1374 r.n.ś.
Kobieta w białej sukni stała nad czarną, misternie wykonaną trumną i wpatrywała się w nią pustym wzrokiem. Wiedziała, że nie jest sama. Zawsze gdzieś niedaleko stał jej cień.
— Hrabiano Brutharn — zaczął, stojący w pewnej odległości mężczyzna — proszę przyjąć moje kondolencje z powodu śmierci matki.
— Nie musisz udawać, że ci przykro, kapitanie Dristram.
Kobieta nawet nie odwróciła się, by na niego spojrzeć. Poprawiła tylko białe rękawiczki, sięgające połowy dłoni. Nie zdążyła się jeszcze do nich przyzwyczaić.
Mężczyzna poruszył się niespokojnie, a po Głównej Świątyni Leistunga rozległ się szczęk zbroi.
Hrabiana Brutharn siedziała przy toaletce i przeglądała się w lustrze. Jedną nogę miała założoną na drugą, a głowę podpierała na pięści. W drugiej dłoni trzymała czarną, pięknie zdobioną roślinnymi motywami, metalową maskę. Symbol zostania nową Wielką Kapłanką.
Przyłożyła ją do twarzy.
Nigdy nie przepadała za myślą, że będzie musiała zasłaniać twarz. Uważała to za marnotrawstwo.
— Panienko Merbeth, przyszły kolejne propozycje matrymonialne — oznajmiła główna pokojówka, wyrywając ją z zamyśleń.
Merbeth spojrzała tylko na jej odbicie w lustrze.
— Ile ich jest?
— Około dwudziestu, panienko.
— Przeczytaj mi tylko te od hrabiów w górę i koniecznie podaj ich stopnie wojskowe — rozkazała po chwili zastanowienia i odłożyła maskę na bok.
— A co w przypadku, jeśli nie mają stopni wojskowych…? — dopytała niepewnym głosem pokojówka.
— Od razu wyrzuć — rozkazała, wzruszając ramionami. — Ta biel ładnie kontrastuje z włosami, widać noszenie żałoby mi służy — dodała przeglądając się uważnie w lustrze.
— Tak, panienko, ma panienka rację. — Pokojówka uśmiechnęła się służebnie. — Czy czytać również propozycje od barona Dristrama?
— Ile ich tym razem złożył? — Hrabiana zmarszczyła brwi.
— Pięć.
— Ostatnio było sześć. Czyżby tracił zainteresowanie? — prychnęła. — Wyrzuć je. Ile zostało wartych uwagi?
— Trzy, panienko. Jedna od d’arqueńskiego księcia…
— Wyrzuć — przerwała jej. — Nie mam zamiaru wychodzić za kogoś spoza Bolyernu.
— Dobrze, panienko. Następna od hrabiego…
— Wyrzuć — znów jej przerwała. — Zmieniłam zdanie, hrabia to jednak zbyt nisko.
— Są aż dwie od markiza Kordavena…
— Nie dość, że d’Arqueńczyk, to jeszcze krążą plotki, że ma dobre stosunki z rodziną Lokustane. Wyrzuć.
— Ostatnia jest od…
— Wyrzuć, jeśli ta propozycja miała być czytana jako ostatnia, to znaczy, że nie jest warta uwagi — rzuciła, wstając od toaletki. — Od teraz jestem Wielką Kapłanką. Nie mam zamiaru wychodzić za byle kogo… — przerwała, zastanawiając się. — Każ obwieścić, że wyjdę za tego, kto zostanie następnym Wielkim Generałem. Obecny nie jest zbyt dobrego zdrowia — zachichotała.
1375 r.n.ś.
Merbeth przeszył nagły ból.
Kobieta zatoczyła się i musiała przytrzymać kamiennej ściany korytarza, żeby nie upaść. Nie miała pojęcia co się z nią dzieje. Oparła plecy o kamień i przyłożyła dłonie do oczu. Gdy je odsunęła, zobaczyła na śnieżnobiałym materiale rękawiczek czarną maź.
Nowa fala potwornego bólu niemal powaliła ją na posadzkę. Wiedziała, że musi wrócić do swoich komnat, ale nie była w stanie się ruszyć. Miała ochotę zwrócić wszystko, co jadła tego dnia.
W jej głowie rozległ się głos:
Następna śmiertelniczka dostąpiła mej wielkości.
— Kim jesteś? — spytała, rozglądając się ze strachem. Widziała coraz mniej.
Jestem twoim bogiem. Twoim obowiązkiem jest mi służyć. Rób to dobrze, a będąc ślepą zobaczysz.
Leistia nie mogła już wytrzymać bólu w okolicy oczu.
— Merbeth…?
Usłyszała za sobą głos.
Zbyt znajomy.
Zbyt niechciany w tym momencie.
Następne co pamiętała, to obudzenie się we własnym łożu. Widziała bez żadnych problemów.
Za to pościel pokrywały liczne czarne plamy. Zbyt rozległe na ślady po szmince.
— Panienko, jak dobrze… — ucieszyła się pokojówka.
Merbeth zignorowała kobietę. Szybko odrzuciła pościel i niemal podbiegła do toaletki. Z jej oczu sączyła się czarna posoka. Zupełnie jak wcześniej u jej matki.
— Panienko? Wszystko w porządku? — spytała inna pokojówka, trzymając w dłoni mokrą szmatkę.
— Jak się tu znalazłam? Kto mnie przyniósł? — zażądała odpowiedzi.
— Baron Dristram — odparła pierwsza z pokojówek. — Wyglądał na naprawdę przestraszonego, niosąc cię nieprzytomną, panienko.
Merbeth zacisnęła zęby i w westchnieniem opadła na taborecik przed toaletką.
Pokojówka ze ściereczką, zaczęła przemywać jej oczy.
Wciąż czuła ból w ich okolicy.
Po kilku dniach, ból stał się tępy, a ona nauczyła się nim nie przejmować.
— Jak wygląda kwestia poszukiwań nowego Wielkiego Generała? — spytała, podczas pobierania pomiarów na nową zbroję paradną.
— Faworytem generałów i starszych oficerów pozostaje Florian Geier, ale ostatnio… — zaczęła służąca, ale przerwała, by chwilę pomyśleć.
— Mów — rozkazała jej Kapłanka.
Mężczyznę, który zbierał z niej miarę, przeszedł dreszcz.
— Baron Dristram zyskuje coraz większe poparcie wśród niskich stopniem wojskowych…
Merbeth uniosła dłoń, by ją uciszyć. Ten mężczyzna nie dawał jej spokoju. Już wolałaby wyjść za czterdziestoletniego hrabiego Geiera.
