Rozdział 3: Pandemia, makijaż, Wembley i rodzinne sekrety
W salonie Rianhouse już cicho szumi kominek, a ciepłe światło ognia dodaje przytulności pomieszczeniu. Pierwszy sezon przywołuje wspomnienia czasów, gdy członkowie zespołu byli jeszcze samotni, a ich życie kipiało rockandrollową swobodą. To właśnie wtedy, po premierze drugiego albumu Safeground, Liberty Fade zaczęło święcić większe triumfy – krążek otworzył im drogę nie tylko do dużych koncertów w Europie, ale też dał wejście na rynek amerykański.
******
Odcinek pilotażowy pod tytułem Na przekór pandemii właśnie się zaczyna. Pierwsze kadry rzucają na ekran falę świateł: hala wypełniona dwudziestotysięcznym tłumem. Po ostatnim błysku scenicznych reflektorów kamera płynnie przenosi widzów do hotelowego pokoju.
Na stoliku piętrzą się puszki z różnymi napojami i niezdrowe przekąski, obok nich stoi kolorowa miska owoców i słupki marchewek, które chrupie Ville.
Robert siedzi wygodnie, w koszulce ulubionego zespołu, i rzuca kąśliwe:
– Jesteśmy zespołem rockowym, a ty nie dość, że wyglądasz jak smutne emo, to jeszcze żywisz się jak królik, podważasz naszą autentyczność.
Ville, z kieliszkiem wody w dłoni, uśmiecha się szelmowsko do kamery.
– Pora się przedstawić – mówi poprawiając mankiet czarnej idealnie skrojonej koszuli. – Ville Rian. Nazywają mnie Libertyn albo Kurdupel. Pochodzę z Finlandii, niedługo kończę 21 lat, jestem frontmanem Liberty Fade.
Zerka z pogardą na Roberta i dodaje:
– I nie jestem emo.
Po czym bierze kęsa marchewki, wzdycha ciężko, upija trochę wody i maluje usta pomadką.
– Jestem Emma Rian, starsza siostra człowieka z marchewką, gram na gitarze elektrycznej – mówi drobna brunetka z ekstrawaganckim kokiem we wściekle czerwonej sukience podkreślającej jej smukłą talię.
– Robert Walker, 27 lat, perkusista, pochodzę z Manchesteru – wtrąca zadziornie postawny brunet, posyłając Emmie zaczepny uśmiech.
– Thomas Kleinert, rocznik ’99, Niemcy. Mówią na mnie DJ, bo… jestem DJ-em u Kurdupla w zespole – rzuca wesoło chłopak w luźnej stylizacji i czapce z daszkiem.
– Paul Lewin, jeszcze nie mam trzydziestki. Jestem basistą, Brytyjczykiem z polskimi korzeniami – oznajmia szczupły blondyn w flanelowej koszuli w ciemną kratę.
Emma sięga po tablet i wyświetla artykuł sprzed roku. Zaczyna czytać tekst, który wraca do głośnego festiwalu rockowego w Wielkiej Brytanii, po którym fani Liberty Fade poznali prawdę o Ville.
– „Pandemia odcisnęła głębokie piętno na milionach ludzi, zostawiając po sobie lęk, zmęczenie i poczucie niepewności. Świat na moment wyhamował, a wraz z nim branża muzyczna. Z czasem jednak pojawiła się potrzeba powrotu, do emocji, energii i czegoś nowego. W tym właśnie momencie pojawiło się Liberty Fade – fińsko-brytyjski zespół łączący rock z elektroniką, który w krótkim czasie przyciągnął uwagę słuchaczy.
W maju 2021 roku, skromnymi środkami, muzycy nagrali debiutancki album By The Way. Tytułowy singiel piął się coraz wyżej w rankingach, a amatorski teledysk szybko zaczął viralowo krążyć w sieci, mimo że o samym zespole wciąż niewiele było wiadomo.
Głos Villego, od falsetu po rockowy wrzask, intrygował, a jego wizerunek magnetyzował. Obok niego wyróżniali się: gitarzystka Emma, basista Paul, spokojny i wyważony oraz Robert, perkusista o klasycznej urodzie buntownika. Jedyną szerzej rozpoznawalną twarzą był DJ Thomas, związany z klubową sceną.
Wraz z popularnością pojawiły się pytania o tożsamość frontmana. Ville długo podpisywał się jedynie imieniem, unikając nazwiska. Ostatecznie wyszło na jaw, że jest synem Ramiego Riana – legendy rocka i producenta muzycznego. Potwierdzenie przyszło podczas festiwalu w Londynie, gdy Rami zaprosił Villego i Emmę na scenę. Wspólny występ zakończył spekulacje, a rodzinna tajemnica przestała istnieć.”
