Kari
Gabinet ojca pachnie woskiem i dymem ze świec, ale ja czuję tylko metaliczny posmak gniewu na języku. Siedzę sztywno w fotelu, wbijając paznokcie w podłokietniki, byle tylko nie pokazać, jak bardzo drżą mi dłonie. Wciąż mam przed oczami jej ciało.
Leży na schodach, jej blond włosy rozsypane po zimnym kamieniu jak płynne złoto . Oczy miała otwarte, patrzyły martwo w sufit. Krew zbyt ciemna, zbyt nierzeczywista lała się po płytkach , tworząc makabryczny wzór.
– Powtórz – głos ojca wyrywa mnie z myśli.
Idmunt nie waha się ani przez chwilę.
– Zabójstwo miało miejsce na głównych schodach, późno w nocy. Służka księżniczki została zamordowana szybkim cięciem nożem. Brak świadków, jedynym dźwiękiem był jej krzyk , a gdy ja i wasza córka przybyliśmy na miejsce ktoś uciekał z miejsca zbrodni .
Zaciskam zęby.
– To była moja służka –mówię , powoli, z całą kontrolą, jaka we mnie jeszcze została . –Miała ledwie dziewiętnaście lat.
Ojciec rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie, ale nie zwracam na nie uwagi.
– Możliwe, że to księżniczka była celem – mówi Idmunt.
Prychnęłam.
– Oczywiście, że tak. Bo świat kręci się wokół mnie, prawda?
Patrzy na mnie spokojnie, z tą swoją irytującą powagą.
– To nie przypadek, Kari . Jeśli ktoś chciał dostać się do twojej komnaty, a natknął się na twoją służkę…
– Wystarczy – przerywa mu, po czym spogląda na mnie. – Nie będziesz opuszczać zamku.
Zamieram na jego słowa .
– Co?
– Nie możesz być narażona na kolejne ataki.
– Nie możesz mnie uwięzić!
– Mogę i zrobię to, jeśli będzie trzeba – odpiera chłodno.
Czuję , jak coś we mnie się gotuje, jak krew pulsuje w uszach.
– To absurd! – wyrzucam z siebie. – Mam się zamknąć w pokoju i czekać, aż morderca znajdzie sobie inny sposób?!
– Nie dyskutuj ze mną – rzuca sucho.
Nie dyskutuj ze mną.
Zaciskam pięści. Biorę ostry oddech i spoglądam na Idmunta. Stoi wyprostowany, beznamiętny, niewzruszony. Oczywiście. Jego to nie dotyczyło. Jego nikt nie zamykał w złotej klatce.
– To twoja wina –syczę , ignorując pulsującą w skroniach złość.
Unosi brew.
– Moja?
– Gdyby nie twoje ciągłe podejrzenia, ojciec nie wpadłby na ten idiotyczny pomysł!
– Ochrona twojego życia to nie paranoja.
– Przestań mówić, jakbym była porcelanową lalką!
Nie czekam na odpowiedź. Zrywam się na równe nogi i wychodzę , trzaskając drzwiami.
Korytarz jest chłodny, mroczny, ale ja czuję , jak gniew pali mnie od środka. Oddycham szybko, wściekłość dudni mi w piersi. Ojciec. Jego rozkazy. Idmunt. Jego wyrachowana obojętność.
Mam go dość.
Mam ich wszystkich dość.
A najbardziej w tej chwili chcę , żeby Idmunt po prostu zniknął.
Korytarz zdaje się nie mieć końca, choć znam go na pamięć. Każdy zakręt, każdą wnękę, każdy wzór na zimnej, kamiennej posadzce. Ale tej nocy, po tym, co zobaczyłam, wszystko wydawało się inne.
Nie mogę złapać tchu. Idę przed siebie, mijając strażników, służbę, ale nie zwracam na nich uwagi. W uszach wciąż dudniły mi słowa ojca, jego rozkaz, jakby mogło mnie to powstrzymać. Jakby mogło mnie to ocalić.
Po chwili słyszę za sobą czyjeś kroki. Szybkie, równe, znajome. Nie muszę się nawet odkręcać .
– Kari – głos Idmunta jest spokojny.
Przyspieszam kroku . Nie miałam ochoty na kolejną rozmowę z nim, nie teraz.
–Rudzielcu , zatrzymaj się.
Nie słucham go idąc dalej. Po chwili czuję jak jego dłoń zaciska się na moim nadgarstku.
