26.09.1406 r.n.ś.
Theran całą noc poganiała Enbarra, żeby jak najszybciej oddalić się od wioski. Teraz gdy nastąpił świt, znajdowali się już w wystarczającej odległości, żeby mogła się nieco rozluźnić.
Zatrzymała konia niedaleko murów miasta Kreut. Musiała na spokojnie przemyśleć następny ruch.
Dziewczyna, którą wiozła, nie odezwała się przez całą drogę. Nie przeszkadzał jej spokój, ale zdawała sobie sprawę, że to nigdy nie jest dobry znak.
— Wszystko w porządku, królewno? — spytała, chcąc pomóc dziewczynie zsiąść.
Enbarr poruszył się niespokojnie, gdy królewna zsunęła się z niego jak martwe ciało. Dotychczas każdy, kto się z nim obchodził, miał doświadczenie.
— Spokojnie — szepnęła Theran, głaszcząc go po chrapach i przytrzymując go w miejscu.
Dziewczyna ledwo stała na trzęsących się nogach. Widać było, że jest zbyt dumna, żeby przyznać, że potrzebuje pomocy.
Theran z ulgą zdjęła hełm. Zdążyła się już stęsknić za uczuciem wiatru na twarzy.
— Jesteś kobietą!? — Dziewczyna musiała przytrzymać się siodła, żeby nie upaść.
Theran już dawno nie widziała takiego szoku na czyjejś twarzy. Za to Enbarr zarzucił zadem, niezadowolony, że ktoś śmie tak się z nim obchodzić.
— Dlaczego jesteś zdziwiona? — Uniosła brew, lekko urażona. — I nie wieszaj się tak na nim. Nie jest zbyt cierpliwy.
Przeniosła ciężar dziewczyny na siebie i posadziła ją pod pobliskim drzewem. Wróciła na chwilę do siodła. Wyciągnęła z zawieszonych przy nim toreb manierkę z czarnego metalu, z wygrawerowanym na nim dwugłowym lwem. Podała go dziewczynie, żeby się napiła.
— Nie wyglądałaś na kobietę. Głos też miałaś męski… — mruknęła, próbując odkręcić korek, drżącymi dłońmi.
Widząc jej nieporadność, może trochę zbyt zamaszyście, Theran zabrała jej pojemnik i oddała już otwarty.
Dziewczyna gwałtownie wstrzymała oddech. Niepewnie przyjęła z powrotem manierkę i przyłożyła ją do ust. Gdy tylko pierwsze krople spłynęły jej do gardła, zakrztusiła się gwałtownie.
Theran patrzyła na nią, jakby nagle naprawdę okazała się księżniczką.
— Co to… jest? — spytała dziewczyna, odsuwając od siebie manierkę. Złapała się za gardło, kaszląc i plując.
Theran zmarszczyła brwi. Znów odebrała jej pojemnik i powąchała zawartość.
— Już myślałam, że się pomyliłam, ale nie. To wino — stwierdziła i sama wzięła łyk.
— Jest obrzydliwe, tego nie da się pić.
Zapadła cisza. Rycerka nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ani w ogóle co może teraz powiedzieć. Czuła się jak przy pierwszym spotkaniu z Enbarrem — nie ma pojęcia, co chodzi po głowie drugiej stronie i kiedy może zaatakować.
— Zatrzymajmy się na noc w mieście. Mam nadzieję na porządne łóżko i jedzenie. Do tego musimy kupić ci jakieś ubrania. Królewna nie powinna nosić byle czego. — Znów podeszła do Enbarra i schowała manierkę. — Jemu za to przyda się porządne czyszczenie, bo widzę, jak się z niego kurzy.
Na potwierdzenie tych słów klepnęła konia w zad. Natychmiast w powietrze wzbił się olbrzymi tuman kurzu. Wierzchowiec obrócił łeb w stronę rycerki i zarżał, jakby chciał pokazać, że sam jest oburzony swoim stanem.
— Jak możesz tak po prostu żartować? — szepnęła dziewczyna.
Theran spojrzała w jej stronę i przestała się uśmiechać.
— Uwierz mi, że jako królewnę czekają cię znacznie gorsze widoki niż tamten. Jak cię tam nazywali? Potrzebujesz fałszywego imienia.