Ostatnim razem, gdy spotkała barona Dristrama, niemal leżała na kamiennej posadzce, próbując nie stracić przytomności z bólu. Od tamtego czasu, Merbeth nie mogła znieść myśli, że ktokolwiek widział ją w takim stanie. Zwłaszcza ten niezwykle nachalny adorator. Podejrzewała nawet szantażu z jego strony. Jednak dni mijały, a baron nie przychodził z propozycją, że nie rozpowie tego co widział w zamian za jej rękę.
Merbeth niepokoiło to nawet bardziej.
1376 r.n.ś.
Salę tronową wypełniał doniosły marsz. Wszędzie wisiały godła rodów Bolyern oraz Dristram. Najważniejsi ludzie z kraju i spoza niego, zebrali się, by wziąć udział w ceremonii mianowania Vylhelma Dristrama nowym Wielkim Generałem. Pojawili się nawet reprezentanci Jörgenu, co świadczyło o wadze wydarzenia.
Merbeth stała po lewej stronie tronu i obserwowała uważnie. Nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do noszenia metalowej maski na twarzy. Zakładała ją tylko na oficjalne wydarzenia, takie jak to, ponieważ nie lubiła ukrywać swojej urody. Włosy upięto jej za pomocą tępego, żeby ich nie uszkodzić, bogato zdobionego sztyletu. Zbroja, którą miała na sobie, wykonano na specjalne zamówienie. Zamiast tradycyjnych bigwantów, jeden z najlepszych płatnerzy w stolicy, zrobił dla niej takie, na wzór rozkloszowanej spódnicy. Czarny metal ozdobiły liczne wzory roślinne, idealnie pasując do maski.
Jednak wyjątkowość zbroi została okupiona jedną, poważną wadą. Kobieta nie była w stanie w niej siedzieć, a stopnie schodów stawały się przeszkodą nie do pokonania. Dla kapłanki liczyło się bardziej to jak sama wygląda, niż funkcjonalność ubioru.
Podczas ceremonii nawet na sekundę nie oderwała wzroku od nowego Wielkiego Generała. Ku jej niezadowoleniu, mężczyzna robił dokładnie to samo.
Salę balową ustrojono nawet uroczyściej niż salę tronową.
Najwięksi muzycy przygrywali, tańczącym na parkiecie możnym z całego kontynentu. Pojawiła się nawet księżniczka Capuelle Lokustane. Znana z braku zainteresowania stosunkami międzynarodowymi.
— Czy Wielka Kapłanka zaszczyci tańcem Wielkiego Generała? — spytał mężczyzna, kłaniając się Merbeth niemal do ziemi i oferując jej dłoń.
— Nie wypada odmówić. — Posłała mu w odpowiedzi wyuczony uśmiech i przyjęła jego dłoń.
Przed balem zamieniła paradną zbroję na normalną suknię i nieodłączne rękawiczki do połowy dłoni. Sam Generał również przebrał się z czarnej zbroi w elegancki mundur, z trenem ciągnącym się po posadzce.
Spokojna muzyka grała, gdy razem wirowali wśród innych par.
— Jaki jest twój cel? — szepnęła Leistia, pochylając się bliżej mężczyzny.
— Wyjść za ciebie — odparł, nieśmiało dopasowując dłoń do jej talii.
— Teraz nie potrzebujesz mojej pozycji, sam jesteś Wielkim Generałem. — Wbiła paznokcie w jego ramię.
Nie zwracali już uwagi na otaczające ich tłumy i muzykę. Czasem zdarzało im się nawet pomylić kroki.
— Nigdy nie chciałem twojej pozycji. Gdyby nie obietnica, że weźmiesz za męża wyłącznie Wielkiego Generała, nigdy nie miałbym ambicji nim zostawać — wyznał, obracając się z nią.
— Czyli mam rozumieć, że masz ambicję zostać mężem najpiękniejszej kobiety kontynentu? — prychnęła, unosząc brwi.
— Tylko dlatego, że to właśnie ty nią jesteś.
— Mogłeś już dawno mnie zaszantażować, że rozpowiesz całej stolicy o moim żałosnym stanie z tamtego dnia. — Porzuciła pozory.
— Wtedy miałbym żonę, ale nie ukochaną — złożył na jej dłoni pełen uwielbienia motyli pocałunek.
Merbeth była o krok od wyśmiania go.
— Jak w ogóle mnie wtedy znalazłeś? Obserwowałeś mnie cały czas? — zakpiła.
— Możesz mi wierzyć lub nie, ale akurat złożyć ci kolejną propozycję matrymonialną.
Kapłanka zaniosła się śmiechem. Dla innych wyglądało to, jakby Wielki Generał opowiedział jej zabawną anegdotkę.
Właściwie mieliby rację.
— Uwielbiam twój śmiech — stwierdził Vylhelm, wyciągając chusteczkę. — Mogę? — spytał, wyciągając ją w jej stronę.
Merbeth przez chwilę nie odpowiadała. W końcu z cichym prychnięciem zamknęła oczy, dając mu przyzwolenie na wytarcie świeżej czerni z jej policzków.
— Nie martwią cię plamy na sukni? — spytał cicho, delikatnie wycierając jej twarz.
— Stać mnie na noszenie jednorazowych sukni. Poza tym, to boska krew. Poplamienie się nią to zaszczyt, nie powód do wstydu.
Z ust rycerza nie schodził pełen czułości uśmiech.
1377 r.n.ś.
Merbeth ostatni raz spojrzała w lustro. Intensywnie fioletowa, idealnie dopasowana w talii i biuście, rozkloszowana suknia z trenem ciągnącym się daleko za nią, idealnie pasowała do równie intensywnego, jeszcze dłuższego, welonu. Nawet rękawiczki, tym razem sięgające do łokci, ufarbowano na fioletowo. Ciemne włosy, upięte z tyłu głowy, ozdobiono licznymi ametystami. Jedynie czarna maź, sącząca się z niegdyś jasnych oczu kapłanki, psuła ten idealny efekt.
— Pani? Czy pragniesz założyć maskę? — spytała główna pokojówka.
— Nie. Nawet z tymi oczami pozostaję najpiękniejszą kobietą na kontynencie. Nawet ta cała księżniczka z rodu Lokustane mi nie dorównuje — stwierdziła.
Służąca, na koniec, podkreśliła jej usta ulubioną szminką — sadzą zmieszaną z ołowiem. Idealną, luksusową czernią Bolyernu.
Dopiero podczas ceremonii, udzielanej przez samą Matkę Czarownic, Merbeth przyjrzała się swojemu, zaraz, mężowi. Wcześniej najzwyczajniej nie miała powodu do szczegółowej analizy jego aparycji.
