nie mieli kogo wyznaczyć tylko ciebie, masz tu papier, to jest przydział dla was na
dwójkę – powiedział Bronek.
– O, ten nowy to musi być z jakiejś znacznej rodziny, jak papier na dwójkę dali – ocenił
zdarzenie Kabaj.
Trwającą parę minut ciszę przerwał stukot drewniaków salowego Józka, dochodzący z głębi
korytarza, był to znak, że rozpoczęła się nowa zmiana pracy.
– No co tam Naczelnik, wyspałeś się? – Nowego kolegę macie, wracaj do łóżka – powiedział
do Marka salowy, który nie siadając na „dwójkowym” krześle, zbliżył się do Malmowskiego.
– Dobrze że pan jest panie Józku, tym nowym to przez długi czas podczas snu rzucało,
powinien pan poprosić do niego lekarza – powiedział Marek.
– Co ty powiesz? – powiedział salowy, spluwając przez zęby na podłogę.
– Ty, wyłaź z wyrka i rozdawaj śniadanie! – zawołał zza swego wózka Pisarczyk do
Ogrodzkiego.
Marek, roznosząc śniadanie, starał się to wykonać najszybciej i najsprawniej jak potrafił.
Podawanie każdemu z osobna kubka do połowy wypełnionego herbatą i dwie złożone kromki
chleba, z których tylko jedna była posmarowana margaryną, nie zajmowało wiele czasu, ale i
tak był poganiany przez salowego i Pisarczyka. Choć to poganianie było żadne, w
porównaniu z tym, jakie przechodzili pacjenci, gdy w ocenie Pisarczyka jedli za wolno.
Naturalną koleją rzeczy były odwiedziny w trakcie śniadania pielęgniarki z nieodłączną tacą,
na której znajdowały się szpitalne akcesoria służące do ujarzmiania pacjentów. Każdego z
chorych nurtowała jedna myśl – będzie dzisiaj zastrzyk bolał bardzo, czy też nie.
– Zaczęła się już kąpiel? – zapytał pielęgniarkę salowy, gdy ta kończyła „’fenactilowy rytuał”.
98
– Tak, Bogusia bierze tych z lepszych sal, na pewno da ci znać, kiedy masz puszczać to zacne
towarzystwo do kąpieli – powiedziała pielęgniarka.
– Wiadomą rzeczą jest, że dwójka na końcu się myje – stwierdził autorytatywnie salowy.
-To mówisz salowy Józek , że kąpiel dzisiaj będzie ?- zapytał Białas.
– Ty się Rysiek, lubisz kąpać – powiedział Józek.
– Co tu lubieć, jak Boguśka zawsze szamponu żałuje – powiedział Rysiek.
– To już ci nie wystarczy, że osobny prysznic bierzesz i jako jedyny z pacjentów sam się
myjesz?- mówił Józek.
– Niech ci będzie salowy Józek, że masz racje, niech ci będzie – mruczał te słowa po nosem
Białas, na nowo zasypiając, którego chrapanie za krótki czas wypełniło salę.
– Ogrodzki, siadaj przy dwójce i obserwuj, ja idę sprawdzić, kiedy pójdziecie do kąpieli, i
przy okazji zobaczę czy nie zostało coś ze śniadania dla Malmowskiego, bo chyba jeszcze nie
uwzględnili go przy śniadaniu – mówił podekscytowanym głosem Józek.
Marek dopiero teraz, po słowach Józka, zorientował się, że faktycznie Malmowskiemu nie
doręczył śniadania, ale bardziej zastanawiało go to, skąd taka nagła troska salowego o to, czy
pacjent jadł czy nie jadł, przecież nagminne było to, że z zasady zabierano posiłek na wpół
przytomnym pacjentom, którzy po wykonaniu na nich iniekcji, natychmiast zasypiali, nie
ruszając posiłku.
Ogrodzki wykorzystał fakt nieobecności salowego na wypalenie papierosa, tak samo postąpił
Kabaj, a nakryty na głowę Nyczek zawołał silnie: – Panie salowy, palą na sali! – czym
rozbawił pacjenta Kabaja.
– Aleście tu nadymili, ty Naczelnik, jak już chcesz palić to pal sam, nie pozwalaj innym, bo
cię zwolnię – uśmiechał się salowy sam do siebie, myśląc zapewne, że powiedział przed
chwilą świetny dowcip.
– Widzę, że już nic nie zostało ze śniadania, panie Józku – mówił Ogrodzki, gdy zauważył, że
salowy wrócił z pustymi rękami.
– O to, to ty się już nie martw – powiedział salowy, nerwowo patrząc w kierunku korytarza.
Nerwowe oczekiwanie nie trwało długo dla Józka.
Dosłownie w parę minut od jego powrotu, na sali pojawiła się kobieta w wieku średnim z
talerzem w ręku, na którym znajdowały się dwa jajka, podwójna porcja chleba jaka była
przyznawana innym pacjentom, i kubek gorącej herbaty.
– Dziękuję, pani Matusikowa ja mu sam to podam – powiedział Józek. – Sebastian obudź się,
śniadanie! – mówił salowy, delikatnie poruszając Malmowskim.
Pacjent Malmowski miał płytki sen, niemal natychmiast się obudził.
99
– Sebastian, masz tu zjedz, musiałem cię zbudzić, zaraz będzie ogólna kąpiel, a to jest w
naszym szpitalu obowiązkowe – ugrzecznionym głosem mówił salowy.
Malmowski bez słowa zaczął jeść śniadanie, podane w sposób wyszukany jak na zwyczaje
szpitalne, znane dotąd Markowi.
Salowy uważnie przyglądał się jedzącemu, a Ogrodzki przez chwilę odzyskał wiarę w
medycynę, patrząc z jakim spokojem Malmowski je śniadanie, jednym słowem „mieszanka”
zdziałała cuda. Zastanawiające było to, że Malmowski nawet jak skończył jeść, o nic nie
pytał, milczał.
– Słyszałem, że psychologię studiowałeś, a twój tatuś to znany prokurator, o nic się nie martw,
my ci tu pomożemy, bądź spokojny – mówił salowy do milczącego Malmowskiego. – To
twój tatuś ma na imię Tadeusz, tak? – Już wysłano do niego telegram, że się u nas znalazłeś,
tak że pamiętaj, najważniejsze to się nie przejmować że się jest w takim miejscu, to bardzo
szkodzi, nawet nie wiesz jak bardzo, no ale widzę że jeszcze nie czujesz się dobrze, bo nic nie
mówisz – powiedział salowy odchodząc z pustym talerzem w ręku, który po chwili zabrała ta
sama kobieta, która przyniosła śniadanie.
– Papierosa! – krzyknął Malmowski.
Salowy natychmiast spełnił żądanie.
Malmowski palił papierosa i w dalszym ciągu nie był skory do rozmów z Józkiem.
– Pasami się nie przejmuj, jutro ci zdejmą, zresztą zapewne będzie u nas twój tatuś, ceniony
prawnik – mówił salowy stojąc przy łóżku Malmowskiego.
– Już mówiłem, że jestem synem prezesa, prezesa Johana a nie jakiegoś komunisty
prokuratora, o którym bez przerwy mówisz, nie mam ochoty o nim słuchać ani tym bardziej
rozmawiać, papierosa! – żądającym głosem powiedział Malmowski.
– Przecież dopiero co spaliłeś – powiedział Józek.
-Ani słowa, natychmiast! – powtórzył żądanie Malmowski.
– Józiu, dawaj pierwszych! – zawołał kobiecy głos z głębi korytarza.
Salowy zignorował polecenie Malmowskiego.
– Ogrodzki, puszczaj z pasów tych z końca sali, jak dojdziesz do Jakóbczyka to uważaj, on
jest nieobliczalny, i jeszcze jedno: nie wychodź z nimi, oni dobrze wiedzą gdzie mają iść i co
robić, ty pójdziesz się kąpać z Malmowskim! – powiedział Józek.
Marek uwalniał pacjentów z „zabezpieczenia”, którzy wstawali z łóżek i zataczającym
krokiem szli w kierunku korytarza, jedynie Czajka ożywił się nad wyraz i zaczął wykonywać
skłony i przysiady aby, jak mówił, mieć jak najmniejsze zaległości treningowe przed
czekającym go maratonem. Salowy jednak, gdy tylko dojrzał zachowanie Czajki, kazał mu
100
przerwać błaznowanie pod groźbą, że zakaże mu dzisiaj kąpieli, jeśli będzie robił głupią
gimnastykę na dwójce.
Pacjentowi Czajce zależało na higienie osobistej, bo usiadł grzecznie na brzegu łóżka i
zapytał kiedy może wyjść.
Salowy odpowiedział: – Jak przyjdzie kolej.
„Witosa” nie pozwolił salowy Markowi uwalniać z pasów, powiedział: – Z nim to musi iść
Wojnowski aż pod prysznic.
Kąpiel poszczególnych pacjentów nie trwała długo, wracali na salę z potarganymi mokrymi
włosami, ale za to w czystych i świeżych piżamach.
Wszyscy umyci pożyczali grzebień od pacjenta Gibonki, który czynił to nader niechętnie.
W końcu przyszła pora na Malmowskiego i Ogrodzkiego. Gdy dotarli do łazienki, spotkali
sporą grupkę golasów, którzy czekali w kolejce na czystą bieliznę, którą wydawała kobieta w
starszym wieku, natomiast pod dwoma natryskami, zażywało kąpieli czterech pacjentów, po
dwóch na jeden prysznic. Tutaj porządku pilnowała pani Bogusia, która stała przy umywalce
z odkręconym kranem, przy którym pacjenci spłukiwali sobie głowę.