— Zetla…
— Strasznie wiejskie…
Zetla drgnęła na te słowa. Wpatrywała się w Theran, jakby właśnie usłyszała największą możliwą obelgę.
— Potrzebujesz bardziej wyrafinowanego, ale jednocześnie podobnego, żebyś się nie pogubiła… — kontynuowała rycerka, nie zwracając na nią większej uwagi. — Ze… Zetiela? Nie… Zelata? Jeszcze gorsze…
Zamknęła oczy, żeby lepiej się skupić. Potrzebowała imienia, które będzie krzyczało KRÓLEWNA, ale jednocześnie, którego dziewczyna nie zapomni w stresie. Przed oczami stanęła jej kobieta, która była dla wszystkich uosobieniem wysokiego urodzenia.
— Juliette… — mruknęła pod nosem. — Juliette… Zetla… Zetielle! — gwałtownie otworzyła oczy.
Dziewczyna patrzyła na nią taką dezorientacją w oczach, jakby Theran nagle jej powiedziała, że od teraz będzie mieć drugą głowę.
— Od dziś masz przedstawiać się jako Zetielle, chyba że sama powiem ci inaczej — wyjaśniła.
— Ale… — Zetielle wyraźnie pogubiła się w tym wszystkim.
Theran westchnęła głośno. Myślała, że ta dziewczyna szybciej wszystko załapie.
— Masz na imię Zetielle, chyba że powiem inaczej. Nic więcej nie powinno cię na teraz obchodzić.
Zetielle miała minę, jakby chciała się kłócić, ale sama nie wiedziała, jak i o co.
Theran po prostu wyciągnęła z innej torby woalkę i po chwili zawahania się, westchnęła i rzuciła ją dziewczynie.
— Zakryj tym twarz. Ta wioska nie była daleko, więc ktoś mógłby cię tu znać. Niczego nie pragnę mniej niż zrównać to miasto z ziemią, ale będę zmuszona to zrobić, jeśli ktoś cię rozpozna.
Zetielle zbladła i przeszedł ją dreszcz. Posłusznie założyła woalkę na twarz.
— Wspaniale, pora znaleźć nocleg.
Theran przerzuciła wodze do przodu i głową dała znać dziewczynie, żeby wsiadła na konia.
Zetielle wpatrywała się w nią, nie ruszając się z miejsca.
— Na co czekasz? Wsiadaj — pogoniła ją rycerka.
— A jak? — Dziewczyna nie spuszczała wzroku ze zwierzęcia.
— O Leistungu… — westchnęła ciężko i puściła wodze. — Musisz włożyć nogę w strzemię, podskoczyć i przerzucić drugą nogę nad jego grzbietem.
— Nogę w co?
— W to zwisające poniżej siodła…
Zetielle zrobiła według instrukcji. A przynajmniej część, bo prawie przechyliła się do tyłu, próbując podskoczyć z jedną nogą w strzemieniu.
Theran przetarła twarz dłonią.
— Będzie ciężej niż sądziłam… — Podeszła bliżej. — Noga w strzemię i przytrzymaj się łęku siodła… Tego wystającego na siodle — westchnęła przeciągle. — Pomogę ci przeskoczyć, ale musisz się mocno odbić. Teraz!
Dziewczyna wybiła się mocno. Dzięki pomocy Theran przeskoczyła nad końskim grzbietem i wylądowała w siodle. Problemem okazało się, że zrobiła to, opadając całym ciężarem na plecy wierzchowca.
Enbarr gwałtownie podniósł głowę i położył uszy po sobie.
— Jak dobrze, że to nie jest zwykły koń, bo uszkodziłabyś mu kręgosłup — mruknęła rycerka, uciskając nasadę nosa. — Chociaż nawet jego możesz obić, po prostu spadając na niego całym ciężarem. Musisz to robić delikatnie… Nieważne. — Machnęła ręką, widząc obrażoną twarz dziewczyny. — Po prostu wyprostuj plecy, a ja go poprowadzę. Nie odzywaj się. Ja będę mówiła za ciebie.
Zetielle się nie odezwała. Tymczasem ona poprowadziła konia do głównej bramy miasta.
