Wielkość tekstu:

Nigdzie

Nigdy

 

Stół z siedmioma pustymi miejscami pośrodku niczego. Nigdzie i nigdy. Poza czasem i przestrzenią. Tylko raz w roku sześć miejsc zostaje zajętych. Siódme, u szczytu stołu, od ponad tysiąca lat pozostaje puste.

Przy stole zasiadła nastoletnia dziewczyna ubrana w biel i zajęła pierwsze miejsce po prawej stronie. Oczy zasłaniał tylko koronkowy materiał, ale mimo to pozostawały zamknięte, a z jej twarzy nie schodził łagodny uśmiech. Całe jej ubranie wydawało się nie pasować do żadnej ze znanych kultur. Biała suknia była prosta, tak samo jak woal zasłaniający jej włosy, jednak ułożenie i spięcia materiału wydawały się egzotyczne, nieznane.

Dziewczyna nie siedziała jednak długo sama. Następna pojawiła się starsza kobieta i usiadła na trzecim miejscu po lewej stronie. Siwe włosy miała zaplecione w grube warkocze, a całe jej ubranie było zrobione ze zwierzęcej skóry i futer. Ona z kolei w ogóle nie miała oczu, w ich miejscu znajdowała się olbrzymia blizna, wyraźnie pozostawiona przez pazury jakiegoś ogromnego zwierzęcia. W dłoni trzymała długi drewniany kostur, na którego końcu powiewały kawałki wyprawionej skóry i białego futra.

— Jak zawsze pierwsza, Bjor. Miło znów cię spotkać — przywitała się nastolatka.

— Najstarsi i najmłodsi ludzie zawsze mają najwięcej wolnego czasu, myślę, że się ze mną zgodzisz, Mazmirethiel — pozdrowiła ją Bjor.

Nastolatka zaśmiała się cicho.

— Nie mogę się nie zgodzić.

Następnie pojawiła kobieta ubrana w czerń, z charakterystyczną szeroką spódnicę i dużą ilość, dzwoniącej przy każdym kroku, biżuterii, ale nie to zwracało uwagę innych. Pierwszym co rzucało się w oczy, była jej niezwykła uroda. Nie każdy jednak postrzegał ją tak samo. Dla jednych posiadała bladą skórę, długie blond włosy i delikatną twarz, inni nie mogli oderwać oczu od jej ciemnej karnacji, czarnych loków i ostrej linii żuchwy. Jedna tylko rzecz pozostawała niezmienna. Jej oczy, ukryte pod równie czarnym jak reszta jej stroju materiałem, ozdobionym licznymi sznureczkami srebra i złota. Kobieta, badając otoczenie dłońmi, zajęła miejsce obok starej kapłanki.

— Wyglądasz jak zwykle wspaniałe, Lyfyo — skomplementowała ją Mazmirethiel.

— A ty, zapewne, jak zwykle niesamowicie młodo, Mazmirethiel — odparła Lyfya melodyjnym głosem.

Bjor nie dołączyła do wymiany komplementów.

Pierwsze miejsce po lewej stronie zajął rycerz w czarnej zbroi, na którą została narzucona biała szata z kapturem i srebrnej, metalowej masce na twarzy. Siedział niesamowicie sztywno, ale jednocześnie starał się nie patrzeć na nastolatkę siedzącą naprzeciwko.

— Leustiel… Proszę, zostań chwilę dłużej po naradzie — poprosiła Mazmirethiel cichym, kojącym głosem. Wyciągnęła dłoń w białej rękawiczce przez stół chcąc położył ją na ciężkich, metalowych rękawicach rycerza, ale on szybko ukrył ręce pod stołem.

— Widzę, że twoje prośby również w zeszłym roku nie zostały wysłuchane, droga Mazmirethiel — rzuciła Lyfya.

— Widzisz? Odnoszę wręcz przeciwne wrażenie, drogie dziecko — zaśmiała się sucho Bjor.

— Och, nadrabiam to bardzo dobrym słuchem. Niosą się plotki, że Bolyern zaczyna coraz śmielej patrzeć w stronę północy. Rozumiem, że nie każdy jest w stanie pojąć cudze cierpienie, dopóki sam nie doświadczy czegoś podobnego — zaszczebiotała Lyfya.

— Proszę, nie zebraliśmy się tu, by się kłócić — przerwała im Mazmirethiel, nie podnosząc nawet głosu. — Zwłaszcza, że ty, Lyfyo, powinnaś rozumieć najlepiej moją relację z Leustielem.

Wszyscy zamilkli i w ciszy czekali na pozostałych.