Na pani Bogusi, nadzy mężczyźni nie robili najmniejszego wrażenia, zapewne gdyby warunki
pozwalały, pogrążyłaby się w lekturze gazety lub oddałaby się robótkom ręcznym.
– A wy, co się gapicie, rozbierać się i czekać aż tym dwóm łby spłuczę, i włazić obaj pod
prysznic, ja wiem że wy to byście najchętniej się wcale nie myli, wam się wydaje, że szpital
ma pieniądze na walkę z wszawicą, do golenia głów na zero też trzeba czasu i człowieka! –
wrzeszczała do Ogrodzkiego i Malmowskiego pani Bogusia, spłukując pod kranem mydliny z
głowy pacjenta, któremu minął czas rozkoszowania się dobrodziejstwem natrysku.
Ogrodzki rozbierał się szybko, lecz na pewno nie pod wpływem uwag Bogusi, wszak
wreszcie uwalniał się od nieświeżej bielizny, która wciąż była „napiętnowana” przelaną
kaczką podczas kroplówek.
Malmowski nie podzielał entuzjazmu Marka, stał cały czas ubrany w piżamę i przyglądał się
z zainteresowaniem nagim mężczyznom, nawet gdy Ogrodzki został „namaszczony” odrobiną
szamponu przez panią Bogusię po pierwszym kontakcie z ciepłą wodą, stał niewzruszony
przy ścianie.
– Pan to się tu przyglądać przyszedł, czy się myć, ja nie mam czasu czekać aż się pan
zdecyduje wejść pod prysznic, muszę jeszcze zrobić kąpiel kobietom – mówiła do
Malmowskiego, Bogusia.
Malmowski nic sobie nie robił ze słów Bogusi, zachowywał się tak, jakby nie słyszał, a
słyszeć musiał.
101
– Panu to trzeba zaproszenie, czy może ma panu pomóc w rozebraniu salowy, bo ja już powoli
tracę cierpliwość! – mówiła znowu bardo głośno pani Bogusia od kąpieli męskiej, a w
późniejszym terminie, żeńskiej.
– Ty, Sebastian właź, wspaniała woda, szybko cię taka gratka nie spotka – zachęcał Marek
Malmowskiego.
Być może na skutek tego, że Ogrodzki zwrócił się do Malmowskiego po imieniu, ten zaczął
szybko zrzucać z siebie okrycie, i w parę sekund był pod prysznicem, pod którym od dobrej
chwili mył się Marek.
Ożywienie nie trwało długo, Malmowski stał pod prysznicem nie wykonując najmniejszego
ruchu, tym razem utkwił wzrok w genitaliach Ogrodzkiego, nawet wyciągnięcie go za rękę
spod natrysku przez Bogusię, w celu wylania na jego mokre włosy nikłej ilości szamponu, nie
spowodowało zmiany kąta jego spojrzenia.
– Ty, co z tobą? – pytał Ogrodzki Malmowskiego.
– Niech mu pan umyje głowę, to może dotrze do niego gdzie jest i po co! – rozkazała Bogusia
Markowi.
Gdy Ogrodzki wcierał szampon we włosy Malmowskiego, ten zapytał Marka:- Żydem jesteś?
– Nie, skąd taki pomysł? – odpowiedział zdziwiony Marek.
Malmowski nie bawił się w wyjaśnienia, tylko dodał: – Chętnie bym cię wykastrował.
– Ej, wy tam dwaj, nie za długo pod tym prysznicem? – Wyłazić, pewnie, dwóch czyściochów
się znalazło, proszę powycierać się, odbierać czystą bieliznę i natychmiast na salę, inni
czekają!
Wracając na dwójkę w towarzystwie Malmowskiego, Ogrodzki odpowiedział na przyjazne
pozdrowienie Wasowskiego, który mył podłogę na korytarzu.
– No niestety Sebastian, muszę cię na nowo przywiązać, pierwszy dzień u nas każdy taki ma,
tu jest takie miejsce, że nie robi się wyjątków – powiedział salowy, mocując pasami do łóżka
Malmowskiego.
Po wykonaniu czynności, salowy udał się z pacjentem Białasem w kierunku łazienki.
– „Naczelnik”, przypilnuj mi tu wszystkich, ja zaraz wracam! – powiedział Józek.
– Panie salowy, srać mi się zachciało! – krzyknął Malmowski.
Wołanie Malmowskiego zostało usłyszane przez salowego.
– Poczekaj chwilę, zaraz ci przyniosę basen! – zawołał idąc korytarzem salowy.
Po znacznej chwili, do sali wbiegł z papierosem w ustach, Wasowski.
102
– Kto tu chciał basen? – zapytał.
Malmowski odpowiedział, że on.
– Musisz poczekać, nie mogę go znaleźć, tak go baby schowały – powiedział śmiejąc się bez
przerwy, Wasowski.
– Ja nie muszę czekać – odpowiedział Malmowski.
Opuścił spodnie piżamy i jakby to była najnormalniejsza rzecz, załatwił potrzebę
fizjologiczną będąc w łóżku.
Całą salę wypełnił silny smród i jakby tego było mało dla Malmowskiego, zażądał w nagrodę
od Ogrodzkiego papierosa za to, co zrobił.
Salowy Józek był mocno zasmucony zastałą sytuacją. Kazał natychmiast Ogrodzkiemu
wynosić się na szóstkę a pacjentowi Wasowskiemu zlecił umycie Malmowskiego, który
polecenie wykonał z radością, myjąc go tą samą szmatą i wodą, którą zmywał korytarz.
Do decyzji o zmianie sali dla Marka, przyczynił się Malmowski, któremu teraz po „umyciu”,
przypadła w udziale pościel Ogrodzkiego.
Marek, przekraczając próg sali numer sześć, był zdumiony przestrzenią pomieszczenia. Sala,
mimo że liczyła w porównaniu z poprzednią tą samą ilość łóżek, była bardziej przyjazna od
dwójki, z tej prostej przyczyny, że było na niej znacznie mniej pacjentów. Ogrodzki ucieszył
się na widok Kowalczyka, który leżał na łóżku w centralnym miejscu sali, obłożony stertami
gazet. Gdy Marek chciał się z nim podzielić swym szczęściem, jakim była zmiana sali,
mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, nie przerywając czytania prasy.
Bardziej życzliwy dla Marka był pacjent Władzio, który natychmiast zaproponował
Ogrodzkiemu sąsiednie obok niego łóżko, tuż pod oknem.
– Co to u was tak pusto? – zapytał Władzia, Marek.
– To dopiero od niedawna jest nas tak mało, doktor powypisywał, został tylko pan Bartłomiej,
który ma teraz odwiedziny żony, jest też ten co śpi w końcu sali – Józek, ale on chyba z tego
szpitala nie wyjdzie, bo nie wie jak się nazywa i gdzie mieszka, zresztą jego to tak jakby
wcale nie było, co zażyje tabletki, to od razu śpi dzień i noc, no i ostatni, pan Jurek, ale on to
cały dzień lata za taką jedną salową, mówi że się z nią ożeni, a podobno on już jest żonaty, no
i ja – powiedział Władzio, podając wyczerpującą informację na temat stanu liczebnego sali.
– Fajny z ciebie chłopak, Władziu. – Jak u was z paleniem, można na sali palić, jak wiadomo,
że nie ma nikogo z personelu w pobliżu? – pytał Marek.
– Można, można, tylko jak jest ten Jurek, co się w salowej zakochał, to on się krzywi i gada,
że nie powinno się na szóstce palić, tak że lepiej nie palić przy nim, bo doniesie oddziałowej,
albo jakiejś innej pielęgniarce, a jak go nie ma to można, bo pan Bartłomiej to pali i przy tym
Jurku, bo twierdzi, że jest za stary z każdym papierosem na korytarz chodzić, tak że jak pan
103
zapali a Jurek nie zobaczy, to będzie myślał, że dym co jest na sali, to z papierosów pana
Bartłomieja – powiedział Władzio.
– A ja to się nie przesłyszałem, że ty mi na „pan” mówisz? – pytał Marek.
– A tak się jakoś powiedziało – powiedział Władek, zrywając się z łóżka, okazując swym
zachowaniem spore zdenerwowanie.- Za długo żeśmy rozmawiali, ja jak byłem w wojsku, to
trzy operacje przeszedłem i wziąłem trzy tysiące zastrzyków, i żeby się dobrze czuć, muszę
cały dzień chodzić – mówił Władek, drepcząc między łóżkami.
– Ten to sobie od łażenia jaja obetrze! – zawołał w drzwiach starszy mężczyzna o śmiejących
oczach.
– Panie Bartłomieju, też mi pan życzy – powiedział chodząc po sali, Władzio.
– O, widzę że mamy nowego kolegę na sali, to dobrze, to bardzo dobrze, w grupie rażniej –
powiedział Bartłomiej do Ogrodzkiego.- Ale żeby powitanie było godne, proszę sobie zapalić
i resztę papierosów zabrać, i nie życzę sobie, żeby za nie dziękować. Jak ma pan na imię? –
zapytał Bartłomiej.
– Marek – odpowiedział Ogrodzki.
– Palcie Marek, ile chcecie, ja wiem co to jest dwójka – zachęcał Bartłomiej.
Gdy tylko Ogrodzki dogłębnie zasycił głód nikotynowy, na salę wkroczyła pielęgniarka ze
strzykawką w ręku.
