Rozdział 6
Kennan
Pierwsze, co zobaczyłam po otwarciu oczu, to różowiejące niebo za oknem. Jego blady kolor rozlewał się po kamiennych ścianach pokoju, nadając im złudzenie ciepła, którego tu nie było i pewnie nigdy nie będzie. Przez chwilę leżałam nieruchomo, pozwalając myślom dryfować gdzieś między snem a jawą. I tak nie miałam po co wracać do snu – zaraz musiałabym się zbierać na poranną zbiórkę. Jedyna korzyść z tego, że się obudziłam, to dodatkowy czas. Nie zamierzałam go zmarnować.
Powoli usiadłam na łóżku, pozwalając mięśniom i zesztywniałym stawom dojść do siebie po nocy spędzonej na zbyt twardym materacu. Pokój był jeszcze pełen półmroku, a cisza wydawała się gęsta, lepka, przerywana jedynie oddechami śpiącej współlokatorki. Zerknęłam na przeciwległe łóżko. Nerys spała wyprostowana jak struna, z dłonią opartą tuż obok rękojeści noża. Nawet przez sen nie odpuszczała czujności. Nie wiedziałam, czy to efekt szkolenia, czy życia, które nauczyło ją, że nawet sen może zabić.
Cicho zsunęłam nogi z łóżka, rozglądając się po pokoju. Moje rzeczy były tam, gdzie zostawiłam je poprzedniego wieczoru – torba oparta o nogę biurka, broń schowana pod poduszką. Poświęciłam chwilę na krótki przegląd ekwipunku – nawyk, którego nie da się oduczyć. Wzięłam sztylety, sprawdzając, czy nie stępiły się przez noc, po czym ruszyłam w stronę szafy. Starałam się być cicha, ale drewniana podłoga skrzypnęła cicho pod moim ciężarem – zamarłam, nasłuchując. Nerys nie poruszyła się ani o milimetr.
Wygrzebałam z szafy czarną, lekko za dużą koszulkę, której rękawy sięgały mi niemal do łokci. Wsuwając na siebie spodnie w tym samym odcieniu. Nie było sensu wybierać czegokolwiek innego. Tutaj i tak liczyło się tylko to, czy możesz się w tym ruszać.
Z przyzwyczajenia sprawdziłam broń. Sztylety wróciły na swoje miejsce przy biodrach, wzięłam również zapasowe ostrze i wsunęłam je do cholewki. Dopiero wtedy uznałam, że mogę wyjść.
Wyszłam z pomieszczenia najciszej, jak umiałam, zamykając drzwi za sobą bezszelestnie. Korytarz był niemal pusty, wypełniony bladym światłem wschodzącego słońca, które przeciskało się przez wąskie okienka. Kamienne ściany wydawały się jeszcze zimniejsze niż wieczorem, a powietrze miało w sobie wilgoć nieprzespanego ranka.
Dotarłam do schodów i przez chwilę wahałam się, w którą stronę pójść. Mogłam zejść w dół i poszukać miejsca, gdzie miała odbyć się zbiórka, albo wejść wyżej i spróbować powęszyć – może dowiem się czegoś, czego nie powinnam. Oczywiście wybrałam opcję drugą. Ciekawość rzadko bywa bezpieczna, ale nie umiałam się jej oprzeć.
Korytarz na górze nie różnił się prawie niczym od tego, który zostawiłam za sobą. Rząd drzwi ciągnął się po prawej stronie, wszystkie identyczne: ciężkie, drewniane, z prostymi mosiężnymi klamkami, niektóre nadgryzione zębem czasu. Przesuwałam się wzdłuż ściany, starając się nie robić hałasu, choć echo moich kroków i tak odbijało się od kamieni.
Chwila. Środkowe drzwi różniły się od pozostałych jedną rzeczą – miały na sobie wytłoczony symbol. Nie zdążyłam się jednak przyjrzeć, gdy kątem oka wychwyciłam gwałtowny ruch za oknem. Zatrzymałam się jak wryta.
Nigdzie nie pomyliłabym tej grzywy.
— Ja pierdole… — syknęłam pod nosem, wystrzeliwując w stronę okna szybciej, niż nakazywał rozsądek.
