Wielkość tekstu:

Rozdział pierwszy : Ucieczka

Kari


Zaciskam usta, gdy czuję, jak krawcowa ponownie wbija igłę w delikatny materiał mojej sukni, a przy okazji i w moją skórę. Syczę cicho, ale powstrzymuję się od gwałtownego ruchu. Już i tak muszę tu siedzieć dłużej, niż bym chciała.

Na samą myśl o okazji, dla której przygotowywane jest to przeklęte ubranie, zbiera mi się na mdłości. Dlaczego muszę wyjść za mąż? Czy nie mogłabym po prostu zostać królową i rządzić samodzielnie, bez dodatkowego problemu u mojego boku?

-Auć. – syk wydobywa się spomiędzy moich warg, gdy tym razem igła wbija się mocniej w moją bladą skórę.

-Nie ruszaj się, moja droga – krawcowa zerka na mnie znad swoich okularów, po czym z cichym westchnieniem wraca do pracy. – Chyba chcesz wyglądać jak najlepiej dla swojego przyszłego męża.

Ledwo powstrzymuję się od prychania. Tylko odpowiednie wychowanie trzyma mnie w ryzach. Tak samo jak w wielu innych sytuacjach. Nie mogę się głośno śmiać, bo uznaliby mnie za wariatkę. Nie mogę biegać, gdzie mnie nogi poniosą, bo to niebezpieczne. Nie mogę być królową, bo jestem kobietą.

Zakazów, które mnie obowiązują, jest cała lista. Ale przestrzegam jedynie kilku z nich, bo nie zamierzam udawać kogoś, kim nie jestem. Jeśli mój ojciec myśli, że mój przyszły mąż mnie zmieni, czeka go spore zaskoczenie. Bo nie będzie żadnego małżonka. Ani przyszłego króla Aurionu.

Choć król Imeon jeszcze o tym nie wie.

-No i skończyłam – głos krawcowej wyrywa mnie z zamyślenia. W jej tonie pobrzmiewa zadowolenie. – Ależ panienka jest piękna!

Patrzę na swoje odbicie w wysokim, zdobionym lustrze. I widzę dokładnie to, czego się spodziewałam: idealnie skrojony obrazek, starannie przygotowany przez ojca, który pragnie wystawić mnie jak cenny towar na targu. Tyle że ubrany w elegancką suknię.

Bordowy materiał opina moje ciało, dodając mu aksamitnej powagi, a gorset podkreśla talię tak mocno, że mam wrażenie, iż lada chwila połamie mi żebra. Moje rude włosy spływają kaskadami na ramiona, choć wieczorem na pewno ktoś postara się je upiąć w misterną fryzurę. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak wystarczy, by cała ta gromada królewskich głupców zaczęła się ślinić na mój widok. Krzywię się na samą myśl o tym.

Pomimo że kończę dzisiaj dziewiętnaście lat, nadal muszę robić to, co mi każą, i zachowywać się tak, jak sobie życzą. Nawet moje urodziny nie należą do mnie  ktoś inny zaplanował je za mnie. Tak wygląda moje życie. Nie mam prawa głosu, choć mam tak wiele do powiedzenia.

-Jest ślicznie -mówię bez emocji, rzucając kobiecie krótkie spojrzenie. Kiwa głową, podnosząc się z podłogi, a zanim wyjdzie, dodaje jeszcze:

-Pani matka kazała przekazać, że wieczorem służka przygotuje panienkę do balu.

Kiwam tylko głową. Czuję się jak marionetka.

Gdy tylko zostaje sama, bez chwili wahania ściągam niewygodny gorset i suknię, pozwalając sobie na głębokie westchnienie ulgi. Przebieram się w czarną suknię o luźniejszym kroju, która nie krępuje moich ruchów. Do specjalnie wyszytej kieszeni wsuwam dwa małe sztylety. Na wszelki wypadek.

Bo jak mawia wujek Timeon: “Nigdy nie możesz być czegoś w stu procentach pewna, królewno. Dlatego musisz być gotowa na wszystko”.

Od dnia, w którym wypowiedział te słowa, nigdy nie opuszczam swojej komnaty bez choćby jednego ostrza.

