Rozdział 9: Wychowani perfekcyjnie, zepsuci idealnie
Ville i Rose wchodzą do salonu jako jedni z ostatnich. Na ich policzkach wciąż utrzymuje się lekki rumieniec, a spojrzenia, które sobie wymieniają, są zbyt zawadiackie, by dało się je zignorować. Zgromadzeni przed telewizorem nie komentują tego wprost: ktoś wzdycha, ktoś przewraca oczami, ktoś krzywo się uśmiecha. W końcu ktoś sięga po pilot i naciska play. Na ekranie pojawia się plansza tytułowa odcinka, jednego z tych bardziej osobistych: Niemiecka precyzja.
*****
Silnik czarnego sportowego samochodu cicho pomrukuje, gdy Thomas skręca z głównej drogi do Adendorf. W środku gra techno – mocny, głęboki beat z syntezatorowym tłem i lekko industrialnym brzmieniem. Chłopak w czarnej czapeczce z daszkiem i ciemnych okularach przeciwsłonecznych lekko kołysze głową do rytmu, jakby nie wracał do rodzinnego domu, lecz do klubu w Hamburgu. Palce wystukują takt na kierownicy. Kiedy zbliża się do zakrętu przy starym buku, zerka w bok i skręca w prawo, a automatyczna brama z kutego żelaza otwiera się z cichym zgrzytem.
Jest późne popołudnie. Słońce wisi nisko, rozlewając złoto po dachówkach i szkle. Thomas widzi znajome linie – starą fasadę, portyk z kolumnami, rzeźbiony balkon, który kiedyś nazywał „amboną ojca”. Dom wygląda jak połączenie dwóch światów. Centralną część stanowi zabytkowa willa z końca XIX wieku. Góruje nad posiadłością białą elewacją, wysokimi oknami i mansardowym dachem. Jej skrzydła, dobudowane w ostatnich latach, są już zupełnie inne – przeszklone, geometryczne, odważnie nowoczesne, a jednak dziwnie harmonijne. Garaż ukryto w zboczu. Automatyczne drzwi z czarnego, matowego metalu podnoszą się bezszelestnie, gdy Thomas naciska guzik na pilocie. Z tyłu posiadłości widać helipad, oznaczony białą literą H pośród soczystej zieleni. Obok, niczym schowany bunkier, w skarpę wkomponowany jest hangar z zielonym dachem, ledwie widoczny z góry. Wiadomo, że trzymają tam śmigłowiec, ale nigdy nie jest jasne, kiedy wraca i kiedy odlatuje. Nieco dalej, między linią sadu a ogrodem japońskim, rozciąga się basen o organicznym kształcie, z krawędziami wyłożonymi ciemnym kamieniem.
Thomas parkuje, wysiada z auta i zatrzaskuje drzwi z niemal teatralnym gestem. Potem wychodzi z garażu, gdzie stoją jeszcze trzy nowe samochody klasy premium, i kieruje się w stronę frontowych schodów, przy których na chwilę się zatrzymuje. Odsuwa lekko okulary na czapkę. Kamera nie nagrywa przypadkiem – wszystko jest częścią nowego odcinka.
– Witajcie w pierwszym odcinku Liberty Fade Life, pokazującym nasze życie prywatne, nasze rodziny i domy. Wychowałem się właśnie tutaj, choć szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy byłem tu ostatni raz.
Dłoń Thomasa dotyka klamki. Wnętrze jest równie eleganckie jak dom z zewnątrz. Trochę klasyki, trochę nowoczesności, nieco eklektyzmu. Jasny salon łączy się z jadalnią. Nieco dalej rozciąga się otwarta biblioteka, dwupiętrowa, z antresolą i czarną, spiralną klatką schodową z metalu.
W fotelu przy regale z literaturą ekonomiczną siedzi ojciec Thomasa. Elegancki, zadbany mężczyzna po pięćdziesiątce, w okularach i z idealnie przyciętą brodą, wygląda tak, jakby właśnie wyszedł z sali konferencyjnej. Czyta gazetę, ale gdy dostrzega Thomasa, odkłada ją starannie na stolik obok.
– Witaj, synu. Jak przejażdżka? – pyta po niemiecku.
– Fajna maszyna. Możesz mi ją sprezentować.