Karmelka – ta łakoma bestia – właśnie szła w kierunku jakiejś postaci, która wyciągała w jej stronę jabłko. Od razu poczułam, jak krew pulsuje mi w skroniach. Kiedyś ten koń doprowadzi mnie do zawału, a i tak nie potrafiłabym długo się na nią gniewać. Gdybym mogła, już teraz przeszłabym przez ścianę, by ją odciągnąć.
Nie myśląc, puściłam się biegiem w stronę wyjścia. Tym razem nie dbałam już o ciszę – każdy krok odbijał się echem na schodach, aż w końcu niemal wpadłam barkiem na jakiegoś chłopaka.
— Patrz, jak—
Nie usłyszałam reszty, nie miałam czasu na uprzejmości. Przesunęłam go na bok szybkim ruchem ramienia i pognałam dalej, nie oglądając się za siebie.
Wypadłam jak proca przez bramę, z sercem bijącym gdzieś w okolicach gardła. Poranne powietrze było zimne, rześkie. Rozejrzałam się gwałtownie, starając się określić, w którą stronę ten żarłok poszedł – przez moment ogon Karmelki mignął mi gdzieś na horyzoncie, niemal natychmiast znikając w cieniu jednego z budynków.
Pognałam w tamtym kierunku, byle szybciej, byle nie musieć tłumaczyć się potem, że mój koń włóczy się po warowni jak bezpański pies. Z każdym krokiem czułam narastającą frustrację – to nie był pierwszy raz, kiedy Karmelka postanowiła zrobić po swojemu. Przysięgam, ona bawi się moją cierpliwością.
Gdy znalazłam się już blisko, podniosłam głos, nie dbając o to, kto usłyszy:
— Łapy precz od mojego konia!
Wewnątrz panował chłód, pachniało sianem i końską sierścią, a światło wpadające przez szczeliny w deskach rysowało na ziemi jasne pasy. Moja wiecznie kapryśna klacz łasiła się właśnie do dowódcy, jak oswojony kot, spokojnie chrupiąc jabłko z jego dłoni.
Zdradliwa bestia.
Przez chwilę scena wyglądała absurdalnie: Emrys, oparty niedbale o barierkę, podający owoc mojej łakomczusze, a ona – cała w ekstazie, z uszami położonymi po sobie, niemal mrucząca.
Emrys powoli odwrócił głowę. Jego spojrzenie było spokojne, lekko rozbawione, ale pod powierzchnią wyczułam coś ostrego.
— Twojego, powiadasz?
— Tak. — Nie spuściłam z niego wzroku, gotowa bronić Karmelki nawet przed nim. Spojrzał z powrotem na klacz.
— Ciekawe. Bo wygląda, jakby właśnie zmieniała właściciela.
Uniósł brew, a ja zacisnęłam dłonie na pasie.
— Spróbuj ją zabrać, a pożałujesz.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. W kącie oka widziałam, jak Karmelka wyciąga łeb do kolejnego jabłka, nie przejmując się naszym starciem.
— Grozisz dowódcy pierwszego dnia? — zapytał cicho, z odrobiną rozbawienia.
— Ostrzegam.
Karmelka szturchnęła go chrapami, domagając się jeszcze jednego kawałka owocu. Westchnęłam ciężko.
— Serio? — Klacz odpowiedziała cichym parsknięciem, jakby ją rozbawiła cała sytuacja.
— Widzę, że przynajmniej ona potrafi ocenić ludzi — rzucił Emrys, sięgając po kolejne jabłko.
— To łakomczuch. Ona ocenia wyłącznie jedzenie.
— To wiele wyjaśnia.
Podeszłam bliżej, ignorując jego obecność na tyle, na ile potrafiłam. Karmelka natychmiast wyciągnęła łeb również w moją stronę, jakby liczyła, że i ja mam coś do jedzenia.
— Zdrajczyni. — Klepnęłam ją lekko po szyi, a ona odpowiedziała kolejnym parsknięciem. Przez moment poczułam nawet coś w rodzaju wdzięczności, że mam tu choć jedno stworzenie, które nie udaje.
Emrys obserwował nas przez chwilę w milczeniu. Nie lubiłam sposobu, w jaki patrzył. Jakby już wyrobił sobie o mnie zdanie.
— Jest z tobą długo?
Pogłaskałam klacz po grzywie.
