Wielkość tekstu:

Rozdział szósty: Filtrowanie

Kari

Poranek jest chłodny, a delikatna mgła leniwie unosi się nad ogrodem, otulając drzewa i krzewy wilgotnym całunem. Powietrze pachnie rosą i ziołami, a każdy oddech przynosi ulgę dla napiętych nerwów. Spaceruję powoli po żwirowej ścieżce, wsłuchując się w rytmiczny szelest drobnych kamyków pod stopami. Obok mnie idzie Ina  jedyna osoba, przy której mogę pozwolić sobie na odrobinę szczerości. Ale nawet przed nią muszę być ostrożna.

Mój plan wymaga konsekwencji. Jeśli mam udawać zainteresowanie Idmuntem, muszę robić to wiarygodnie  nawet w rozmowie z Iną. A jednocześnie… nie chcę, by uwierzyła w to za bardzo.

– Nadal jesteś przeciwna małżeństwu? – zagaduje cicho, spoglądając na mnie z ukosa. Jej spojrzenie jest przenikliwe, ale w głosie pobrzmiewa nuta troski.

Westchnę ciężko, bawiąc się zielonym listkiem zerwanym z krzewu. Przesuwam palcami po jego delikatnych brzegach, czując pod skórą jego kruchość.

– Oczywiście, że tak. Nie zmieniłam zdania i nie zamierzam zmieniać. Nie potrzebuję męża, Ino. – Moje słowa są stanowcze, choć w głosie słychać cień zmęczenia.

Ina również wzdycha, jakby spodziewała się tej odpowiedzi. Patrzy przed siebie, jakby ważyła każde słowo, zanim je wypowie.

– Ale twojemu ojcu to nie wystarczy.

– Wiem – mruczę, zaciskając dłoń na liściu. Czuję, jak jego cienka struktura kruszy się pod naciskiem palców.

Przez chwilę milczymy, wsłuchując się w świergot ptaków i szelest liści poruszanych przez wiatr. Słońce powoli przebija się przez mgłę, malując ogród złotym światłem. W końcu to ja przerywam ciszę:

– Lucien wydaje się rozsądny. Gdybym musiała wybierać… może jego dałoby się znieść.

Ina patrzy na mnie badawczo, jakby próbowała odczytać, na ile mówię prawdę.

– A Veladan?

– Jest… poprawny. Miły, ale podejrzanie cichy. –Unoszę brew, jakby próbowała przekonać samą siebie.

Ina uśmiecha się lekko, ale nic nie komentuje. Zna mnie zbyt dobrze, by nie wyczuć, że coś jeszcze ukrywam. Po chwili sama dorzucam mimochodem:

– No i Idmunt.

Skrzywiam się odruchowo, ale pilnuję, by mój ton pozostał swobodny. Gdybym przesadziła w którąkolwiek stronę, Ina od razu by to wyczuła.

– No właśnie –śmieje się cicho, przyglądając mi się z rozbawieniem. –O nim mówisz najwięcej.

Zmierzam się z nią wzrokiem, po czym wzruszam ramionami z lekkim uśmiechem.

– Bo jest najbardziej irytujący. I to bardzo. Jak rzep, który nie chce się odczepić.

Ina unosi brew, jej oczy błyszczą rozbawieniem.

– Czyżby?

Wzdycham teatralnie i wywracam oczami.

– Przyznaję, że przynajmniej nie udaje kogoś, kim nie jest. Jest szczery w swojej arogancji.

– I chyba zaczynasz go lubić – zauważa cicho, z tym swoim złośliwym błyskiem w oku.

To moja szansa. Jeśli mam ją przekonać, muszę to rozegrać jak trzeba.

– Może… zaczynam rozumieć, że nie jest aż tak całkiem nieprzydatny. – Rzucam jej znaczące spojrzenie, po czym dodaję z udawaną lekkością

Ina marszczy brwi.

–Kari, nie powinnaś igrać z ogniem.

Uśmiecham się cicho. Wiatr rozwiewa moje włosy, oplatając je wokół twarzy jak pajęczyna.

–Może to ogień powinien uważać na mnie.

Brzmię pewnie. Może nawet zbyt pewnie. Ale muszę to część roli, część planu. Muszę przekonać wszystkich, że naprawdę zaczynam się skłaniać ku Idmuntowi. To jedyny sposób, by zyskać przestrzeń, czas i przewagę.