Z uśmiechem przerzucam związane materiały sukienek przez balkon i sprawdzam ich wytrzymałość. Gdy jestem pewna, że dadzą radę, zaczynam schodzić. Zachodzące słońce razi mnie w oczy, gdy w końcu stawiam stopy na miękkiej, wilgotnej trawie.

Nie oglądając się za siebie, biegnę przed siebie, uciekając od obowiązków, które czekają na mnie tego wieczoru.

 

********

Rozglądam się z szerokim, szczerym uśmiechem na ustach, chłonąc całą feerię barw, które mnie otaczają. Powietrze pachnie wilgotną ziemią i świeżo wypiekanym chlebem, a śmiech biegających dzieci miesza się z rozmowami przekupek i dźwiękiem stukających o bruk kopyt koni. Życie w wiosce jest tak różne od tego królewskiego. Tu ludzie nie mają bogactw, ale mają coś, czego mi brakuje bardziej niż czegokolwiek innego -wolność.

Wiejskie kobiety mogą żyć tak, jak chcą. Nie są zmuszane do zamążpójścia, nie są traktowane jak przedmioty w królewskich intrygach. Mogą zostać krawcowymi, guwernantkami, nauczycielkami. Ich wartość nie zależy od mężczyzny, którego poślubią. Ja takiego wyboru nie mam, dlatego za każdym razem, gdy tu jestem, podziwiam ten świat, który nigdy nie będzie moim.

Spoglądam na soczyście zielone drzewa, których korony mienią się w złotych promieniach słońca, na bujną trawę, wciąż wilgotną od porannej rosy. Wszystko wygląda jak obraz malowany wprawną ręką artysty, jak wyjęte z kart baśni.

Moje rozmyślania zostają brutalnie przerwane, gdy czuję silny uścisk na nadgarstku. Odwracam się gwałtownie i natychmiast krzywię się na odór alkoholu, który uderza mnie w twarz.

– Poczekaj, śliczniutka – bełkocze nieznajomy mężczyzna, ściskając moją rękę mocniej. – Gdzie tak pędzisz? Daj się obejrzeć z bliska.

Serce zaczyna mi szybciej bić, a palce mimowolnie zaciskają się na ukrytym w kieszeni sztylecie. Już mam zareagować, gdy nagle jego dłoń zostaje oderwana od mojej z taką siłą, że mężczyzna aż się zatacza. Odwracam się szybko i zamarzam.

Przede mną stoi ktoś, kogo nigdy wcześniej nie widziałam. Mężczyzna o kruczoczarnych włosach i stalowym spojrzeniu. Jego postura budzi respekt  silne ramiona, prosta sylwetka, twarz wyrzeźbiona jakby przez samych bogów. Ostra linia szczęki, napięte mięśnie, surowość w oczach.

-Zdaje mi się, że ona nie jest eksponatem do oglądania, tylko kobietą, której należy się szacunek- jego głos jest głęboki i stanowczy, a ja nie mogę oderwać od niego wzroku.-A teraz przeproś.

Pijany mężczyzna krzywi się, ale nie odpowiada. Czarnowłosy jeszcze mocniej zaciska dłoń na jego nadgarstku, wywołując jęk bólu.

-Przepraszam… -wyjąkała tamten, wijąc się pod naciskiem.

– Za co przepraszasz? – Mój wybawca nie odpuszcza.

– Przepraszam panią za to, że ją zaczepiłem – mężczyzna niemal płacze z bólu.

Dopiero wtedy jego ręka zostaje puszczona, a on sam chwiejnym krokiem się oddala. Czarnowłosy kieruje na mnie swoje stalowe spojrzenie i mierzy mnie wzrokiem, zupełnie się z tym nie kryjąc. Nie spuszczam oczu, nie dam mu tej satysfakcji. Widząc moją upartość, uśmiecha się kącikiem ust.

– Jesteś cała, wiewióreczko?

Na jego słowa mrużę oczy, a w mojej piersi zapala się iskra gniewu. “Wiewióreczko?!” Prycham z oburzeniem.