Jako jedna z ostatnich pojawiła się kobieta odziana w biel i złoto. Twarz zasłaniał jej półprzejrzysty woal, który przytrzymywała złota korona. Kobieta usiadła obok Leustiela, a naprzeciw Lyfyi. Otarła złote łzy wypływające z jej oczodołów. W przeciwieństwie do Leustiela, nie posiadała gałek ocznych. Przypominała bardziej królę niż kapłankę, również przez jej postawę. Już na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że jest kobietą w sile wieku.

Kapłan w zbroi rycerza skinął jej głową, a kobieta odwzajemniła gest.

— Ara… Lyfya — poprawiła się kobieta, witając doskonale znaną jej twarz.

— Virtanael — przywitała ją czarownica i posłała uśmiech, którym mógłaby rozkochać w sobie dowolną istotę.

Ostatnie miejsce zajęła młoda kobieta. W oczy od razu rzucały się jej ognisto rude włosy, sięgające do pasa. Dwa kolory jej tęczówek, brązowy i niebieski, mieszały się ze sobą, jakby toczyły walkę. Próbując ukryć dezorientację i niepewność, dziewczyna poprawiła zamaszystym ruchem białą suknię, spiętą złotymi spinkami na ramionach i związaną w pasie złotym sznurem.

Kapłani i ich bogowie byli w komplecie.

— Wspaniałe cię w końcu poznać, Velo — powitała ją Mazmirethiel z ciepłym uśmiechem. — Widzę, że twoje oczy jeszcze nie przeszły pełnej przemiany.

— A ty kim jesteś? Z tego co wiem, Deus nie żyje, więc powinna być nas piątka. — Vela zmarszczyła brwi.

Przy stole zapadła kompletna cisza. Nikt inny nie był w stanie się odezwać.

Mazmirethiel skinęła tylko lekko głową. Uśmiech nie zszedł jej z twarzy.

— I wyciągnął Deus z wnętrza swego gwiazdę jasną, i umieścił ją nad ową planetą, aby odmierzała dni i dawała ciepło, lecz by jej nie strawiła. Wywiódł też księżyc ze swego ciała, aby rozpraszał mroki nocy. A pieczę nad nimi powierzył Mazmat, która zrodzona z ich blasku, odtąd miała być zwana ich Panią — wyrecytowała melodyjnym tonem. — Nic się nie stało Velo, mało kto zna ten fragment, a to twoje pierwsze spotkanie. Proszę cię jednak, żebyś pamiętała o szacunku, wszyscy przy tym stole jesteśmy równi.

— Równi, dobre sobie — zaśmiała się Vela. — Szczerze mówiąc każdy może wymyślić sobie jakiś nieistniejący fragment, ale niech ci będzie, skoro już tu jesteś — prychnęła, a błękit zawirował w jej oczach niczym płomienie.

— Ja, Mazmirethiel — oznajmiła wstając — pragnę oficjalnie rozpocząć nasze spotkanie. Pozwólcie jednak, że przytoczę najpierw zasady, ponieważ to pierwszy raz gdy zasiada z nami Vela. Chcąc zabrać głos i wyrazić swoje zdanie, musicie wstać i się przedstawić. To bardzo ważne, ponieważ nie każdy z nas widzi na tyle wyraźnie, a niektórzy w ogóle, by rozróżnić siedzące osoby.

— Dlaczego zebraniu kapłanek, czyli najpotężniejszych osób, przewodzi dziecko? — wtrąciła Vela.

— Velo, proszę uszanuj zasady i zanim coś powiesz przedstaw się i… — upomniała ją cicho Mazmirethiel, ale nawet nie zdążyła dokończyć zdania.

— Jako księżniczka Ardenmaru, żądam, żeby przewodnictwo przejął ktoś odpowiedni — przerwała jej Vela.

— Dobrze — zgodziła się Mazmirethiel. — Kogo proponujesz?

— Niech przewodzi nami najstarsza, albo najlepiej Leustiel, skoro i tak wszyscy jesteśmy pod butem Bolyernu.

Leustiel prawie zakrztusił się czernią, która spływała po jego ustach.

— Przepraszam bardzo, ale nie każdy tutaj jest, jak to ujęłaś “pod butem Bolyernu” — wtrąciła się Bjor. — Niektórzy zachowali niezależność.

— Za to ja obawiam się, że ciężko będzie mi słuchać słów kogoś, kto wydaje rozkazy, żeby zabijać i okaleczać moje czarownice — włączyła się w dyskusję Lyfya.

— Ostatnia czarownica w Bolyernie została zabita jeszcze przed moim narodzeniem — przypomniał Leustiel. — Dobrze wiesz, że to moja matka wydała ten dekret.

— Nie zatrzymałeś tego, a ta kobieta nigdy nie powinna być nazwana matką. — Ton czarownicy był jednoznacznie jadowity.