— Wystarczająco. — Nie miałam ochoty wdawać się w szczegóły. Ta historia należała tylko do mnie.
Nie drążył tematu. Za to jego wzrok przesunął się po moich sztyletach, potem po ubraniu. Nie podobało mi się, jak jego milczenie staje się coraz bardziej wymowne.
— Zwiedzasz twierdzę przed zbiórką?
Zamarłam na ułamek sekundy, starając się nie zdradzić zdziwienia.
— Nie wiedziałam, że obowiązuje zakaz spacerów. — Na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny cień uśmiechu.
— Nie obowiązuje. — Zapadła krótka cisza, w której słychać było tylko ciche mlaskanie Karmelki i odległe pohukiwanie gołębi znad dachu stajni. — Ale są miejsca, do których lepiej nie zaglądać.
To zdanie zawisło między nami. Przypomniały mi się drzwi z wyrytym symbolem. Więc jednak coś tam było. Czułam, jak rośnie we mnie ciekawość – i jak równie mocno powinnam ją stłumić, jeśli chcę tu przetrwać.
— Zapamiętam — powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. Nie odpowiedział. Po prostu odsunął się od Karmelki, jakby rozmowa dobiegła końca.
— Zbiórka za dziesięć minut.
Ruszył do wyjścia. Minął mnie, zatrzymując się dopiero przy drzwiach.
— I następnym razem lepiej pilnuj swojego konia.
Przez chwilę patrzyłam za nim, aż zniknął w jasnym świetle podwórza. Spojrzałam na Karmelkę. Klacz nawet nie próbowała udawać skruszonej. Przeciwnie, patrzyła na mnie z wyczekiwaniem, jakby cała scena była tylko kolejną okazją do zdobycia przysmaku.
— Kiedyś przez ciebie osiwieję — westchnęłam, głaszcząc ją po szyi.
Przed wyjściem ze stajni odprowadziłam Karmelkę do boksu. Klacz obrzuciła mnie obrażonym spojrzeniem, jakbym to ja była winna temu, że skończyły się jabłka. Pogłaskałam ją krótko po szyi, szepcząc cicho coś na pożegnanie – i ruszyłam w kierunku drzwi. Przez chwilę jeszcze słyszałam jej niezadowolone parsknięcie, gdy zamykałam za sobą zasuwę.
Na zewnątrz powietrze było już cieplejsze, słońce wspinało się coraz wyżej, rzucając ostre cienie na dziedziniec. Przestrzeń powoli zapełniała się ludźmi – większość kandydatów zdążyła już się zebrać, tworząc nierówny półokrąg naprzeciwko głównych drzwi fortecy. Stanęłam z tyłu, opierając się ramieniem o chłodny mur.
Moją uwagę od razu przyciągnęła Nerys. Stała kilka metrów ode mnie, wyprostowana jak posąg, z rękami splecionymi za plecami. Jej sylwetka była napięta, a spojrzenie skierowane gdzieś ponad głowami innych – jakby obecność pozostałych w ogóle jej nie interesowała.
Nieopodal dostrzegłam też nieśmiałego chłopaka z poprzedniego dnia. Nerwowo poprawiał pas przy pancerzu, co chwilę zerkał na ludzi wokół siebie, jakby próbował zdecydować, gdzie powinien stanąć. Jego ruchy były niespokojne, drobne, unikał kontaktu wzrokowego z osiłkami, którzy już zaczynali żartować między sobą, rzucając głośniejsze uwagi. Od razu było widać, kto w tej grupie czuje się jak drapieżnik, a kto jak zwierzyna.
Gdzieniegdzie słychać było cichy śmiech. Ktoś próbował rozładować napięcie, inna dwójka szeptała coś do siebie, zerkając ukradkiem w stronę głównych drzwi. Kilka osób stało samotnie z ramionami skrzyżowanymi na piersi, jakby już od pierwszego dnia przygotowywali się na walkę. Gdzieś z boku kilka osób najwyraźniej próbowało zawrzeć pierwszy sojusz.
Stanęłam spokojnie w cieniu, pozwalając sobie na krótką analizę. Wiedziałam, że w takich miejscach lepiej nie wychylać się ani nie dawać powodu do plotek – przynajmniej do czasu, aż poznasz reguły gry. Przez chwilę po prostu patrzyłam, jak wszyscy próbują udawać, że są tu przypadkiem, choć każdy z nas przyszedł po swoje.