-Może zamiast pilnować mnie, pilnowałbyś siebie? – rzucam ostro.

Jego rozbawienie tylko rośnie. Cofając się o krok, wygląda, jakby miał odejść, ale w ostatniej chwili znów na mnie spogląda. Jego szare oczy błyszczą w świetle dnia.

– Uważaj na siebie, wiewióreczko – puszcza mi oczko i znika w tłumie.

Mam ochotę za nim krzyknąć, by sam na siebie uważał, ale powstrzymuję się. Ojciec i tak by mi tego nie darował.

Czuję, jak ekscytacja tego spotkania powoli ustępuje miejsca rzeczywistości. Jestem tu już za długo. W każdej chwili ktoś może mnie rozpoznać, a konsekwencje tego byłyby zbyt poważne. Muszę wracać.

Z ciężkim sercem ruszam w stronę ścieżki prowadzącej z powrotem do zamku. Droga wiedzie przez las, w którym zapada już wieczorny półmrok. Gałęzie drzew kołyszą się na lekkim wietrze, rzucając długie cienie na ścieżkę. Szelest liści i odgłosy leśnych zwierząt to jedyni towarzysze mojej podróży.

Z każdym krokiem czuję, jak ciężar rzeczywistości znów osiada na moich barkach. W zamku czeka mnie suknia, bal, spojrzenia pełne oczekiwania i oceny. Tu, wśród dzikiej przyrody, jestem sobą. Tam – marionetką w rękach ojca.

Gdy w końcu zza koron drzew dostrzegam mury pałacu, moje serce zaciska się boleśnie. Jeszcze kilka kroków i wrócę do złotej klatki, z której tak bardzo chciałam uciec. Zaciskam dłonie w pięści, powtarzając sobie jedno: jeszcze nie teraz. Ale kiedyś nadejdzie ten dzień. Kiedyś ucieknę naprawdę. Kiedy postanowię nie wrócić w mury zamku wybierając wolność .

 

*******

Gdy tylko wracam do pałacu, nie mam nawet chwili na oddech. Służki już czekają, ich ręce chwytają mnie delikatnie, ale stanowczo, prowadząc prosto do komnaty. Ich twarze są spokojne, niewzruszone, jakby były tylko częścią tego mechanizmu, który mnie formuje, modeluje na kogoś, kim nie jestem.

Z rezygnacją siadam przed lustrem. Moje odbicie patrzy na mnie pustym wzrokiem. One zaczynają pracę  czeszą, splatają, upinają.

– Proszę się nie ruszać, księżniczko – poucza mnie jedna z nich, a w jej głosie pobrzmiewa nuta uprzejmego dystansu.

Zamykam oczy, pozwalając, by ich zręczne palce splatały moje rude kosmyki w luźny kok. Kilka pasm celowo wypuszczają, jakby miało to dodać mi naturalności. Paradoks. Nie ma we mnie nic naturalnego. Nie tu. Nie w tej chwili.

-Włosy panienki są jak ogień – zauważa jedna z nich z podziwem. – Piękne i nieokiełznane.

Piękne. Jak ironicznie to brzmi. Gdybym tylko mogła powiedzieć to samo o swoim życiu.

Nie mija chwila, a już muszę stanąć na środku pokoju. Ręce unoszą mi się mechanicznie, jakbym była marionetką. Bordowa suknia spływa po moim ciele jak ciężki, jedwabny wyrok. Znienawidzona. Otwieram usta, by coś powiedzieć, ale to nie ma sensu. One i tak zrobią swoje.

– Proszę wziąć głęboki wdech -pada dobrze znana instrukcja.

Nie robię tego. Wiem, że to nie ma znaczenia. I tak zaboli.

Szarpnięcie. Drugie. Trzecie. Żebra protestują, skóra piecze, w płucach brakuje miejsca na oddech. Zamykam oczy, skupiając się na czymś innym. Na czymkolwiek.

-Jeszcze trochę… -mruczą, dociągając więzy gorsetu.

Pot występuje mi na skronie. Czuję, jak palce zaciskają się w pięści, paznokcie wbijają w skórę. Nie mogę narzekać. Nie mogę prosić, by przestały. Po prostu wytrzymuję, jak zawsze.