– Wy to sobie dacie spokój z tym paleniem na sali, kto to widział tyle dymu – narzekała
pielęgniarka, wykonując „zastrzykowy wyrok” na pacjencie Kowalczyku, który tym faktem
był mocno niepocieszony, ponieważ musiał przerwać lekturę prasy.
– Ja to mam coś dla siostry na poprawę humoru – powiedział Bartłomiej, wręczając
pielęgniarce tabliczkę czekolady.
– To naprawdę niepotrzebne – powiedziała, chowając szybko czekoladę do kieszeni fartucha.
– A pan, to proszę się zgłosić na salę obserwacyjną, tam zrobię panu zastrzyk – powiedziała
pielęgniarka do Marka.
Ogrodzki zastosował się do polecenia. Gdy wracał z dwójki, wzrokiem go szukał Bartłomiej,
który na widok Marka, natychmiast przywołał go ręką, co równało się z zaproszeniem do jego
stolika, na którym właśnie podano obiad.
– Niech się pan na mnie nie gniewa, że ja tak na pana macham i wypatruję na korytarzu, ale
bałem się, że pan pójdzie jeść z tymi wariatami z trójki albo z czwórki, a to są takie typy, że
jeden pana zagada, a drugi ukradnie panu mielonego z talerza, czy co tam jest na obiad. –
Smacznego, Marek – powiedział Bartłomiej.
Ogrodzki, po słowach Bartłomieja przeżył pozytywny szok, wszak tutaj nikt go poza
Wojnowskim tak miło nie potraktował.
104
Podczas obiadu było małe poruszenie za sprawą pacjenta Jana Goda, który żegnał się z
każdym pacjentem z osobna, za sprawą – jak mówił – wyleczenia przez braciszka
Gardeckiego, no i jeszcze, w jego mniemaniu, istotnego zdarzenia, mianowicie takiego, że
Bóg postanowił aby go właśnie teraz zabrał ze szpitala jego rodzony brat, który mu teraz
wszystko da, nie zapominając o słoninie i maśle.
– Dziwne panie Bartłomieju jest to, że ten God do domu idzie z dwójki, bo fakt że w dalszym
ciągu jest chory, to nie podlega dyskusji, ale z tego co wiem, to trzeba po obserwacyjnej
niekiedy nawet i krótko na „lepszej” sali poleżeć i dopiero wtedy do domu, zgodzi się pan ze
mną? – pytał Marek.
Zapytany Bartłomiej uśmiechnął się tylko znacząco, i to była jego odpowiedź na pytanie
Ogrodzkiego.
Po obiedzie z ust Marka padło w stronę poczciwego Bartłomieja odwieczne pytanie: – A jak
to się stało, że pan się tu znalazł?
Bartłomiejowi łzy stanęły w oczach i po chwili powiedział: – Przez głupotę, jak wszyscy co tu
są, i się z nimi dogadać można.
Marek wyczuł, że sprawił przykrość tym pytaniem swemu rozmówcy, już miał go zapytać o
coś zupełnie innego, aby wymazać drażliwy temat i zupełnie do niego w rozmowie z
Bartłomiejem nie wracać, ale ta wymuszona chwila ciszy spowodowała, że Bartłomiej się
otworzył.
– Bo widzisz Marek, mi to już się żyć odechciało, trzydzieści pięć lat przepracowałem w
naszej Spółdzielni, a tu nagle mówią, że likwidują, a ja wieku emerytalnego nie mam, co z
tego, że lata pracy są, ale wiek nie ten, no i z tej rozpaczy wypiłem butelkę denaturatu, i
myślałem że już umrę- i tu przerwał opowieść Bartłomiej, zapalając papierosa, oczywiście na
sali. – Ale jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, i teraz mam nadzieję,
że jak tu jeszcze trochę pobędę, to może uda się rentę załatwić, lat pracy Marek szkoda,
zresztą żona z dyrektorem już dwa razy „odpowiednio” porozmawiała, obiecał pomóc –
powiedział Bartłomiej.
– Pewnie, że pobyt tutaj nie należy do sympatycznych, ale może autentycznie panu pomoże w
uzyskaniu renty, i to będzie jakby nie patrzeć korzyść w pana wypadku, a denaturatem to
niech się pan nie martwi, niejeden pije…
Markowi nie było dane skończyć myśli, bo Bartłomiej wpadł mu w słowo.
– Tym to ja się Marek nie przejmuję, sam doktor powiedział: „ Panie Bartłomieju, od tego się
na razie nie umiera”. Tak mi lekarz powiedział, jak Boga kocham, tylko mam do ciebie
Marku drogi prośbę: nie załatwiłbyś mi lusterka, jedno mi się stłukło, a drugie żona
zapomniała przywieźć, pomimo że jej o tym w drzwiach przypominałem, ale co poradzić,
zapomniała kobiecina, a ja co chwilę muszę w lusterku sprawdzać, czy po tym denaturacie
jeszcze widzę. Jak załatwisz to o co cię proszę, to papierosów i to dobrych, nie poskąpię.
Żeby nie stłukli lustra w łazience, to bym był spokojniejszy – powiedział ze smutkiem w
105
głosie, Bartłomiej. – No to żeśmy sobie pogadali, idź no Marek, zawołaj tego piechura
Władzia, jeszcze się tym chodzeniem w te i z powrotem chłopak wyczerpie, łazi po tym
korytarzu jak głupi – powiedział Bartłomiej.
Władzio nie zgodził się na przerwę w korytarzowym marszu, wspomniał o zaleceniu
wojskowych lekarzy podczas jego służby, aby jak najwięcej chodził i dopowiedział jeszcze,
że właśnie w tej chwili mu się z wojska służba wartownicza przypomniała, i musi chodzić do
kolacji i na salę nie wróci.
Marek nie zraził się zbytnio, że jego misja poniosła zupełne fiasko, gdyż na horyzoncie
pojawił się pacjent Kabaj, który również został przerzucony na salę numer sześć.
– Pisarczyk to się gdzieś tu nie kręci, muszę się z nim zobaczyć, mam do niego interes – pytał
Kabaj Marka.
– Miej w dupie Pisarczyka, ciesz się, że się z tej matni wyrwałeś, chodź na salę, wybierz
łóżko, dosłownie jest nas parę osób, no nie ma porównania z dwójką – mówił
podekscytowany Ogrodzki.
– Ty mi nie musisz mówić, co to jest szóstka. O, idzie Bronek z głównej kuchni! – zawołał
radosnym głosem Kabaj.- Teraz to na razie nic do mnie nie mów, muszę się przygotować do
wymiany – mówił, będąc bardzo niespokojny, Kabaj.
Trzęsąc się na całym ciele, Kabaj cały czas szeptał do siebie: – Żeby się tylko zgodził.
Powtarzając parokrotnie te same słowa, Kabaj wyjął z kieszeni nie napoczętą paczkę
Marlboro, po czym zaczął ją pocierać o spodnie, pomimo, że była kompletnie nie zakurzona.
Podczas tego bezsensownego polerowania folii na pudełku papierosów, Kabaj co chwilę się
schylał aby podnieść paczkę z podłogi, gdyż papierosy co chwilę wypadały mu z rąk. Po
każdym kontakcie pudełka z posadzką, czyścił je jeszcze staranniej, i trwałoby to zapewne w
nieskończoność, gdyby nie nadejście Pisarczyka.
– Bronek, towar mam – mówił Kabaj, bez przerwy wymachując Pisarczykowi przed oczami,
paczką Marlboro.
– Dobra, dawaj je, bo je jeszcze zjesz, albo ci kompletnie szajba odbije – powiedział Pisarczyk
władczym głosem, biorąc papierosy.
Ogrodzki również był zaintrygowany, co może być przedmiotem wymiany, na czym
Kabajowi tak zależało, a Pisarczykowi wcale.
Rozwiązanie zagadki nastąpiło bardzo szybko – paczka kiepskiej herbaty była przedmiotem
marzeń i pragnień Kabaja.
Po dokonanej wymianie, Kabaja nie trzeba było namawiać ani sekundy, aby przekroczył próg
sali numer sześć.
Natychmiast po wejściu na nią, otworzył okno i zaczął przez nie głośno wołać: – Baca! Baca!
106
Po chwili z sąsiedniego pawilonu wyłoniła się sylwetka mężczyzny, którego twarz niemal w
całości była pokryta prostackimi tatuażami.
– Dawaj tą herbatę, nie muszę ci chyba mówić, ile u mnie kosztuje kubek wrzątku –
powiedział wytatuowany mężczyzna.
– Co się martwisz, ważne żebyś doniósł, o resztę się nie martw, dobrze wiesz Baca, że u mnie
z tym towarem nie ma problemu, przyniesiesz, zapłacę – powiedział Kabaj.
Człowiek nazywany przez Kabaja Bacą, powrócił do sąsiedniego pawilonu.
– Ty, co tam jest w tym budynku? – Myślałem, że jakiś magazyn, bo taki tam spokój i cisza,
że wydawało mi się, że są tam puste pomieszczenia, bez ludzi – dodał Ogrodzki, pytając
Kabaja.
– To ty nie wiedziałeś, że tam jest Oddział Alkoholowy, Odwykówka, teraz tam jest spotkanie
z księdzem, czy kimś takim, nie wiem, daj mi spokój, nie mam ochoty rozmawiać! – wrzasnął
pod koniec zdania Kabaj, wpatrując się w sąsiedni pawilon..
– Przestaniecie się drzeć, czytać nie można! – krzyknął Kowalczyk, nie wystawiając nosa
znad gazety.