Tylko dlaczego, do diabła, zaczynam mieć wrażenie, że sama w to wszystko zaczynam wierzyć?

 

*******

Słońce zawisa w zenicie, zalewając dziedziniec pałacu złocistym blaskiem. Powietrze drży od gorąca, a kamienne płyty pod stopami są niemal rozżarzone. Pot spływa mi po karku, ale to nie ma znaczenia. Jak co dzień o południu stoję na placu treningowym, gotowa na kolejną lekcję pod czujnym okiem mojego wuja, Timeona.

– Skup się, dziewczyno – rzuca Timeon, obracając w dłoni sztylet. – Twój refleks jest dobry, ale jeszcze nie idealny.

Uśmiecham się lekko, przyjmując pozycję bojową. Jestem szybka. Precyzyjna. Perfekcyjna w sztuce rzucania ostrzami. W moich dłoniach broń jest przedłużeniem myśli, instynktów.

Timeon wykonuje szybki ruch nadgarstkiem, rzucając sztylet prosto w drewniany cel po drugiej stronie dziedzińca. Broń wbija się głęboko, niemal w sam środek.

– Teraz ty – mówi z wyzwaniem w głosie.

Nie musi powtarzać dwa razy. Moja ręka błyskawicznie wędruje do pasa, gdzie mam przypięte własne ostrza. Wykonuje płynny ruch, a sztylet śmiga w powietrzu i wbija się w ten sam punkt, co broń wuja. Ledwie sekundę później rzucam drugi i trzeci. Wszystkie trafiają niemal idealnie, układając się w jedną linię.

– Hah! – Timeon parska śmiechem, przecierając kark. – Może i mam do czynienia z mistrzynią, ale nie zapominaj, że w walce wręcz nikt ci nie da czasu na rzucanie.

Zanim zdążę odpowiedzieć, rzuca się na mnie. Uchylam się przed pierwszym ciosem i szybko wyprowadzam kontratak – niskie kopnięcie, mające podciąć mu nogi. Timeon unika go, ale tylko po to, by zaraz zostać uchwyconym w mój szybki chwyt. Blokuje jego ramię i wykręcam je do tyłu, zmuszając go do przyklęknięcia.

– Dobrze… bardzo dobrze –sapie , uśmiechając się pod nosem. – Ale nie zapominaj, że zawsze jest ktoś szybszy.

W jednej chwili wyrywa się z mojego uścisku i z błyskawiczną precyzją łapie mnie za nadgarstek, wykręcając mi rękę. Nim zdążę zareagować – chwilę później leżę już na ziemi, a nade mną stoi Timeon, wyciągając rękę w geście pomocy.

– Nieźle – przyznaje , łapiąc jego dłoń i podnosząc się. – Ale następnym razem to ja cię powalę.

Wuj parska śmiechem.

– O tym właśnie mówię, Kari. Nigdy nie myśl, że jesteś niepokonana. Zawsze jest miejsce na poprawę.

Nie odpowiadam, tylko uśmiechnęłam się lekko, ruszając po kolejne sztylety. Ledwie je podnoszę, a on atakuje ponownie. Tym razem nie zamierzam dać się powalić.

Blokuje jego cios, jednocześnie wykonuje szybki obrót i wymierzam kopnięcie w jego bok. Timeon odskakuję , ale ja jestem gotowa. Chwytam go za przedramię, chcąc wprowadzić rzut, jednak w ostatniej chwili to on przekręca moje ciało i powala mnie na ziemię. Ponownie 

– Jeszcze za wolno –mówi , unosząc brew. – Ale uczysz się szybko.

Wzdycham , otrzepując kurz z ubrania.

– Gdyby ojciec wiedział, że mnie uczysz… – patrzę mu w oczy. – Zabiłby cię.

Timeon przez chwilę milczy , a potem wzrusza ramionami.

– Może. Ale lepiej, żebyś potrafiła się bronić, gdy nadejdzie dzień, w którym będziesz musiała walczyć.

Chcę coś odpowiedzieć, gdy nagle na dziedziniec wchodzi jeden ze strażników. Jego twarz jest poważna.

– Panie Timeonie, król cię wzywa.

Timeon odwraca się w jego stronę, a potem patrzy na mnie.

