Wielkość tekstu:

Nie można cię naprawić

Odkąd pamiętam, nazywano mnie aniołem. Mama nazywała mnie tak w dzieciństwie. Później nauczyciele. Przyjaciele.
Każdy po kolei i wszyscy naraz.
Prawdziwy anioł.
Aż zaczęto nazywać mnie Samael.
Nie mam z tym problemu.
W końcu nie każdy anioł musi mieć od razu skrzydła, a ja wyznaczam swoją własną sprawiedliwość.

 

Kto by się spodziewał, że po zostaniu aniołem moim największym problemem stanie się pozyskiwanie jedzenia? Na pewno nie ja. To brzmi trochę jak abstrakcja, prawda? Też tak myślę.
Szkoda, najwyraźniej trzeba czasem wychodzić na zewnątrz. Tak, też za tym nie przepadam. Moi przyjaciele się ze mną zgadzają. Zawsze się zgadzają. Zupełnie jakby nie mieli innego wyboru.
No cóż.
W końcu skoro tylu ludzi może za kilka groszy sprzedać dziecko, to chyba nawet ja już postępuję lepiej! Mam nadzieję, że wszyscy się zgadzają.

 

Wychodząc na zewnątrz, tylko na ułamek sekundy przeszło mi przez myśl, że już prawie nie pamiętam, jak to jest wychodzić za dnia.
Na szczęście ta myśl szybko mnie opuściła. Skupianie się na nieistotnych sprawach w niczym nie pomaga. Wiem to już od dawna.
Tak samo, jak w niczym nie pomaga przejmowanie się innymi. Ja muszę przeżyć, jeśli ktoś spróbuje mi w tym przeszkodzić, nie pozostawi mi wyboru.

 

Jedzenie zawsze sprawiało mi radość. Przynajmniej tak mi się wydaje. W sumie to nie pamiętam. Po prostu, gdy myślę o tym, jak cudownie smakuje ten czerwony sos, aż nie chce mi się wierzyć, że zawsze jest w zestawie z resztą. Wszyscy wiedzą, o co chodzi. Nie mam zamiaru tłumaczyć. To nie tak chcę coś ukryć. Po prostu, jeśli ja coś wiem, to wszyscy moi przyjaciele też. Wszyscy rozumieją, prawda?

 

Uspokajanie oddechu zawsze wychodziło mi doskonale.

 

Może to dzięki nauce gry na fortepianie? Albo to były skrzypce? Jeśli ktoś pamięta, niech mi przypomni.

 

Często właśnie dzięki temu udawało mi się uchodzić z życiem. Ludzie często dawali się nabrać na to, że nie umiem walczyć. Ostatecznie zawsze udawało mi się uciec, jeśli coś szło nie tak.

 

Uwielbiam, jak ludzie krzyczą za mną, że jestem aniołem. Na początku ciężko mi się było domyślić, o co im chodzi, ale w końcu do mnie dotarło. W końcu nie każdy potrafi to, co ja, prawda? Jednak nie pamiętam, kiedy to wszystko zaczęło. Może wtedy mnie jeszcze nie było? Nie. Co za bzdury.

 

Jak zawsze było mi ciężko nieść na plecach parę ogromnych, ciężkich, metalowych skrzydeł. Są moje i tylko moje. To dzięki nim mam imię Samael. To one działają na resztę. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale pozostałe nie zwracają na mnie uwagi. To niesamowite, że mogę chodzić między nimi. Być jednym z nich.

 

Och, tak. Pamiętam, jak łatwo było pokonać tamtego jednego. To było BUM, a potem SZUU, żeby na końcu zrobić TRACH! Naprawdę cudowne wspomnienie, szkoda tylko, że nikt nie widzi, jak gestykuluję. No tak, wszyscy moi przyjaciele to widzą! Naprawdę ciężko wyobrazić sobie coś fajniejszego. Pokonać największego wroga tego świata i stanąć na jego miejscu. Kojarzę chyba taką animację. Albo nie? Zresztą, co za różnica? Ja mam skrzydła! To chyba coś znaczy. Mam nadzieję, że wszyscy się ze mną zgadzają. Ja się zgadzam. To doskonałe!

 

Mama wielokrotnie mi powtarzała, że jestem jej aniołem. Tata, gdyby zobaczył mnie teraz, uznałby to za ironiczne. Według niego całe nasze życie było ironiczne.

 

A potem nagle go nie było! Naprawdę. Przysięgam, że to nie była moja wina. Każdy mi uwierzył? Przecież nawet mnie tam nie było. Nie wpuściliby tam nikogo w moim wieku. W sumie to trochę głupio umrzeć w ogniu. No bo co to za problem po prostu wyjść? W mojej sytuacji nie było problemu z wyjściem z warsztatu!