– Przepraszamy pana – powiedział Kabaj.
Baca wyraźnie się nie spieszył, a na Kabaja takie zachowanie Bacy, na pewno nie działało
dobrze. Był coraz bardziej zdenerwowany, a czas oczekiwania potęgował jego stan napięcia,
w którym był od dobrych kilkunastu minut.
– Ty, możesz odejść od okna, światło zasłaniasz – dopominał się swych praw pacjent
Kowalczyk.
– Tego kurwa już za wiele! Rozmowa przeszkadza, teraz światło! – krzyknął głośno Kabaj.
Na słowa Kabaja, najpierw pośpiesznie opuścił salę Bartłomiej, a po nim bez gazet,
Kowalczyk. Chyba obaj zrozumieli, że z Kabajem żartów nie ma, i woleli się usunąć.
Również pielęgniarki, które przyszły sprawdzić, kto tak na cały Oddział wrzeszczy,
skwitowały: – To ten Kabaj. I jak gdyby nigdy nic, wróciły do swych zajęć: czytania gazet,
picia kawy i wróżenia z kart.
Każde cierpienie ma swój kres, i coś takiego spotkało Kabaja – Baca szedł w jego stronę z
kubkiem wrzątku.
– Tyle co zawsze, tak? – powiedział Kabaj.
– U mnie taryfa jest stała i zawsze taka sama – powiedział Baca.
– Mogę sobie jednego wziąć, reszta twoja – mówił Kabaj trzymając w ręku paczkę tanich
papierosów.
107
– U mnie słowo – święta rzecz- za kubek „czaju”, paczka papierosów, to nie dziewiętnaście –
powiedział Baca przyciągając kubek do siebie.
– Bądź człowiek, jednego chcę, muszę sobie zapalić chociaż jednego po wypiciu, sam wiesz
jak po „czaju” palić się chce – żebraczym głosem prosił Kabaj Bacę.
– Słuchaj, po pierwsze, ja tego syfu już nie piję, bo się po tym można zlać w łóżko, a po
drugie, dla mnie żaden problem wylać to na ziemię – powiedział Baca.
-Ty, nie żartuj, proszę to dla ciebie za fatygę – powiedział Kabaj, kładąc papierosy na
parapecie okna.
Baca wziął papierosy, a stawiając kubek z herbatą na framudze okna, postarał się aby znaczna
część płynu rozlała się na niej.
– Nic nie szkodzi Baca, będzie mocniejsza – powiedział Kabaj zabierając napar, z którym w
ręku, ulokował się na łóżku Władzia.
– Ty, Marek, chcesz się trochę „czaju” napić, za pięć papierosów? – zaproponował Kabaj.
– Nie, dziękuję – odpowiedział Marek.
Oferta Kabaja przypomniała mu pewne zdarzenie z życia. Parę lat temu Marek, będąc bez
zajęcia, statystował w kiepskim filmie. W przerwie między zdjęciami spędzał czas w
towarzystwie dwóch studentek, które tak samo statystowały jak on. Pewnego dnia,
kilkuosobowa grupa mocno podejrzanych typów, która również znalazła zatrudnienie przy
filmie, raczyła się podobnym wywarem, który za chwilę Kabaj miał wypić. Ich metoda
parzenia, trochę się różniła od sposobu zastosowanego przez Bacę. Polegała na tym, że
zawartość dwóch paczek taniej herbaty, znalazła się w litrowym słoiku, następnie zalana
została wrzątkiem przyniesionym z pobliskiej stacji kolejowej, a słoik zakręcono na dobre
dziesięć minut.
Dziewczyny były mocno zdegustowane pomysłem sąsiadującej z nimi grupy mężczyzn, ale
jakby tego było mało, otrzymały zaproszenie do wspólnego raczenia się z nimi tym
„wyszukanym napojem”. Ich oburzenie nie miało granic, bez przerwy mówiły, że jako
studentki medycyny, stanowczo im odradzają picia herbacianego wywaru jeśli jest w nich
odrobina dbałości o zdrowie. Prośbom i groźbom przyszłych lekarek nie byłoby końca,
gdyby nie najwyższy z grupy degustatorów „czaju”, oznajmił: – Coś was słabo na tej
medycynie uczą, skoro wiadomo, że radzieccy lekarze od dawna taką herbatą leczą żołądek.
Po słowach znawcy metod leczenia radzieckiej medycyny, studentki widząc że ich przestrogi
nie trafiają na podatny grunt, demonstracyjnie oddaliły się o kilkaset metrów od miłośników
bardzo mocnej herbaty.
Lecz tym razem, nie wspomnienie było głównym powodem odmowy Marka na ofertę Kabaja,
istotna była cena za jaką wywar był proponowany, zapewne Ogrodzki myślami odbiegłby
jeszcze dalej, gdyby nie powrót Bartłomieja na salę z kawałkiem zbitego szkła, w które bez
przerwy się wpatrywał.
108
– Panie szanowny, niech mi pan pożyczy do jutra paczkę papierosów! – zawołał Kabaj, który
zdążył już trochę uszczuplić zawartość kubka.
– Tam zaraz paczkę, dwa nie wystarczy? – powiedział Bartłomiej.
– Niech będzie, serdecznie dziękuję, jutro oddam – powiedział Kabaj.
Nagle głuchą ciszę sali, wypełniła muzyka spod znaku „Disco Polo”, która była bardzo
dobrze słyszalna, a stało się tak dzięki alkoholikom z sąsiedniego pawilonu, którzy właśnie
tym gatunkiem muzycznym, umilali sobie pobyt w szpitalu.
– Tego mi tylko do szczęścia brakowało! – krzyknął Kabaj na dzwięki muzyki, który zdążył
opróżnić do cna kubek z wywarem herbacianym.
Kabaja pobudziła muzyka, a jeszcze bardziej wypity „czaj”. Coraz bardziej nerwowo chodził
między łóżkami i podśpiewywał wraz z kasetą. W końcu postanowił, wraz z Ogrodzkim
odszukać terapeutkę Renatę, która musi znowu mu dać papierosy, bo bez nich nie da rady
żyć.
Gdy tylko opuścili szóstkę, spotkali się z siostrą oddziałową, na której widok Kabaj padł na
kolana, wzniósł ręce do góry i zaczął śpiewać: – Madonno Czarna Madonno, jak dobrze twym
dzieckiem być.
Po chwili chwycił ją za nogi i mocno nią potrząsał.
– Pan pójdzie po Pisarczyka – powiedziała oddziałowa do Marka.
I tak pacjent Kabaj powrócił na salę numer dwa.
„Disco Polo” w dalszym ciągu rozbrzmiewało, z czego wielce niezadowolony był Bartłomiej,
skarżył się że mają jedną kasetę, która gra niemal od świtu do nocy, jak tylko są ku temu
warunki.
– A wy, proszę ja ciebie, czego na sali siedzicie, jak kolację rozwożą? To wy nie wiecie,
proszę ja ciebie, że jak się nie siedzi przy stoliku w czasie kolacji, to potem jak pojadą na
żeńską stronę, to nie ma szans, żeby Pisarczyk dał kolację, proszę ja ciebie – mówił nieznany
dotąd Ogrodzkiemu, Jurek.
– Nie bujasz czasem Jurek, że jest kolacja, bo widzę że ty się na nią jakoś nie spieszysz? –
zapytał Bartłomiej.
– Ja za taką kolację dziękuję, proszę ja ciebie, już mi w kuchni kawę zrobili, przede mną
ciężka noc – powiedział Jurek, obficie skrapiając się po twarzy perfumą kupioną od
przybysza zza wschodniej granicy.
– No to panie Marek ruszamy, że też ten Władzio nie powie, że jest kolacja, łazi po tym
korytarzu od rana do nocy, co zrobić, nieszczęśliwy człowiek – powiedział Bartłomiej.
109
Kolacja nie różniła się od poprzednich, była jak zawsze, skromna, ale faktycznie,
przypomnienie o niej Jurka było na miejscu, bo Bronisław Pisarczyk już wózkiem jechał
nakarmić kobiety, i gdyby nie siwe włosy sąsiada Marka przy stoliku, mogłyby być problemy
z wydaniem kolacji dla Marka.
Pisarczyk miał twardą zasadę – kto nie jest na swoim miejscu podczas rozdawania każdego
posiłku – nie je, nie ma litości, niech chodzi głodny do następnego posiłku.
Po kolacji wszystko przebiegało wedle utartego schematu: jednemu zastrzyk, drugiemu
tabletkę, zgodnie z zaleceniem doktora Gardeckiego.
Marek, w towarzystwie Bartłomieja, Władzia i Kowalczyka powrócił do sali numer sześć.
Bartłomiej postanowił przed snem opowiedzieć współtowarzyszom historię jego Spółdzielni,
która była w stanie likwidacji, i gdy dotarł do zmiany w kolejności trzeciego prezesa, wszyscy
usnęli snem kamiennym.
Ogrodzki obudził się nad ranem i swe kroki z łóżka skierował do łazienki
Gdy ją opuszczał, spotkał pielęgniarkę Muchę.
– Pan to już na innej sali? – zapytała.
– Tak, na. Szóstce – odpowiedział Marek.
– To proszę iść na oddział dla kobiet i zastąpić mnie na dosłownie parę minut – powiedziała
Mucha, udając się do pomieszczenia dla pielęgniarek.