W końcu odchodzą.

Stoję przed lustrem. One patrzą na mnie z podziwem, z dumą nad własnym dziełem. Widzą księżniczkę gotową na bal, na pokaz, na sprzedaż.

– Pięknie -szepcze jedna z nich z zachwytem. 

A ja milczę. Bo to nie jest piękne. To jest moja klatka. Moje więzienie .

Drzwi zamykają się cicho, pozostawiając mnie samą. Powinnam poczuć ulgę, ale zamiast tego w mojej piersi rozlewa się ciężar, jakby gorset zacisnął się jeszcze mocniej.

Patrzę na swoje odbicie w lustrze. To, co widzę, nie jest mną to obraz wykreowany przez pałac, przez tradycję, przez moją matkę. Jej plan był prosty: bal maskowy. Wielkie widowisko, w którym ja, niczym wystawiony na pokaz klejnot, mam poznać kandydatów. Tak, żebym zanim ich odrzucę, najpierw dobrze ich poznała.

Jakby maski mogły sprawić, że zapomnę, kim są i po co tu przyszli. Jakbym miała dać się uwieść złudzeniu. 

Parskam cicho, gorzko. Nie zamierzam się zakochać. Nie zamierzam wybrać nikogo. Będę sama rządzić królestwem ,a jeśli ojciec się z tym nie zgodzi to mnie straci na zawsze .

Nagle słyszę skrzypienie drzwi.

-Kari.

Głos rozbija moje myśli niczym kamień rzucony w taflę wody. Odwracam się gwałtownie.

W progu stoi Timeon. Mój wujek. Zawsze pojawia się wtedy, kiedy nie jestem na to gotowa. Jego spojrzenie jest jak ostrze  przeszywające, wnikliwe. Przy nim trudno udawać.

-Pięknie wyglądasz -mówi. Ale w jego tonie nie ma podziwu. Jest coś surowego, coś, co sprawia, że zaciskam dłonie w pięści.

– Oszczędź mi tego – odpowiadam chłodno.

Nie chce słuchać tego jak idealnie wyglądam w tym ulepszonym przebrzydle idealnym obrazku… Timeon unosi brew, po czym zamyka drzwi i powoli podchodzi bliżej. Jego ruchy są pewne, kontrolowane. Jest jak cień pojawia się i znika, zawsze zbyt cichy, zawsze zbyt spostrzegawczy. 

-To dzisiaj -mówi cicho. – Wielki bal.

Nie odpowiadam.

-Pomysł twojej matki.

Jakbym mogła o tym zapomnieć. Tylko Naya Ashford mogłaby wpaść na tak absurdalny pomysł.

-Twój jedyny wieczór wolności -dodaje, a ja czuję, jak wzbiera we mnie irytacja.

-Wolności? – powtarzam z niedowierzaniem. – To nie jest wolność, tylko inny rodzaj klatki.

Timeon milczy przez chwilę, jakby ważył moje słowa.

-Może – przyznaje w końcu. – Ale maski mogą dać ci coś więcej, jeśli będziesz umiała to wykorzystać.

Krzyżuję ramiona.

– A jeśli nie chcę grać w tę grę?

Wujek uśmiecha się lekko, ale to uśmiech kogoś, kto wie więcej niż mówi.

-To już grasz, Kari. Od chwili, w której się urodziłaś.

Jego słowa uderzają mocniej niż bym chciała. Bo wiem, że ma rację. W tym świecie nic nie dzieje się poza grą. A ja… jestem jej częścią, czy mi się to podoba, czy nie.

Patrzę na Timeona, ale on już nic nie dodaje. Nie musi. W jego oczach widzę wszystko  świadomość, że to nie jest świat, który mogę odrzucić, choćbym nie wiem, jak próbowała. W końcu wzdycha i podaje mi ramię.

-Czas na nas .

Nie ruszam się od razu. Moje myśli wciąż krążą wokół tego, co mnie czeka. Bal. Kandydaci. Maski, które mają sprawić, że będę mogła spojrzeć na nich inaczej  tak przynajmniej uważa moja matka. Ale to nie maski sprawiają, że ludzie są inni. To ich czyny.