– Jeśli chcesz poćwicz beze mnie , Kari. A jutro nie odpuszczę ci tak łatwo.

Przyglądam się , jak odchodzi, a w mojej głowie kołatała się jedna myśl co tym razem chcę od niego mój ojciec? 

Podnoszę ostrza z podłoża postanawiając jeszcze chwilę dopracować moją celność . Z uśmiechem na ustach trafiam prosto w cel wyobrażając sobie twarz Idmunta . To nie tak że jednego dnia mam ochotę go zabić ,a następnego muszę z nim współpracować absolutnie . Czuję jak bufiasta koszulka i gorset napinają moje ciało, gdy ja szykuję się do kolejnego rzutu.  Wtedy drzwi nagle się otwierają . Trafiam prosto w nie ,a osoba, która w nich staje o mało nie dostaje ostrzem prosto w czaszkę .  

A w progu, z widoczną pewnością siebie, staje on – Idmunt, ubrany w odzież do treningu. Zatrzymuje się, jakby to, co się działo, nie miało dla niego żadnego znaczenia. Patrzy na mnie, z miną całkowicie znudzoną, jakby moja precyzyjna gra była zwykłą rutyną.

Sztylet, który minął się z jego głową, wydaje jedynie cichy dźwięk. Jego wzrok jest nieobecny, nie ma zamiaru reagować na cokolwiek.

Ignoruje go. Skupiłam się z powrotem na rzucaniu. Kolejny sztylet w moich rękach. Kolejny ruch ciała. Zaledwie chwila i trafiam w cel. Moje dłonie są pewne. Moje ruchy  czyste. 

Idmunt rusza w moją stronę, nie zwracając uwagi na sztylety, które Lądują w ziemi lub w drewnie. Jego postawa jest nonszalancka, jakby nic, co się działo, nie ma wpływu na niego. Jeden z sztyletów łapie w locie, przekręcając go w dłoni , jakby był to element rozrywki.

Jego zbliżenie się nie sprawiło, że czuję strach. Wręcz przeciwnie  jest to moment, w którym wiem , że nie muszę niczego udawać. Przestaje myśleć o jego obecności, ignorując go, choć w głębi duszy wiem , że on jest zawsze o krok przede mną.

Czuje jak jego obecność staje się coraz bardziej namacalna. Nagle, znikąd, zimny metal przywiera do mojej skóry . Sztylet, który wcześniej trzymał w ręku, teraz spoczywa na mojej krtani. Moje ciało lekko drży, ale nie pozwalam , by cokolwiek w mojej postawie zmieniło się.

Jego ciepły oddech dotyka mojego ucha, a jego szept jest niemal drwiący:

– Masz Deja vu?

Mój oddech szaleje, gdy czuję jego ciało napierające na moje. Serce wali mi jak oszalałe, a krew dudni w uszach. Co on najlepszego wyprawia?! Instynktownie czuję zagrożenie  nie mogę mu na to pozwolić. Prawą dłonią wybijam sztylet z jego ręki z siłą, jakiej sama się po sobie nie spodziewałam. Stal z głośnym brzękiem uderza o podłogę, a ja wykorzystuję moment, by odepchnąć go od siebie tak mocno, jak tylko potrafię. Cofając się, odwracam głowę  i natrafiam na jego spojrzenie.

Szare oczy Idmunta są jak stal  zimne, przenikliwe, śledzą każdy mój ruch.

– Nie, a powinnam, książątko? – rzucam prowokacyjnie, a w moim głosie pobrzmiewa wyzwanie.

Nie tracę czasu. Sięgam po ostrze, które wcześniej rzuciłam, lecz nim zdążę je chwycić, czuję nagłe, mocne szarpnięcie. Jego dłonie zaciskają się na moich biodrach jak stalowe obręcze.

– Och, nawet o tym nie myśl– mruczy mi do ucha, a jego głos ociera się o moje zmysły niczym jedwab i stal jednocześnie.

Napiera na mnie, przyciągając tak blisko, że czuję twarde mięśnie jego brzucha na swoich plecach. Przez ułamek sekundy zastygam. Bliskość, intensywność tej chwili – to wszystko na moment mnie obezwładnia. Ale tylko na moment.