Mężczyzna na moment nieruchomieje, nie drga mu nawet brew. Thomas parska cicho i robi minę chłopaka, który nie liczył na odpowiedź, ale musiał rzucić hasło, bo inaczej nie byłby sobą.
Zwraca się do kamery, tym razem po angielsku, bardziej pewnym, scenicznym tonem.
– Henrik Kleinert, mój tata. Prezes Klein Elektronik. Fabryka sterowników, automatyka przemysłowa.
Ojciec przez chwilę przygląda się synowi z wyważonym spokojem. W jego spojrzeniu nie ma ani złości, ani ciepła – jest czysta kalkulacja, jakby mierzył się z nowym projektem wymagającym zimnej głowy.
– Przemyślałem sprawę – mówi powoli. – Możesz sfilmować halę produkcyjną. Ale żadnych szczegółów. Kierownik produkcji dopilnuje reszty.
Potem uśmiecha się krótko i znów sięga po gazetę. Dla niego rozmowa jest zakończona.
– No jasne, tato. Zanim coś pójdzie w eter, dasz mi zielone światło. Obiecuję.
Obraca się wokół własnej osi, jakby szukał odpowiedniego kadru, zatrzymuje się i wreszcie mówi do kamery:
– Super. W takim razie jutro zabiorę was do fabryki. Ale najpierw pokażę wam kuchnię, w której może raz w życiu zrobiłem sobie kanapkę i herbatę.
Kuchnia jest nowoczesna i surowa – czarne fronty bez uchwytów, wyspa z ciemnego granitu, urządzenia w zabudowie tak dyskretne, że niemal niewidoczne. W tle słychać lekkie bulgotanie. Tu ewidentnie coś się gotuje. Thomas podnosi pokrywkę, uśmiecha się szeroko i kiwa głową z uznaniem. Po chwili podchodzi do lodówki, otwiera ją bez zastanowienia i nalewa sobie coli do szklanego kubka. Robi to machinalnie. Upija łyk, jakby potrzebował więcej czasu na zebranie myśli.
– Nie mam rodzeństwa, mama umarła już dawno temu. Ojciec się znowu ożenił, ale macochy w zasadzie nie znam – rzuca beznamiętnie, przechodząc do kolejnego pomieszczenia. – Tu na dole został jeszcze gabinet ojca. Tam są najciekawsze rzeczy.
Gabinet mieści się na końcu korytarza. Za ciężkim, dębowym biurkiem wisi czarno-biały portret dziadka Thomasa – mężczyzny z twardym spojrzeniem i wąsem, w kitlu roboczym, z rękami opartymi na modelu sterownika wielkości cegły. Poniżej, w przeszklonej gablocie, stoją stare, nieużywane już patenty i prototypy: aluminiowe skrzynki, płytki drukowane, fragmenty dawnych obudów.
– Dziadek Kleinert. Założył fabrykę Klein Elektronik w latach siedemdziesiątych. Inżynier, wynalazca, człowiek renesansu – mówi cicho i macha do postaci na portrecie. – Teraz chodźcie do mojego pokoju. Nie byłem tam chyba od wieków.
Wnętrze jest nowoczesne, surowe, chłodne, wszystko na swoim miejscu, ale wyglądające tak, jakby zostało wyjęte z katalogu. Łóżko z niską, grafitową ramą, równo zasłane, bez żadnych osobistych śladów. Biurko z czarnego metalu i szkła, puste poza lampką i stacją dokującą do laptopa. W rogu stoi konsoleta DJ-ska. Jedyny przedmiot, który wygląda, jakby ktoś wrócił tu po niego wczoraj. Na jednej ze ścian widać duże, wyblakłe graffiti, zrobione sprayem, kiedy Thomas miał może piętnaście lat. Pokój wygląda jak coś, co kiedyś żyło, ale zostało zatrzymane w czasie. Wszystko tu jest, tylko Thomasa już nie ma.
Chłopak zatrzymuje się na chwilę, bo właśnie coś usłyszał. Przekręca głowę, nasłuchuje, a potem spogląda na zegarek.
– O, wygląda na to, że czas na wyżerkę. Idziemy – rzuca z półuśmiechem i rusza w stronę schodów.