— W szeregu! — rozległ się głos, ostry jak cięcie nożem. Rozmowy urwały się natychmiast, jakby ktoś dłońmi zgasił dźwięk
Na dziedziniec wyszli instruktorzy. Emrys szedł pierwszy – wyprostowany, obojętny, jakby czekał, aż ktoś się potknie. Pozostali ustawili się za nim półkolem, chłodne spojrzenia, sztywne sylwetki. Każdy z nich wyglądał, jakby umiał wyczuć słabość na odległość.
— Od dziś nie jesteście gośćmi — powiedział spokojnie, jakby recytował wyrok. — Jesteście kandydatami. Spóźnienia nie będą tolerowane. Samowolne opuszczanie terenu również. Jeśli ktoś uważa, że pięć miesięcy to za długo, brama nadal jest otwarta.
Nikt się nie poruszył. Wszyscy stali w miejscu, jakby wbici w ziemię. Nawet ci, którzy jeszcze chwilę temu puszczali nerwowe żarty, teraz milkli.
— Dobrze. Zaczniemy od sprawdzenia waszej kondycji.
Nie było zmiłuj. Ledwo padło polecenie, zaczęliśmy biegać. Pierwsze okrążenie – wszyscy jeszcze udawali, że to drobnostka, ledwo rozgrzewka. Po trzecim kilku próbowało łapać oddech przez zaciśnięte zęby, żeby nie pokazać słabości. Po piątym zaczęli zostawać w tyle ci, którzy wcześniej najgłośniej się śmiali. Po ósmym ciężko oddychał już niemal każdy; powietrze drgało od chrapliwych szeptów i stłumionych przekleństw.
A to był dopiero początek.
Instruktorzy nie dawali nam ani chwili wytchnienia. Szybko zrozumiałam, że nie chodziło o wynik. Chodziło o moment, w którym ciało zaczynało błagać, żeby się zatrzymać.
Mięśnie paliły przy każdym kroku, ale zaciskałam zęby. Nie zamierzałam dać im satysfakcji. Nie pierwszego dnia.
Kątem oka obserwowałam pozostałych. Nerys poruszała się pewnie i równo, jakby jej ciało znało te ćwiczenia na pamięć. Nie wyglądała na zmęczoną bardziej niż ja – chociaż trudno było do końca to ocenić, bo jej twarz nie zdradzała niczego.
Za to nieśmiały chłopak wyraźnie ledwo dawał sobie radę. Kilka razy potknął się podczas biegu, raz niemal spadł z przeszkody, innym razem musiał łapać równowagę, żeby nie wywinąć orła przed wszystkimi. Ale za każdym razem podnosił się i próbował dalej. Był uparty. To było więcej, niż mogłam powiedzieć o kilku osiłkach, którzy zamiast skupić się na ćwiczeniach, znajdowali jeszcze czas na wyśmiewanie słabszych.
Jeden z nich minął chłopaka podczas biegu.
— Rusz się, księżniczko.
Pozostali parsknęli śmiechem.
Chłopak zacisnął szczęki, ale nie odpowiedział. Widziałam w jego spojrzeniu upór – ten rodzaj zaciętości, który nie robi wrażenia na tłumie, ale czasem bywa wszystkim, co zostaje.
Trening trwał jeszcze dobrą godzinę. Czułam, jak pot spływa mi wzdłuż kręgosłupa, jak niechęć do tej całej gry miesza się z satysfakcją, że znowu nie pękłam.
Kiedy w końcu padł rozkaz zakończenia ćwiczeń, większość kandydatów wyglądała, jakby marzyła tylko o tym, żeby usiąść i nie wstać przez najbliższy tydzień. Ja też czułam zmęczenie – ale starałam się tego nie okazywać. W tym miejscu nawet zmęczenie może być bronią wymierzoną w ciebie.
Emrys przeszedł przed szeregiem, mierząc nas spojrzeniem.
— To była rozgrzewka.
Kilku kandydatów jęknęło pod nosem.
Emrys uniósł wzrok.
— Jeśli to was zmęczyło, to lepiej przyzwyczajajcie się do porażek.
— Za godzinę zaczynają się zajęcia teoretyczne. Macie czas doprowadzić się do porządku. Nie zmarnujcie go.