Mężczyzna nie był brzydki, według innych kobiet mógł uchodzić nawet za przystojnego. Miękkie rysy twarzy, czarne włosy, teraz starannie zebrane do tyłu. Dolne powieki podkreślono fioletowym cieniem, natomiast na górnych pociągnięto czarne kreski — podkreślające ciemne oczy. Czarny mundur, idealnie dopasowany do potężnej sylwetki, wyróżniało wiele srebrnych wstawek i, podobnie jak u niej, niezwykle długi tren. Bolyerńskie złoto wyglądałoby znacznie lepiej, ale na ślub zaproszono d’arqueńską szlachtę, która postrzegała używanie czarnego złota jako świętokradztwo.
— Ja, Merbeth Brutharn, zwana Leistią, biorę ciebie Vylhelmie za męża i ślubuję ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci, w wojnie i pokoju. Tak mi dopomóżcie, Królu Wojny Leistungu i Pani Miłości Liefde — wyrecytowała, klęcząc przed ołtarzem.
— Ja, Vylhelm Dristram, biorę ciebie Merbeth Brutharn, zwana Leistią za żonę i ślubuję ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci, w wojnie i pokoju. Tak mi dopomóżcie, Królu Wojny Leistungu i Pani Miłości Liefde — wyrecytował zaraz po niej.
Kapłanka czarownic podała im po wyjątkowo cienkiej szpilce i czarce wielkości większego naparstka. Oboje przekuli swoje palce, na których miały wkrótce spocząć obrączki, a spływające krople krwi skapnęły do naczyń. Przekazali je sobie nawzajem i wypili.
— Tu, przed ołtarzem Leistunga i przede mną, Matką Czarownic, Pierwszą Córą Liefde, klęczy i oddaje bogom cześć dwoje ludzi, którzy właśnie stali się jedną krwią. Wedle mocy nadanej mi przez Matkę, ogłaszam tu zebranym, że tych dwoje nawet bogowie nie są już w stanie rozdzielić! — ogłosiła czarownica.
W całej świątyni rozległy się oklaski. Kilkuletnia kuzynka Merbeth wniosła tymczasowe, srebrne obrączki.
Vylhelm wsunął obrączkę na serdeczny palec lewej dłoni żony, przy okazji składając na niej pocałunek. Leistia po chwili zrobiła to samo, z wyjątkiem pocałunku. Nie uszło jej uwadze jak twarde i szorstkie od miecza dłonie ma rycerz.
— Od teraz jestem hrabinem Brutharnem — szepnął mężczyzna z uśmiechem.
— Słyszałam, że Otton wiele razy proponował ci tytuł markiza. — Uniosła jeden kącik ust.
— Przyjęty po tobie tytuł bardziej mi się podoba — zaśmiał się i zbliżył do niej twarz.
Kobieta, wiedząc, że do niej należy decyzja, musnęła jego wargi swoimi.
1378 r.n.ś.
Merbeth mogła policzyć na palcach jednej ręki turnieje rycerskie, na których była dłużej niż kilka minut. Dla niej nie stanowiły one żadnej rozrywki. Kilkudziesięciu, zbyt nisko urodzonych na jej standardy, rycerzy walczyło ze sobą dla zabawy. Do tego nie, żeby zabić, a po to by zrzucić przeciwnika z konia.
Kapłanka widziała to wyłącznie jako zabawę dla dzieci.
Siedziała w loży książęcej, tak blisko placu, na którym odbywał się turniej, że mogła liczyć włosy na ogonach galopujących koni.
Mimowolnie uśmiechnęła się na wspomnienie odbytej miesiąc temu rozmowy z mężem.
— Wielki Generał biorący udział w turnieju? — Vylhelm zaśmiał się na tę myśl .
— Myślałam, że wciąż chcesz mi imponować? Twoje sukcesy wojskowe to jedno, ale nie jesteś pierwszym, który odparł Wustenamów. — Wzruszyła ramionami.
— Pamiętaj, że zrobiłem to bez utraty ani jednego rycerza. Tym zaskarbiłem sobie przychylność armii — zaznaczył, chwytając w palce kosmyk jej włosów.
— Jako mój mąż, powinieneś walczyć w moim imieniu przy każdej możliwej okazji — zaznaczyła, zakładając ręce na piersi. Obrączka błysnęła.
Na twarz rycerza wpełzł łagodny uśmiech.
— Czy w takim razie, moja wygrana w turnieju przyniesie ci chwałę na jaką zasługujesz, droga żono? — Ucałował trzymany w palcach kosmyk.
Leistia patrzyła na niego chwilę.
— Przekonamy się gdy wygrasz — rzuciła, obracając się i wychodząc z ich wspólnych komnat.
— Domyślam się, że w twojej głowie Vylhelm już wygrał — zachichotała księżniczka Alvine, wyrywając Merbeth ze wspomnień.
Obie kobiety łączyło coś na wzór przyjaźni i to dla Alvine, Merbeth zrezygnowała z siedzenia w swojej loży.
— Kibicuję mu oczywiście, ale nie sądzę, że ma realne szanse na wygraną — odparła, odrobinę zbyt głośno, Kapłanka.
— Jak możesz tak mówić? — Alvine zasłoniła usta wachlarzem. Zza niego wpatrywały się w przyjaciółkę duże, szare oczy.
— Spytałaś mnie o zdanie, prawda? — zaśmiała się cicho Kapłanka.
— Jesteś naprawdę okrutna dla własnego męża — skomentowała z oburzeniem księżniczka.
— Och, po prostu zapewniam mu dodatkową motywację. — Leustia zaśmiała się i kątem oka rzuciła spojrzenie szykującemu się do starcia Vylhelmowi.
— Wygrałeś.
Mruknęła, z nutą zawiedzenia, Merbeth, podchodząc do męża po wygranym turnieju.
— Dla ciebie — odparł Vylhelm, zsiadając z konia i padając przed nią na kolana.
— Twoje starania są naprawdę żałosne — zaśmiała się. — Zawsze robisz dokładnie to co ci powiem. Liczysz, że dostaniesz coś w nagrodę? — Przejechała paznokciami po jego zabliźnionym policzku.
— Gdybym miał pewność, że coś za to dostanę, przestałoby mi to sprawiać radość — szepnął, chwytając jej nadgarstek i składając na jego wewnętrznej części, tuż nad materiałem rękawiczki, delikatny pocałunek.
— Pracuj więc dalej, bo tym razem nie dostaniesz nic — zaśmiała się złośliwie, ale nie cofnęła dłoni.
Położyła wolną dłoń na jego policzku i tym razem pogładziła ją opuszkami palców ukrytymi pod materiałem.
— Czy mogę dostąpić tego zaszczytu i dostać odpowiedź na jedno pytanie? — spytał, patrząc na nią spod przymkniętych powiek.
