Wielkość tekstu:

Miasto Bolyern

4.08.1406 r.n.ś.

 

Stolica Bolyernu, a jednocześnie miasto o tej samej nazwie co kraj, przypominała warownię. Mury miejskie były wysokie i grube, otoczone osuszoną fosą, z wieloma okienkami dla łuczników i tylko jedną bramą, która prowadziła do środka. Wewnątrz miasta był kolejny, jeszcze grubszy mur, który odgradzał zamek. Miasto tętniło życiem, a jego ulice przemierzały tłumy ludzi, z których większość stanowili rycerze, kowale, zbrojmistrze i płatnerze. Bolyern słynął z podbojów, więc naturalnie najliczniejszą grupę społeczną stanowiły osoby związane ze sztuką wojny, były również najbardziej szanowane i uprzywilejowane. W przeciwieństwie do innych krajów, w Bolyernie nie było poborów do wojska. Sakralizacja wojen doprowadziła do tego, że ludzie spoza arystokracji lub bez odpowiedniego polecenia nie mogli dołączyć do armii.

Theran wjechała do miasta na swoim ukochanym wierzchowcu — Enbarrze. Zwierzę było wyjątkowo spokojne, mimo ogromnego zgiełku wokół. Kobieta mogła puścić wodze i mieć pewność, że koń nagle się nie szarpnie ani nie skręci. Wszystkie konie bojowe, a zwłaszcza te rasy bolyerńskiej, były doskonale wyszkolone, żeby nie płoszyć się na żaden hałas.

Tłumy ustawiały się wzdłuż głównej ulicy i wiwatowały na cześć Theran. Informacja, że przybywa musiała dotrzeć do zamku co najmniej kilka godzin wcześniej, inaczej nie daliby rady zebrać tylu ludzi. Zwłaszcza, że przez dwa lata jej nieobecności na pewno nieco zmienił się układ sił. Uśmiechnęła się pod nosem i zdjęła hełm. Mokre od potu włosy opadły jej na twarz, odgarnęła je ręką i machała ludowi, zupełnie jak wtedy gdy wracała zwycięsko z bitew i wojen. Nie szukała w tłumie nikogo. Już nie miała kogo. Teraz liczyła się nadzieja, że będzie mogła się umyć i przebrać przed audiencją u króla, a później w końcu porządnie zje i pójdzie spać w miękkim łóżku. Fakt, że była przyzwyczajona do lekkiego głodu i spania na ziemi pod gołym niebem, nie znaczył, że przepadała za tym. Mimo bycia Wielką Generałłą, lubiła dworskie życie i wygody.

Westchnęła, z nostalgią przejeżdżając przez główną bramę prowadzącą do samego zamku. Sam powrót do kraju po dwóch latach nie sprawił jej żadnej przyjemności. W momencie urodzenia odziedziczyła tytuł hrabiowski, ale mieszkała w sercu stolicy, ponieważ jej ojciec był poprzednim Wielkim Generałem. Budowla w niczym nie przypominała tej w d’Arquen, której bliżej było do pałacu, z jego strzelistymi wieżami i wielkimi, witrażowymi oknami. Bolyerńska architektura była surowa, miała służyć do obrony, a nie cieszyć oko. Nawet zamkowy mur mierzył ponad metr grubości i były w nim tylko trzy bramy. Stolica została wzniesiona ponad tysiąc lat temu, teraz to Bolyern był głównym najeźdźcą, więc tak mocne fortyfikacje nie były konieczne. Theran przewidywała, że w końcu ktoś zdecyduje się przebudować twierdzę na wzór architektury z d’Arquen, zwłaszcza, że aktualnie panowała na nią moda.

Pod drzwiami zamku stała już grupa giermków, którzy byli gotowi zająć się jej koniem, gdy tylko z niego zsiądzie. Kobieta nie kojarzyła nikogo z nich, najwidoczniej zaczęli przyuczanie na rycerzy już po tym jak została namiestniczką d’Arquen. Zsiadła, a gdy Enbarr tracił ją łbem, pogłaskała go po chrapach.

— Zajmijcie się nim dobrze i miejcie na uwadze, że ten koń jest bardzo pamiętliwy — ostrzegła ich.

Gwardziści strzegący wrót otworzyli je, gdy tylko zaczęła wchodzić po licznych kamiennych schodach. Stojący na straży rycerze kłaniali się jej nisko, jakby sama była królą, na co ona pozdrawiała ich. Pomimo, że oficjalnie Boylern miało króla i następczynię tronu, to prawdziwą władzę posiadał ten, kto dowodził armią. Siła i wojna były najwyższymi wartościami, a Theran, jako Wielka Generałła, była ich uosobieniem. Miano drugiej najważniejszej osoby w państwie dzierżył Wielki Kapłan, który to wszystko legitymizował jako boską wolę. Razem stanowili władzę absolutną.