Gwałtownie otrząsam się z chwilowego zamroczenia. Zaciskam szczęki i uderzam łokciem celnie, mocno, prosto w podbrzusze. Idmunt cofa się o krok, ale nie wydaje z siebie nawet jęku. Jego twarz pozostaje niewzruszona, jakby cios w ogóle go nie zabolał.

Czy to maska? A może naprawdę jest aż tak odporny?

– Nie mów do mnie „Księżniczko” –syczę, podnosząc wzrok na jego twarz.

Nie odpowiada. Jego oczy błyszczą dziwnym blaskiem, a kącik ust drga ledwie zauważalnie.

Nagle rzuca się do ataku. Jego pierwszy cios nadchodzi błyskawicznie ale ja go wyczuwam. Zręcznie unikam uderzenia, odskakując w bok. Jego dłoń przecina powietrze tam, gdzie przed chwilą znajdowała się moja twarz.

Mój oddech przyspiesza, gdy nasze ciosy spotykają się w powietrzu  jeden za drugim, precyzyjne, silne, niemal jak zaplanowany taniec śmierci. Idmunt atakuje szybko, ale ja równie zręcznie unikam uderzeń, odwdzięczając się własnymi.

Metaliczny dźwięk uderzeń odbija się echem w przestrzeni, a nasze spojrzenia są jak ostrza mierzymy się nimi, szukając słabości.

Między jednym wdechem a drugim słyszę jego głos:

– A czemu nie?

W ułamku sekundy wyprowadzam błyskawiczny cios, podcinając mu nogi. Zaskoczony, traci równowagę i z impetem ląduje na plecach. Nie daję mu nawet chwili na reakcję. Błyskawicznie doskakuję do niego, siadam na jego biodrach i przyciskam mu sztylet do gardła. Moje serce bije jak szalone, dłoń zaciska się mocniej na rękojeści broni. Patrzę mu prosto w oczy, szukając w nich strachu. Ale… tam go nie ma.

Zamiast tego widzę coś innego. Coś, czego nie potrafię nazwać.

Jego usta układają się w leniwy, niemal rozbawiony uśmiech. W jego oczach błyska coś niepokojącego – niepokojącego, ale też… fascynującego.

– Powiem ci, moja pani – mówi niskim, spokojnym tonem – że jesteś ostra jak na królewską córkę.

Jego głos drażni moje nerwy jak ostrze przesuwające się po krawędzi szkła. Ale jeszcze bardziej drażni mnie to, że nie wygląda na pokonanego. Jakby mu się to… podobało.

Mocniej zaciskam wargi, jeszcze bardziej przyciskając ostrze do jego gardła. Powinien czuć zagrożenie. Powinien przynajmniej udawać, że się przejmuje. Ale nie. Idmunt patrzy na mnie tym swoim leniwym, drapieżnym wzrokiem, jakby cała ta sytuacja go bawiła. Jakbym nie była dla niego żadnym zagrożeniem.

Wbijam ostrze w jego skórę na tyle mocno, że jeśli się poruszy, na pewno poczuje pieczenie.

–Jak chcesz, mogę dopiero ci pokazać, jaka ostra potrafię być – syczę, nie odrywając od niego wzroku.

I wtedy to robi.

Przygryza dolną wargę, a jego spojrzenie leniwie przesuwa się po moim ciele, niemal jak dotyk. Czuję to fizycznie, ciepłe i natarczywe, jakby sunął dłońmi po mojej skórze, choć wcale tego nie robi. Jeszcze. Jego wzrok zatrzymuje się na mojej bluzce i gorsecie, jakby analizował każdy szczegół, każdy fałd materiału opiętego na mojej sylwetce.

A potem czuję jego dłonie.

Na moich biodrach.

Silne, pewne, jakby to było jego naturalne miejsce. Nie wiem, kiedy je tam położył, ale teraz nie tylko jego spojrzenie przesuwa się po moim ciele czuje go też fizycznie, ciepło jego skóry, lekki, ale pewny uścisk.

Jego szare oczy ciemnieją.

–Uwierz mi, wiewióreczko, nie mogę się doczekać, by to sprawdzić – mruczy ochryple, a jego głos ociera się o moje zmysły niczym szorstki aksamit.

Wciągam ostro powietrze, próbując zapanować nad narastającą falą irytacji. Nie powinien tak mówić. Nie powinien tak na mnie patrzeć.

I na pewno nie powinien mnie dotykać.

