– Ruby, wiesz dobrze że zrobiłem to dla twojego dobra. Oni muszą wiedzieć co się dzieje. Sama słyszałaś…
Nie chce o tym rozmawiać jest za późno na kłótnie, po za tym nie mam teraz do nich głowy. Chce tylko zasnąć.
Widząc że nie reaguje Jack łapie mnie za rękę. Lecz od razu wyrywam ją z uścisku i odwracam się na drugi bok.
– W końcu będziesz musiała się odezwać. Powiesz chociaż jak było u Su… yyy.. znaczy pani psycholog? – nastała cisza, nie słyszę nic oprócz gwizdu w moich uszach. – Ruby.
– A jak miało być według ciebie? – pytam ironicznie nie czekając na odpowiedź. Zamykam oczy i staram się zasnąć chociażby aby przeczekać tą rozmowę. Jack jednak nie daje za wygraną.
– No nie wiem, fajnie, źle, pomogło? Nie pomogło.
– Coś w pomiędzy.
– Czyli?
Wzdrygam ramionami.
– Zobaczysz wyjdzie ci to na dobre. Po pierwszej wizycie nigdy nic nie jest jasne.
Spoglądam na niego, skąd może to wiedzieć. Nie był na takiej wizycie nigdy. A przynajmniej nic mi nie wiadomo. Chociaż ta teczka…
– Ty też do niej chodziłeś, prawda? – pytam ze złością i ciekawością naraz, pewna swojego zdania.
Jack nerwowo kieruje oczami po kątach pogrążonej w ciemnościach sypialni. Teraz to on próbuje wykręcić się od odpowiedzi. Niedoczekanie.
– Odpowiesz mi?
Odwracam się z powrotem w jego stronę.
Z chęcią wypaliłabym z tym że znalazłam u niego taką samą teczkę ale… Wtedy wyda się że przeszukiwałam komodę. Zrobi się jeszcze większy bałagan. O ile istnieje większy od tego co jest obecnie.
Nie zamierzał mi odpowiedzieć.
Czyli trafiłam w punkt…
Nagle trafia do mnie jeszcze jedna sprawa, gdy przeszukiwałam dom w pierwszym dniu znalazłam kalendarz. Z wpisami S.B. i okreslonymi datami, teraz ma to sens. S jak Susan i B jak Blake. Tylko czemu to przede mną ukrywa.
Nabrałam powietrza, aby za chwile je delikatnie wypuścić. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogę mu zdradzić tego co robiłam. Przecież ten kalendarz był ukryty między stertami książek nie był na widoku. Nie chciał aby ktoś o nim wiedział.
– Jack? – pytam łagodniejszym tonem, chociaż w środku nadal czułam się wściekła na niego.
– pamiętasz naszyjnik który szukałaś rano? – wtrąca, zmieniając temat rozmowy. – ten co podobno zostawiłaś w szkatułce?
– No tak. – odpowiadam, zła na siebie że daje mu się wkręcić w inny temat.
Zupełnie o nim zapomniałam. Ale to nie moment by zajmować się bzdurami. O tak się dowiem, dojdę do prawdy choćby nie wiem co.
– Był w łazience na pralce. Gdy się przebierałaś musiałaś go tam odłożyć i po prostu zapomniałaś.
– Nidy go tam nie zdejmowałam, po za tym sprawdzam czy przez przypadek nie zdjęłam go wraz z piżamą. Nie było go tam.
Zawsze odkładałam go do szkatułki bo myślałam że inaczej go zgubie. Jestem pewna że wczoraj wieczorem też go do niej wsadziłam. To był tak jakby mój rytuał zawsze przed snem. Nie mogło być inaczej i tym razem.
– Tak? – Jack wyciągnął rękę kładąc mi łańcuszek na dłoń.
– Ale…
– Teraz rozumiesz?
Wpatruje się w niego próbując dostrzec chociażby jego oczy, lecz na marne. Ciemność spowiła każdy kąt, ledwo mogłam wyczuć metaliczny obiekt na ręce, mogłam jedynie go sobie wyobrazić.
– Myślisz że powiedziałbym to lekarzowi bez powodów? – ciągnie – Że posłałbym cię do niej gdybym się o ciebie nie martwił? Gdybym myślał że nic ci nie jest?
Z trudem zatrzymuje słowa które bezsilnie próbują ze mnie wyjść. Mogę przysiąść że go tam nie było. Że odłożyłam go tam gdzie zawsze. A jednak…
Fakty świadczą przeciwko mnie. Nawet gdybym mu przysięgła że tak było, co by to zmieniło? Nie da się tego odwrócić.
To nie pierwszy raz kiedy tak się stało. Od pewnego momentu rzeczy same się przemieszczają. Tak samo jak ten garnitur. Wcześniej przyszło mi na myśl że robi to Jack, ale jeśli to nie on to kto? Nikogo nie ma w domu oprócz mnie i Luny, a same raczej nie znikną.
Chyba że naprawdę problem tkwi wemknie. W końcu to nie byłoby nic dziwnego.
Na kogoś musiało to spa tylko czemu na mnie…