— Hrabianko Marithiel, król cię oczekuje — zwrócił się do niej, kpiącym tonem, jeden z gwardzistów przed salą tronową.

Nie kojarzyła go, więc musiał zyskać swoją pozycję w ciągu dwóch lat, co było dość imponujące. Na swoje nieszczęście nie był jednak tak wysoko postawiony jak mu się wydawało. Co prawda, miał niezwykle bogato zdobiony czarny płaszcz, który mieli prawo nosić tylko osobiści gwardziści króla lub króly. To nie było nic niezwykłego, że któremuś z nich władza uderzała do głowy.

— Jestem Wielką Generałłą, a nawet jak już, to mam własny tytuł hrabiany. Mój ojciec nie pomógł mi zdobyć żadnego z nich. — Zwróciła mu uwagę przez zaciśnięte zęby. — Nigdy ponownie nie waż się nazwać mnie “Marithiel”, moje imię to Theran.

Gwardzista pożałował swoich słów widząc jej wściekły wyraz twarzy i spuścił wzrok.

— Tak jest, Wielka Generałło.

Theran ruszyła do sali tronowej. Nie miała teraz czasu się nim zająć, ale zanim znów wyjedzie będzie musiała uświadomić wszystkim nowym podwładnym komu służą. Nie zostałaby w końcu najważniejszą osobą w kraju, gdyby pozwalała na nieokazywanie sobie należytego szacunku. Szybko by zginęła w przypadku dziedziczenia statusu po ojcu. Nie miałaby szans w tak brutalnym świecie. Teraz jednak nie czuła się w nastroju na ustawianie ludzi do pionu. Nawet w tej wiosce gdzie uzupełniała zapasy nie miała ochoty karać nikogo dla przykładu, nawet tej wariatki. Marzyła tylko o gorącej kąpieli i miękkim łóżku. Nie miała najmniejszej ochoty na klękanie przed królem w zapoconej i brudnej zbroi, zwłaszcza, że czuła jak śmierdzi.

Ostatni raz przeczesała włosy dłonią, mając nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na to jak bardzo są tłuste i weszła do sali tronowej. W środku panował półmrok, mimo palących się pochodni. Na ścianach wisiały godła kraju — czarny dwugłowy lew na złotym tle. Były też gobeliny przedstawiające najczęściej smoka oddającego koronę lwu — symbol, że Bolyern jest spadkobiercą Starego Kraju, jego kontynuacją. Reszta przedstawiała różne ważne bitwy. Theran nie rozglądała się, patrzyła prosto przed siebie, nie chciała zobaczyć przedstawienia próby zdobycia Jörgenu, ani tym bardziej Bitwy pod Lasem. Tron, na którym siedział król oddawał ideę państwa — wojnę. Był wielką bryłą żelaza w której można było usiąść. Według legendy po upadku Deusa zebrano jego szczątki, które następnie stopiono w tron. Sama bryła nie była jednak tym co przyciągało uwagę. Robiło to otoczenie, które wyglądało jak pole bitwy — wszelkie rodzaje broni wbite wokół, jakby król zasiadał na środku pola walk.

Theran podeszła do miejsca gdzie leżał najbliższy miecz i padła na jedno kolano przed władcą.

— Wasza Wysokość, przybyłam, gdy tylko dostałam rozkaz powrotu do kraju.

— Wciąż nie mogę zrozumieć twej awersji do podróży drogą morską, generałło — stwierdził.

Theran dobrze znała króla, a dokładniej Ottona Bolyern, ponieważ przyjaźnił się z jej ojcem i osobiście doglądał jej szkolenia. Mężczyzna był w średnim wieku, ale lata rządzenia krajem odbiły się na nim i wyglądał na dziesięć lat starszego. Na jego skroniach spoczywała korona wykuta z hartowanego, czarnego złota, w które wtopiono dziesiątki połamanych, pordzewiałych ostrzy mieczy i grotów włóczni. Była to korona wojennej grozy; każdy ostry kolec i postrzępiona krawędź opowiadały historię rozlewu krwi i zniszczenia, budząc lęk w sercach każdego, kto na nią spojrzał. Jedynie jego oczy, błękitne i bystre świadczyły o tym, że wciąż jest w stanie pełnić władzę nad imperium.

— Nie ufam ograniczonym przestrzeniom, jak statek — odparła unosząc głowę.

— Jak sytuacja w d’Arquen?

— Stabilna. Zostawiłam tam moich najbardziej zaufanych ludzi. Będą pilnowali porządku na dworze.

— Księżniczka Juliette nie stawia oporu?

— Nie, czasem wręcz współpracuje. Jest bardzo ważnym i potężnym sojusznikiem. Lud ją kocha, więc pójdzie za nią wszędzie.