Powinnam go przeciąć. Chociaż trochę, by nauczył się, że nie jestem kimś, kogo może lekceważyć.

Ale on wciąż się nie boi.

Czuję jego oddech na mojej skórze, czuję, jak napięcie między nami wisi w powietrzu, ciężkie i duszne, jakby zaraz miało eksplodować. Moje serce bije miarowo, ale zbyt szybko. Zbyt mocno.

Zaciskam palce na rękojeści sztyletu.

–Może lepiej nie testuj mojej cierpliwości, książątko – pochylam się niżej, niemal muskając ustami jego skórę, ale to tylko po to, by przypomnieć mu, kto tu rządzi.

A jednak to on się uśmiecha. Powoli. Pewnie.

Jego palce mocniej zaciskają się na moich biodrach.

– Może to właśnie chcę zrobić – szepcze, a ja wiem, że nie żartuje.

Coś we mnie ściska się niebezpiecznie mocno.

– Możesz sobie pomarzyć, książę –syczę, niczym wąż, zbliżając ostrze jeszcze bliżej jego skóry.

Jego palce na moich biodrach zaciskają się mocniej, a on pochyla się odrobinę niżej, tak blisko, że czuję jego ciepły oddech na mojej skórze.

– Jeszcze zobaczymy– szepcze niskim, pewnym siebie tonem.

I zanim zdążę w ogóle zareagować, czuję, jak cały świat nagle wiruje. Z jego strony to czysty instynkt i siła  zanim się orientuję, to ja ląduję na plecach, a Idmunt jest nade mną. Jego dłonie przytrzymują moje nadgarstki nad głową, a jego ciało przyciska mnie do ziemi.

– Nie zapomnij, że musisz udawać we mnie szaleńczo zakochaną – mruczy mi do ucha, jego głos nisko wibruje, niemal drażniąc moją skórę.

Parskam cicho, ale nie spuszczam z niego wzroku.

– Nie musisz mi nawet przypominać – odpowiadam, a potem unoszę brew i dodaję z satysfakcją: – A po drugie, to tyczy się też ciebie.

Czuję, jak jego oddech przyspiesza, choć próbuje to ukryć. Ale to, co robi potem, sprawia, że na ułamek sekundy całe moje ciało napina się w nieznanym mi dotąd odruchu.

Pochyla się niżej, jeszcze bardziej, a jego nos delikatnie muska moją szyję, jakby… mnie wąchał?

Nie wiem, czy robi to celowo, by mnie wytrącić z równowagi, czy po prostu tak działa jego instynkt, ale cokolwiek to jest, sprawia, że moje serce przyspiesza.

– Chyba muszę – mruczy cicho, jego usta niebezpiecznie blisko mojej skóry. – Skoro obgadujesz mnie ze swoją przyjaciółeczką.

Zamieram.

Otwieram usta, ale przez dłuższą chwilę nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

Skąd on wie?

Nie widziałam go nigdzie rano. Byłam w ogrodzie, rozmawiałam z nią…, ale jego nie było w pobliżu. Prawda?

– Ty… –zaczynam, ale nagle z boku rozlega się chrząknięcie.

Zamieram, Idmunt także.

Powoli odwracam głowę, a moje serce nagle wali mocniej.

– Idmunt, możesz zejść z mojej siostrzenicy, zanim zrobię to za ciebie?

Głos wujka Timeona rozbrzmiewa w sali, spokojny, ale na tyle stanowczy, że Idmunt powoli prostuje się, choć nie wygląda na szczególnie przejętego.

Ja natomiast mam ochotę zapaść się pod ziemię.

Co on musi sobie teraz myśleć? W jakiej pozycji nas zastał?

Zaciskam szczękę i podnoszę się zaraz po Idmuncie, otrzepując ubranie, choć wiem, że bardziej robię to, by zająć czymś ręce, niż że jest to konieczne.

Przez dłuższą chwilę zapada niezręczna cisza.

Zmuszam się, by spojrzeć na wujka i przełykam ślinę.

– Wujku, mogę to wyjaśnić…

– Nawet nie wiem, czy chcę słyszeć, co tu się działo – przerywa mi, przecierając twarz dłonią, jakby próbował wyrzucić z pamięci to, co właśnie zobaczył.

Czuję, jak moje policzki zaczynają płonąć.

