Wielkość tekstu:

Prolog

październik 2014

Miałam czternaście lat, gdy zaczęłam patrzeć na Jamiego Lanhama trochę inaczej. Znaliśmy się od dzieciaka, był dla mnie jak starszy brat. Jego obecność była dla mnie rzeczą tak naturalną, że nie wiedziałam, jak miałabym bez niego żyć. To on przyniósł dwunastoletniej mi gitarę elektryczną i stwierdził, że powinnam nauczyć się na niej grać. Wtedy zgodziłam się, bo chciałam być taka, jak on – miał szesnaście lat, a już grał w zespole, w dodatku planowali nagrać płytę, na którą mieli już prawie cały materiał.

W instrumencie zakochałam się od pierwszej chwili. Gra była dla mnie idealnym sposobem na relaks, a gdy byłam starsza, pomagałam Jamiemu w pisaniu nowych riffów, które potem wykorzystywał w swoich utworach.

Nie minęło dużo czasu, a okazało się, że nie tylko darzę miłością gitarę, ale i mojego nauczyciela. Mając szesnaście lat wiedziałam już, że przepadłam – spędzałam z Jamiem każdą wolną chwilę, a na wspólne lekcje czekałam z utęsknieniem już w momencie, gdy poprzednia się zakończyła. Nie patrzyłam na Jamiego jedynie jako na przyjaciela. Zaczęłam dostrzegać wszystko, na co wcześniej nie zwracałam uwagi. Na to, jak uroczo uśmiecha się, gdy zrobię błąd. Na to, jak z ogromną cierpliwością i ostrożnością układa moje palce w nowe akordy. Na to, że… cholernie zaczyna mi się podobać.

Nie wiedziałam, czy to odwzajemnia. Może i odwzajemniał, ale tego nie chciał. Może byłam dla niego małą dziewczynką, a nie kandydatką na potencjalną dziewczynę. A może bał się, że to nie wyjdzie. Na pewno na swój sposób mnie kochał. Tylko dla niego i od zawsze dla niego byłam jego małą, kochaną Shee. Zwracał się tak do mnie od dzieciaka i tylko on jeden miał prawo tak do mnie mówić. To była jedna z tych małych rzeczy, które były tylko nasze.

To on, po czterech latach lekcji zaproponował mi, żebym dołączyła do składu Rising Anxiety. Szukali drugiego gitarzysty, a Jamie stwierdził, że nie zna lepszej osoby, na to miejsce. Sama ta propozycja była dla mnie ogromnym zaszczytem, a jeszcze bardziej ucieszyłam się, gdy ich producent ocenił, że widzi we mnie chaos i wielki potencjał. Wtedy oficjalnie stałam się ich gitarzystką rytmiczną. Nie istnieją słowa, które mogłyby opisać, jak wtedy się czułam. Byłam przeszczęśliwa. 

W zespole czułam się, jakbym była we właściwym miejscu. Trochę robiłam za durnia, ale lubiłam to. Wspólnie dogryzałam sobie z Kylem – wokalistą, zaprzyjaźniłam się z Jasonem, który pełnił funkcję perkusisty, a Michael i Aaliyah – właściciele naszego studio – traktowali nas jak swoje dzieci. Kochałam to miejsce, kochałam wszystkich tych ludzi, a gdy usłyszałam o pierwszej trasie koncertowej – to choć bardzo się bałam, byłam podekscytowana jak nigdy dotąd.

To w tej trasie poczułam, że między mną a Jamiem zaczyna iskrzyć. Zbliżyliśmy się do siebie. Nawet bardziej, niż powinniśmy, skoro traktowaliśmy się jak przyjaciół. To z nim przeżyłam swój pierwszy pocałunek, pierwszy raz. Nastoletnia naiwność kazała mi wierzyć, że to coś więcej. Akurat. Mimo, że Jamie wyznał, że mnie kocha, to wprost zastrzegł, że nie chce związku. Nie chciał psuć tego, nad czym pracowaliśmy latami. Nie chciał ryzykować. A ja byłam w stanie zaryzykować wszystko.

W tym czasie zaczęłam spotykać się z naszym wokalistą. Kyle był cudowny, uwielbiałam go. Tak samo jak ja był lekko sarkastyczny, wulgarny, a jego ulubionym zajęciem było wyprowadzanie z równowagi całej reszty, z naszym menadżerem na czele. Może i nie było to nic na długo, ale wspólne żarty na teraz były zupełnie wystarczające.

To jednak zadziałało inaczej. Wystarczył jeden krótki gest, żeby wzbudzić w Jamiem zazdrość. Tym razem to ja testowałam jego cierpliwość. Chodziłam z Kylem ponad rok czasu, zanim zgodziłam się na związek z Jamiem.

Od razu poczułam, że to zawsze o to chodziło. Mogłam przy nim być małą dziewczynką. Nie musiałam udawać silnej. Mogłam żartować, przeklinać, ale mogłam też się przytulić i zapomnieć o całym świecie.

Oświadczył mi się rok temu. Nie musiałam się długo zastanawiać. Nie wyobrażałam sobie, żeby to mógł być ktokolwiek inny. Na początku następnego roku miałam za niego wyjść. Nie dało się opisać mojej radości. Już od kilku miesięcy ćwiczyłam podpisywanie się jako Ashley Lanham albo Ashley Henderson-Lanham. Jeszcze decydowałam, co brzmi lepiej.

Dużo osób proponowało, żebyśmy zaczekali. Bo luty, bo zima, latem byłoby przyjemniej… Może i by było. Ale od kwietnia do września Michael planował naszą trasę koncertową. Chcieliśmy w nią wyruszyć już jako małżeństwo.

Kochałam scenę. Była moim drugim domem. Nie byłam może wybitnym muzykiem – nie umiałam komponować, wszystkie moje partie tworzył Jamie, a ja tylko uczyłam się ich na pamięć – ale zawsze dawałam z siebie wszystko. Uwielbiałam muzykę na żywo, uwielbiałam kontakt z publiką. Biegałam po scenie, rzucałam się w tłum… A ludzie mnie kochali, choć nie byłam frontmanką ani nawet nie grałam w zespole bardzo długo.

Była dla mnie też małą odskocznią. Całe życie byłam na świeczniku jako dziecko znanych rodziców. Moja mama była modelką, a ojciec reżyserem. Zawsze byłam porównywana do mamy. Pod każdym względem. Jej figura, jej elegancja, jej nienaganny wygląd zupełnie ze mną kontrastowały. Nienawidziłam tego. Nienawidziłam siebie. Ale to nie znaczyło, że nie kochałam rodziców. Byli najcudowniejsi na świecie i doskonale wiedziałam, że i dla nich jest to duży problem. Ale czym były ich prośby przy setkach dziennikarzy, którzy najwidoczniej nie mieli o czym pisać.

Dlatego chciałam z tym zerwać. Dlatego wybrałam swoją ścieżkę w życiu. I dlatego wykreowałam siebie na nowo. Dumnie chodziłam przez życie w moich Louboutinach, z gitarą przewieszoną na plecach i z papierosem w ręce. Tak, wiem, to bardzo niezdrowy nałóg, ale przestałam z tym walczyć lata temu. Był już elementem całego mojego image’u.

Miałam przed sobą chyba najlepszy czas w życiu – ślub, nagrania, trasa… Nic nie mogło się posypać.

Tylko ja, muzyka i rock’n’roll.