Libertyn zwraca się do kamery. Przez chwilę siedzi bez ruchu, z rękami splecionymi na kolanach. W jego spojrzeniu nie ma już dystansu ani kokieterii – tylko lekka powaga, podszyta przygotowaniem na to, co zaraz powie. Przeczesuje palcami włosy, jakby chciał odgarnąć coś więcej niż tylko kosmyk z czoła.
– Myślę, że to jest ten moment, żebyśmy z Emmą odnieśli się do tego artykułu, bo zaraz pewnie pojawią się komentarze w stylu: co to ma być, chłopaczek znikąd, a tu nagle całe środowisko artystyczne.
Lekko przechyla głowę, jakby analizował, co powiedzieć dalej, ale nie spuszcza wzroku z obiektywu.
– Po pierwsze: dziennikarze i fani zaczęli wtedy grzebać w moim życiu prywatnym. A ja nigdy nie robiłem z siebie outsidera, po prostu nie sprzedawałem nazwiska. Była muzyka i tyle. Bo co miałem mówić? „Tak, Rami Rian to mój ojciec, więc jestem zajebisty”? Wiedzieliśmy, że kiedyś to wyjdzie, ale najważniejsze jest to, że ludzie najpierw kupili naszą muzykę, a nie nazwisko.
– Tak. Libertyn chciał w pewnym sensie odciąć się od ojca – dorzuca Emma. – Teraz już to robi, podpisuje się jako Rian, bo i tak kto ma wiedzieć, ten wie.
– Wbrew wkurzeniu Ramiego i ekipy z RRstudio postanowiłem, że pierwszy album nagramy w jakiejkolwiek wytwórni, która nas nie wyzeruje finansowo i da niezależność. Teledysk do By the Way nagraliśmy metodą chałupniczą. To miał być test mojej muzyki. Albo zaskoczy, albo rzucę w cholerę muzykowanie i zajmę się cyframi.
– Dorastaliśmy w środowisku muzycznym – dodaje Emma. – Znaliśmy z bratem mnóstwo osób: muzyków, menedżerów, technicznych.
Chłopak kiwa głową. Przez chwilę wpatruje się w dłonie, jakby przypomniał sobie coś istotnego. Potem znów patrzy prosto w kamerę.
– Jeśli czegoś nie wiedziałem, nie byłem pewien, to miałem do kogo się zwrócić po pomoc, po radę – mówi dalej. – Poza tym backstage i scena nie były mi obce. Było nam łatwiej i uniknęliśmy błędów, jakie popełniają młode zespoły.
Kamera powoli oddala się od Villego, obejmując cały skład Liberty Fade. Widać, że wszyscy są w wyśmienitych nastrojach – to moment, gdy wracają wspomnieniami do początku swojej wspólnej drogi.
Ville opiera łokcie o kolana, Paul przeciąga się i sięga po puszkę coli, Thomas poprawia rękaw bluzy, a Emma kręci włos na palcu.
– Emmę poznałem jakoś na początku 2020 roku. Grzeczna i zagubiona dziewczynka – mówi Robert z przeciągłym uśmieszkiem, zerkając w jej stronę. – Spotkaliśmy się w moim klubie muzycznym. Pamiętam, przyszła z koleżankami, ubrana jak uczennica. Pogadaliśmy chwilę, powiedziała mi, że studiuje sztukę i malarstwo, a ja w wolnych chwilach maluję motocykle. I jakoś tak zeszło… Okazało się, że świetnie gra na gitarze, ale nie przyznała się, że ma sławnego i bogatego tatusia.
Puszcza jej oczko, a Emma teatralnie wzdycha.
– Podobał mi się. Taki niegrzeczny chłopiec na motocyklu, zupełnie inny niż towarzystwo ze studiów. Pojechaliśmy na zlot, poznałam jego kolegów, w tym Paula.
– Tak, pamiętam to – mówi Paul. – Przyjechała wtedy z Robem. Nikogo to nie dziwiło, że Rob przywiózł kolejną ładną dziewczynę.
DJ Thomas opiera stopy o stolik, podpiera głowę na dłoni i uśmiecha się półgębkiem.
– Libertyna poznałem na imprezie w klubie. Miał chyba szesnaście lat i wszedł na podrobiony dowód osobisty.
– Wtedy Thomas rozkręcał imprezę. Po koncercie podszedłem do niego – dodaje Ville.