Odwrócił się i odszedł razem z instruktorami.
Kilka metrów dalej dostrzegłam nieśmiałego chłopaka. Szedł z opuszczoną głową, jakby miał nadzieję, że jeśli tylko będzie wystarczająco mały, stanie się niewidzialny. Niestety, ktoś inny miał wobec niego zupełnie inne plany.
— Ej, księżnisiu! — rozległ się głos, ostry, podszyty kpiną.
Chłopak nawet się nie odwrócił. Przyspieszył tylko kroku, jakby chciał zniknąć w tłumie, ale drugi osiłek zastąpił mu drogę, z szerokim uśmiechem na twarzy.
— Głuchy jesteś?
Zatrzymał się niepewnie, zdezorientowany.
— Ja… nie…
— Nie? — prychnął tamten, wyraźnie zadowolony z przewagi. — To może nauczymy cię słuchać.
Nim zdążył się zorientować, podstawił mu nogę. Chłopak runął na kamienie tak niefortunnie, że torba wyleciała mu z ręki i potoczyła się kilka metrów dalej, rozsypując część zawartości. Grupa osiłków wybuchnęła śmiechem, głośnym i pełnym satysfakcji. Jeden z nich kopnął torbę jeszcze dalej, jakby to była gra, a nie czyjeś rzeczy.
Chłopak poderwał się, próbując ją podnieść, ale dostał mocne pchnięcie w ramię. Znowu stracił równowagę, kolanem otarł się o kamienie.
Westchnęłam cicho. Mogłam odejść. Nie był moim problemem. Wystarczyło przejść obok i udawać, że nic nie widzę. Tak byłoby rozsądniej. Ale zanim zdążyłam się powstrzymać, nogi poniosły mnie w jego stronę.
Podniosłam torbę z ziemi i wyciągnęłam ją w stronę chłopaka.
— Trzymaj.
Chłopak spojrzał na mnie z wyraźnym zaskoczeniem. W jego oczach zobaczyłam coś pomiędzy ulgą a niedowierzaniem.
— Dzi-dziękuję… — wyjąkał, próbując ją odebrać.
Nie zdążył. Silna dłoń wyrwała torbę z mojej ręki. Uniosłam wzrok.
Jeden z osiłków przez chwilę marszczył brwi, jakby zastanawiał się, czy opłaca mu się robić ze mną problem, aż w końcu parsknął śmiechem.
— No proszę. — Odwrócił się do kolegów, prezentując mnie jak zdobycz. — To ta wariatka, która o mało mnie nie stratowała.
Kilku z nich zachichotało; czułam na sobie ich wzrok, szukający słabego punktu.
— Widzę, że lubisz pakować nos w nie swoje sprawy.
Bez słowa wyrwałam mu torbę i ponownie podałam ją chłopakowi.
— Idź — powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Zawahał się.
— Ale…
— Idź — powtórzyłam.
Nie trzeba było powtarzać trzeci raz. Odszedł niemal biegiem, ściskając torbę jak tarczę.
Typ, który stał na czele grupy, zrobił krok w moją stronę. Był prawie o głowę wyższy, szeroki w barach, z rękami jak z żelaza. Jego cień padł na moją twarz.
— Chyba nie wiesz, z kim zadarłaś.
Spojrzałam mu prosto w oczy, nie ruszając się nawet o krok.
— Wiem wystarczająco.
— Tak? I co niby wiesz? – prychnął kpiąco.
— Że ktoś, kto naprawdę jest groźny, nie potrzebuje publiczności.
Za jego plecami rozległo się kilka cichych gwizdów, ktoś się roześmiał. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
Przysunął się jeszcze bliżej, z ustami zaciśniętymi w cienką linię.
— Uważaj, do kogo otwierasz gębę.
Nie drgnęłam.
— Skończyłeś?
Wpatrywaliśmy się w siebie, napięcie narastało z każdą sekundą. Coraz więcej kandydatów zaczęło się zatrzymywać, tworząc wokół nas luźny krąg. W powietrzu wyczuwałam ekscytację – czekali, aż ktoś pierwszy wyda cios.
— Masz odwagę — mruknął osiłek, mierząc mnie wzrokiem. — Zobaczymy, czy ci jej nie zabraknie.
— Co tu się dzieje?!