Zsuwa się po drewnianych stopniach, mija salon bez zatrzymywania się i kieruje prosto do części jadalnianej, gdzie wszystko jest już przygotowane. Ojciec również zasiada do posiłku. Gosposia sprawnym ruchem podaje talerze. W kuchni jej nie było, ale tutaj już jest, sprawna jak automat. Obiad przebiega w ciszy i spokoju. Nikt nie czuje potrzeby, by mówić. Thomas miesza łyżką zupę, próbując sobie przypomnieć, czy kiedyś to miejsce było głośniejsze.
– Jedziesz jutro do pracy? – pyta, nie odrywając wzroku od talerza.
– Nie. Lecę do Berlina, mam kilka spraw na głowie.
Następnie sięga po kromkę chleba. Gdy znów się odzywa, mówi po angielsku – elegancko i poprawnie, choć z wyraźnym niemieckim akcentem, który nadaje jego słowom szorstki rytm.
– Szkoda, że nie chcesz tutaj bywać częściej. Gdyby nie to, że koncertujecie w Niemczech, nie widywałbym cię wcale.
– Wiesz przecież, jakie życie prowadzę. Rzadko mam czas. Poza koncertami mam jeszcze inne projekty muzyczne.
Henrik unosi brwi z lekkim niedowierzaniem.
– I imprezy.
– A to też – przyznaje Thomas bez cienia wstydu. – Jadę dziś odwiedzić babcię Klarę. Pozwolisz, że wezmę jeszcze auto?
– Nie ma problemu – odpowiada, dalej przypatrując się synowi. – Cieszę się, że już nie chodzisz po domu w czapce z daszkiem. W końcu się nauczyłeś.
Odchyla się lekko na krześle.
– Wiesz co… weź to auto. W Londynie i tak ci się nie przyda, a tutaj będzie twoje. Może częściej będziesz mnie odwiedzał.
– Serio? Dzięki… wow!
Podbiega do ojca i całuje go w policzek. Henrik otwiera szeroko oczy, zupełnie zaskoczony.
– Sorry – rzuca Thomas ze śmiechem, obracając kluczyki do świeżego BMW w dłoni. – To przez Kurdupla. Zrobiłem się ostatnio trochę… wylewny.
Henrik tylko przytakuje, może nieco zbyt sztywno, po czym zerka w stronę kamery – wyraźnie nie czuje się z nią komfortowo. Wreszcie mówi spokojnie, bardziej do siebie niż do obiektywu.
– Thomas zawsze szedł pod prąd. W szkole miał dobre oceny, jakoś sobie radził. Chciałem, żeby został inżynierem. Wysłałem go na studia do Monachium ale uciekł po pół roku. Bez słowa wyjechał do Londynu.
– Zrobiłeś mi wtedy awanturę.
– I co, dziwi cię to? – odpowiada już nieco weselej. – Od zawsze interesował się muzyką elektroniczną. Doprowadzała mnie do szału. A ten jego styl ubierania… nie mogłem na to patrzeć. W Londynie zaczął grać na imprezach, szło mu coraz lepiej… ale podłapał to swoje towarzystwo. Na szczęście opamiętał się, gdy poznał młodego Riana.
Henrik śmieje się szczerze, zupełnie jak nie on.
– Ville Rian… z jednej strony totalny odklejeniec, artysta, ale z drugiej – chłopak trzyma poziom.
– Graliśmy kiedyś koncert w Hamburgu – wtrąca Thomas. – Zabrałem ekipę do fabryki. Libertyn stanął przy automacie montażowym i gapił się na to chyba godzinę. Musieliśmy go siłą wyciągać z hali.
– Mój syn poszedł w muzykę – ciągnie Henrik. – Spełnia się w tym. A zespół, którego jest częścią, osiągnął ogromny sukces. Powiem jedno… jestem z niego dumny.
Na ostatnim zdaniu głos lekko mu się łamie.
Thomas jest wyraźnie poruszony. Podchodzi i obejmuje ojca z całych sił.