Ogrodzki po raz pierwszy znalazł się na stronie żeńskiej. Gdy podszedł pod salę
obserwacyjną dla kobiet, po jej drzwiami zastał nikogo innego jak salową Cesię, na widok
której, autentycznie się ucieszył.
– No to wreszcie biedaku salę ci zmienili – powiedziała uśmiechając się salowa. To słuchaj,
jak tylko przyjdzie sekretarka, to idź do niej, poproś o papier i długopis, i pisz u niej na
miejscu prośbę o przepustkę do domu, tylko niech cię ręka boska broni pisać od razu o
wypisanie! Najpierw pisz o przepustkę i staraj się jak najwięcej robić w szpitalu – zmywać
korytarz, sprzątać tak w ogóle i najlepiej będzie jak nie będziesz chodził na terapię, bo
wszyscy terapeuci nienawidzą się z pielęgniarkami, bo one uważają, że terapeuci są
kompletnie niepotrzebni, a muszę ci od razu powiedzieć, że tu w szpitalu najwięcej ma do
powiedzenia siostra oddziałowa, co jest niby oddziałową tylko u kobiet, a prawda jest taka, że
ona rządzi całym szpitalem, i to co ona powie Gardeckiemu, to on to robi, bo on to w sumie
tak zupełnie zdrowy nie jest – powiedziała Cesia, puszczając perskie oko do Marka. – Ale się
zagadałam, a muszę iść na Oddział Alkoholowy jedną sprawę załatwić, a ty tu sobie chwilę
posiedź i nikogo nie puszczaj na korytarz – powiedziała salowa odchodząc.
110
Marek usiadł na miejscu Cesi i z zaciekawieniem przyglądał się nowemu wnętrzu. Była to
znacznie mniejsza sala jak ta, na której było mu dane przebywać do niedawna, czyli na
obserwacyjnej męskiej.
Większość kobiet była podobnie jak w przypadku mężczyzn na sali numer dwa, dość
skrupulatnie powiązana, jedynie zapach jaki wydobywał się z tej sali, był zgoła odmienny,
delikatnie rzecz ujmując, mało sympatyczny dla nozdrzy, co w sposób dobitny
powstrzymywało Marka przed bliższym zapoznaniem się z nieznanym mu dotąd acz
poznawanym wzrokowo terenem.
Ciekawość wygrywała, Marek wstał z krzesła, by wejść na salę i bliżej jej się przyjrzeć. Gdy
tylko stanął w progu drzwi, z końca sali raptownie wstała młoda pacjentka, która natychmiast
zaczęła się udawać w kierunku wyjścia. Ogrodzki wrócił na uprzednio zajmowane miejsce i
przyjął groźny wyraz twarzy, wszak nie wolno mu było z sali nikogo puszczać, aż do powrotu
salowej Cesi.
– Ty, kto ty jesteś? – zapytała dziewczyna.
– Zastępuję salową, ona zaraz wróci i pójdziesz gdzie będziesz chciała, czy może prędzej,
mogła – powiedział Marek.
– A po co mi salowa? – powiedziała dziewczyna, która szybkim ruchem wsadziła rękę w
rozporek piżamy Marka. Gdy spotkała się tam z jego spodenkami, jednym palcem odchyliła
gumkę w majtkach i mocnym uściskiem dłoni złapała go za penisa. Ogrodzki erekcję miał
natychmiastową, było to dla niego przyjemne uczucie, ale doskonale wiedział, że jeśli w tej
sytuacji zastanie go ktoś z personelu, czy nawet przypadkowy, określany żargonem
pielęgniarskim, pacjent zorientowany, trafi szybciej z powrotem na dwójkę niż Kabaj, a była
to marna perspektywa. Nie pozostawało mu nic innego jak delikatnie wyjąć rękę dziewczyny
ze wstydliwego miejsca, i salwować się ucieczką w „bezpieczne” miejsce, co mu się
powiodło dosłownie na minutę przed przybyciem salowej w towarzystwie siostry Muchy.
– Ciebie to tu już nie ma! – zawołała Mucha.
– Dyrektor dzisiaj przyszedł grubo wcześniej, wracaj na swoją salę – dodała Cesia.
Marek złożył ręce na kroczu, aby ukryć erekcję i pośpiesznie udał się do sali. Z każdym
krokiem, seksualne napięcie mijało, na gwałtowną zmianę nastroju wpływ miały zapewne
leki psychotropowe.
Jednako wydarzenia sprzed chwili nie mógł Marek zapomnieć, postanowił odreagować
wypalając taką ilość papierosów, która pozwoliłaby wytłumić zdarzenie.
Szkoda, że nie ma jeszcze sekretarki, to bym pisał podanie, i dzięki temu szybciej bym
zapomniał o intymnym przypadku, myślał Marek.
Ogrodzki zapalił papierosa i starał się nim rozkoszować bez reszty, niestety, kolejną nie
wyszukaną przyjemność przerwał mu Wasowski.
111
– Wreszcie cię znalazłem, łażę za tobą po całym szpitalu, jedna dziewczyna z dwójki podaje ci
list i chleb z margaryną, może byś mi go dał za doręczenie listu – powiedział.
– Weź go sobie, nie jestem głodny – odpowiedział Marek i wziął się do lektury listu.
List zaczynał się od słów:
Najdroższy przecudny jesteś niebem!!!!
Za sex wieków gdy będziemy w niebie będziemy szczęśliwi. Narobię ci to twojego pałacu w
niebie sex /pi/ serwetek pod figurki Niepokalanej Matki Dziewicy and pod sex krzyżyków
złotych, które już tu na ziemi kupisz sobie. / Kocham/ I LOVE ciebie sex wieków
dziecięcych. Twoje syneczki sex and córeczki sex będę w niebie uczyła szydełkowania and
wyszywania. Kupie ci w niebie za sex ton globusów w koronie złotych globusów sex złotych
sex pałaców. Wsadzisz do pałaców globusy, sex dolarów złotych będziesz miał do
dyspozycji. Twoja sex jest wspaniała. Pokochaj Pana Boga Wszechmogącego ruskiego,
polskiego, ukraińskiego, ZSRR and II Ameryk. Przez sex wieków będziemy mieszkać w
złotych klasztorach and pałacach. Nasze dzieci w złotym niebie będą bardzo szczęśliwe. Nie
jedz mięsa ze zwierzątek, bo P. Bóg = przecudny złoty tatuś stwórca nie kazał zabijać and
jeść zwierzątek. Tylko ograniczeni i zniewoleni przez zło ludzie spożywają potrawy mięsne.
Ograniczaj węglowodany, tłuszcze and słodycze. Mięsa nie jedz! A będziesz żył sex wieków
dziecięcych and sex códlove ciebie twoją sex, w której jest tyle przecudnych syneczków and
córeczek. Grzebanie w ziemi to przesąd. Dlaczego twoje cudne oczka, włosy, and prezydenta
wszechświata ciało nie Boże być pogrzebane w czarnej jameczce. Od tej sex nie wolno
grzebać grabarzom ciał w ziemi. Zabrania P. Bóg, stwórca. Nie mogą robaki jeść waszych
ciał młodzieńcy przecudni i staruszki kombatanci II wojny światowej and sex pokoju
wszechświatowego na ziemi na sex globusach and atlasach złotych, and słownikach PRL –
Ameryka – ZSRR złotych. Kup sobie sex akordeonów sex klawiszowych i naucz grać sex
syneczków and córeczek. Nawróć wszystkich alkoholików and palaczy odwróć ich od piekła
doskonale. Proszę cię zamów sex mszy doskonałych u Ojca Św. Jana Pawła II w
Częstochowie and sex mszy doskonałych w Niepokala.
Za doskonałą miłość Boską naszych pra – sex wnóków and pra sex wnuczek o to by mieli co
jeść, pić na ziemi, czyli na sex globusach złotych and sex globusach złotych w niebie. My
name is Pepita.
Pod spodem był jeszcze dopisek:
Ojcze Nasz co jesteś w niebie
Tatusiowi który ciebie
Nam na ziemi zastępuje
Daj łask twoich całe zdroje
112
I tu Ogrodzki przestał czytać, zmiął ten szalony list i podarł go, tak aby nikt go więcej nie
czytał, po prostu nie był w stanie go dłużej czytać, był w nim tak duży ładunek chorego
umysłu, że nie był w stanie sprostać dalszej lekturze.
Marek po zawartych słowach w liście do niego, poczuł się nieswojo. Nie pozostaje mi nic
innego, jak za radą salowej Czesławy, przystąpić do działania poprzez napisanie podania o
przepustkę. Być może napiszę ją sensownie, to lekarz porozmawia ze mną, muszę wierzyć w
korzystną zmianę losu, muszę wierzyć, powtarzał w myślach, idąc do pokoju zajmowanego
przez sekretarkę.
Idąc przez korytarz, Ogrodzki został zagadnięty przez śliczną dziewczynę w towarzystwie
starszego, mocno siwiejącego mężczyzny.
– Bardzo przepraszam pana, czy nie wie pan, na której sali leży Sebastian Malmowski? –
zapytała.
– Oczywiście że wiem, tylko…
I tu Marek nie zdążył poinformować, ponieważ naprzeciw tej dwójce jak spod ziemi wyrosła
„najważniejsza” siostra oddziałowa w towarzystwie dyrektora Gardeckiego. Ogrodzkiemu nie
pozostawało nic innego jak usunąć się w cień.
– Proszę, proszę, do naszego Sebastiana przyjechali, siostra i tatuś – mówiła oddziałowa.
– To moja żona – powiedział oschle „stary” Malmowski, wchodząc do gabinetu Gardeckiego.