Zetla rozglądała się, podczas gdy rycerka, z hełmem ponownie na głowie, prowadziła konia. Nigdy wcześniej nie sądziła, że zobaczy tak ogromny mur z kamieni. I to wokół miasta! Co prawda wcześniej matka opowiadała jej o swoim rodzinnym mieście, ale to było zupełnie co innego zobaczyć to na własne oczy.
Na wspomnienie o matce mimowolnie ścisnęło jej się serce. Zirytowało ją to. Nigdy wcześniej nie czuła czegoś takiego.
— Wyprostuj się — mruknęła rycerka. — I wytrzyj oczy. Musisz wyglądać dumnie.
Zetla niewiele myśląc, wytarła twarz wierzchem dłoni. To też była dla niej nowość.
Zbroje rycerzy, stojących w bramie miasta, miały zwykły, metalowy kolor. Musieli być naprawdę nisko w hierarchii. Potwierdzał to fakt, że gdy tylko ją zobaczyli, od razu bardziej się wyprostowali.
Zetla przeniosła ciężar ciała na dłonie oparte o przód siodła i spojrzała na rycerzy z wyższością. W końcu to ona była tą najważniejszą.
Koń położył uszy po sobie i szedł dalej. Rycerka mocniej chwyciła uprząż.
Tym zarazem Zetla próbowała ukryć zachwyt. Tylko jak mogło jej się to udać, gdy widziała to wszystko po raz pierwszy?
Domy były z kamienia, nawet na drodze znajdowały się kamienie! Ludzie mieli tyle różnych ubrań i kolorów włosów. Do tego tylu ludzi w jednym miejscu!
Nawet nie zauważyła, kiedy rycerka niemal się z nią zrównała.
— Siedź prosto i patrz przed siebie — mruknęła.
Zetla przewróciła oczami i zrobiła obrażoną minę.
To ona była księżniczką. Nikt nie będzie jej mówił, co ma robić!
— Nie możesz mi mówić co mam robić. Jestem księżniczką.
— Królewną. — Głos rycerki brzmiał, jakby wycedziła to słowo przez zęby.
Zetla wzruszyła ramionami.
Rycerka nie odpowiedziała. Po prostu przyspieszyła kroku, znów idąc na równi z głową konia.
Theran odetchnęła z ulgą, widząc przed sobą gospodę. Po dotarciu pod drzwi pomogła Zetielle zejść z konia.
— Poczekaj tutaj chwilę, z nikim nie rozmawiaj i nie ruszaj się — poleciła.
Zaprowadziła wierzchowca do stajni i oddała pod opiekę stajennemu. Zanim chłopak zabrał Enbarra, odpięła od siodła torby i zarzuciła je sobie na ramię. W momencie, gdy stajenny zaprowadził wierzchowca głębiej, od razu po całej stajni rozniosło się przerażone rżenie koni.
Theran pokręciła tylko głową. Miała nadzieję, że Zetielle zrobiła to, o co ją poproszono.
Na szczęście dziewczyna wciąż stała w pobliżu.
— Chodź — poleciła, poprawiając torby.
W środku na szczęście nie było wielu ludzi. Jak można było sądzić po ubraniach, kupcy, jedzący niewyglądające najgorzej posiłki.
— Poproszę pokój dla dwóch osób — rzuciła, podchodząc do kobiety w średnim wieku, stojącej za barem.
— Przykro mi, ale już nie ma pokoi, idźcie gdzie indziej — mruknęła kobieta, nawet na nie patrząc.
Theran wyprostowała mocniej i zdjęła hełm.
— Powiedziałam, że poproszę pokój dla dwóch osób.
Tym razem jej głos zwrócił uwagę barmanki. I nie jej. Kilka osób zwróciło uwagę na jej czarną zbroję i szybko dało się usłyszeć szepty.
— Ach, proszę mi wybaczyć, pani. Niestety jedyny wolny pokój ma tylko jedno łóżko… — zaczęła tłumaczyć kobieta.
Theran sięgnęła do miecza i powoli, starając się, żeby rozbrzmiał dźwięk tarcia metalu o metal, wyciągnęła klingę na kilka centymetrów.