Ekran na chwilę ciemnieje, by zaraz rozjaśnić się kolejnym kadrem: odrestaurowaną kamienicą w centrum Lüneburga. Thomas zatrzymuje się na chwilę przed wejściem – drewniane drzwi z mosiężną kołatką pamięta jeszcze z dzieciństwa. Mieszkanie babci znajduje się na drugim piętrze, z widokiem na rynek i kościół. Tu zawsze pachnie świeżo mieloną kawą i ciastem. To miejsce, w którym czas zwalnia, a nawet Thomas – wiecznie w ruchu – czuje się po prostu wnukiem, a nie członkiem zespołu rockowego. Babcia Klara mimo wieku emanuje energią, której mogłaby jej pozazdrościć niejedna czterdziestolatka. Zadbana, wyprostowana, o pewnym kroku, z siwymi włosami ułożonymi w modną fryzurę – gdzieś na granicy paryskiej elegancji i niemieckiego pragmatyzmu – wita Thomasa wylewnie, ściskając go tak mocno, że aż spada mu czapka.
– Też się cieszę, że cię widzę, babciu – mówi po niemiecku, próbując odzyskać równowagę.
Ona trzyma go za ramiona i patrzy z uwagą, jakby chciała zapamiętać każdą zmarszczkę i każdy cień na jego twarzy.
– Mój ukochany, jedyny wnuk… Pozwól, że ci się przyjrzę. – Uśmiecha się, a po chwili dodaje z rozbawieniem: – Dzięki temu waszemu programowi mogę chociaż wiedzieć, co u ciebie słychać. Choć nie wszystko mi się podoba, co ty i ten twój zespół tam wyprawiacie.
Grozi palcem, ale w jej głosie słychać tylko czułość.
Chwilę później przechodzą do salonu, gdzie wzrok od razu przykuwa kredens z porcelaną i rodzinnymi pamiątkami. Na półce obok stoją dwie winylowe płyty Liberty Fade, prezent od Thomasa, oraz kilka zdjęć zespołu oprawionych w ramki.
Chłopak siada w fotelu przy niskiej ławie, na której leży książka położona grzbietem do góry i miseczka z orzechami. Przez chwilę rozgląda się po salonie, po czym spogląda w stronę kamery.
– Babcia często bywa u ojca – mówi cicho. – Ale woli mieszkać sama.
– No bo tu mam koleżanki, klub seniora, wyskoczę na partyjkę kart, pogadam z sąsiadkami… – wtrąca Klara, stawiając przed nim filiżankę herbaty. – A tam? Pusty dom, Henrik z gazetą i szum czajnika co najwyżej. Nawet psa nie macie – dodaje z miną, jakby właśnie wygrała kolejną partię życia.
– Babcia jest duszą towarzystwa. W młodości grała na skrzypcach w filharmonii. Po niej mam słuch muzyczny.
– I urodę, którą chowasz pod tą swoją czapką z daszkiem.
– Babciu… to się nagrywa – przypomina Thomas z lekkim skrzywieniem, poprawiając włosy.
– I bardzo dobrze. Niech dziewczyny widzą. Może wreszcie jakąś znajdziesz, a nie skaczesz z kwiatka na kwiatek.
Wstaje z wdziękiem i rusza do kuchni. Gdy jej sylwetka znika za rogiem, Thomas pochyla się lekko do przodu i zerka w kamerę.
– Dobrze, że jestem tu teraz… zanim rodzina dowie się, że mam emocjonalnego chłopaka. Wtedy mnie wydziedziczą.
W tym momencie babcia wraca – cicho, ale zdecydowanie. W jednej ręce niesie dodatkowy talerzyk z ciastem, a drugą sięga do kieszeni bluzy wnuczka. Z wprawą, bez zbędnych słów, wsuwa mu do środka białą kopertę.
– Tylko nie wydaj na głupoty – mówi cicho.
Thomas natychmiast się prostuje, zaskoczony. Sięga do kieszeni, wyciąga kopertę i podnosi wzrok na babcię.
– Daję sobie radę. Naprawdę nie trzeba… – broni się, ale Klara już odwraca się z powrotem do stołu, zupełnie niezainteresowana protestami.
– To co tam słychać u ciebie? – pyta, nalewając herbatę z dziwnym spokojem, choć właśnie wręczyła mu zawartość swojej emerytury.