— Zadaj, a się dowiesz.
— Dlaczego od śmierci matki nigdy nie zdejmujesz rękawiczek?
Dłoń Merbeth, wcześniej bezwiednie błądząca po jego policzku, zatrzymała się.
1381 r.n.ś.
Po kilku godzinach, w komnatach głów rodu Brutharn rozległ się płacz.
Merbeth leżała, patrząc w sufit i ciężko oddychając. Nawet przez chwilę nie poczuła bólu. Jedynie zmęczenie, a służące od razu ścierały jej pot z czoła i czerń z policzków.
— To córka, pani — przekazała nowinę czarownica przyjmująca poród. — Zdrowa i silna.
Leistia półleżała na ogromnym łożu, pełnym bogato haftowanych poduszek. Już całkowicie doszła do siebie po porodzie, który nawet nie odbił się na jej wyglądzie. W ramionach trzymała świeżo nakarmioną, teraz śpiącą, córkę.
Vylheml klęczał przed łożem i ledwo wstrzymywał łzy wzruszenia. Wciąż nie dochodziło do niego, że właśnie urodziła mu się córka.
— Jest prawie tak piękna jak ty. — Vylhelm nie mógł oderwać wzroku od noworodka.
— Musi przejąć jedną z naszych ról. Kapłanka byłaby dla niej oczywistą ścieżką, w końcu jest Brutharną, ale szkoda byłoby odpuścić pozycję Wielkiego Generała — zastanawiała się Merbeth.
— Może dajmy jej wybór? Sama wybierze, którą ścieżką pójdzie — zaproponował, patrząc czule na żonę.
Nawet godzinę po porodzie wyglądała idealnie. Nie tylko w jego oczach.
— Nadajmy jej dwa imiona. Pierwsze będzie nawiązywało do kapłaństwa — stwierdziła Leistia.
— Dobrze, w takim razie jakie imię chcesz jej nadać? — Rycerz wstał, pochylił się w stronę żony i złożył na jej czole pocałunek.
Delikatnie wysunął córkę z jej ramion i na jej czole również złożył pocałunek. Dziewczynka wydała z siebie ciche dźwięki niezadowolenia, że ktoś jej przeszkadza. Zaśmiał się i ostrożnie ją przytulił.
— Pamiętasz jak opowiadałam ci o kapłance, która nigdy się nie starzeje? — Kobieta uważnie obserwowała męża.
— Mazmirethiel? — upewnił się.
— Tak, dokładnie o niej mówię. Nawet ja nie mogę jej dorównać, a Leistung jest naprawdę potężny. Jeśli nasza córka wybierze kapłaństwo, chcę żeby przewyższyła Mazmirethiel. Nazwiemy ją Marithiel — zadecydowała.
— Rozumiem, nikt nie będzie potężniejszy od naszej Marithiel — zgodził się i z czułością pogładził główkę śpiącej córki.
— Wybierz jej drugie imię. W końcu, to ty możesz ją wyszkolić na przyszłą Wielką Generałłę.
Vylhelm zamyślił się na chwilę.
— Co myślisz o imieniu Theran?
— Theran? Jak twój pierwszy koń? — Merbeth aż podparła się na łokciach z oburzenia.
— Nie podoba ci się? — Uniósł z uśmiechem brew. — Mogę wymyślić inne, moja pani.
Leistia osunęła się z powrotem na poduszki z prychnięciem.
— Nazwij ją jak chcesz. W końcu sama powierzyłam ci ten wybór. To też twoja córka.
— Dziękuję za łaskę aprobaty mojego pomysłu.
Vylhelm przytrzymał córkę jedną dłonią, a drugą położył na dłoni żony. Merbeth westchnęła, ale splotła ich palce. Rycerz delikatnie wyciągnął kciuk i przejechał nim po wyraźnym, przypominającym wypalony, symbolu po wewnętrznej stronie dłoni jego żony.
Pięcioramienna gwiazda skierowana ku dołowi i wpisana w okrąg.
1384 r.n.ś.
W komnatach głów rodu Brutharn panował półmrok. Merbeth siedziała przed toaletką, przeglądając się w lustrze, a Vylhelm czesał jej włosy przed snem.
— Jeszcze przed ślubem mówiłeś, że zrobisz dla mnie wszystko, pamiętasz? — mruknęła Leistia, patrząc na męża w lustrze. Przymrużyła oczy.
— Pamiętam i podtrzymuję tamte deklaracje. — Uniósł kosmyk jej włosów do ust.
Merbeth odwróciła się do niego i spojrzała mu głęboko w oczy.
— Wiara w Liefde rozmywa wiarę w Leistunga. Czarownice mają zbyt duży wpływ na kraj. A to jest szczególnie niebezpieczne, patrząc na bliskość ich kapłanki z kapłanką Virtute i całego d’Arquen. Bolyern powinien wyznawać tylko jednego boga — stwierdziła z kamienną twarzą.
Vilhelm puścił kosmyk jej włosów, odsunął się i uklęknął przed nią na jedno kolano. Przyłożył lewą dłoń do serca.
— Powiedz tylko słowo, moja pani. Czego ode mnie oczekujesz? — spytał, pochylając głowę.
Leistia odwróciła się w jego stronę i zakładając nogę na nogę rozkazała:
— Zgładź dla mnie wszystkie czarownice. Niech spłoną na stosie. — Jej usta wykrzywił uśmiech.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
Merbeth podała mu dłoń, a rycerz chwycił ją i złożył na jej wnętrzu pocałunek. Idealnie na środku gwiazdy.
W ciągu następnych dwóch dni krzyki i ogień stały się normą w stolicy. Wszystkie złapane czarownice w zaledwie kilka godzin kończyły swoje życie w płomieniach.
— Wygraliśmy świętą wojnę — stwierdziła z uśmiechem Merbeth, popijając wino.
— To prawda, czarownice w żaden sposób już nie zagrażają twojej pozycji — zgodził się Vylhelm, siedzący naprzeciw niej, również z kielichem w dłoni.
— Martwi mnie tylko Marithiel. — Kobieta z westchnieniem odłożyła kielich na stół.
W miejscu gdzie usta kapłanki zetknęły się z naczyniem, został czarny ślad jej warg.
— Nasza córka trochę za bardzo skłania się w stronę wojska — kontynuowała. — Mam jeszcze nadzieję, że to jej minie, ale jeśli nie… — westchnęła z żalem.
— Przy jej narodzinach ustaliliśmy, że damy jej wybór.