— Ja, Mazmirethiel, przywołuję was, do oficjalnego tonu. Lyfyo, nie powinnaś tak mówić o naszej dawnej koleżance — upomniała ją.

— Za to ja, Lyfya, nie sądzę, żeby naprawdę ci to przeszkadzało — odparła rzucając znaczące spojrzenie w stronę Leustiela.

— Ja, Virtanael, chciałabym wam przypomnieć, że wszyscy jesteśmy dorosłymi, wpływowymi ludźmi. Nie możemy porzucać porządku, na rzecz kłótni rozpętanych przez dziecko.

— Nie jestem dzieckiem, mam ponad dwadzieścia lat — wtrąciła Vela, poprawiając opadnięte na jedno ramię zapięcie sukni.

— Ja, Virtanael, twierdzę, że to wciąż zbyt młody wiek, ponieważ sama żyję dwa razy dłużej niż ty, Velo. O ile wiem, to jesteś tylko nieznacznie starsza od Leustiela, ale on w tych spotkaniach uczestniczy już od kilkunastu lat. Uważam, że powinnaś się dostosować do zasad, które są starsze, niż ty sama, zwłaszcza, że nawet twoje oczy są w stanie niemal nienaruszonym. Czy możemy już zacząć, Mazmirethiel?

— Ja, Mazmirethiel, chciałabym ci podziękować, droga Virtanael, za przywrócenie porządku. — Głos dziewczyny nawet na chwilę nie stracił na łagodności, a uśmiech wciąż zdobił jej twarz. — Skoro przypomnienie zasad mamy już za sobą, chciałabym serdecznie przywitać i oficjalnie przedstawić wam nową kapłankę boga Vlama, Velę.

Zapadła głęboka cisza, na co Vela jedynie prychnęła pod nosem.

— Następnie — kontynuowała Mazmirethiel — musimy ponownie przedyskutować zbliżającą się śmierć Liefde.

Niemal nikt się nie poruszył, nie musieli. Oczy większości z nich nie były w stanie dostrzec twarzy Lyfyi. Do tego ten temat nie był niczym nowym. Poruszali go co roku od kilku lat.

Jedynie Vela nie mogła wyjść z szoku.

— To bóg naprawdę może umrzeć? — spytała cicho.

— Ja, Mazmirethiel, proszę cię, Lyfyo, żebyś opowiedziała nam jak wygląda sytuacja.

— Ja, Lyfya, ogłaszam, że z roku na rok jest coraz gorzej. Czarownice porzucają magię na rzecz zielarstwa, głównie ze strachu przed Bolyernem. Ostatnio kolejna para przeznaczonych sobie ludzi została rozdzielona przez śmierć i mam absolutną pewność, że w tym przypadku interweniował sam Leistung. — Ból w jej głosie był oczywisty, brzmiała jak matka opłakująca dzieci.

— Ja, Mazmirethiel, pytam cię Leustielu, czy wiesz coś na ten temat? 

— Ja, Leustiel, oświadczam, że nic na ten temat nie wiem.

— Ja, Lyfya, uważam, że nie powinniśmy mu wierzyć na słowo.

— Ja, Leustiel, uważam, że nie masz ku temu podstaw.

— Poczułam jego ingerencję w ludzi należących do mnie. Może poza zbliżającą się śmiercią Liefde, powinniśmy także przedyskutować dlaczego kapłan boga wojny nie ma pojęcia co robi jego bóstwo?

— Lyfyo — upomniała ją Mazmirethiel.

— Ja, Leustiel, nie mogę wyjść z podziwu, że ty wiesz co robi twoja bogini skoro nawet nie jesteś w stanie nic zobaczyć — zakpił Leustiel.

— Dla mnie, Lyfyi, nie będzie problemem udowodnienie, że moje oczy są doskonale sprawne.

— Ja, Virtanael, pragnę tylko zauważyć, droga Lyfyo, że kapłance w twoim wieku, niezależnie od tego jak dobry masz powód, nie wypada kłócić się z kimś kto nie osiągnął nawet dwudziestego roku życia.

— Ja, Lyfya, uważam tylko, że nie powinniśmy pozwalać Bolyernowi mordować naszych ludzi — westchnęła ze zrezygnowaniem.

— Ja, Mazmirethiel, chciałabym usłyszeć twoją opinię na temat Liefde, Bjor.

— Ja, Bjor, nie zmieniłam swojego zdania od ostatnich pięciu spotkań. Śmierć Liefde będzie kolejnym wymazaniem kontynentu i zaczniemy wszystko od nowa. Przetrwają tylko najsilniejsi i to oni wyznaczą nowy kierunek.

Mazmirethiel westchnęła, a z jej twarzy na ułamek sekundy zniknął uśmiech. Z obecnych tylko Vela mogłaby dostrzec ten szczegół, gdyby zwróciła na to uwagę.