– To nie było to, na co wyglądało – dodaję szybko, choć sama nie jestem pewna, czy rzeczywiście brzmi to przekonująco.

Kątem oka widzę, jak Idmunt uśmiecha się z rozbawieniem. Oczywiście, że jego to bawi.

– Naprawdę? – Wujek unosi brew, patrząc na mnie badawczo. – Bo wyglądało na to, że moja siostrzenica tarza się po podłodze z…– Przerywa, a jego wzrok wędruje do Idmunta, którego twarz nadal zdobi ten irytujący uśmieszek.- …tym osobnikiem.

–Walczyliśmy – mówię szybko, krzyżując ręce na piersi.

– Och tak, zdecydowanie widziałem walkę – mruczy Timeon, po czym przewraca oczami.

Idmunt nie wytrzymuje i parska cichym śmiechem, jakby cała sytuacja niesamowicie go bawiła.

– Proszę się nie martwić, panie Timeonie – mówi z przesadną uprzejmością. – Zapewniam, że księżniczka nie doznała żadnej szkody.

Timeon posyła mu spojrzenie, które mogłoby zamrozić lawę, po czym przenosi wzrok z powrotem na mnie.

– Twój ojciec będzie zachwycony, kiedy się o tym dowie – mówi sucho.

Natychmiast prostuję się sztywno.

– Nie ma potrzeby, żeby ojciec wiedział…

Wujek Timeon bierze głęboki wdech, jakby walczył ze sobą, by nie powiedzieć czegoś, czego mógłby później żałować.

– Wiesz co, Kari? Może jednak nie powiem o tym twojemu ojcu – oznajmia powoli, spoglądając na mnie uważnie.

Mrugam zaskoczona.

– Nie powiesz?

–Nie powiem – powtarza, po czym rzuca Idmuntowi jeszcze jedno krótkie, oceniające spojrzenie.

Zanim zdążę odetchnąć z ulgą, Timeon podchodzi bliżej.

Nachyla się lekko i mówi cicho, tak że tylko ja mogę go usłyszeć:

– Gdybyś miała z nim problem, to chętnie pomogę ci go rozwiązać. Szczególnie z dwoma sztyletami w dłoniach.

Jego głos jest spokojny, ale czuję pod nim stal to nie była pusta groźba. Wujek zawsze był dla mnie surowy, ale nigdy nie pozwoliłby, by coś mi się stało.

Nie mogę powstrzymać lekkiego uśmiechu.

– Dzięki, wujku – szepczę równie cicho.

Z tyłu czuję, jak Idmunt się wierci, prawdopodobnie próbując wychwycić, o czym mówimy.

– Ale poradzę sobie  – dodaję, prostując się z udawaną pewnością siebie.

Timeon przygląda mi się przez chwilę, jakby oceniał, czy rzeczywiście w to wierzę.

– Mam nadzieję –mówi w końcu, prostując się. –Bo jeśli nie, to jak mówiłem… z chęcią z nim to wyjaśnię.

Patrzę, jak Idmunt krzyżuje ramiona, mrużąc lekko oczy

– Panie Keord, jeśli ma pan do mnie problem, to niech pan powie to do mnie, a nie do swojej siostrzenicy.

Cisza, jaka zapada po jego słowach, jest niemal namacalna.

Wujek Timeon mierzy go chłodnym, lodowatym wręcz wzrokiem, w którym nie ma już cienia wcześniejszego rozbawienia. Idmunt jednak ani drgnie, patrzy mu prosto w oczy z tym swoim typowym, nonszalanckim uśmieszkiem.

Ja natomiast czuję, jak moje serce na chwilę zamiera. Jakim cudem on usłyszał tamte słowa?

Otwieram usta, kompletnie zaskoczona, ale zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, wujek tylko przewraca oczami i prycha cicho pod nosem.

–Niebywały słuch, książę –mówi z suchością, po czym macha ręką. –A teraz wybaczcie, ale muszę już iść. A wy dwoje… zero walk.

Zmierza do wyjścia, zostawiając mnie z Idmuntem i tą niezręczną atmosferą, która między nami wisi.

Idmunt krzyżuje ramiona i patrzy za nim z czymś, co podejrzanie przypomina wyzwanie.

Ja natomiast spoglądam to na niego, to na wujka i dochodzę do jednego wniosku.

Oni na pewno się nie polubią.