 

Po jego śmierci wszystko pozostało takie samo.

Ironiczne.
Nie miał kto mnie nauczyć jak przeżyć. Wszystko zależało wyłącznie od tego, czy się nauczę szybciej, niż zginę.

 

Chyba nikt nie sądził, że ten magazyn tu po prostu na mnie czekał, a potem rozciągnęła się nad nim magiczna kopuła i nikt inny nie mógł tu wejść? Oczywiście, że nie! W końcu karaluchów się pozbywa, co nie? Bo szczurów nie. Szczury zostawiam, żeby mogły zostać moimi przyjaciółmi. Chociaż muszę przyznać, że czasem ciężko mi je od siebie odróżnić.

 

Pamiętam, jak raz do środka dostały się wyjątkowo obrzydliwe karaluchy. Normalnie padłyby od trutki, jednak tym razem zmusiły mnie do wykończenia ich osobiście.

 

To był pierwszy raz, gdy moje uszy usłyszały karaluchy błagające o życie. Na początku wydało mi się to naprawdę dziwne, ale co tam! Każdy w końcu wie, że zwierzęta w wyjątkowych okolicznościach przemawiają ludzkim głosem. To musiała być jedna z tych sytuacji! Jak zwykle nie przepadam za takimi robalami, to wtedy dopadł mnie naprawdę ogromny głód. Każdemu się zdarza.

 

Niestety moje życie nie składa się jedynie z beztroskich dni. Jako Samael mam swoje obowiązki i muszę wymierzać sprawiedliwość. Po to istnieją anioły.

 

Uwielbiam sprawiedliwość! Mogę wtedy robić, co chcę. Oczywiście, dopóki to sprawiedliwe. Przecież nikt z nieograniczoną władzą i możliwościami nie uznałby, że to on teraz rządzi i nie musi się liczyć z innymi. No, chyba że byłby szalony. Mnie to nie dotyczy. Raz nawet zdarzyło mi się walczyć z aniołem. To nie była łatwa walka, w końcu trzeba było wykazać się niesamowitymi umiejętnościami!

 

Czasem zapominam, że nie mogę zdjąć tych skrzydeł. Zupełnie jakby były częścią mnie. Jakby zostały przyspawane do moich pleców. Na szczęście to niemożliwe.

 

Uwielbiam uczucie tego skrajnego bólu, gdy mój kręgosłup próbuje mi uciec z pleców! Wtedy jest naprawdę zabawnie. Zaczyna się moja ulubiona gra w „Czy dzisiaj wyrwą mi kręgosłup?”. To wspaniała gra, ale zawsze w niej przegrywam. No dobra. Tylko raz udało mi się wygrać, ale to było szczęście początkującego.

 

Momentami bywam na skraju wyczerpania. Zdarza mi się nawet

 

Ciekawe czy mechaniczny ojciec czasem sobie o mnie myśli. Oczywiście tylko w kontekście swojego najlepszego dzieła. Nie, nie jest w stanie, zdarza mi się o tym zapomnieć. Chociaż nie. Moim ojcem w końcu nie mógłby być człowiek! Jestem aniołem, więc moim ojcem powinien być Bóg! No tak, każdy może mieć słabszą pamięć!

 

Nad magazynem leciało ich tej nocy zaskakująco sporo. Zwykle przelatywały pojedynczo. Musiało się coś stać. Nie mogę jednak wyjść na zewnątrz i zobaczyć. Tak ogromny rój najpewniej nie będzie w stanie rozpoznać we mnie anioła. Skrzydła nie wystarczą.

 

Tyle aniołów na raz! W końcu mogę się wykazać. Pokonam je wszystkie i zostanę najważniejszym aniołem! Wystarczy wybiec na zewnątrz!

 

Stój! Zginę!

 

Widzą mnie! Dokładnie według planu. Szybko wylatuję w powietrze i rozwalam je jednego po drugim. Cudowne uczucie. Lawiruję w powietrzu. Wiatr we włosach. Cudownie! Wszystkie padają na ziemię, a ja nad nimi triumfuję!

— Jak cię zwą? — odzywa się do mnie jeden z aniołów.
— Samael!

 

— Maria.
Może oni również uznają mnie za a—

 

Ostatnie czego jestem świadoma, to uczucie ciągnięcie za skrzydła, przyspawane do mojego kręgosłupa. Kolejny dowód na to, jak żałosne były próby stworzenia sztucznych aniołów.