– Jak ja go zobaczyłem, to nie wiedziałem, czy mam płakać, czy się śmiać. Chłopaczek z brokatem… – wtrąca Thomas spoglądając w stronę kamery. – Zaczął zadawać mi miliony pytań o… No, o keyboardy, kontrolery, interfejsy audio i cyfrowe syntezatory. Rzucał nazwami jakby czytał katalog. Wymieniliśmy się kontaktami. Ktoś mi później powiedział, że to syn gwiazdy rocka. Nie gustowałem w takiej muzyce, ale lubię zadbać o własne interesy i stwierdziłem, że taki kontakt mi się przyda.
Libertyn uśmiecha się tajemniczo i lekko pochyla w jego stronę.
– Między nami była chemia od zawsze. Bardzo mi się spodobał. Taki luzaczek, co to imprezki mu w głowie.
– Przyszedł lockdown – mówi Robert z powagą w głosie. – Klub zamknięty, zloty odwołane. Do tego zimno, więc i motorem nie było gdzie pojeździć. Zaczęło mi brakować muzyki, mojego klubowego zespołu.
– Wtedy pracowałem w knajpie u siostry – dorzuca Paul. – Gotowałem żarcie do cateringu i grałem na gitarze akustycznej do pustych ścian w pokoju. To mnie frustrowało.
Ville opiera się wygodniej, ale jego ton staje się poważniejszy.
– To był mój ostatni rok w szkole wojskowej. Trzy lata byłem wokalistą w zespole, co dawało mi ucieczkę od rygoru i dyscypliny. Występowaliśmy na dyskotekach, imprezach miejskich… to był fajny czas. Ale ostatecznie wszystko zabrał lockdown. W mojej głowie zaczęły wtedy grać piosenki, które są na pierwszej płycie. Miałem już fortepianowe wersje i prawie gotowe teksty. Tylko zespołu nie miałem, ten szkolny się rozpadł.
– Znałam Roberta i Paula. Powiedziałam, że brat jest trochę dziwny, ale chciałby pograć, pobawić się muzyką – mówi Emma, uśmiechając się pod nosem.
Robert wzrusza ramionami i chwyta puszkę.
– Co mi tam było. Nuda taka. Jak ktoś mówi: „Chodź powalić w gary”, to idę. Spotkaliśmy się u mnie w garażu, między motocyklami. Przyszedł wymalowany Libertyn. Spojrzałem na Emmę z rezygnacją. Ale dobra, próba to próba.
Paul unosi brwi, opierając rękę na oparciu kanapy.
– Zagraliśmy kilka kawałków znanych rockowych piosenek. Libertyn dawał radę. Wprawdzie dziesięć razy poprawiał makijaż, ale głos miał mega fajny i wyczucie sceniczne. Widać było, że to nie jego pierwszy raz.
– Dobrze mi się z nimi grało. Robert bardzo mi się spodobał. Taki figo–fago – rzuca Ville i posyła Robowi uśmiech przez ramię na co ten reaguje zrezygnowanym westchnieniem.
– Paul wydawał mi się taki stateczny – dodaje po chwili, patrząc na kolegę. – Taki starszy brat, który zawsze ma dobrą radę albo rzuci jakimś morałem.
– Umówiliśmy się na drugą próbę – mówi Paul wesoło. – Pojechaliśmy do domu Rianów, Wtedy zobaczyliśmy, co to profesjonalna sala prób.
– Odnowiłem wtedy kontakt z Thomasem – wtrąca Ville. Powiedziałem, że sobie chałupniczo gramy i że jak mu się nudzi, to zapraszam.
Thomas rozsiada się szeroko i zakłada ręce za głowę.
– Młody Rian chciał się spotkać…. Nie protestowałem. Miałem do wyboru: albo wrócić do Niemiec, kajać się przed ojcem za nieskończone studia i błagać o posadę w jego firmie, albo się zabawić. Przyjechałem na próbę, ekipa mi podpasowała, pograliśmy jakieś covery, taka zabawa, totalny luz. W pewnym momencie Libertyn powiedział: „Wiecie, ja mam takie moje piosenki, może spróbujemy”. Moje pierwsze myśli: koleś będzie śpiewał o żyletkach i przemijaniu. Stwierdziłem: „No dobra, zarzuć jakąś melodię”, a on na to: „No nie tu, bo ja potrzebuję fortepianu”. No… no ballady o Armagedonie murowane.
– Miałem identycznie – rzuca Robert, zerkając na Thomasa z rozbawieniem. – Bałem się tego, co chce nam zaproponować.