Znajomy głos przeciął napięcie jak ostrze. Amy niemal wbiegła między nas, rozglądając się po zebranych, po mnie i po dryblasie. Teatralnie przyłożyła dłoń do policzka.
— Kennan… naprawdę? Minęło pół dnia.
Westchnęła ciężko, jakby właśnie dostała największy kłopot z całego naboru.
— Zostawiłam cię samą dosłownie na chwilę.
Na kilku twarzach pojawiły się rozbawione uśmiechy a na niektórych z niewiadomego powodu wyraz obrzydzenia; napięcie powoli opadało.
Osiłek prychnął z pogardą.
— Tym razem masz szczęście.
Odwrócił się, ale zanim odszedł, rzucił przez ramię:
— Następnym razem mogą nie zdążyć.
Patrzyłam za nim, dopóki nie zniknął między budynkami. Po plecach przeszedł mi zimny dreszcz – nie z powodu strachu, raczej z niechęci do tego całego teatrzyku.
Amy zafundowała mi długą lekturkę na temat tego, że nie powinnam „rozrabiać” jak ona to ujęła już pierwszego dnia. Mogłam chociaż poczekać do pierwszych sparingów, jeśli tak bardzo ciągnęło mnie do bitki – jej słowa brzmiały jak połączenie matczynej troski i zirytowanej opiekunki. Starałam się nie przewracać oczami zbyt ostentacyjnie, ale i tak miałam wrażenie, że Amy dostrzega każdą moją reakcję.
Gdy już nagadała swoje i upewniła się, że słyszałam każde „nie rób tego więcej”, kazała mi iść ochłonąć. Nie protestowałam. Szczerze mówiąc, sama miałam ochotę na chwilę spokoju. Usiadłam na pobliskiej ławce, sięgnęłam po manierkę z wodą i wzięłam kilka łyków. Chłodne krople spłynęły mi po gardle, odrobinę studząc emocje. Przetarłam usta skrawkiem bluzki, czując szorstką tkaninę pod palcami Kilkanaście par oczu nadal śledziło każdy mój ruch. Jeszcze rano plan był prosty — wtopić się w tłum. Najwyraźniej właśnie przestał istnieć. Gdzieś w oddali usłyszałam ściszone szepty, nieznacznie przekręciłam głowę, parę metrów dalej stały dwie dziewczyny, skupiłam na nich słuch.
— To ona? — rzuciła, niższa z nich o lekko piegowatej cerze. — Ta od dowódcy?
— Podobno. — odparła druga o ciemniejszej karnacji.
— Nieźle się ustawiła.
Świetnie. Nawet mnie nie znali, a już wymyślili, kim jestem. Nie zdążyłam usłyszeć więcej gdy nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, zmaterializował się chłopak, któremu przed chwilą pomogłam. Zatrzymał się tuż obok ławki, jakby nie był pewien, czy powinien usiąść, czy tylko podziękować i uciec.
— Hej. — Przełknął nerwowo ślinę. — Jestem Flynn. Chciałem ci jeszcze raz podziękować… za tamto.
Nie odpowiedziałam od razu. Przez chwilę patrzyłam przed siebie, udając, że skupiam się na czymś innym. Flynn jednak nie odchodził. Stał tak, jakby czekał, aż go odprawię. Nie wiedziałam, co zrobić z czyjąś wdzięcznością. Z groźbami radziłam sobie zdecydowanie lepiej.
W końcu rzuciłam sucho:
— Kennan.
Chłopak natychmiast się rozpromienił. Ta nagła zmiana niemal mnie rozbawiła. Ten sam nieśmiały, przestraszony chłopak, który jeszcze chwilę temu był ofiarą, teraz z iskierką wdzięczności i nadziei w oczach. Otrząsnęłam się szybko – nie przyszłam tu po przyjaciół.
Zdecydowałam, że kąpiel przed zajęciami będzie najlepszym pomysłem na dalszą część dnia. Bez słowa wstałam i ruszyłam w stronę łaźni, zostawiając Flynna tak, jak stał – z niedopitym zdaniem na ustach i niepewnym uśmiechem. Nie oglądałam się za siebie. Gdybym to zrobiła, prawdopodobnie musiałabym przyznać, że pierwszy raz od dawna ktoś próbował podejść do mnie bez złych zamiarów.