Kadr powoli się ściemnia, zostawiając w tle cichy dźwięk gramofonu, który z każdą sekundą przybiera bardziej techniczne brzmienie, a obraz zmienia się nie do poznania. To fabryka sterowników – niski, nowoczesny budynek ze szkła i stali, którego chłodna elegancja kontrastuje z przemysłowym otoczeniem. Już od progu czuć tu precyzję: wnętrza są uporządkowane, ciche i pełne światła. Wysokie hale produkcyjne skrywają szereg maszyn o nieczytelnych dla laika funkcjach – wszystko działa tu płynnie, jak zaprogramowana symfonia. Pracownicy w białych fartuchach poruszają się w skupieniu, nie zwracając uwagi na odwiedzających. Nad całością czuwa kierownik produkcji, który dyskretnie dopilnowuje, by żadne wrażliwe detale nie znalazły się przed obiektywem kamery. Thomas prowadzi ekipę przez kolejne korytarze i wreszcie zatrzymuje się przy jednym z większych stanowisk, osłoniętym szybą ochronną i opatrzonym ostrzegawczymi piktogramami.
– A tutaj właśnie stał Libertyn – mówi z uśmiechem, wskazując na automatyczne ramię maszyny montażowej. – Patrzył na to tak, jakby odkrył nową planetę.
Za szybą urządzenie przesuwa drobne komponenty z precyzją godną zegarmistrza. Na ekranie migają wykresy i liczby, ale cały proces wydaje się niemal choreograficzny. Mechaniczne ruchy są płynne, niemal hipnotyzujące.
– To jeden z najstarszych automatów do montażu powierzchniowego – tłumaczy, uważnie dobierając słowa, by nie zdradzić niczego konkretnego.
Operator maszyny kiwa głową zza szyby, nie przerywając pracy. W tle słychać ciche buczenie wentylatorów i szelest taśm. Ekran ciemnieje na dobre. Koniec odcinka.
*****
Mia prostuje się na kanapie, przeciąga z gracją ramiona i unosi filiżankę herbaty, jakby celebrowała każdą sekundę. Jej usta rozciągają się w miękkim, pogodnym uśmiechu, a oczy błyszczą znajomym, ciepłym światłem.
– Kochana babcia Klara… – mówi z czułością, niemal szeptem. – Nic się nie postarzała. Widziałam się z nią kilka miesięcy temu. Zresztą Henrik też się nieźle trzyma.
– Od tamtego momentu moje relacje z ojcem bardzo się poprawiły – mówi Thomas. – Bywam w domu kilka razy w roku. A graffiti w mojej sypialni… wymieniłem. Ojciec nie był zachwycony – dodaje, mrugając porozumiewawczo.
Ville leży rozciągnięty na fotelu i niemal natychmiast parska śmiechem, aż poduszka zsuwa mu się spod głowy.
– W zeszłym roku graliśmy w Hamburgu. Pan Kleinert i babcia Klara przyszli na koncert – wspomina. – Babcia była z nami całą sobą. Znała wszystkie teksty, choć ledwo mówi po angielsku.
– A potem zrobiliśmy najazd na chatę Henrika – dorzuca Thomas. – Już po godzinie miał migrenę i błagał o ciszę, za to babcia Klara siedziała z nami do końca.
Mia wybucha śmiechem – tym charakterystycznym dźwiękiem, który od razu rozbraja wszystkich wokół.
– Dajcie człowiekowi spokój. Najważniejsze, że Thomas chętnie odwiedza ojca. To mnie naprawdę cieszy.
Odkłada filiżankę z delikatnym stuknięciem na blat i klaszcze w dłonie, jakby właśnie skończyła odprawę strategiczną.
– No dobrze. To co? Jedziemy z kolejnym odcinkiem?
Odpowiedź nie wymaga słów. Poduszki lądują na kolanach, ktoś podaje miskę z owocami, ktoś dopija swój napój, a na ekranie projektora już pojawia się napis: La Mamma Italiana.
*****
Ekran rozjaśnia się powoli. Dron sunie nad rzędami zadbanych domów, tworzących harmonijną mozaikę czerwonych dachów i zielonych ogrodów, rozciągającą się wzdłuż spokojnych, krętych uliczek. W oddali majaczy panorama Londynu, ale tutaj panuje cisza, przestrzeń i domowe ciepło typowe dla eleganckich przedmieść.