— Przecież wiem — prychnęła, zakładając nogę na nogę i machając z irytacją dłonią. Kilka kropel czerni poplamiło jej niebieską suknię. — Chodzi mi o to, że ród Brutharn od wieków zajmuje się kapłaństwem. Nie możemy tak po prostu odpuścić władzy nad religią.
— Mam rozumieć, że jeśli nasza córka wybierze imię Theran, to będziemy potrzebowali drugiego dziecka?
— Dajmy jej czas do piątych urodzin, od nich będzie zależało co zrobimy dalej. — Z uśmiechem uniosła kielich do ust.
W końcu krzyki czarownic ucichły, a ogień zgasł. Stolicę znów wypełniały głównie dźwięki kopyt, pracy płatnerzy i kowali oraz szkolących się rycerzy.
— Tato? — spytała trzyletnia Marithiel, podchodząc do ojca z drewnianym mieczykiem w dłoni. — Dlaczego teraz jest bardziej ciszej?
Vylmelm kucnął przed córką z łagodnym uśmiechem.
— Ponieważ wygraliśmy świętą wojnę ze złem — odpowiedział z uśmiechem. — I mówi się albo “ciszej” albo “bardziej cicho”. Zapamiętaj, bo mama nie lubi gdy mówisz niepoprawnie — Pogłaskał ją po głowie.
— Tata, nie dotykaj włosów! — oburzyła się dziewczynka i zaatakowała ojca mieczykiem.
1386 r.n.ś.
W stolicy Bolyernu rzadko zdarzał się tak ciepły trzeci miesiąc roku. Ptaki głośno śpiewały, a na ulice wychodziło o wiele więcej mieszkańców.
Za to komnaty głów rodu Brutharn wydawały się zupełnie odcięte od reszty świata. Atmosfera była wyjątkowo ciężka i chłodna. Gdyby nie promienie słońca wpadające przez wąskie okna, można by pomyśleć, że jest środek zimy,
Merbeth wpatrywała się w pięcioletnią córkę tak intensywnym spojrzeniem, że każde inne dziecko już dawno zaniosłoby się płaczem.
— Powtórz — zażądała kapłanka.
— Chcę zostać rycerką, mamo. Jak tata. Chcę być Theran — powtórzyła dziewczynka z hardą miną.
— Nie możesz jej zmusić, pamiętasz? — spytał łagodnie Vylhelm, kładąc dłoń na ramieniu żony.
— Marithiel… — zaczęła Leistia przeciągając każdą sylabę.
— Theran, mamo — poprawiła ją córka.
Merbeth przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech.
— W porządku, Theran — zapewnił ją ojciec. — To twój wybór.
Theran patrzyła na matkę, czekając na jej aprobatę. Dziewczynce wystarczyło, że kobieta skinęła na nią dłonią. Od razu podbiegła i wtuliła twarz w jej spódnicę z cichym pomrukiem.
— Widzisz? Warto było dać jej wybór — mruknął Vylhelm do ucha żony, jednocześnie głaszcząc włosy córki.
Merbeth spacerowała po pałacowych ogrodach, idąc pod ramię z mężem. Opierała się na nim, patrząc na dopiero kwitnące białe lilie.
— Podobają ci się? — spytał Vylhelm przy jej uchu.
— Nie — mruknęła, ciągnąc go dalej.
— Wciąż jesteś zła na Theran, że nie wybrała kapłaństwa? — Zatrzymał się i wolną dłonią poprawił jej kosmyk włosów.
— Jestem dorosłą kobietą, nie obrażam się na dzieci — prychnęła, patrząc na niego nieco z dołu. Nigdy nie była niska, ale nawet w butach na obcasie nie mogła dorównać mu wzrostem. — Poza tym nie jestem zła, tylko trochę zawiedziona.
Vylhelm zaśmiał się.
— Nic nie stoi nam na przeszkodzie, żeby mieć drugie dziecko. — Chwycił żonę w talii i przyciągnął ją bliżej siebie, uważając na jej powoli rosnący brzuch.
— Zachowujesz się teraz gorzej niż wtedy, gdy byłeś tym namolnym adoratorem — stwierdziła, marszcząc brwi.
— Nic w tym dziwnego. Od tylu lat z każdym dniem kocham cię coraz bardziej — mruknął, patrząc jej w oczy z czułością.
Merbeth odwróciła wzrok, mrużąc oczy, czym wywołała u swojego męża rozczulony śmiech.
— Nie obchodzi mnie ile osób nazwie nas potworami. Będę stał u twojego boku, aż do mojego końca. A jeśli kiedyś wybuchnie bunt? Oddam własne życie i honor, żebyście ty, nasza córka i przyszłe dziecko byli bezpieczni — obiecał i pocałował ją.
1387 r.n.ś.
Bolyern już dawno nie doświadczył tak srogiej zimy. Przez to wielu możnych zdecydowało się wyjechać do swoich rezydencji na południu kraju, gdzie było znacznie cieplej. Nawet król Otton i królowa Alvine wzięli swoją córkę Gloriannę i zarządzali krajem z południa.
Jednak Wielka Kapłanka, wraz z Wielkim Generałem postanowili zostać.
Mimo że zamek był w większości pusty, panowało w nim ogromne zamieszanie. Służące bez przerwy biegały po nowe ręczniki, grzały wodę i przynosiły nowe, ledwo wyprane z krwi materiały.
Mertbeth leżała na łożu. Zbyt wyczerpana, by dalej rodzić na siedząco. Wcześniej powstrzymywała krzyki bólu, teraz nie miała już nawet siły krzyczeć.
Służąca niemal bez przerwy wycierała jej pot z czoła i czerń wypływającą z oczu.
— Coraz więcej krwi… — stwierdziła jedna z kilku akuszerek, odbierających poród.
Vylheml ćwiczył z córką walkę na miecze w jej komnacie. Musiał czymś zająć ich oboje.
— Nie tak, Theran — upomniał ją, gdy dziewczyna natarła na niego brutalnie, chcąc go powalić. — Pamiętaj, że jesteś kobietą. Nie masz szans z podobnie wytrenowanym mężczyzną w walce na czystą siłę. Musisz użyć trochę więcej sprytu.
— To niesprawiedliwe, ojcze — stwierdziła, opuszczając miecz.
— Tak działa ludzkie ciało — zaśmiał się i położył jej dłoń na ramieniu. — Kiedyś zostaniesz Wielką Generałłą, więc nie możesz dać się pokonać.
— Wiem, ojcze… — westchnęła i przygarbiła się trochę, ale natychmiast poprawiła postawę.
— Jak się czujesz z tym, że już za chwilę zostaniesz starszą siostrą?
— Okropnie. Nie chcę żadnego rodzeństwa. Do tego będzie małe i głupie — obruszyła się, marszcząc brwi i wykrzywiając usta.