– Puść mnie –warczę , odwracając się gwałtownie. Moje oczy błyszczą gniewem, ale jego twarz jak zwykle pozostaje niewzruszona.–Natychmiast.
Nie słucha mnie .
– Nie możesz ignorować rozkazu króla. A raczej twojego ojca
– A ty nie możesz mnie dotykać –syczę , wyrywając rękę z jego uścisku. – Nie masz prawa.
Jego spojrzenie na moment łagodnieje , ale zaraz znów przybiera tę irytującą, kamienną powagę.
– Nie chcę, żebyś zginęła. To wszystko.
Parskam cicho .
– Nie udawaj, że ci zależy. Chodzi ci tylko o twój wielki plan, o którym nic nie wiem!
Zaciska szczękę. Przez chwilę myślę , że odpowie, że zrobi coś, co wybije mnie z tej furii. Ale zamiast tego, po prostu cofa się o krok.
– Jeśli chcesz mnie nienawidzić, droga wolna. Ale twoje życie jest ważniejsze niż twoja duma.
– Moja duma? –powtarzam , niemal nie dowierzając. – Nie masz pojęcia, o czym mówisz.
Odwracam się na pięcie i ruszam dalej. Tym razem mnie nie zatrzymuje . Nie musi . Bo kiedy docieram do swoich komnat, uświadamiam sobie coś, co sprawiło, że cała wściekłość zmienia się w lodowaty, strach.
Idmunt ma rację.
Ktoś chciał mnie zabić. A my nie wiemy, dlaczego ,przecież w królestwie od dawna panuje pokój.
*******
Każdy żołnierz w zamku pilnuje mnie jak najcenniejszego klejnotu, a każde moje spojrzenie na drzwi spotykało się z czujnym wzrokiem strażnika. Nie mogę zrobić nawet kroku bez towarzystwa i to nie tylko straży. Mój ojciec postanowił pójść o krok dalej i powierzył moje „bezpieczeństwo” na dzisiejsze popołudnie Idmuntowi. Znając życie to on przekonał do tego mojego ojca by jeszcze bardziej wkupić się w jego łaski.
Dlatego teraz siedzę naprzeciw niego, na balkonie przylegającym do moich komnat, przy stole zastawionym posiłkiem, na który nie mam najmniejszej ochoty.
Cisza między nami jest ciężka, pełna niedopowiedzianych słów. Po naszej wcześniejszej sprzeczce nie zamierzam go przepraszać, ale równie dobrze mogę spróbować jakoś przerwać to napięcie. Nie mam wyboru jest teraz moim cieniem, czy tego chcę , czy nie.
Wzdycham cicho, odkładając widelec i opierając się na oparciu krzesła.
– Powiedz mi coś o sobie – rzucam nagle.
Idmunt unosi brew, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.
– O mnie?
– Tak. O tobie. O twojej rodzinie. O czymkolwiek, co sprawi, że będę miała choć cień powodu, żeby ci zaufać.
Przez chwilę wydaje się, że mnie zignoruje, ale w końcu odkłada nóż i patrzy mi prosto w oczy.
– Mój ojciec był surowy, ale sprawiedliwy – mówi wolno. – Matka… Matka była wszystkim, co dobre w tym zamku. Kiedy ojciec zmarł, musiałem przejąć jego obowiązki, zanim jeszcze byłem na to gotowy.
W jego głosie nie ma ani cienia emocji, ale dostrzegam coś w sposobie, w jaki zaciska palce na krawędzi stołu.
– Musiałeś? –pytam , nie kryjąc sceptycyzmu.
– Każdy syn władcy musi – odpiera po prostu. – Chyba nie muszę ci tego tłumaczyć.
Parskam cicho.
– Nie, rzeczywiście nie musisz.
Przez chwilę wpatruje się we mnie, jakby chciał coś dodać, ale w końcu sięga po kielich wina i pociąga łyk.
– A ty? – rzuca nagle. – Jeśli już rozmawiamy, powiedz mi… Czy zawsze byłaś tak uparta?
Uśmiecham się drwiąco.
– Oczywiście. I nie zamierzam tego zmieniać.
– Ani trochę? – W jego oczach miga coś na kształt rozbawienia.
Nachylam się lekko do przodu, opierając łokcie na stole.
– A co, zamierzasz mnie wychować na przykładną damę?
– Nie. Ale skoro mam cię pilnować, wolałbym, żebyś nie pakowała się w kłopoty.