— Virtanael? — spytała, sama na moment zapominając o zasadzie.

— Ja, Virtanael, uważam, że powinniśmy zrobić wszystko by zachować status quo. Śmierć kolejnego boga będzie oznaczała, że nasi mogą być następni, a ludzie zaczną się niepokoić.

— Ja, Mazmirethiel, zwracam się teraz do ciebie, Leustielu, z tym samym pytaniem.

— Ja, Leustiel, nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie.

— Ja, Mazmirethiel, dziękuję wszystkim za wyrażenie swoich opinii.

— Ja nie zostałam spytana — obruszyła się Vela.

— Ja, Mazmirethiel, przypominam, że to twoje pierwsze spotkanie, Velo. Musisz mieć ich za sobą kilka, żebyśmy mogli wziąć twoje zdanie pod uwagę. Następna kwestia…

— To bezczelne! — krzyknęła dziewczyna i po raz pierwszy wstała. — Myślicie, że możecie mną pomiatać tylko dlatego, że jestem księżniczką a nie królą!? Że Ardenmar jest tylko księstwem, które można pominąć i nic to nie zmieni!? Jestem Pierwszą Księżniczką i pokażę wam, że nie należy mnie lekceważyć! Traktujecie mnie jak dziecko, w momencie gdy jestem starsza od samej przewodniczącej tej śmiesznej rady i człowieka, który rządzi połową świata!

— Jej ojciec był o wiele mniejszym utrapieniem na pierwszym spotkaniu — mruknęła pod nosem Bjor.

— Ja, Mazmirethiel, uważam, Velo, że twoje oskarżenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Chodzi nam wyłącznie o fakt, że nie rozumiesz jeszcze czym dokładnie jest twój pakt — wyjaśniła łagodnie.

— W odróżnieniu od was, ja nie wstydzę się bycia kapłanką i nie zasłaniam znamion swojego paktu — prychnęła Vela i ostentacyjnie ułożyła dłonie wierzchem ku górze.

Na wewnętrznych stronach jej dłoni znajdował się wypalony, wyraźny symbol. Trójkąt, którego jeden z wierzchołków był skierowany ku dołowi. Z tego wierzchołka została poprowadzona linia, rozszerzająca się na końcu, którą przecinały w połowie dwie mniejsze, górna nieznacznie dłuższa od dolnej, które również rozszerzały się na swoich końcach. Cały symbol, był wpisany w koło.

Leustiel mocno zacisnął dłonie w ciężkich rękawicach.

— Velo, w twoim wieku… — Mazmirethiel na moment porzuciła oficjalny ton.

— Jestem od ciebie starsza, więc nie zamierzam nawet udawać, że cię słucham. Jak mam wyjść z tego miejsca i wrócić do swoich komnat? — spytała Vela, wstając od stołu.

Wszyscy patrzyli w miejsce skąd dochodził jej głos. Nikt się nie odezwał.

— Wystarczy, że poprosisz swojego boga — zdradziła jej Mazmirethiel.

— Wspaniale.

Chwilę po tych słowach Vela zniknęła.

To był pierwszy raz gdy ktokolwiek opuścił spotkanie wcześniej.

— W porządku, kontynuujmy. Ja, Mazmirethiel, chciałabym przedyskutować następną sprawę.

— Ja, Bjor, mam jedno pytanie zanim zajmiemy się czymś innym. Opowiedz nam, droga Mazmirethiel, jak wyglądała śmierć Deusa, żebyśmy mogły się przygotować. W końcu jesteś jej ostatnim świadkiem.

 

Po zebraniu zostali tylko Mazmirethiel i Leustiel, który ostatecznie zdecydował się zostać dłużej. Wiedział, że nie może odwlekać tej rozmowy w nieskończoność.

— Jak się czujesz? — spytała kapłanka kładąc dłoń na jego ramieniu, bo tylko tam była w stanie dosięgnąć. — Nawet nie zauważyłam, kiedy tak bardzo urosłeś, jesteś już dorosłym mężczyzną…

— W porządku, nie mam już sześciu lat. — Odwrócił głowę, mimo że jego twarz i tak skrywała maska.

— Baldavier… Naprawdę mi przykro, że cię do tego zmusiłam. Ja też cierpię z tego powodu — zapewniła go i przyciągnęła do siebie.

Leustiel niechętnie pochylił się i pozwolił, żeby przyłożyła jego głowę do swojej piersi. Czuł się jednak niezręcznie i żadne słowa nie mogły wyrazić jego wdzięczności, że nikt ich nie widzi. Prawie nikt.