Twarz barmanki szybko zbladła, a szepty na moment ustały.
— Nie mam zamiaru powtarzać po raz trzeci — Theran zmarszczyła brwi.
— Tak, pani, rozumiem, nie musisz powtarzać. Właśnie sobie przypomniałam, że mamy nawet dwa pokoje!
— Wystarczy jeden, z dwoma łożami — odparła, chowając miecz z cichym szczękiem.
Zanim zdążyła usłyszeć cenę, chociaż zapewne kobieta była zbyt wystraszona, by żądać zapłaty, rzuciła na kontuar woreczek pełen złotych monet.
— To za jedną noc, kolację i śniadanie — wyjaśniła.
Mina kobiety jasno mówiła, że chyba nigdy nie widziała na raz tylu pieniędzy.
Theran miała lepsze mniemanie o Kreucie.
— Oto klucz, pani. Pokój numer sześć. Tymi schodami na pierwsze piętro i w prawo.
Barmanka podała jej klucz z niemal nabożną czcią. Theran wzięła go bez słowa i ruszyła wskazaną drogą. Co krok upewniała się, że Zetielle, wciąż jest blisko.
— Zostaniesz w pokoju, wasza wysokość, ja muszę ci kupić odpowiednie ubrania. Zamknę drzwi, żeby była bezpieczniejsza — mruknęła, otwierając drzwi pokoju i przepuszczając w nich Zetielle. — Proszę, odpocznij.
Rzuciła jeszcze torby za drzwi, zostawiając sobie jedną i zanim Zetielle zdążyła odpowiedzieć, zamknęła ją w środku.
Zetla nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Minął dłuższy czas, odkąd rycerka zamknęła ją w pokoju. Zdążyła już przejrzeć każdy kąt i poza najwygodniejszym łóżkiem w życiu, nie odkryła nic ciekawego.
Naturalnie jej uwaga zwróciła się w stronę toreb, pozostawionych przy drzwiach. Na początku chwilę się wahała, ale doszła do wniosku, że jako księżniczka, ma prawo tam zajrzeć.
Niestety, nie znalazła tam wiele rzeczy godnych uwagi. Przez chwilę zaciekawił ją kawałek dziwnie twardej skóry, wypełniony kawałkami dziwnego białego i kruchego materiału, na których znajdowały się jakieś czarne znaki. Szybko jednak odrzuciła przedmiot w kąt. Wydał jej się bezwartościowy.
Tak naprawdę nie wiedziała, do czego może służyć większość zawartości toreb. Nawet znalezione ubrania były nudne i w ogóle nieprzystające do jej pozycji. Na co komu drogie materiały skoro szyje się z nich najprostsze koszule i spodnie?
W końcu położyła się na łóżku, czego szybko pożałowała. Jej umysł, niezajęty niczym innym, zaczęły nękać niechciane myśli. Płonącej wioski. Rodziców. Raji.
Wstała gwałtownie i wróciła do porozrzucanych na podłodze rzeczy. Wcześniej nie miała zamiaru ich sprzątać, ale zrozumiała, że tylko to może jej pomóc. Musiała się czymś zająć.
Theran otworzyła drzwi pokoju. Już nie mogła się doczekać, aż zje kolację, weźmie gorącą kąpiel i pójdzie spać. Właśnie dlatego musiała wziąć głębszy oddech, gdy wchodząc do pokoju, zobaczyła dziewczynę, która miała zostać królewną, siedzącą na podłodze i próbującą upychać rzeczy do toreb, które zostawiła pod drzwiami kilka godzin wcześniej.
— Mogę wiedzieć, co robisz, wasza wysokość? — spytała, próbując zachować neutralny ton głosu.
— Ja? Nic — odpowiedziała Zetielle, odskakując od toreb.
Theran wciągnęła nosem więcej powietrza, niż potrzebowała i po chwili wypuściła je.
— Królewna nie powinna przeglądać cudzych rzeczy — upomniała ją, wchodząc głębiej do pokoju i znów zamykając drzwi na klucz.
— Jestem księżniczką, mogę robić, co tylko mi się podoba.
Theran musiała się oprzeć chęci uderzenia Zetielle płozą miecza.