— Rozumiem, rozumiem — król pokiwał głową i potarł swoją krótką, brodę, która podobnie jak włosy, mocno już siwiała. Myślał przez chwilę. — Przykro mi z powodu barona Ericha.

Theran poderwała się z kolan słysząc to imię. Chciała je zostawić za sobą i nigdy więcej nie przypominać sobie o nim.

— Nie potrzebuję współczucia, wasza wysokość. Każdy rycerz liczy się ze śmiercią w bitwie — odparła, już nie udawali, że ta audiencja ma charakter oficjalny.

— To prawda, twój ojciec też się z tym liczył. Chciałbym jednak z tobą porozmawiać o czymś innym. Twoja pozycja jako namiestniczki jest zbyt słaba, muszę umocnić d’Arquen jako moje lenno.

— Rozumiem, chcesz wydać Gloriannę za króla d’Arquen.

— Tak, jednak w takiej sytuacji może ona zostać uznana za królową, co tylko umocni ich suwerenność. Moja córka musi zostać królą.

— Czy w takiej sytuacji d’Arquen wciąż nie będzie osobnym państwem?

— Dlatego Bolyern nie może już być dłużej królestwem. Musimy być czymś potężniejszym. Zostaniemy cesarstwem, a ja cesarzem.

 

Po powrocie do swoich komnat Theran wreszcie mogła wziąć kąpiel. Służące zdjęły z niej zbroję i ubranie oraz przygotowały wannę pełną gorącej wody. Teraz Wielka Generałła była po prostu hrabianą, która korzystała z należnych jej przywilejów. Nawet jej komnaty były dość luksusowo urządzone jak na panujące standardy. Lubiła złocenia i marmury oraz wypełniać pustą przestrzeń czymś ładnym. W końcu była nie tylko generałłą ale i młodą kobietą.

— Moja pani, jutro wieczorem odbędzie się spektakl mający uhonorować twoje dokonania wojenne — oznajmiła jedna ze służek. Theran nawet nie znała jej imienia.

— Przyjęłam — odparła i zamknęła oczy, żeby w końcu się zrelaksować.

— Pani brat również będzie uczestniczył w tym wydarzeniu. Podobno sztukę napisał i wyreżyserował znany d’arqueński dramatopisarz. Pani rolę również ma zagrać bardzo popularna d’arqueńska aktorka — dodała druga z kobiet.

Theran zacisnęła szczękę słysząc, że najprawdopodobniej spotka brata. Nie kontaktowała się z nim od kiedy stwierdził, że nie udzieli jej ślubu oraz zabronił robić tego innym kapłanom. Poczuła jak wzbiera w niej gniew. Wszyscy w tym kraju wiedzieli o śmierci Ericha i przeszli nad tym do porządku dziennego. Nikt nie widział w tym swojej winy. Nienawidziła ich za to. Na skraju świadomości poczuła lekkie ciepło w swojej piersi.

Wyszła z kąpieli i stanęła przed lustrem gdy pokojówki wycierały ją i wmasowywały różne olejki w jej skórę i włosy. Spojrzała na swoje odbicie, krótkie brązowe włosy, ciemne oczy, delikatnie rysy twarzy, które kontrastowały z blizną na ustach i policzku. Jej ciało miało o wiele więcej blizn niż twarz, ale wyglądały spójnie z jej mocną budową ciała.

Kiedy miała sześć lat dano jej wybór czy chce być wojownikiem jak ojciec czy kapłanką jak matka. Stąd miała dwa imiona — Marithiel Theran — pierwsze jednoznacznie kojarzone z kapłaństwem, drugie mocne i ostre niczym miecz wojowniczki. Oczywistym wyborem było dla niej podążanie ścieżką ojca, nie mogła sobie wyobrazić jak modli się całymi dniami.

Jej przemyślenia przerwało pukanie. Służące szybko zasłoniły jej ciało i czekały na decyzję.

— Wpuścić go — rozkazała.

W drzwiach stała młoda gwardzistka, która nawet nie podniosła wzroku.

— Pani — zaczęła onieśmielona. — Kazano mi przekazać, że twój wierzchowiec budzi niepokój wśród innych koni, boją się go.

Gwardzistka była wyraźnie wyższa rangą, ponieważ jej zbroja miała czarny kolor, a nie zwykły, metaliczny. Znaczyło to, że darzą Theran szacunkiem skoro nawet do tak błahej na pozór sprawy oddelegowano kogoś takiego.

— Wypuście go na pastwisko, może być nawet z klaczami — zdecydowała w końcu i kazała służącym się ubrać.

— Pani, to ogier… — gwardzistka w ostatniej chwili powstrzymała się od uniesienia głowy.

— Myślisz, że tego nie wiem? — Theran uniosła brew. Żołnierze nie powinni zadawać tyle pytań.