– Nuda –mruczę , sięgając po kielich.
Tym razem to on parska cicho, a ja uświadamiam sobie coś dziwnego.
Czuję napięcie ,lecz nie takie jak na początku . Teraz jest jakoś inaczej ? Tak może tak jest ,ale nie wiem czemu. Jednak po głowie krąży mi w tej chwili inna myśl . Dokładniej to wspomnienie z wczorajszej nocy . Do tej pory nie mogę wyrzucić troski Idmunta . Z drugiej strony co, jeśli to kłamstwo ? Już nie raz pokazał, że doskonale to umie ,więc wtedy też by to nie stanowiło dużego problemu dla niego .
Sama siebie ganię za to, że w ogóle pozwalam mu zagnieździć się w moich myślach. To niedopuszczalne. Nie ma mowy, by zawładnął moją głową, nawet w tak błahy sposób. Powinnam się skupić na tym, co dalej z naszym układem dopiero się zaczął, a już muszę rozważać jego przyszłość. Czy w tych okolicznościach nadal będziemy go kontynuować?
Moje myśli przerywa chrząknięcie. Mrugam, jakby chcąc się otrząsnąć i zerkam na Idmunta, który ewidentnie traci cierpliwość. W jego oczach czai się coś na granicy irytacji i rozbawienia, jakby doskonale wiedział, że dryfuję w swoich rozmyślaniach.
– Świetnie, skoro w końcu zaczęłaś mnie słuchać, to może dowiem się, czy księżniczka nadal chce kontynuować nasz układ – mówi, z lekko uniesioną brwią.
Mrużę oczy. Czy on właśnie sugeruje, że mogłabym się wycofać?
– A to niby dlaczego miałabym to zrobić? – pytam, splatając ramiona na piersi.
Z jego ust wydobywa się głośne prychnięcie.
– No nie wiem… Może boisz się reprymendy od ojca? – Jego ton jest złośliwy, niemal wyzywający.
Podnosi mi ciśnienie. Jak on śmie?
– Pilnuj własnego nosa, książę, by przypadkiem nikt tronu ci nie zwędził – odpowiadam chłodno, rzucając mu spojrzenie pełne wyzwania.
Przez krótką chwilę jego twarz przypomina kamienną maskę, ale w jego oczach coś się tli, coś, czego nie potrafię do końca rozgryźć.
– Dobrze – odzywa się w końcu, jakby ocenił, że moja odpowiedź go satysfakcjonuje. – Bo od teraz musimy być jeszcze bardziej przekonujący. Twój ojciec, po tym wszystkim, co się stało, zapewne będzie chciał przyspieszyć szukanie ci męża.
Jego głos brzmi tak lekko, jakby mówił o pogodzie, a nie o czyjejś śmierci.
Patrzę na niego z niedowierzaniem.
– Co jest z tobą nie tak? – pytam wprost.
Idmunt przygląda mi się z lekkim uniesieniem brwi, jakby nie do końca rozumiał moje oburzenie.
– Mówisz o śmierci tak lekko i… – Zacinam się, szukając właściwych słów.
– Bo znam jej posmak lepiej, niż możesz sobie to wyobrazić, wiewióreczko – przerywa mi, a jego spojrzenie wbija się we mnie jak ostrze. – Po tym, co widziałem i czego doświadczyłem, to, co stało się twojej służącej, to dla mnie nic.
Upija łyk wina, jakby rozmowa o śmierci była zwykłym tematem do dyskusji przy stole. A ja? Wpatruję się w niego, próbując zrozumieć, co takiego mógł przeżyć, że martwe ciało kobiety nie wywołuje w nim najmniejszej reakcji. Mam ochotę pytać, drążyć, ale wiem, że nie powinnam. On jeszcze nie odkrył przede mną wszystkich swoich kart, więc ja też nie odkryję swoich. Moja nadmierna ciekawość może mnie zgubić.
Przenoszę wzrok na las otaczający wschodnią stronę zamku. Od początku obiadu czuję się obserwowana, a to uczucie nasila się z każdą chwilą. Może to tylko moja wyobraźnia…, ale coś nie daje mi spokoju.
Nagle czuję, jak coś opada na moje ramiona. Czarna marynarka. Materiał jest ciepły, pachnie orzechami zmieszanymi ze świeżą bryzą. Przez ułamek sekundy jestem oszołomiona.
– Nie jest mi zimno – rzucam, nie podnosząc wzroku.