— Po pierwsze, jesteś królewną, nie księżniczką. Po drugie, właśnie dlatego, że nią jesteś, nie powinnaś tego robić.
— To jest jakaś różnica między księżniczką a królewną? Księżniczka lepiej brzmi. Wzruszyła ramionami z obojętną miną.
Theran siłą powstrzymała się od zwrócenia oczu ku niebu.
— Królewna, jak sama nazwa mówi, to córka króla lub króli. Księżniczka to córka księcia lub księżniczki. To spora różnica — wyjaśniła.
Sama się sobie dziwiła, że zachowała spokojny ton. Co prawda wiedziała, że zrobienie z chłopki bolyerńskiej księżniczki będzie czasochłonne, jednak dopiero teraz dotarło do niej, co to naprawdę oznacza.
— Wiedziałaś, że jesteś księżniczką. Co wiesz na temat dworskiego życia? — spytała, mając nadzieję, że dziewczyna wie więcej, niż pokazuje.
Zetielle zamyśliła się przez chwilę.
— Wiem, że im ciemniejsze włosy, tym ważniejszym się jest! — stwierdziła z pełnym przekonaniem, patrząc prosto w oczy Theran.
Theran, zanim zdążyła pomyśleć, wypuściła szybciej powietrze nosem, a jeden kącik jej ust nieznacznie się uniósł. Było naprawdę źle.
— Przede wszystkim musisz zapamiętać, że to kłamstwo. Kolor włosów nie ma znaczenia na dworze. Liczy się tylko to, w jakiej rodzinie się urodziłaś. Powiedz mi jeszcze, co wiesz o sztuce wojennej, sytuacji politycznej w kraju i za granicą, religii i kulturze. No i muszę zobaczyć twój charakter pisma — stwierdziła.
Musiała po prostu znaleźć jej mocne strony.
— No… Leistung jest najważniejszym bogiem… a Liefde jest boginią miłości i błogosławi małżeństwom. I ten… prowadziliśmy wojnę, ale niedawno się skończyła.
Theran widziała jak z oczu Zetielle znika pewność siebie. Jednak nagle dziewczyna oczyściła gardło, przesadnie się wyprostowała i spojrzała na nią z wyższością dziecka, które sądzi, że jest już dorosłe. Nie mogła się oprzeć myśli, że Baldavier zachowywał się podobnie, gdy został Kapłanem.
— Dlaczego mnie wypytujesz i takie bzdury? Jestem księżniczką, czy tam królewną i nie mam zamiaru odpowiadać na pytania byle kogo — stwierdziła Zetielle, odwracając głowę w bok i wydając dźwięk przypominający prychnięcie.
Theran zacisnęła dłonie w pięści i wzięła kilka głębszych oddechów. Nie mogła jej teraz zamordować.
— Wybacz mi, wasza wysokość. W ramach łaski przyjmij, proszę tę o to suknię — poprosiła przymilnym tonem.
Wyjęła ze wciąż wiszącej jej na ramieniu torby, niebieską suknię. Nie była to może najpiękniejsza suknia, jaką w życiu widziała, ale nadawała się jako tymczasowe ubranie dla królewny.
Zetielle za to patrzyła na suknię, jakby była najpiękniejszą rzeczą, jaką w życiu widziała. Natychmiast wyciągnęła ręce i wzięła ubranie.
— Mogę ją już założyć? — spytała pełnym zachwytu głosem.
— Teraz, królewno, powinnaś zjeść, wziąć kąpiel, zjeść kolację i odpocząć. Nie wiedziałam jakie wymiary podać krawcowi, więc najwyżej jutro się ją poprawi. Podobnie jak pozostałe suknie.
Theran odłożyła torbę obok pozostałych, wzięła suknię z rąk Zetielle i rozłożyła ją na niewielkim stoliku pod oknem.
Zetla obudziła się jako pierwsza, gdy tylko promienie słońca zaczęły wpadać przez okno. Oddech miała szybszy i nie mogła pozbyć się uczucia niepokoju. Nie pamiętała, co jej się śniło, ale miała pewność, że nie było to nic przyjemnego. Spojrzała na rycerkę, która jedynie obróciła się plecami do okna.