— Dlaczego w ogóle wciąż są organizowane te spotkania? Każdy wie, że to tylko farsa. Nikt nie wygłasza swojej szczerej opinii. Ty sama nie wspomniałaś nawet słowem o tym, że Leistung może umrzeć szybciej od Liefde — mruknął przymykając oczy, gdy dziewczyna zdjęła mu z głowy kaptur i zaczęła przeczesywać jego włosy palcami.

— Naprawdę cię przepraszam. Nie zasłużyłeś na to wszystko — mruknęła w jego włosy i przycisnęła do nich usta.

— Czy to boli? Umieranie razem z bogiem? — spytał cicho.

— Nie — odpowiedziała mocniej go obejmując. — To będzie bardzo szybkie, nawet się nie zorientujesz. Deurethiel nawet nie wiedziała co się dzieje. — W jej oczach znów pojawił się ten specyficzny rodzaj smutku.

— Nie chcę umierać, Maredi. — Z całych sił powstrzymywał szloch. — Ja naprawdę nie wiem o tym co robi Leistung… Jeśli naprawdę osobiście rozdzielił przeznaczone sobie osoby…

— Spokojnie — zanuciła mu przy uchu. — Zaufaj mi, że wszystko będzie w porządku.

Mazmirethiel zdjęła mu z twarzy maskę i złożyła pocałunek na jego czole, a czerń sącząca się z oczu Baldaviera plamiła jej śnieżnobiałą szatę.

Nigdy wcześniej tak bardzo nie przypominała krwi.

 

Z̵̧̫͉̥̽̓́̑͝r҈̨̗̙̩̗͙͑̽̉͠o҈̧̛̩̗̝̱̔͌ͅm̶̧͖͎͑̌͆͡u̴̡̙̠̔́͋̍͠x̵̧͚͚̮̤͛̿̽̌̅͞a҈͇̙͆̓͢͡a̶̩͈̝̜̫͐̇̇̽͜͡s҉̥͇͇̄̅͢͞

Vela, wciąż wściekła po zlekceważeniu jej przez innych kapłanów, krążyła po swojej komnacie.

— Dlaczego ze mną nie poszedłeś? Jesteś moim bogiem — zwróciła się do płonącego w kominku błękitnego płomienia.

Nie mogę, Mazmat zabrania obecności innych bogów podczas narad — odparł dziecięcy głos w głowie kapłanki.

— Czym jest w ogóle ta cała Mazmat? Nigdy nie słyszałam o takim bóstwie — mruknęła mrużąc oczy.

Jesteś teraz w gronie tych nieszczęśników, którzy słyszeli. — Głos płomienia przypominał ziewanie.

Rozległo się pukanie do drzwi.

— Księżniczko, oczekują cię w sali tronowej. — Dobiegł zza nich głos jej najwierniejszego strażnika.

— Dobrze, już idę — odparła biorąc w ręce Vlama i niosąc go przy swojej piersi, wyszła na korytarz.

Strażnik nawet na nią nie spojrzał. Po prostu zaczął ją prowadzić.

— Grają dzisiaj sztukę w Teatrze Narodowym — zagadnęła gwardzistę. — Chciałabym ją obejrzeć, a ty powinieneś mi towarzyszyć. Jako ochrona, oczywiście.

— Sztuka była wystawiana dwa dni temu — odparł od razu mężczyzna.

Vela zagryzła dolną wargę.

— W takim razie, czy nie ma dzisiaj żadnych koncertów?

— Nie. — Padła obojętna odpowiedź.

Kapłanka mocniej przycisnęła płomień do piersi.

— W takim razie, może zjemy kolację?

— Nie masz dziś na to czasu, księżniczko. Nie było cię przez dwa dni. Masz dużo spraw do nadrobienia.

— Rozumiem — mruknęła pod nosem.

Doskonale wiedziała, że żadna z tych spraw nie dotyczy polityki międzynarodowej. W wyjątkowe dni zdarzały się sprawy polityki wewnętrznej. Zwykle jednak rozwiązywała prywatne spory.

 

X̷̭̘̦̪̮̞̃̈̂̒̎͂̓̒͜͠a̵͖͈̍͗̏͌̓͆̚͢͞a҉̡̟̪̳̖̱̦͕̇͌͆̓͑͡ŝ̴̮̘̖͙̤̠̙̱͆͐̀͒̇͐͒͜͠v̵̧̛̩͎͙͍̱̽̀͋̊͌̋̿u҈̢͖̩͇̭̍̄̏̓̿̕l҉̲̙̎̂̌̓̄͜͝b̴̨͍͈͇̲̣҇̾̎

Virtanael siedziała na swoim złoconym tronie, który wyglądał jakby obejmowały go dłonie boga, a za nią znajdowała się ogromna rzeźba, do której te ręce należały. Bóg patrzył w górę, a z miejsca, w którym powinny znajdować się oczy, płynął strumień czystego złota.