Ogrodzki oczarowany urodą macochy Malmowskiego, przekroczył próg biura sekretarki i
ugrzecznionym głosem zreferował swą prośbę.
Młoda dziewczyna o miłym wyglądzie nie robiła problemu ze sprawy w jakiej Marek do niej
się zwrócił.
– Dobrze, tylko teraz niech pan idzie na śniadanie, a po nim nic nie będzie stało na
przeszkodzie, aby pan napisał podanie do dyrektora, jestem skłonna nawet panu w nim
pomóc, tylko proszę, po śniadaniu – powiedziała sekretarka.
Ogrodzki zgłupiał z jaką łatwością udało mu się załatwić, co prawda jeszcze nie w całości,
kwestię nawiązania kontaktu pisemnego z dyrektorem.
– Widzisz durniu, jakie kolosalne znaczenie ma pozytywne myślenie – powiedział do siebie
cichutko Marek.
Śniadanie, Ogrodzki zjadł w towarzystwie Bartłomieja, Władzia i Kowalczyka. Marek był
zdumiony zachowaniem Kowalczyka, ten niedawny przyjaciel Marka i mózg ucieczki
Ogrodzkiego ze szpitala, ignorował wszystko co mówił. Marek jedząc, z olbrzymią dozą
uwagi, słuchał wszystkiego co mówili pozostali. Ogrodzkiego to nie zrażało, wszak pisze
podanie, i to było najistotniejsze w tej chwili dla Marka.
113
Podanie zostało zredagowane przy wymiernym udziale sekretarki.
– Ja mu to dzisiaj podrzucę z pocztą, mam nadzieję, że przeczyta, ale niech się pan nie martwi,
jeśli nie on, to oddziałowa na pewno – powiedziała sekretarka śmiejąc się, lecz gdy napotkała
wzrok Ogrodzkiego, spoważniała i surowo powiedziała: – To wszystko, proszę wracać do sali.
Marek nie mógł spełnić życzenia sekretarki. Zaraz po wyjściu został poproszony przez
Wojnowskiego, aby pomógł mu zmyć korytarz.
Ogrodzki wykonał tę czynność z ochotą, ponieważ radę salowej Czesławy realizował punkt
po punkcie.
Gdy Wojnowski i Marek uporali się z korytarzem, zapalili papierosy.
Marek spytał: – co tak pusto w tym szpitalu?
– Na terapii są, ale ja ci radzę, jak chcesz do domu wracać, to tam nie chodź, rób to co dzisiaj
a karetką szpitalną powrócisz do domu – powiedział Wojnowski.
– To dla mnie żaden kłopot, umyć korytarz – powiedział Marek.
– Też tak myślę – powiedział Wojnowski i oddalił się do swej sali, zajmowanej wspólnie z
Pisarczykiem.
Ogrodzki, po dłuższej rozmowie z Bartłomiejem, nudził się setnie, bo jego rozmówca
postanowił się przespać, Kowalczyka nie było widać znad gazety, a Władziowi znowu
przypomniała się służba wartownicza.
Marek postanowił wyjść na chwilę przed salę. Może coś się w tym pustym czasowo szpitalu
dzieje, myślał.
Ale niestety, nie działo się nic poza tym, że pielęgniarka nie mogła opędzić się od pacjenta
Nyczka, który domagał się nie na żarty, tabletki fenactilu na dręczący go ból gardła.
Negocjacje przyniosły kiepski dla Nyczka rezultat. Powrócił on w towarzystwie Pisarczyka
do sali obserwacyjnej, i jakby tego było mało, pielęgniarka zleciła Nyczkowi zabezpieczenie
plus nadający się do użycia kaftan.
Ogrodzki widząc wzburzenie pielęgniarki uznał, że lepiej dla niego będzie, gdy zniknie z jej
zasięgu wzroku. Rozwiązanie było niestety tylko jedno, powrót na salę.
I tu zastała Marka niespodzianka w postaci obywatela Jana Goda, a teraz zapewne już
pacjenta Jana Goda.
– Co się dziadku stało? – pytał Ogrodzki.
– Braciszku Marku, choroba się wróciła – odpowiedział God ubrany jeszcze w czarny garnitur
i tego samego koloru beret, który cały czas był na jego głowie.
– Jak to się choroba wróciła? – Tak nagle, przecież jak się nie mylę, wczoraj was lekarz
wypisał – dociekał Marek.
114
– Braciszku Ogrodzki, mi co roku tak choroba wraca, i to zaraz jak tylko gnój rozrzucę bratu
na pole, to on mnie przywozi tu z powrotem – wyjaśnił God.
Marek widząc , że pozostali współtowarzysze specjalnie nie interesują się o czym
rozmawiają, postanowił wykorzystać chwilę i poruszyć pewne zdarzenie ze swojego życia, o
którym niezręcznie mu było mówić z księdzem, a istotę problemu mogła rozstrzygnąć tylko
osoba duchowna.
– Pan, panie God to naprawdę był popem? – upewnił się Ogrodzki.
– Tak braciszku, czterdzieści lat – odparł God.
– Bo widzi pan, ja jak kiedyś będąc w nocy na dworcu w Krakowie, spotkałem dziwnych
ludzi, może nie dziwnych, a innych. Byli oni jak nie z tego świata, bardzo oryginalnie ubrani,
i wygląd ich był ludzki ale również niezmiernie inny, ale nie to było najważniejsze, ważne
były ich oczy, tak olbrzymie i piękne, że na ich widok skamieniałem. Stojąc, chciałem się do
nich za wszelką cenę zbliżyć, a nie potrafiłem zrobić najmniejszego kroku. Nie zapomnę ich
do końca życia, i jedyne co mi przychodzi do głowy to, to że były to najprawdziwsze anioły
pod postacią ludzką. Nikomu dotąd o tym nie mówiłem, bo wiadomo, że gdybym tak
podzielił się swym stwierdzeniem z kimś kto uważa się za normalnego, po wysłuchaniu
powiedziałby, że powinienem się leczyć, tak że myślę, że skoro już się leczę i znalazłem się w
takim miejscu jak to, a pan jest osobą duchowną, to niech mi pan powie, czy dobrze to
zdarzenie z dworca w Krakowie oceniam? – zapytał Marek czekając na odpowiedź Goda.
Pop długo milczał.
Po chwili wykonał w powietrzu ręką znak krzyża i powiedział: – Wy to długo już braciszku
Ogrodzki w tym szpitalu nie będziecie i pamiętajcie zawsze modlić się o ósmej, dwunastej i
szóstej.
Więcej God na ten temat nie chciał z Markiem rozmawiać, a na jego ciągłe pytania, czy to
były na pewno anioły ukryte pod postacią ludzką, God nie chciał udzielić odpowiedzi.
Marek nie dawał za wygraną, chciał od popa uzyskać, biorąc oczywiście pod uwagę stan jego
umysłu, jakieś wyjaśnienie, niestety – God narzekał bez przerwy, że bardzo chciałby
porozmawiać z braciszkiem Gardeckim, ale musi czekać, bo cały czas jest u niego w
gabinecie jakiś ważny braciszek, którego syn u nas jest.
Ogrodzki widząc, że nawet wariat pop, nie udzieli mu odpowiedzi na nurtujące go pytanie,
postanowił już z nikim o tym co widział w Krakowie, nie rozmawiać.
Z rozmyślań wyrwał Marka wózek dowodzony przez Pisarczyka. Był to znak, że jest obiad,
na który nie wolno się spóźnić, jeśli chce się go zjeść.
Całe towarzystwo z szóstki wyległo na korytarz.
Piękna macocha Malmowska siedziała przy stoliku opodal Marka.
115
Gdy tylko Ogrodzki zjadł, przywołała go do swego stolika, podała mu rękę i przedstawiła się:
– Natalia Malmowska jestem.
Marek uczynił to samo.
Nim urokliwa Natalia zdążyła otworzyć usta, pojawił się w obrębie stolika salowy Józek z
propozycją, czy aby nie zjadłaby obiadu.
– Już panu chyba raz mówiłam, że nie będę tego jadła! – powiedziała niemiło Natalia.
– Ogrodzki, proszę wracać na salę i nie kontaktować się z odwiedzającymi! – powiedział
salowy.
Marek powoli i niechętnie wstawał od stolika.
– Niech pan siada – powiedziała Natalia do Marka.
– Proszę mi powiedzieć, szanowny panie, w jakim to charakterze pan tu jest zatrudniony, że
ma pan prawo decydować kto gdzie ma być? Sądząc po tym, z czym pan do mnie przyszedł,
pozycja pańska w tym szpitalu, który jest mi niezmiernie trudno nazwać szpitalem, nie jest
wiodąca, biorąc pod uwagę to, czym się pan zajmuje – powiedziała Malmowska zapalając
papierosa.
– Ale pacjentom… – nieśmiało mówił salowy, który na widok „najważniejszej” pielęgniarki –
oddziałowej, ruszył zdecydowanie w kierunku przeciwnym.
Na nic się to nie zdało, bo oddziałowa za nim zawołała: – Panie Józku, proszę zrobić na
mokro Zabiegowy!
Po chwili, salowy bez słowa przeszedł obok Natalii i Marka, z miotłą i wiadrem. Marek wolał
nie patrzeć na niego, wiedział że znajomość z Malmowską nie będzie dla niego korzystna, po
tym jak potraktowała Natalia salowego, a niezamierzone upokorzenie go przez oddziałową,
było dla Józka „ gwoździem do trumny „.