Gdy Timeon mówi, że czas, moje serce zaciska się jak w pułapce.

Podchodzę do toaletki, na której leży maska  jedyna rzecz, którą mogę dziś wybrać sama. Delikatnie biorę ją w dłonie. Jest piękna, misternie wykonana, w odcieniach zieleni i złota, ozdobiona drobnymi, wplecionymi w materiał liśćmi bluszczu. Ma zasłaniać tylko górną część mojej twarzy, ale to i tak więcej, niż mogłam oczekiwać.

Powoli zakładam ją na twarz, czując przyjemny chłód metalu na skórze.

To tylko maska– zwykły kawałek materiału i zdobień. A jednak, gdy patrzę w lustro, coś się zmienia. Nadal widzę księżniczkę w złotej klatce, ale teraz… teraz mam wrażenie, że mogę się za nią skryć.

-Kari – Timeon ponagla mnie cicho.

Niechętnie wkładam dłoń w jego ramię. Czuję tkaninę jego ciemnej szaty pod palcami, chropowatą i zimną  zupełne przeciwieństwo jedwabnej pułapki, którą mam na sobie.

Wychodzimy z mojej komnaty, a echo naszych kroków rozbrzmiewa w długim korytarzu. Wokół pałac wciąż tętni życiem  służki biegną z ostatnimi poprawkami, strażnicy czuwają przy kolumnach, a światło setek świec odbija się w złotych zdobieniach.

Kiedy zbliżamy się do wielkich drzwi prowadzących do sali balowej, moje serce zaczyna bić szybciej. Nie z ekscytacji, ale z czegoś na kształt buntu, który uparcie tli się we mnie.

Strażnicy otwierają podwoje.

Światło uderza mnie jak fala.

Sala balowa lśni złotem i zielenią  barwami Aurionu. Wysoko nad głowami gości wiszą jedwabne girlandy w tych samych odcieniach, falujące lekko przy każdym podmuchu powietrza. Lśniące kryształowe żyrandole rzucają ciepłe światło na polerowaną posadzkę, odbijając się w niej jak w tafli wody.

Ale to kwiaty przyciągają moją uwagę. Goździki. Morze goździków oplatających filary, zwisających z balkonów, zdobiących stoły i środek sali. Ich delikatny zapach unosi się w powietrzu, wdzierające się do moich płuc. Moja matka je kocha. Może to jej sposób, by poczuć się tu bardziej jak u siebie. Może to jej sposób, by przypomnieć mi, że choć jestem tu niechętnie, to wciąż jej córką.

Timeon zatrzymuje się tuż przed progiem.

-Gotowa? – pyta.

Nie odpowiadam od razu. Patrzę na ludzi w maskach, na mężczyzn, którzy czekają, bym do nich dołączyła.

– Nie – mówię w końcu.

Timeon uśmiecha się kącikiem ust.

-To nie ma znaczenia.-zanim zrobimy kolejny krok dodaje szeptem .-To niestety nie ma znaczenia królewno .-mówi po czym delikatnie ciągnie mnie bym szła dalej .

Ludzie już się zbierają. Wszyscy w maskach.

Mężczyźni, kobiety, arystokraci, posłańcy z odległych krain, ambasadorowie, a nawet kilku wybitnych artystów, których zaproszono dla uświetnienia wydarzenia. To nie jest tylko bal dla kandydatów  to pokaz siły, tradycji i prestiżu Aurionu. Maski pozwalają widzieć inaczej  mówił Timeon.

Teraz rozumiem, co miał na myśli. W tym miejscu tytuły i imiona tracą na znaczeniu. Liczy się tylko to, co widzisz, a raczej to, co chcesz zobaczyć.

Mój wzrok przesuwa się po sali. Nie wiem, kto czeka na moje słowa, kto został tu wepchniętą siłą, a kto naprawdę chce mnie poznać.

– Kari- Timeon pochyla się ku mnie. – Pamiętaj. To gra.

Patrzę na niego, ale nie odpowiadam.