— Pani. — Padł przed nią na kolana jeden z pomniejszych kapłanów. — Podczas twojej nieobecności, książ Elion, w stanie silnego upojenia winem, próbował siłą dostać się do kaplicy.

Virtanael westchnęła cicho i skinęła głową, żeby mówił dalej. Sama zabroniła komukolwiek wchodzić do kaplicy, gdy jej nie będzie. Nie cierpiała faktu, że podczas zebrania czas płynie inaczej, i to nawet dla każdej z kapłanek. Jednych nie ma jedynie na ułamek sekundy, za to inne znikają na całe dnie. Nigdy nie dało się przewidzieć ile czasu upłynie na świecie.

— To nie pierwszy raz — przypomniał jej kapłan. — Powinniśmy zgłosić tę sytuację księżniczce Juliette?

— Na razie nie ma potrzeby — stwierdziła Virtanael i machnęła dłonią. — Dopóki nie spowoduje większych szkód, nie będziemy angażować w to jego żony.

Kapłan skłonił się jej raz jeszcze i odszedł.

Virtanael westchnęła cicho, jednak jej spokój nie trwał długo.

— Kapłanko Virtanael — odezwał się jeden kapłanów, inny niż uprzednio. — Dzisiaj znaleziono mężczyznę, najpewniej ofiarę truciciela.

— Kim jest ofiara?

— Młody rycerz, ostatnio obraził książa Eliona.

— To dużo wyjaśnia — westchnęła kobieta. — Czy ktoś o tym wie?

— Jedynie nasza kaplica. Powinniśmy powiadomić innych? Zwłaszcza księżniczkę Juliette? Mamy wystarczającą ilość argumentów by wydać wyrok. Co trzecia ofiara truciciela w jakiś sposób naraziła się księżu. To mocne dowody. — Kapłan wyraźnie zacierał już ręce, by ogłosić wyrok.

— Zatuszuj wszystkie ślady. Nikt nie może się dowiedzieć — odparła jedynie Virtanael.

 

D̵̨̯̟̬̥̯͌̿̄̆̏̕ŗ̸͈͎̯͖̳͑̓̿̊͠e̷̢͍̘̯̣̭̍̆̌͠h҈̢̭̪͔͐̾͗̿͐̕a҈̡̗͈̤͉͍́͂̽͐́͠e҈̧̣̩̜̣͕҇́́̾̃r҉̤̙̐̽̂̿͢͡x̵̨̦͔̝̝̆͋̒̀́͡

Leustiel znów stanął przed ołtarzem. Przed sobą miał klatkę z królikiem i nóż rytualny, a za sobą całą świątynię wiernych.

Bez większych emocji, ale z delikatnością, wyciągnął królika i szybkim, wyuczonym do perfekcji ruchem, chciał poderżnąć mu gardło.

Przerwały mu otwierające się główne drzwi świątyni. Kapłan odwrócił się. Ceremonię przerywano tylko z jednego powodu. Każdy inny byłby karany śmiercią.

Przed nim stanęło czterech żołnierzy. Trzymali jedną kobietę, która płakała i próbowała się szarpać.

— Wielki Kapłanie — odezwała się jedna z rycerzy. — Pochwyciliśmy czarownicę.

— Nie jestem czarownicą… Nigdy nawet nie byłam czarownicą! Jestem zwyczajną kurtyzaną! Błagam! Muszę utrzymać córkę i męża! On jest chory! Zginą beze mnie! — błagała kobieta zalewając się łzami.

Tłum w świątyni jednak już wydał wyrok.

— Złóżmy czarownicę w ofierze!

— Nie możemy dopuścić by zaczęła rządzić w kraju!

— Omami nas wszystkich!

— Nie patrzcie jej w oczy! 

Leustiel zacisnął powieki i usta. Powoli odłożył królika do klatki. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że przez ten cały czas delikatnie gładził miękkie futerko.

— Po czym poznaliście, że ta kobieta jest czarownicą? — spytał głosem nie zdradzającym żadnych emocji.

— Widzieliśmy jak patrzy w oczy jednej ze strażniczek w mieście. Na pewno chciała ją zaczarować!

— To kłamstwo! — krzyknęła kobieta uznana za czarownicę.

Lud w świątyni znów zaczął skandować, żeby złożyć ją w ofierze.

Wkrótce po tym ołtarz został skąpany we krwi.

Poplamiła nawet futerko królika, którego klatka została położona obok stóp Leustiela.