– Proszę pana, mam nadzieję że jest pan uczciwy, bo Sebastiana to pan zna, wie pan, to jest
nieszczęśliwy chłopak, nie dość że chory, to jeszcze ofiara sekty, zawsze był słaby, ja
niedowierzam gładkim słowom personelu, miałam nieszczęście mieć daleką krewną w takim
miejscu i wiem jak w takim szpitalu traktuje się pacjentów. Wszystko jest cacy, jak rodzina
chorego jest, potem wszystko wraca do normy, czyli do nieludzkiego traktowania, ale o tym
chyba nie muszę panu mówić, w końcu jest pan jednym z nich – przerwała Malmowska
zapalając drugiego papierosa.
– Nie rozumiem jaka ma być moja rola? – pytał Marek.
– Niewielka – odpowiedziała. Proszę mu wydzielać papierosy pojedynczo, nigdy całej paczki
i żywność też, bo ja go dobrze znam, on w takich miejscach ma zawsze długi etap
rozdawania, daje wszystko temu kogo spotka i co jest oczywiste, sam nic nie ma. Kilka dni
przed tym jak tu trafił, rozdał wszystko co miał na sobie, tak że w biały dzień chodził po
ulicach boso i w slipach, wobec tego wątpię aby pielęgniarka czy salowy zdołali go okiełznać
116
z tym nawykiem rozdawania. Gdy będzie wiedział, że to co personel mu daje, kupiła mu jego
rodzina, wówczas nie da im spokoju, a oni dla ich własnej wygody dadzą mu wszystko, żeby
im nie zawracał głowy, no i nie rozpuszczał pozostałych pacjentów swym gestem. Proszę, tu
za fatygę dla pana – powiedziała Natalia, i położyła dwie wysokiej klasy paczki papierosów i
dwie tabliczki czekolady.
– Skąd ma pani pewność, że spełnię to co pani powiedziała, wszak mogę sobie przywłaszczyć
to co pani przeznacza dla Sebastiana – powiedział Marek.
– Ja znam się na ludziach i wiem, że będzie się pan doskonale czuł w roli dobrego kolegi,
żegnam pana – powiedziała Natalia, wstając i podając rękę.
Marek wracając do sali, cały czas czuł na sobie wzrok Malmowskiej, ale starał się nie
oglądać. Sprawa była oczywista, musiała znać numer sali, na której „rezyduje” Ogrodzki.
Pacjent Ogrodzki nie specjalnie starał się ukryć dobra, które otrzymał od macochy
Malmowskiego. Sala była bezpieczna, co znaczyło, że nikt na niej nie kradnie.
– To proszę ja ciebie, teraz wiesz że żyjesz – skomentował pacjent Jurek, widząc z czym
powrócił Marek na salę.
– Każdy zły czas ma swój koniec – powiedział Ogrodzki.
– Proszę ja ciebie, ja też nie narzekam, jutro wracam do domu, o ile lekarz dotrzyma słowa –
powiedział Jurek.
Rozmowa wyraźnie się nie kleiła między Jurkiem a Markiem.
Bartłomiej usilnie wpatrywał się w kawałek zbitego szkła, które służyło mu za surogat
upragnionego lusterka, Władzio oczywiście maszerował, tak że wszystko na sali było w
normie.
Marek postanowił zapalić papierosa. Obecność Jurka nie pozwalała na to, aby uczynić to w
miejscu, w którym był Ogrodzki. Nie pozostawało Markowi nic innego, jak udać się do
łazienki.
Gdy się w niej znalazł, zastał tam Wojnowskiego, który właśnie skończył brać prysznic.
Wojnowski starannie czesał włosy do szyby w oknie, bo lustra w łazience nie było, w
zasadzie kiedyś było ale wariaci stłukli.
Marek palił „ekstra” papierosa i patrzył na Wojnowskiego, który był rozebrany do połowy, i
jeden szczegół z ciała Wojnowskiego zatrzymał Marka wzrok, mianowicie – tatuaż. Na
prawym przedramieniu miał wytatuowane duże ludzkie oko, z jego kącika spływało kilka
kropel łez, a po spodem widniał napis: „ kto kocha ten cierpi”. W porównaniu z obrazkami z
twarzy Bacy, jest to tatuaż wielce oryginalny, pomyślał Marek.
– Co tak mi się przyglądasz, zaraz robimy korytarz – powiedział Wojnowski.
– Znowu – powiedział Marek.
117
– Podanie napisałeś, w tym szpitalu nic się nie ukryje – powiedział ubrany już Wojnowski.
Po tych argumentach Wojnowskiego, Marek z impetem zmył wraz z nim korytarz.
Po skończeniu pracy, obaj usiedli przy jednym stoliku.
– Jutro z mojej sali ten Jurek „proszę ja ciebie”, idzie do domu – powiedział Marek.
– Ten debil – powiedział Wojnowski.
– Dlaczego debil? – zapytał Marek.
– A jak go inaczej nazwać, skoro swojemu teściowi spalił kilka klatek z królikami w środku,
zamkniętymi na kłódki, no to nie pozostało mu nic innego, jak o wariackie papiery się
postarać. I tak go szybko Gardecki puszcza – powiedział Wojnowski, który postanowił
zwyczajem niemal wszystkich, przespać się.
Marek posnuł się trochę po korytarzu, i wzorem innych postanowił spać do kolacji. Sen
jednak nie chciał przyjść, spróbował nawet oglądać telewizję, ale wysłużony odbiornik co
chwilę odmawiał posłuszeństwa, i jakby tego było mało, salowy Zenobiusz z częstotliwością
do pięciu minut, zmieniał kanał na zupełnie inny, byle by nie ten, który wybrał Marek.
Ogrodzki poczuł się zrezygnowany i cały czas dzielący do kolacji, niemal w całości spędził w
łazience, paląc papierosy otrzymane od Malmowskiej.
Każdy posiłek wzbudzał spore ożywienie wśród pacjentów. Stawali się rozmowniejsi. Tak
było i podczas tej kolacji, którą teraz spożywali, ale w końcu ile można jeść kolację. Wraz z
jej zakończeniem, wszystko wracało do uprzedniego stanu, czyli do nicości.
Marek postanowił na siłę szukać towarzystwa, ale gdy tylko je znalazł, zrezygnował z
dalszego szukania za sprawą Wasowskiego, który wyjawił Ogrodzkiemu pod Marka
przysięgą, że to on jest prawdziwy Bob Dylan.
Czasem wszystko idzie jak po grudzie, myślał Marek idąc w kierunku sali.
Aż tu nagle, spotkała go rzecz niezwykła.
Sam doktor Gardecki zapytał go: – Pan jest z tej sali?
– Tak – bąknął nieśmiało Marek.
– To niech pan wchodzi…Panowie – powiedział już do wszystkich: – Zaraz siostra
przyprowadzi wam nowego kolegę, proszę was, traktujcie go po przyjacielsku – i zaraz po
tych słowach, wrócił do swojego gabinetu.
Tym wyróżnionym był oczywiście Sebastian Malmowski.
Sebastian znał z obecnych na szóstce jedynie Ogrodzkiego, więc siadł na łóżku Marka i
poprosił o papierosa. Marek prośbę oczywiście spełnił. Później przyszła pora na czekoladę,
118
owoce i wszystko co dała macocha Malmowskiego. Sebastian przyjmował wszystko tak,
jakby wiedział że wszystko to jest podane dla niego.
– Ciebie to prezes przysłał? – zapytał Malmowski.
– Jaki prezes? – odpowiedział pytaniem Marek.
– Prezes Johan, on ci to wszystko do jedzenia i do palenia dał dla mnie, tylko Johan ma
wszystkie pieniądze świata – powiedział Malmowski.
Ogrodzki długo wyprowadzał z błędu Malmowskiego i chyba w końcu mu się to całkowicie
nie powiodło.
– Ty, skoro ty to wszystko masz, mam dla ciebie propozycję, jeśli zrobisz jak ci poradzę, to
będziemy bardzo bogaci – powiedział Malmowski.
– Mianowicie? – zapytał Marek.
– Wystarczy sprzedać papierosy i słodycze, wariat nie wie co ile kosztuje, ale to nie wszystko,
przeważnie nie radzi sobie z liczeniem, rzucisz trochę monet reszty i sprawa z głowy, a my
jeździmy super samochodami, zgadzasz się? – niecierpliwie pytał Malmowski.
– Wszystko jest do przemyślenia – odpowiedział Marek.
– No to przemyśl to sobie, a ja się walnę na pierwsze wolne łóżko i trochę się prześpię, tylko
pamiętaj, jak rozkręcamy interes, nie ma czasu na sen, handlujemy całą dobę – powiedział
Malmowski i w jednej chwili zasnął.
Po godzinie snu, Malmowski stał się zupełnie innym człowiekiem, nie wspominał o prezesie
ani o zyskownym przedsięwzięciu, do którego zanim zasnął namawiał Marka.
– Ty, wiesz, dobrze się teraz czuję, przeszły mi myśli samobójcze – powiedział Sebastian do
Marka.
Póżniej jeszcze bardziej zaskoczył Ogrodzkiego, dzieląc się z nim swoimi przemyśleniami na
temat swego dotychczasowego życia. Cały czas podkreślał, że było ono totalnie nieudane, że
przyszła pora na pozytywne zmiany.
Marek oniemiał, temu chłopakowi wszystko przeszło!
Gdy z ust Malmowskiego wypłynęła propozycja zmiany „lokalu” czyli sali na łazienkę,
Marek przystał z ochotą.