Vylheml uśmiechnął się, widząc jak bardzo córka przypomina swoją matkę.
Mocniejszy podmuch wiatru wdarł się do komnaty.
— Jeszcze się dogadacie — stwierdził, zdejmując swój płaszcz i okrywając nim ramiona Theran.
— Nie jest mi tak zimno, ojcze — zaprotestowała, drżąc.
— Przecież widzę, że jest — zaśmiał się, całując ją w czoło.
Z oczu Merbeth wylewało się więcej czarni, niż kiedykolwiek wcześniej. Prawie się nią dławiła, podczas gdy dziecko utknęło w połowie jej dróg rodnych. Służąca nie nadążała z wycieraniem jej twarzy.
Kapłanka powoli traciła siły. W stolicy nie było już czarownic, by odebrać poród w szybki, bezbolesny i bezpieczny sposób, jak kiedyś.
Leistia nie miała wyjścia. Musiała to zrobić, żeby nie umrzeć, a może nawet uratować swojego następcę.
Zaczęła błagać boga o pomoc.
Teraz do mnie przychodzisz? — zagrzmiał głos w jej głowie.
— Pomóż… mi… — szepnęła tak cicho, że nawet ona tego nie usłyszała.
Leistung nie odpowiedział.
Zaczęła błagać innych bogów o pomoc. Po wezwaniu Mazmat, Merbeth znalazła się nigdzie.
Dosłownie nigdzie.
Rozejrzała się ze zdezorientowaniem. Jak dotąd w podobnej przestrzeni przebywała tylko podczas spotkań kapłanek.
— Co się… — zaczęła, ale nie zdążyła dokończyć, ponieważ pojawiła się przed nią nastolatka w bieli, z koronką na zamkniętych oczach.
— Wzywałaś nas, Leistio? — spytała dziewczyna z łagodnym uśmiechem.
— Wezwałam imię Mazmat, przed chwilą umierałam, a teraz…
Spojrzała na siebie. Wyglądała zwyczajnie, jakby w ogóle nie umierała podczas porodu.
— Tutaj jesteś bezpieczna — uspokoiła ją dziewczyna.
— Chwila, a ty co tutaj robisz, Mazmirethiel? — Merbeth zmarszczyła brwi.
— Mazmat i ja nigdy nie chodzimy osobno. Stanowimy jedność. Na tym polega partnerstwo.
— To nie ma teraz znaczenia. — Na powrót odzyskała pewność siebie. — Umieram. Wezwałam imię Mazmat na pomoc, ponieważ Leistung mnie porzucił.
— Rozumiem, Leistung nie przywiązuje się zbytnio do swoich kapłanek. — Mazmirethiel pokiwała głową ze zrozumieniem. — Rozumiem, że chcesz przeżyć i urodzić zdrowe dziecko?
— A o co innego mogłabym prosić?
— Niestety, nie mogę przepuścić okazji, która mi się nadarza. Nie zaproponuję ci jednak zbyt wysokiej ceny, ponieważ kilka lat wcześniej bardzo nam pomogłaś.
— O czym ty, na Leistunga, mówisz? — warknęła, cofając się mimowolnie.
— Mazmat uratuje ciebie i dziecko, jeśli zgodzisz się nam oddać połowę modłów. Tylko połowę. Reszta nadal będzie należała do Leistunga. Zgadzasz się? — Nastolatka, z uśmiechem nieschodzącym z twarzy, wyciągnęła do niej rękę.
— Co jeśli się nie zgodzę?
— Umrzesz razem z dzieckiem. Leistunga przecież nie obchodzi twój los.
Merbeth bardzo niechętnie uścisnęła dłoń Mazmirethiel.
— Gratuluję, pani. — Wciąż cała od krwi, ale rozpromieniona akuszerka podała jej dziecko. — To śliczny, zdrowy chłopczyk.
Merbeth spojrzała na syna, ale zobaczyła tylko jego dymne, rozmyte kontury.
Tak, jak wszystkiego innego.
1390 r.n.ś.
Cała stolica witała powracających z wojny rycerzy z radością. Bogatsi rzucali kwiaty i gałązki oliwne, specjalnie sprowadzone z południa, pod nogi koni. Biedniejsi po prostu wiwatowali.
Wielki Generał spiął konia i wymusił na nim wyciągnięty stęp, jak podczas parad wojskowych. Inni konni zrobili to samo, ku uciesze tłumu. Żółte chorągwie z czarnym dwugłowym lwem powiewały na wietrze. Mieszkańcy już nawet nie zwracali uwagi na rannych rycerzy. Po prostu cieszyli się pokazem.
— Pani, hrabicz Baldavier znów odmawia nauki tekstów świątynnych — poskarżyła się jedna z pomniejszych kapłanek i nauczycielka trzyletniego Baldaviera.
— Ma się ich nauczyć do końca tygodnia i nie obchodzi mnie jakich metod użyjesz. — Merbeth zmrużyła oczy. Zdążyła się już nauczyć jak ukryć swoją pół-ślepotę.
— Wedle rozkazu, pani. — Kapłanka ukłoniła się niemal do samej podłogi i szybko wyszła.
Leistia została sama, ale w cieszeniu się ciszą przeszkadzały jej tylko głośne dźwięki za oknem. Nie mogła nawet się na nie irytować. W końcu świadczyły one o powrocie jej męża, który podbił Ardenmar pozornie dla jej kaprysu.
— Matko! Ojciec wrócił! — zawołała Theran, stając w drzwiach komnaty matki.
— Witam, Wielka Kapłanko — dodała stojąca za nią księżniczka Glorianna i ukłoniła się lekko.
— Wiem, Marithiel. Do tego zapomniałaś o ukłonie. Nigdy nie zapominaj o etykiecie — upomniała córkę Merbeth.
— Wybrałam imię Theran, matko — poprawiła ją, kłaniając się.
— Bardzo dobrze o tym wiem. — W ton kapłanki wdarła się nuta rozbawienia. — Możecie odejść — machnęła na nie ręką.
Ciemność, w sypialni głów rodu Brutharn, zakłócał blask świecy na biurku stojącym pod niewielkim oknem. Wielki Generał siedział przy nim z listem w dłoniach i czytał go swojej żonie.
— Polepszyło ci się od czasu, gdy podbiliśmy Ardenmar? — spytał, kończąc czytać i odkładając list na bok. Spojrzał na Merbeth.
— Nie. Nic nie pomaga. Zaczynam myśleć, że to nawet nie ma związku z samymi modłami. Sam Leistung mógł mieć taki kaprys — prychnęła kobieta z irytacją.