 

Y̸̨̛̥̮͖̙̋̂e̶̡̳̦͎҇̆̇̀̂̑ę̴͔̬̌̿̃̑͛͠h҉͍̤͙͌̐̃̿̐͜͞ŗ̴̛̩̰̝̦͊̎ͅa҉̢͈̜̎̓̃̐̃͞x̶̛̙̆̉͐́͢ͅ

— Mamo? — spytał około sześcioletni chłopiec, wpatrując się w Lyfyę dużymi, okrągłymi oczami.

— Słucham, kochanie. — Czarownica obdarzyła go uśmiechem. — Coś się stało, gdy mnie nie było?

— Siostrzyczka Dika gorzej się czuje…

Lyfyi na moment stanęło serce.

— Zaprowadź mnie do niej, proszę.

Wyciągnęła do chłopca dłoń, za którą ten zaczął ją prowadzić. Po drodze słyszała pozdrowienia wielu kobiet, które brzmiały szczęśliwe, że ją widzą.

— Jesteśmy, mamo — oznajmił chłopiec, za co został pogłaskany po jasnych włosach.

— Wspaniale się spisałeś, skarbie.

— Matko — odezwał się dobrze znany jej głos. — Przyszłaś pożegnać się z Diką?

— Pożegnać się…? — powtórzyła głucho Lyfya.

— Jej obrażenia są zbyt rozległe, nie mam wystarczająco dużo magii, żeby ją uratować. Wiem, że powinnam teraz szukać kogoś, ale nie mam sily ani czasu… — W głosie dziewczyny było słychać powstrzymywany szloch.

— Wiem, nie musisz się tłumaczyć. Ion, proszę pójdź na chwilę pobawić się z siostrzyczką Kosmą — poprosiła kapłanka, kucając przed synem.

— Z siostrzyczką Diką będzie wszystko w porządku, prawda? — Chłopiec wpatrywał się w, ukryte za materiałem, oczy matki.

— Oczywiście, że tak. Nie pozwolę by coś złego stało się którejkolwiek z moich córek lub tobie — zapewniła go i pocałowała w czoło.

Ion został wyprowadzony na zewnątrz przez Kosmę, młodą dziewczynę, która często asystowała głównej uzdrowicielce. W środku podniszczonego budynku została tylko Lyfya i Vadoma, niewiele młodsza od kapłanki, zarządczyni szpitala.

— Zaprowadź mnie do niej — poprosiła Lyfya.

Kobieta wzięła ją za rękę i poprowadziła przez korytarze. W jednej z sal, na kocach rozłożonych na spękanych deskach, leżała młoda dziewczyna, ledwo osiemnastoletnia. Jej ciało zostało przykryte materiałem, ale jego dolną połowę znaczyła krew.

Lyfya ściągnęła materiał z oczu, a Vadoma natychmiast odwróciła się do niej plecami. Przez pierwszą sekundę oślepił ją blask w pomieszczeniu, ale już po chwili widziała dokładnie sytuację przed sobą.

Przed nią leżała nieprzytomna Dika. Kapłanka przyłożyła dłoń do serca dziewczyny i zachciało jej się płakać. Przyjąć chociaż część cierpienia swojej córki na siebie. Wiedziała, że nawet jeśli wyleczą jej ciało, nikt i nic nie będzie w stanie naprawić krzywdy, którą jej wyrządzono.

— Dika, kochanie, otwórz oczy — poprosiła Lyfya, obejmując twarz dziewczyny dłońmi.

Dika, w którą wstąpiły nowe siły otworzyła oczy. Wyraz jej twarzy natychmiast stał się błogi. Jakby nie liczyło się nic poza oczami kapłanki przed nią.

— Śpij, córeczko. Nie musisz się niczego bać, jestem przy tobie — wymamrotała drżącym głosem Lyfya, obejmując mocno dziewczynę i przyciskając usta do jej włosów.

Koce pod Diką zalała krew, gdy sztylet znalazł jej serce.

 

G҈̢̰̪̿̋̎͊̕ͅe҉̨̟̗͓̑̿̏̕ͅl̶̡͙̥̜҇̈́̂͊͆̈x̵̢̞͔͔̠҇̔̑̄̂̍a̸̢̟͈͎̖̬͋̾͝ạ̶̧҇͋̓͑ͅś̸͖̳̫́̇̑͜͝

Chłód bezlitośnie wdzierał się do sali biesiadnej, gdzie jak co wieczór miała miejsce wspaniała uczta. Bjor, jako jedna z nielicznych, miała zaszczyt zasiadać do uczty z wodzem i jego rodziną. Stół zastawiono kilogramami mięsa i litrami wina.

— Nie jesz, Bjor? — spytał kobietę wódz.

— W moim wieku taka ilość mięsa nie jest wskazana — odparła kapłanka, popijając gorące wino.

Wódz jedynie machnął ręką, odgryzając kolejny wielki kęs z nogi renifera.