– Poszliśmy na górę, usiadł do fortepianu, zagrał i zaśpiewał By The Way, po czym skończył i zaczął opowiadać, jak muzycznie to widzi: tu riff, tu beacik, tam werbel – wspomina Paul. – Wróciliśmy do sali prób i zagraliśmy to tak, jak chciał. Później każdy coś dodał od siebie i wyszła ostateczna wersja tej piosenki.
Robert wzdycha teatralnie.
– Zapytałem Libertyna, czy ma coś jeszcze z zanadrzu… okazało się, że miał. Materiał na całą płytę! Lockdown w pełni. A my graliśmy jego piosenki, dogrywaliśmy się jako zespół, no i zapadła decyzja: spróbujmy coś podziałać na rynku muzycznym.
– No z Ramim Rianem to miała być formalność – mówi Thomas. – Mieć takie znajomości i dobrą muzykę to było coś. Ale pojawiły się pewne trudności Po pierwsze, mama Villego nakazała mu skończyć szkołę, a z tą kobietą się nie dyskutuje, nigdy. Po drugie, Emma nie chciała być w zespole i trochę czasu zajęło, zanim się zgodziła. A po trzecie – Kurdupel nie chciał pomocy RRstudio.
– Postanowił nas wykiwać, olać ojca i nagrać materiał w jakiejś zapyziałej dziurze – dodaje Paul. – Jak usłyszałem, że klip do By The Way ma być nakręcony z ręki, kamerką typu GoPro, to chciałem go zabić.
– Stwierdziłem, że to zmarnowana szansa, że chuj z tego będzie – rzuca Thomas.
– Mnie to nie zdziwiło – przyznaje Emma. – Wiedziałam, że brat chce zrobić to po swojemu i na własnych zasadach, bez perfekcjonizmu ojca i symfonicznych brzmień.
Thomas siedzi niedbale z nogą na nodze, stukając rytmicznie palcem o puszkę coli.
– Płyta wreszcie powstała. Wypuściliśmy pierwszą piosenkę w eter, szybko zyskiwaliśmy mnóstwo wyświetleń. Prawda jest taka, że nagraliśmy album w gównianej wytwórni, ale dalsze działania Libertyna i Emmy to była czysta sztuka.
Rob kiwa głową z uznaniem, poprawiając mankiet bluzy.
– Oni mieli kontakty, wiedzieli, jak to się robi – ciągnie Thomas. – Kiedy usłyszałem, że mamy wystartować w konkursie na support na Wembley… to się przestraszyłem bo wcześniej nie występowaliśmy razem nawet w klubokawiarni. Ale wygraliśmy ten konkurs. Nie wiem, czy to znajomości, czy przypadek, czy może po prostu byliśmy dobrzy.
Paul przysuwa się do mikrofonu, jakby chciał się wygadać.
– Pamiętam, że mieliśmy grać przed dwudziestotysięcznym tłumem. Rzygałem z nerwów. Rob zmieniał kolory jak tęcza, a Libertyn?
– On niecierpliwił się, żeby tylko wyjść na scenę – ciągnie Paul. – Tylko było: „ile jeszcze mam czekać, no szybciej, robimy to, robimy”. Na początku myślałem, że się naćpał LSD, ale on nie ćpa. Nie wiem, może to przez marchewkę…
Libertyn przewraca oczami i wzdycha teatralnie rozkładając ręce.
– Marchewka ma witaminę A. Na scenie trzeba mieć błysk w oku. A support wyszedł bardzo dobrze. Drugą płytę wydaliśmy już pod patronatem RRstudio. Rami nie mógł się pogodzić z tym, że nie ma praw do naszej muzyki, więc wykupił wytwórnię, w której nagraliśmy debiut. Kiedy przyszło do pracy nad drugim krążkiem, nie protestowałem – weszliśmy do wytwórni ojca.
Thomas uśmiecha się od ucha do ucha.
– To była miła odmiana, totalna profeska i brak grzyba na ścianie.
– A teraz – dodaje Ville – jesteśmy tu, gdzie jesteśmy…
– No właśnie – wtrąca Emma i spogląda prosto w kamerę. – Witajcie w pilotażowym odcinku Liberty Fade Life. To program nie tylko o muzyce, ale też o nas. Pokażemy wam, jak naprawdę wygląda nasze życie poza sceną – kiedy nie gramy, nie nagrywamy, tylko jesteśmy sobą. Dzięki za uwagę!
Kamera powoli się oddala. Ekran zaczyna przygasać. To koniec odcinka.