— Czyli podbiliśmy ich po nic? — W głosie Vylhelma zabrzmiał żal. — Nie przetrwała żadna szlachecka rodzina… Mordowaliśmy nawet dzieci… Ród Audrithen…
— Podboje nigdy nie są po nic — przerwała mu i zamyśliła się na chwilę. — Wiem! Musimy podbić więcej! Wtedy na pewno odzyskamy łaskę Leistunga! — Merbeth wybuchnęła śmiechem.
Rycerz siedział i wpatrywał się ze współczuciem w śmiejącą się Leistię.
— Słyszałem, że zabroniłaś uczyć Baldaviera czytania i pisania — zauważył, gdy w komnacie zapadła chwilowa cisza.
— To zbędne. Nawet jeśli odzyskam wzrok, nie mam pewności czy Leistung i tak mu go nie odbierze. Nasz syn może wykorzystać ten czas lepiej — stwierdziła z obojętnością.
Vylheml spuścił wzrok na, zaczynający się zabliźniać, symbol paktu na wewnętrznych stronach dłoni żony. Jutro ogłosi, że zaczną się szykować do następnej wyprawy wojennej.
1392 r.n.ś.
Vylhelm nie zwracał uwagi na otoczenie. Widział przed sobą jedynie czarną trumnę z ciałem żony w środku. Nawet nie zauważał stojących niedaleko dzieci.
Theran wpatrywała się w plecy ojca pustym wzrokiem. Chciała płakać, ale wiedziała, że matka zganiłaby ją za otwarte okazywanie uczuć.
Baldavier za to głośno płakał. Nie do końca rozumiał co się stało. Dlaczego wszyscy są smutni, ale nikt nie chce potrzymać go za rękę, a mama leży w czarnym pudełku. Płacz był jego jedynym sposobem na poradzenie sobie z emocjami, których nie umiał nawet nazwać.
— Ucisz się już — warknęła Theran do brata. — Jedynie zirytujesz ojca.
Baldavier z całych sił zaczął tłumić łzy.
Vylhelm oddał syna jako nowego Wielkiego Kapłana do świątyni, żeby przyzwyczaił się do miejsca zanim straci wzrok. Sam musiał się teraz skupić na szkoleniu córki i nie miał czasu na opiekę nad pięciolatkiem. Do tego Theran miała już jedenaście lat. Czas na zabawę się skończył.
— Wielki Generale. — Służąca wyrwała go z zamyślenia.
Próbował skupić się na czytaniu raportów, ale nie był w stanie.
— Mów — polecił, opierając głowę na pięści.
— Hrabianka Theran skarży się, że nie jest w stanie trenować przez bóle mięśni — Kobieta nerwowo bawiła się palcami, mówiąc.
— Nie obchodzą mnie jej wymówki. Podczas bitwy zginie, jeśli będzie przejmowała się, że coś ją boli. Powinna już się tego nauczyć — stwierdził twardo rycerz i wrócił do raportów.
Służąca wyszła, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.
Vylhelm ukrył twarz w dłoniach, ale nie zmienił decyzji.
Poczuł tylko rozlewające się ciepło w piersi.
1393 r.n.ś.
W Głównej Świątyni Leistunga niósł się głośny, pełen bólu płacz dziecka. Nikt nie wiedział co robić. Pierwszy raz Kapłanem zostało dziecko. Do tego przekształcenie oczu zawsze było intymną sprawą, o której szczegółach wiedzieli tylko sami Kapłani.
— Chcę do mamy… — płakał Leustiel. — Nawet do taty… Boli… Nie widzę…
Pomniejsze kapłanki doszły do wniosku, że powinny poinformować Wielkiego Generała.
Vylhelm próbował zająć czymś myśli. Musiał się odciąć od świata. Ciepło w jego piersi płonęło, a on nie miał pojęcia co z nim zrobić.
Tego dnia przyszły do niego pomniejsze kapłanki ze świątyni. Opowiedziały mu o nieustannym krzyku i płaczu jego syna.
Rycerz doskonale wiedział, że Baldavier cierpi. W końcu minął już ponad rok od wyznaczenia go na Kapłana. Leistung musiał go uznać.
Generał pamiętał jak zobaczył walczącą o zachowanie przytomności Merbeth. Ona była dumna i niezwykle silna. Nawet ogromny ból nie był w stanie zmusić jej poproszenia o pomoc, nie mówiąc już o krzyku i płaczu.
Jak więc mogło coś takiego wytrzymać sześcioletnie dziecko?
Vylhelm zdecydował jednak, że nic nie zrobi. Musiał zahartować syna.
Ciepło w jego piersi zapulsowało.
Gwardziści, którzy dostali rozkaz pilnowania, żeby hrabianka nie opuściła pokoju mieli coraz większe wyrzuty sumienia. Powoli mijał już drugi tydzień odkąd dostali rozkazy. Czasem słyszeli płacz bezsilności. Czasem krzyki pełne frustracji i złości. Czasem nawet błagania.
Jeden z nich postanowił zapytać Wielkiego Generała o możliwość zmiany rozkazów. Czego mogą nauczyć dwunastoletniej hrabianki takie tortury?
Vylhelm krążył po komnacie. Jedyne światło dawały chybotliwe od powiewów płaszcza płomienie świec.
Znów ktoś przyszedł kwestionować jego decyzje odnośnie wychowywania własnych dzieci.
Przecież on doskonale wiedział co robi i dlaczego. Najlepszym sposobem na nauczenie przyszłej Wielkiej Generałły działania w stresowych warunkach, jest wystawienie jej na takie. Im wcześniej, tym lepiej.
W końcu i tak zapewnił jej wszystko co potrzebne. Ciągle ktoś przynosił jej picie. Dostawała jeść o stałej porze. Nawet siedzący z nią strateg, mógł zapewnić jej rozrywkę w postaci rozmowy pomiędzy kolejnymi starciami na planszy.
Vylhelm nie mógł pozwolić, żeby ambicje jego żony tak łatwo przepadły. Posadzenie syna na boskim tronie było łatwe. W końcu ten tytuł od lat należał do rodu Brutharn. Gorzej z pozycją Generała, którego wybierało samo wojsko i koneksje rodzinne mogły tylko niewiele pomóc.
Dlatego musiał przygotować córkę najlepiej jak mógł.
Ciepło w jego piersi zaczynało przybierać na sile.
1398 r.n.ś.
Vylhelm całe dnie spędzał w Świątyni od kiedy usłyszał głos żony. Klęczał przed ołtarzem, nieprzerwanie odtwarzając w głowie dzień swojego ślubu z Merbeth. Wiedział wtedy, że go nie kochała, ale to nie miało znaczenia. Była jego. Tylko jego. Z czasem ją do siebie przekonał. Byli szczęśliwi.