– A ty Marek, to dlaczego tutaj jesteś, w końcu ani tobie ani mnie nic nie jest? – pytał
Malmowski.
Marek, widząc radykalną zmianę w zachowaniu Sebastiana, postanowił powierzyć mu swój
sekret.
119
– Powiem ci dlaczego tu jestem, pod warunkiem, że zachowasz to w tajemnicy, przyrzekasz?
– upewniał się Ogrodzki.
– Bądź spokojny, nikomu nie powiem – powiedział Malmowski.
– Bo wiesz, ja na wzór Mussoliniego organizowałem marsz na Warszawę w celu odebrania
władzy – powiedział Ogrodzki.
– I doszedłeś w zupełnie inne miejsce? – powiedział Malmowski.
– Za drugim razem się powiedzie, źle to organizowałem, ludzie cały czas mnie zapewniali że
pójdą, ale jak się skończyły mi pieniądze i przestałem ich poić darmowym winem, stracili
zapał. Ale nie mówmy już o tym, jakby to nie nazwać, jest to moja porażka, podstawa teraz to
wyjść legalnie ze szpitala – zakończył Ogrodzki.
– Mądrze to powiedziałeś. Chyba pora iść spać, jutro jeszcze pogadamy – powiedział
Malmowski.
Nazajutrz Malmowski i Ogrodzki obudzili się dopiero na śniadanie. W przypadku Marka,
obudził się on bardzo późno, jak na jego porę podczas pobytu w szpitalu. Tuż po zjedzeniu,
Ogrodzki idąc za śladem Wojnowskiego, postanowił się sam wykąpać, jeśli on mógł to zrobić
sam, to dlaczego ja nie mogę, w końcu też szoruję korytarz, pomyślał Marek.
Ogrodzki doprowadził swą myśl do realizacji. Tak samo postanowił zrobić Malmowski.
Lecz nie obyło się bez konsekwencji. Salowy Józek, widząc mokre włosy Marka i zarazem
słysząc odgłosy z łazienki, zajrzał do niej i rzucił krótko: – Ogrodzki, Malmowski umyć
łazienkę, ma być zrobiona na glanc, przyjdę sprawdzić! – powiedział salowy na koniec.
Amatorzy świeżej kąpieli przystąpili do działania, ale Malmowski robił to w iście nowatorski
sposób, odkręcił wodę z obu pryszniców, nie zapomniał też o kranach w umywalkach. Efekt
był taki, że woda zaczęła przelewać się na korytarz. Marek postanowił zbierać wodę z
korytarza szmatą i wykręcać ją do wiadra, przy czym bez przerwy się nachylał, natomiast
Malmowski wyległ z łazienki na korytarz przyglądać się pracy Ogrodzkiego i gdy zobaczył
wypięte pośladki Marka, chwycił go za biodra i zaczął na nim symulować stosunek
homoseksualny. Nieszczęście Malmowskiego polegało na tym, że akurat w tym momencie
„najważniejsza” siostra oddziałowa wyszła sprawdzić co takiego dzieje się na korytarzu, gdy
to zobaczyła, była bardzo wzburzona i podjęła decyzję.
– Malmowski z powrotem na dwójkę! – Ogrodzki zrobi porządek w łazience, a jak to uczyni,
ma zakaz zbliżania się do sali, w której jest Malmowski.
Markowi sporo czasu zajęło doprowadzenie do porządku łazienki. Gdy utrudzony wrócił na
swą salę, zobaczył w niej Malmowskiego, który mocuje się z oknem, które w końcu udało mu
się otworzyć.
120
Gdy Malmowski był już na zewnątrz, Ogrodzki zapytał: – Jakim cudem udało ci się opuścić
obserwacyjną?
– Za to, że pójdę sam do sracza, obiecałem temu kretynowi Józkowi, że go przygotuję solidnie
do egzaminu na psychologię! – krzyknął biegnąc Malmowski.
Po chwili Józek z siostrą oddziałową, przeszukiwał wszystkie sale gdy oboje stwierdzili, że
pacjent uciekł.
Oddziałowa zapytała: – Jak pan mógł puścić pacjenta z dwójki bez kontroli do łazienki, w
której na pewno nie był?
– Myślałem, że naprawdę odczuwa potrzebę i bałem się, że nie będzie chciał czekać na basen i
załatwi się do pościeli, jak to już raz miało miejsce – wyjaśnił salowy.
Oddziałowa z dezaprobatą pokiwała głową.
Śledztwo oddziałowej również spaliło na panewce. Nikt nie widział z której sali zbiegł
Malmowski. Co prawda jej kobieca intuicja mówiła jej, że to na pewno była szóstka, ale jak
można było to udowodnić, jeśli jedyny słuszny jej pacjent Jurek „proszę ja ciebie”, żegnał się
z salową, i na sali był nieobecny.
Marek wyczuł instynktownie, że ucieczka Malmowskiego będzie miała nieciekawe skutki, i
grzeczniutko przesiedział cały dzień na sali. Opuszczał ją tylko na posiłki, a czas umilał sobie
czytając gazety, na które milcząco dał zgodę Kowalczyk.
Późno w nocy ktoś delikatnie poruszył Markiem podczas snu. Była to salowa Cesia, która
szeptem wywołała go na korytarz.
– Już twojego kolegę z powrotem do nas przywieźli, prosi ciebie o coś do zjedzenia –
powiedziała Cesia, wracając na dwójkę.
Ogrodzki spełnił żądanie i po cichu wziął coś do jedzenia i papierosy.
Malmowskiego zastał powiązanego dokładnie, ale ten ducha nie tracił, był bardzo radosny.
– Super było Marek, byłem już prawie w Szczecinie, jak mnie z pociągu zabrali, a jeszcze
lepiej było w karetce co mnie tu przywiozła. Pozwalałem kierowcy jechać na godzinę 33, 66
albo 99 kilometrów, innej prędkości nie było – mówił podniecony Malmowski.
– Podałeś, to zmiataj stąd, masz zakaz przebywania pod tą salą, dyrektor już chciał wczoraj z
tobą rozmawiać, tylko go nagle wezwali do sądu – powiedziała salowa do Ogrodzkiego.
Rano, po śniadaniu spotkała Marka miła niespodzianka. Zamiast zastrzyku otrzymał od
„najważniejszej” siostry oddziałowej cztery tabletki.
Gdy tylko je przełknął, pielęgniarka powiedziała: – Proszę się zgłosić do dyrektora.
121
Marek, przekraczając próg gabinetu odniósł wrażenie, że jest w innym świecie. Całe
pomieszczenie raziło bogactwem: na podłodze dywany, stylowe piękne meble, solidne biurko,
taki sam fotel pokryty wysokiej jakości skórą.
Ogrodzki skromnie stanął w końcu gabinetu.
Dyrektor Gardecki zachowywał się tak jakby nikogo oprócz niego nie było w pokoju. Palił
papierosa patrząc w okno.
– Ma mi pan coś do powiedzenia? – powiedział Gardecki, nie wykonując przy tym żadnego
ruchu.
– Powiedziano mi, żebym się tutaj zgłosił, to jestem – powiedział zgaszonym głosem Marek.
– Ogrodzki tak, pan żadnej rodziny nie ma? – zapytał lekarz.
– Tak – odpowiedział Marek.
– Pan złożył przez sekretariat podanie o wyrażenie zgody na przepustkę. Z niechęcią zgadzam
się, a nawet powiem więcej, na wypis. Transportu panu nie zapewnię, szpital nie ma
pieniędzy – powiedział Gardecki.
– Serdecznie dziękuję – powiedział szczęśliwy Marek.
– No wie pan, gdyby nie to, że utrudnia pan leczenie innych pacjentów, wyłudza produkty
żywnościowe od rodzin chorych i chyba najważniejsze, pana nie do przyjęcia w naszej
placówce skłonności homoseksualne, jednym słowem, mam zbyt ważnego pacjenta i muszę
się na nim skupić, a panu już pomogłem tyle, ile mogłem, proszę wyjść – powiedział
Gardecki.
Ogrodzki, po wyjściu z gabinetu zastał czekającego na niego salowego z odzieżą Marka w
ręku.
– Masz tu łachy i recepty, a tu masz wypis, z tym masz się zgłosić do poradni. Aha, masz tu
jeszcze pieniądze, które miałeś przy sobie jak cię tu przywieźli, nie ma tego wiele, ale do
domu dojedziesz, i nie mów mi „ do widzenia”, bo nie chcę więcej twojej mordy oglądać –
powiedział Zenobiusz.
Marek z trudem opuścił dziedziniec szpitalny, bo miał w pamięci przestrogę staruszka, że aby
tu więcej nie wracać, nie należy oglądać się za siebie, a chciał przez całą drogę sprawdzić, czy
nie jest śledzony.
Gdy dotarł do drogi, po przejściu kilkuset metrów, znalazł się na przystanku autobusowym,
przy którym stał niemal pusty autobus, wsiadając do niego, nie zadał sobie trudu aby kupić
bilet i sprawdzić dokąd ten autobus jedzie.
Przez cały czas upewniał się, czy nikt go nie śledzi. Niby wszędzie pusto, ale na pewno
obserwują mnie z ukrycia – pomyślał.
122
Autobus ruszył.
K O N I E C
Remigiusz Ogonowski
123
.
124
–
125
126
127
128

dramat psychologiczny
Autor:
Spis rozdziałów
Nie przegap nowych rozdziałów!
Zostaw e-mail, aby otrzymać wiadomość, gdy autor wrzuci coś nowego.