— Wodzu, gdzie dzisiaj wyrzucić resztki ze stołu? — spytała jedna ze służących po zakończeniu uczty.

— Niech rzucą to na ulicę. Kto znajdzie, ten dostanie — odparł mężczyzna rozsiadając się w swoim rzeźbionym krześle, przypominającym tron.

Resztki były doskonałym określeniem, ponieważ jedyne co zostało to resztki mięsa na kościach. Jedynie na talerzu Bjor ostały się całe kawałki.

— Bjorn, będziesz to jeszcze jadła? — spytała najstarsza córka wodza, sięgająca już po jej talerz.

— Będę, skończę to w swojej chacie. — Kobieta uderzyła kosturem palce dziewczyny, która szybko cofnęła dłonie i zaczęła je rozcierać z urażoną miną.

Zgodnie z zapowiedzią wodza, resztki z uczty zostały rzucone na ulicę grodu. Nie minęło wiele czasu, aż wokół kości zebrali się ludzie, walcząc o najlepsze z pozostałych kawałków.

Bjor podeszła do grupki ludzi siedzących na uboczu. Zbyt głodnych i zmarzniętych, by mogli walczyć o jedzenie. Kobieta wyciągnęła z futer jedzenie, które wyniosła z uczty i rzuciła im je.

— Björn wrócił z polowania — oznajmiła.

Jeden z silniejszych mężczyzn, który wcześniej zgarnął większość kości rzuconych przez służące, zauważył co działo się nieco dalej. Wstał i podszedł do Bjor. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej siły i faktu, że bez problemu może odebrać innym jedzenie.

— Stój. — Kapłanka zablokowała mu drogę kosturem.

— Odejdź, starucho — zagrzmiał mężczyzna i złapał kostur, chcąc jej go wyrwać.

Wokół niego wytworzyła się ogromna śnieżyca. Wszyscy ludzie odsunęli się w strachu, a mężczyzna miotał się, próbując uciec. Śnieg zaczął przybierać formę niedźwiedzia, który stanął na dwóch nogach i zamachnął się potężną łapą na mężczyznę, niemal już niewidocznego wśród wirującej bieli.

Bjor zaczęła odchodzić, opierając się na kosturze.

W miejscu, gdzie przed chwilą stał mężczyzna, leżał ogromny, martwy renifer. Ludzie rzucili się na zwierzę, chcąc zdobyć najlepsze kawałki.

 

I̶̢̛̪̣͂͗́͐̎x҉͖͚̞̐́̑̃̕͢ú̴̢͓̫̜͔͂̇͞ḩ̸̰̥̣͊́̎̂͠ͅa̷͈͔̫̰̓̀͐̕͢e҉̪͇҇̀̒̓͢r҈̧̞̦̜̘͇҇̓̓͗̅x̴̛͎̮̒̄͜ͅ

Mazmirethiel patrzyła z rozczulonym uśmiechem na dwóch chłopaków przed sobą.

— Wszystko w porządku, Maredi? Twoje ubranie jest całe w czarnym… czymś — zaniepokoił się jeden z chłopaków, odkładając lutnię.

— Nie nazywaj jej tak, to Mazmirethiel. Jest kapłanką, idioto — prychnął drugi chłopak, zdejmując z pleców kołczan i łuk.

— Nie musicie się… — zaczęła Maredi.

— Znam ją od dziecka, bycie kapłanką nie zmieni tego, że jej imię to Maredi. Nie moja wina, że tak naprawdę nic o niej nie wiesz. — Chłopak od lutni nie zamierzał odpuszczać.

— Uważaj bo znów rozbiję ci ten twój instrumencik. Tym razem na głowie. — Chłopak od łuku uśmiechnął się kpiąco.

— Mair! Katan! — Kapłanka stanęła między nimi. — Nie mam zamiaru słuchać jak się kłócicie.

— Przepraszam, Maredi — mruknął ze skruchą Katan.

— Wybacz, Mazmirethiel — przeprosił Mair, mimo że starał się nie przewrócić oczami.

Mazmirethiel westchnęła, próbując udawać irytację, ale zdradził ją cichy śmiech.

— Muszę uprać ubrania. Przekażecie reszcie gdzie będę i że wszystko w porządku? — poprosiła ich.

— Oczywiście, dla ciebie wszystko. — Katan szybko podniósł swoją lutnię i od razu pobiegł w stronę wioski.

— Tylko dlatego, że poprosiłaś. — Mair uśmiechnął się kącikiem ust, zabrał swój łuk i kołczan i również odszedł.

Irytujący — mruknął głos Mazmat.

— Nie mów tak o nich. Są uroczy. — Dziewczyna zganiła bóstwo i nucąc pod nosem, ruszyła nad rzekę.