******
W pokoju znów robi się gwarno i wesoło. Robert, perkusista żartuje o „marchewkowej rewolucji”, Paul całuje Wendy w rękę i wspomina swoją ,,szczęśliwą’’ gitarę basową, a DJ Thomas szepcze coś Sandrze na ucho, ta tylko lekko unosi brwi z zadowoleniem. Ale Rose… nie śmieje się. Widzi coś, czego inni nie dostrzegają. Ułamek sekundy. Spojrzenie Villego na Emmę. Ledwie zauważalny ruch brwi Mii. Krótkie, niemal niewidoczne pokręcenie głową Ramiego.
W tej rodzinie rzadko mówi się wszystko wprost. Tu prawda żyje pod skórą słów – w błysku oka, w geście, w ciszy między zdaniami.
Rose wie to, co wiedzą też chłopaki z zespołu. Że ta „zapyziała wytwórnia” nie była przypadkiem. Że nie chodziło o żaden magiczny łut szczęścia. Wie, że Rami miał w tym swój plan – chciał mieć prawa do twórczości syna, a Aurora Drive była idealna: biedna, chwiejna, ale formalnie czysta. Idealna nie tylko po to, by Ville miał swobodę twórczą i dobre warunki finansowe, lecz także po to, by można ją było wchłonąć przez RRstudio.
Ale teraz… Mia puszcza do Ramiego oczko. A Rami nie odpowiada uśmiechem. Tylko lekko zagryza wargi. I to wystarcza.
Rose przestaje być pewna, co tak naprawdę wie. Czyżby mąż nie powiedział jej wszystkiego? Czy istnieje nie tylko drugie, „oficjalne” dno tej sprawy – to, o którym wie zespół i rodzina – ale także trzecie? Takie, o którym wiedzą wyłącznie Rianowie?
Wzrok Rose pada na Villego i Emmę. Są dziwnie cisi. Patrzą tylko na siebie. I wtedy wszystko staje się jasne. Jest trzecie dno.
Domownicy powoli rozchodzą się do swoich pokoi. Wspólny wieczór przy pierwszym odcinku dobiega końca.
W sypialni Villego i Rose panuje cisza. Ona stoi przed lustrem czesząc kolejne pasma włosów, on zapina koszulę od piżamy. Lustro nie kłamie. Widać ich oboje, oddzielnie – i razem. Ich spojrzenia spotykają się w odbiciu.
– Vivaan, dlaczego mam wrażenie, że sprawa pierwszego albumu nie wyglądała tak, jak została przedstawiona? – pyta Rose szeptem.
– Czekałem, aż o to zapytasz. Ale jeśli chcesz wiedzieć… będziesz musiała dać mi coś w zamian.
Uśmiechają się oboje, ale tylko na moment. Ona zna ten ton. Połowa żartu, połowa ostrzeżenia.
– Ta sprawa jest kontrowersyjna. Jeśli wypłynie, może mi bardzo zaszkodzić – dodaje już całkiem poważnie.
– Nie ufasz mi?
– Nie chodzi o to, że ci nie ufam. Chodzi o to, co się stanie, jeśli ty przestaniesz ufać mnie. Zastanów się. Czy chcesz znać prawdę? Bo prawda… nie będzie za darmo.
– Przestanę ci ufać, jeśli przestaniesz mówić mi prawdę.
Ville zastyga. Wzrok przesuwa z linii oka na jej oczy. Patrzy uważnie, o sekundę dłużej, niż wypada.
– Liberty Fade to moje dziecko. Moje życie. Moje powietrze. I nie chodzi tylko o mnie.
– Ile będzie mnie kosztować prawda?
– Lubię, kiedy zamiast dramatów zadajesz konkretne pytania i trzymasz chłodną głowę.
– W tej rodzinie inaczej się nie da.
On uśmiecha się półgębkiem, z tym znajomym błyskiem w oku, który zapowiada niepewność albo prowokację.
– Przysięga Rodowa.
Zamyka szufladę kosmetyczki i odwraca się do niej.
– W tej sytuacji akt małżeństwa to za mało.
– Jestem gotowa – odpowiada bez wahania, choć w jej spojrzeniu pojawia się cień drżenia.
Ville przez chwilę tylko patrzy, jakby chciał coś dopowiedzieć – i nie wiedział, od czego zacząć. Potem zagryza wargę.
– Musisz dać mi trochę czasu. Wrócimy do tematu. Obiecuję, że opowiem, jak było. Całą prawdę.
Ich ciała wciąż są napięte, ale coś pęka, a to jedno zdanie pozwala odetchnąć. Ville robi krok w jej stronę. Nie pyta. Nie waha się. Nachyla się i kradnie jej pocałunek – głęboki, znajomy, tylko ich.