Dziewczyna, niezbyt starając się być cicho, podeszła do stolika, na którym wciąż leżała suknia. Nie mogąc się powstrzymać, rozebrała się, żeby móc przebrać. Problem pojawił się w chwili, gdy próbowała wciągnąć na siebie suknię. Materiał okazał się cięższy, niż się spodziewała. Rycerka trzymała go tak lekko, że była przekonana, że taki właśnie jest. Do tego ilość warstw była niezwykle myląca i utrudniała wszystko jeszcze bardziej.
— Co ty wyprawiasz?
Usłyszała za sobą zachrypnięty głos rycerki. Niestety nie mogła na nią spojrzeć, ponieważ zaplątała się w materiale.
— Ubieram swoją nową suknię — stwierdziła z całkowitą pewnością siebie.
— To wygląda bardziej na żałosną walkę.
Cieszyła się, że w tym momencie nie mogła zobaczyć twarzy kobiety. Gdyby tylko była tu Raja, na pewno by jej pomogła bez cienia złośliwości… Albo jej rodzice.
Pisnęła cicho, czując na sobie dłonie rycerki.
— Cicho bądź i nie ruszaj się. Od rana tylko problemy.
Nawet Zetla nie mogła zignorować tak wyraźnej irytacji w jej głosie. Nie pamiętała, żeby w całym jej życiu ktokolwiek zwrócił się do niej w ten sposób. Jednocześnie zirytowany i zmęczony.
Zaczęła walczyć z łzami, nagle napływającymi jej do oczu. Nigdy wcześniej tak o nich nie myślała, ale po raz pierwszy poczuła, jak wyjątkowo traktowali ją rodzice i Raja…
— Jeszcze tego mi brakowało. — Rycerka już całkowicie porzuciła ukrywanie irytacji. — Królewna nie powinna płakać. To dobre dla ludu.
Zetla chciała wytrzeć twarz rękawem, ale jej ręka została zatrzymana w połowie ruchu.
— Nie waż się nawet. Od tego są chustki.
Już w następnej sekundzie miała w dłoni delikatny kawałek materiału. Problem w tym, że nie miała pojęcia co z nim zrobić.
Spojrzała z dezorientacją na rycerkę.
— Mój brat w wieku trzech lat lepiej sobie radził. — Rycerka głośno wypuściła powietrze nosem i machnęła ręką w stronę materiału, nazwanego wcześniej chustką. — Po prostu wytrzyj tym twarz. To nie jest nic skomplikowanego, prościej się nie da. Enbarr by to szybciej zrozumiał. — Z rycerki biła coraz większa irytacja.
Zetla pierwszy raz naprawdę poczuła się zagrożona. Była królewną, a ta kobieta tylko rycerką, jednak czuła, że tym razem to nie będzie wystarczający argument.
Posłusznie wytarła twarz, ale to również wywołało u rycerki cięższe westchnienie.
— Nie ważne. — Rycerka machnęła ręką, podchodząc do jednej ze swoich toreb. — Po prostu postaraj się mniej zachowywać, jakby chowano cię w chlewie.
— Nie chowano mnie w żadnym chlewie! — oburzyła się, nie mogąc znieść krytyki tego, jak wychowali ją rodzice. — Jestem księżniczką, czy tam królewną, więc tak mnie traktuj!
— Najpierw musiałabyś się zachowywać odpowiednio do swojej pozycji.
Głos rycerki przywiódł jej na myśl najsurowsze zimy. Nagle straciła całą odwagę, żeby się odezwać. Po prostu stała na środku pokoju w nie do końca dopasowanej sukni.
Znów zaczęło zbierać się jej na płacz.
Theran wystarczyło tylko tyle czasu, żeby zrozumieć jak ciężką misję sobie wyznaczyła. Gdyby nie Glorianna, ciągle odwiedzająca ją w snach, prawdopodobnie od razu by się poddała. Teraz mogła jedynie przeć do przodu i zrobić z tej wieśniaczki prawdziwą królewnę.
— Naprawdę muszę mieć ten obrus na głowie? Przecież nic przez to nie widzę — narzekała Zetielle, gdy Theran kończyła porządkować torby.