Merbeth nie pozostawała tylko wspomnieniem i kolejną trumną w rodzinnym mauzoleum.
Ona przemawiała do niego.
— Masz jakieś nowe wieści? — Rozległ się głos jego żony, ale tylko on zdawał się go słyszeć.
— Theran ma wielkie szanse na zostanie kolejną Wielką Generałłą — szepnął w stronę ołtarza, jakby Leistia mogła go usłyszeć. — Leustiel radzi sobie z kapłaństwem. Wszystko poszło po twojej myśli.
— Jesteś wspaniałym mężem i ojcem. Kontynuuj podboje, może one przywrócą mi życie — zamruczał uwodzicielsko głos kobiety.
Vylhelm dotknął czołem posadzki i przez kolejne kilka godzin nie poruszył się. Ciepło w piersi paliło go od środka. Czasem miał ochotę rozszarpać własną pierś paznokciami, żeby tylko to ciepło zniknęło.
W głowie pojawił mu się pomysł. Rycerze narzekali, że nie mają żadnego zajęcia, że bitwy są zbyt łatwe. On im zaaranżuje odpowiednią bitwę. Gdzie indziej zmusi żar do zgaśnięcia, niż w sercu mroźnej krainy?
Nie mógł tracić czasu. Musiał jak najszybciej zebrać wojsko i wyruszyć. Jeszcze tylko obwoła córkę namiestniczką Ardenmaru, który sama już sobie podporządkowała. To uniemożliwi jej ruszenie za nim.
Doskonale.
Teraz pora Theran, żeby się wykazała.
A on ponownie zobaczy Merbeth.
— Pozwól mi znów stanąć u swojego boku. Jeśli będzie trzeba, znów udowodnię swoją wartość — szepnął cicho w stronę ołtarza, wciąż z czołem dotykającym posadzki.
— Nie ograniczaj się. Twój gniew na ten świat jest najlepszym dowodem miłości — zaśmiała się Merbeth.
1399 r.n.ś.
Chłód z dnia na dzień coraz bardziej doskwierał rycerzom. Kilkunastu ludzi już padło po drodze od zimna. Morale spadały coraz szybciej i wojownicy sami musieli podtrzymywać się na duchu.
— Generał postradał rozum po śmierci żony — szepnął jeden z rycerzy przy ognisku.
— Słyszałam jak mówi do siebie, ale jakby z kimś rozmawiał. To naprawdę dziwne — dodała jedna z rycerek.
— Moja żona jest kapłanką, mówiła, że Generał potrafi całymi dniami klęczeć z czołem przy ziemi — wtrąciła się kolejna z rycerek.
— Twoja żona jest kapłanką!? — Rycerz nie był w stanie ukryć zazdrości.
— Nie jest wysoko w hierarchii… — zaczęła tłumaczyć.
— Kapłanka to kapłanka. Wypijmy za was! — krzyknął inny rycerz.
Wszyscy przy ognisku podnieśli kufle z, już zimnym, grzanym piwem i wznieśli toast ze śmiechem.
Musieli skupić się na czymkolwiek, żeby nie postradać zmysłów.
Wiedzieli, że każdy dzień może być ich ostatnim.
Vylmelm siedział sam.
Rozmawiał z żoną.
— Już nie wiem czy podjąłem dobrą decyzję. Pójście na Jörgen zimą…
— Nie myśl nad tym. Przecież nigdy nie poradziłabym ci źle — uspokoiła go Merbeth.
— Ale ci rycerze nie są niczemu winni…
— Są winni mojej śmierci. Gdyby walczyli lepiej, już bym żyła…
Vylhelm niemal czuł jej usta przy swoim uchu.
Ciepło w jego piersi paliło już żywym ogniem. Nie był w stanie się go pozbyć. Pozostało mu tylko zaakceptowanie go. Razem z uczuciami, które przynosiło.
Słońce świeciło wysoko, a jego promienie odbijały się od świeżego śniegu. Przez Gördoriki płynęła piękna rzeka z kilkoma małymi wodospadami, niedaleko rósł wiekowy las. Wioska już dogasała, podobnie jak znajdująca się nieco dalej stolica. Ranni nie mieli gdzie szukać pomocy.
Vylhelm nawet nie starał się tamować krwawienia. Wiedział, że umiera. Wolał cieszyć się pięknym, ostatnim widokiem.
— Merbeth…? — wydusił, walcząc o każdy oddech. Chciał ostatni raz usłyszeć głos żony, zanim znów się spotkają.
— D҈̨̤̾͛̄͡ó̶̡͈͇͊̕b҉̡͙͑̇̕r̴͚͆͜͠ȁ̷̢͎̅̑̕ ŗ̶̖̫̇͛́͠o̷̘̱͊̓̊͜͝b̵̡͇̮̕̚o҈̢̤͇̃͞t̷̙̆̀͜͡ả̶̢͝ͅ,̷̨̭̪̉̚͡ m̸͓͙҇͛̇͑͢ę̷̨̤̔̀̽͠ż̸̢̟͉̞͒͊͞u̶̧̜͂̓̏͠ — odezwał się nieznany mu głos.
Pod spodem przypominał w jakiś sposób głos Merbeth, ale był wyraźnie męski.
— Kim… ty… — Zdołał wycharczeć zanim zakrztusił się własną krwią.
— T̴̢̛͖̭͋y̷̢̠҇͛m̸̢̮̥̾̒̽͡ d̵̨͕͍̜҇͊̉̄o҉̡͎͓̙̀̽͝ c҈̣͙̗̇̑̚͜͝z̵͙̉̌̿͢͠e҉̧̛̲̖̣̆g̵̨̘̝̐̃̿͡o҈̢̲̰͆̅̒͠ m̶̨̛̩̖̦̎ǫ̸̱͚͊͡d̸͈̚͜͡l̶̛̗̂̈́͢i҈̡̠̝͊̕ł҉̡̛͌͒ͅḙ̸͋͢͠ś҉̢̛͙̝̥̐̉ s̸̡̰̰͉͑̃͡ï̵̧͍͡ę̶̨̛̤̿̍ c̶̡̱̠̙҇̑͐o̴͍̒̍̕͢ n̶̠̩͔͋͢͠o҈̧͉͌͐͞c҉̧̟҇̓͌̈́ — odpowiedział mu Głos.
Vylhelm umierał. Nie mógł już nic zrobić. Dał się nabrać.
Merbeth nigdy tak naprawdę nie spytała dlaczego się w niej zakochałem. Ta kobieta… — pomyślał, a w jego zalanej krwią piesi wezbrał śmiech. — Oby Theran i Baldavier nie powtórzyli moich błędów…
W końcu jego wzrok całkiem się zamazał, a oddech ustał na zawsze.