Gwardzistka ukłoniła się jej tak nisko jak mogła i wyszła. Theran wiedziała, że jej rozkaz mógł brzmieć nierozsądnie, ale znała swojego konia. Enbarr nie mógłby zapłodnić żadnej z ich bojowych klaczy, mimo że wyglądał na młodego ogiera.

 

W stolicy był tylko jeden teatr, do tego wzniesiony zaledwie rok temu. Jego budynek bardzo wyróżniał się na tle innych, ponieważ jako jedyny został zbudowany w stylu d’arqueńskim. Posiadał wiele zdobień i złoceń na elewacji, a na idących ulicami ludzi, patrzyły z góry wielkie kamienne stworzenia. Arkady i kolumny znali już od dawna w Bolyernie, ale w niewielu budynkach były głównym zamysłem architektonicznym, w teatrze natomiast opierała się na nich cała idea konstrukcji.

Theran weszła do głównego holu, który tonął w przepychu i złocie. Wszyscy rozstępowali się i dawali jej przejść, ponieważ była tutaj nie jako hrabiana, ale Wielka Generałła. Żałowała, że nie mogła założyć jednej z wielu sukien, które posiadała, po tak długim czasie spędzonym w zbroi, miała ochotę na coś bardziej komfortowego. Pocieszało ją tylko to, że posiadała mundur ze spódnicą zamiast spodni. Mogła wytrzymać tych kilka warstw, na które składały się koszula, kurtka munduru, która była sztywna i przywodziła na myśl gorset, liczne odznaczenia, epolety z czarnego złota, rękawiczki i oczywiście lekko rozkloszowana spódnica z drobnymi falbankami u spodu, a do tego przytroczona do pasa pochwa z mieczem. Wszystko czarne, żeby podkreślić jej status. To był jej strój zarezerwowany tylko na bardziej oficjalne wydarzenia w kraju, a to zdecydowanie było jedno z nich. Niestety jej włosy były za krótkie, żeby ułożyć je w te wszystkie fantazyjne fryzury, których zazdrościła księżniczce Juliette.

Została pokierowana do jednej z najlepszych loży, skąd widziała doskonale scenę oraz osoby siedzące poniżej. Naprzeciwko niej znajdowało się miejsce przeznaczone dla rodziny królewskiej. Loża Theran była przeznaczona dla jeszcze jednej osoby. Wielkiego Kapłana. Leustiela. Baldaviera. Skinęła głową widząc wchodzącego do loży brata, który jak zawsze miał na twarzy metalową maskę oraz jasną szatę z kapturem, narzuconą na czarną zbroję. Theran zdołała zauważyć jego osobistego (w jej opinii nawet nad wyraz) gwardzistę. Zacisnęła usta.

— Wielka Generałło — Leustiel skinął jej głową siadając.

— Wielki Kapłanie — odpowiedziała tym samym gestem.

Ludzie pod nimi chodzili i witali się ze swoimi przyjaciółmi, najwidoczniej przejęli już d’arqueńskie zwyczaje. Gdy pogasły światła wszyscy zaczęli siadać na swoje miejsca.

Sztuka rozpoczęła się, ale Theran nie zwracała na nią uwagi. Brała udział w tych bitwach i wiedziała doskonale co się podczas nich wydarzyło.

— Nie podoba ci się sztuka? Na pewno kojarzysz grającą cię aktorkę — usłyszała przy uchu szept Leustiela.

Rzeczywiście znała tę aktorkę, do niedawna była najpopularniejsza w d’Arquen. Theran widziała ją już kilka razy na scenie.

— W d’Arquen nie ma już życia odkąd naraziła się księżniczce Juliette. Szczerze mówiąc zastanawiałam się dokąd uciekła — przyznała również szeptem. — Zauważyłam, że nie ma tu postaci Ericha.

— Zakazałem jego przedstawienia, nie wiedziałem jak zareagujesz widząc jego postać w sztuce.

Przedstawienie trwało dalej, a Theran z nudów spojrzała na lożę naprzeciwko i przyjrzała się królewnie.

Glorianna oglądała sztukę z zaangażowaniem, jakby naprawdę wierzyła w to co ona przedstawia. Jak zwykle wyróżniała się swoją jasną suknią, zwłaszcza teraz na tle ciemnych kotar i półmroku panującego wokół.

— Patrzysz na nią jakbyś miała wobec niej plany — szepnął Leustiel.

— Myślę, że mam i będziesz musiał mi w nich pomóc.

Nikt nie mógł zobaczyć wyrazu twarzy Wielkiego Kapłana, ale na zewnętrzną stronę maski wydostała się mała kropla czerni, która spłynęła wąską strużką. Theran podała mu jedwabną chusteczkę, żeby ją otarł.