— To nie obrus, tylko woalka. Nikt nie może cię rozpoznać, więc gdy wyjdziemy z pokoju, nie możesz się odzywać — wyjaśniła, zarzucając torby na ramiona.
— Niby dlaczego? To niesprawiedliwe.
— Królewny nie odzywają się, dopóki nie zostaną o to poproszone. Każda królewna wie takie podstawy — skłamała gładko, a Zetielle przestała się odzywać.
Po opuszczeniu karczmy przytroczyła torby do osiodłanego już Enbarra i pomogła Zetielle na niego wsiąść. Sama zaczęła go prowadzić.
— Pamiętaj, nie odzywaj się, jakby od tego zależało twoje życie — przypomniała jej cicho Theran.
Najszybsza droga do południowej bramy miasta prowadziła przez rynek, a Theran nie miała zamiaru spędzać tutaj ani sekundy dłużej, niż było to konieczne. Wcześniej bardzo starała się unikać zatłoczonych miejsc. Dlatego zdziwiła się, widząc, że rynek był niemal kompletnie pusty. To z kolei nie mogło oznaczać niczego dobrego.
Na samym środku rynku, zamiast fontanny, stał ogromny pomnik, wyglądający na wykonany z brązu. Przedstawiał dwie kobiety. Jedna z nich klęczała zapłakana, trzymając w dłoniach sznur, który oplatał się wokół drugiej, stojącej nad nią z okrutnym uśmiechem na twarzy i unoszącej dłoń, trzymającą coś niewyraźnego. Stojąca kobieta nie wyglądała na szczególnie brzydką, do tego była naga, ale z samej ekspresji czuć było, że ma odpychać. Za to o klęczącej kobiecie można było śmiało powiedzieć, że jest przepiękna, a przy tym niezrozumiałe znajoma.
Theran nigdy wcześniej nie widziała tak wyjątkowego pomnika i naprawdę ciekawiło ją, co konkretnie przedstawia. Podeszła więc bliżej, podprowadzając przy tym Enbarra.
Zmarszczyła brwi, widząc kilka kwiatów pod cokołem. Tabliczka na nim głosiła:
„Ku upamiętnieniu wszystkich córek i synów, których czarownice odebrały rodzicom.
Ku pamięci Julianny Kolev, porwanej w środku nocy z własnego domu”.
— Czemu stoimy? — rozległ się głos Zetielle, która najwyraźniej zaczynała się nudzić.
— Miałaś się nie odzywać — syknęła Theran, chcąc od razu znów ruszyć w stronę południowej bramy.
Zatrzymała się jednak w połowie ruchu, widząc naprawdę niezwykłe starego, ale dobrze ubranego mężczyznę, idącego w ich stronę z kwiatami. A konkretniej w stronę pomnika. Niektóre rysy jego twarzy, również wydały jej się znajome.
Spojrzała ponownie na pomnik i zrozumiała. Dziewczyna, którą przedstawiał, musiała być jego córką.
Odchodząc, Theran wbrew sobie zaczęła się zastanawiać, czy uroda dziewczyny z pomnika, choć w ułamku odzwierciedlała urodę córki tego mężczyzny. W końcu to on musiał go ufundować, przez co najpewniej miał wpływ na ostateczny wygląd. Mimowolnie wróciła wspomnieniami do czasów, gdy jej własna matka kontrolowała powstawanie swoich pomników. Podczas gdy nawet pomniki jej ojca, poprawiały jego wygląd, posągi jej matki zawsze wyglądały zupełnie jak ona. Niemal słyszała jej głos, jak tłumaczy z pogardą, że każda zmiana na względem jej wyglądu, to najwyższy brak szacunku. Zawsze miała wrażenie, że matka patrzyła na nią z pewnym rodzajem rozczarowania. Jakby to była jej wina, że nie odziedziczyła w pełni jej urody, a gdy wybrała ścieżkę wojskową, rozczarowanie zmieniło się w pogardę.
Nagle zacisnęła zęby oraz pięść trzymająca wodze i niemal niezauważalne potrząsnęła głową. Musiała wyrzucić z głowy tak nieistotne myśli. W końcu istniała szansa, że ta dziewczyna z pomnika żyła równolegle z jej matką, a nie mogła wtedy żyć piękniejsza od niej.