Idmunt pochyla się lekko, jego głos ociera się o moje ucho jak cichy szept.
– Gęsia skórka na twoich ramionach mówi co innego – mówi, a ja czuję, jak ciarki przebiegają mi po plecach. – Pamiętaj, rudzielcu, gramy w tej samej drużynie. I dopóki będziesz mi potrzebna, możesz liczyć na moje wsparcie.
Bliskość znika tak szybko, jak się pojawiła. Idmunt wraca na swoje miejsce, zakładając ręce na piersi, jakby nic się nie stało. A ja siedzę nieruchomo, czując ciepło marynarki i coś jeszcze coś, czego nie potrafię nazwać.
Teraz wiem jedno. Mimo kilku miłych słówek nasza relacja wcale nie jest przyjazna. I skoro już się w tym upewniłam, mogę traktować go dokładnie w ten sam sposób, w jaki on traktuje mnie.
********
Kilka godzin później plac przed zamkiem wypełnia tłum. Ludzie zgromadzili się, gdy tylko rozeszła się wieść, że mój ojciec osobiście wygłosi przemówienie. Stoi na podwyższeniu, otoczony strażnikami, jego sylwetka wyprostowana, spojrzenie surowe. Widzę, jak jego wzrok omiata tłum, jak ocenia, analizuje. Jest królem, a królowie nie mogą sobie pozwolić na okazanie słabości.
– W obliczu ostatnich wydarzeń – zaczyna niskim, stanowczym tonem – zmuszeni jesteśmy wprowadzić nowe zasady mające na celu ochronę królestwa. Od teraz każdy, kto chce opuścić Aurion, musi zgłosić się osobiście do mnie. Każdy, kto pragnie wejść do zamku, zostanie poddany szczegółowej kontroli. Po godzinie dwudziestej pierwszej nikt nie ma prawa opuszczać swojego domu.
Ludzie zaczynają szeptać. Niezadowolenie narasta, jak burza zbierająca się na horyzoncie. Widzę marszczące się brwi, słyszę ciche pomruki protestu. Nikt nie lubi ograniczeń, a mój ojciec właśnie je nakłada bezdyskusyjnie, bez miejsca na sprzeciw. W końcu ktoś nie wytrzymuje.
– Dlaczego mamy się poświęcać? – jego głos niesie się ponad tłumem. – To koronie grozi niebezpieczeństwo, nie nam!
Cisza. Przeciągająca się, napięta. Ludzie wstrzymują oddech, czekając na odpowiedź mojego ojca. Ja również. Znam go. Wiem, że nie pozwoli sobie na podważenie swojego autorytetu, że nie znosi sprzeciwu. A jednak zanim on zdąży cokolwiek powiedzieć, moje ciało samo reaguje. Robię krok naprzód.
– Królestwo to nie tylko korona – mówię stanowczo, wbijając wzrok w mężczyznę. Czuję, jak serce bije mi mocniej, ale nie mogę się cofnąć. – Jeśli władca jest zagrożony, to zagrożeni jesteśmy wszyscy. Jeśli bramy zamku padną, nie ochronią nikogo z was.
Słowa same płyną z moich ust, choć wewnętrznie walczę z ich ciężarem. Czy naprawdę w to wierzę? Czy bronię ojca, bo wiem, że ma rację… czy dlatego, że nie mogę pozwolić, by ktokolwiek podważył jego władzę? Moje myśli kotłują się w głowie, ale na zewnątrz pozostaje niewzruszona. Nie mogę pokazać ani chwili zawahania.
Tłum porusza się niespokojnie. Niektórzy wyglądają na przekonanych, inni wciąż niepewnie wymieniają spojrzenia. Czuję na sobie spojrzenie ojca. W końcu unoszę głowę i patrzę na niego.
Spodziewam się gniewu. Spodziewam się irytacji, że wtrąciłam się bez pozwolenia, że odezwałam się, kiedy nie powinnam. A jednak… widzę coś zupełnie innego.
Dumę.
Jestem zaskoczona. Nigdy nie myślałam, że zobaczę takie uczucie w jego oczach skierowane ku mnie. Przez ułamek sekundy coś ściska mnie w środku. Nie zgadzam się z nim w wielu kwestiach. Nie znoszę jego poglądów na rolę kobiet, na moje miejsce w tym królestwie. Ale wiem jedno jest świetnym królem.
A dziś, przez tę krótką chwilę, widzę, że on również dostrzega coś we mnie.