Lot drona stopniowo się obniża, a w kadrze pojawia się urokliwy szeregowiec zachowany w klasycznym, angielskim stylu – ceglana elewacja, białe ramy okienne i starannie przystrzyżony żywopłot tworzą spójną, uporządkowaną całość. Z przodu widać dyskretnie wkomponowany garaż, który nie zaburza tradycyjnego charakteru domu. Przed drzwiami stoją Emma i Robert:
– Witajcie w Robhause. Nie zabiorę was do domu, w którym się wychowałem bo został sprzedany, kiedy moi rodzice przeszli na emeryturę i przenieśli się z Manchesteru do rodzinnego miasta mojej mamy, czyli Otranto we Włoszech. Za to ten dom – tu gestem wskazuje drzwi za sobą – odziedziczyłem po dziadkach. Zerwałem babcine tapety i zrobiłem po swojemu. Dziś razem z Emmą gościmy moich rodziców, a pewnie za chwilę wpadnie reszta hołoty z Liberty Fade. Zapraszam do środka.
Wnętrze zaskakuje od pierwszego kroku. Głęboko zielone ściany kontrastują z ciepłym drewnem podłogi i ciężkimi, industrialnymi półkami uginającymi się od narzędzi, kasków, modeli motocykli i starych części. W salonie, zamiast klasycznego zestawu wypoczynkowego, stoi rozłożysta skórzana sofa z wysokim oparciem, a nad nią wisi rząd oprawionych zdjęć z tras koncertowych, zlotów motocyklowych i rodzinnych spotkań. W rogu ustawiono perkusję i gitarę, które razem z puszkami oleju i winylami tworzą mieszankę warsztatu, muzeum i domowej bazy wypadowej.
Sercem domu jest jednak kuchnia – przestronna, nowoczesna, w wyraźnej kontrze do reszty wnętrz, jakby Robert oddał tu stery komuś innemu. Przy wyspie krząta się niska, krągła Włoszka o błyszczących oczach i ciemnych włosach spiętych w supeł. Ubrana w pastelowy fartuszek w kwiaty i domowe klapki, porusza się z werwą, jakby gotowanie było choreografią, którą zna na pamięć. Na ogniu bulgocze sos pomidorowy z bazylią, który miesza szczupły, siwy mężczyzna.
Emma rozkłada sztućce z wprawą kogoś, kto dobrze zna ten dom. Rzuca krótkie spojrzenie w stronę kuchni i zanim zdąży ułożyć serwetki, w drzwiach pojawiają się pozostali.
Libertyn nie zatrzymuje się ani na moment – w trzech krokach podchodzi do kobiety, rozkładając ramiona z teatralnym wdziękiem.
– La mamma italiana! Mniam, mniam!
Kobieta natychmiast obejmuje go z czułością i gładzi po włosach.
– Ah, ten chłopak… Zawsze coraz bardziej magro, ale też coraz bardziej przystojny. Ja cię jeszcze utuczę, tesoro, nie martw się.
Robert patrzy z ukosa, oparty o framugę, ale zanim zdąży coś powiedzieć, Ville wystawia mu język jak nieznośny brat. Robert uśmiecha się krzywo, podchodzi i przytula kobietę mocno.
– Moja mama, Lucia. Prawdziwa Włoszka z krwi i kości. Przez wiele lat pracowała jako inżynier dźwięku dla różnych telewizji. To ona zaraziła mnie muzyką.
– A to mój tata, Robert Walker – emerytowany pilot lotniczy i zapalony wielbiciel starych motocykli. Teraz już wiecie, skąd u mnie to hobby.
Na moment zatrzymuje wzrok na pustym kącie stołu, jakby widział tam coś więcej niż tylko wolne miejsce.
– Mam też dwie starsze siostry, ale mieszkają za granicą.
Matka Roberta zaczyna podawać obiad. Rozmowy płyną wartko, ktoś opowiada anegdotę, ktoś dorzuca żart. Ville prowadzi zażyłą dyskusję z panem Walkerem, gestykulując i układając dłonie w kształt skrzydeł samolotu. Emma dołącza do rozmowy, wyraźnie zainteresowana tematem.
Lucia popija herbatę, patrząc na zespół z czułym podziwem – jakby widziała w nich nie tylko przyjaciół syna, ale też wartości, które sama ceni.
– Ten dom należał do moich teściów – mówi. – Robert mieszkał tu z babcią, kiedy przyjechał na studia prawnicze, ale nigdy nie pracował w zawodzie. Zawsze miał w głowie te bębny i gary… choć co do garów, to do gotowania ma dwie lewe ręce.
Robert całuje ją w rękę i odwraca się do kamery.
– Chodźcie, pokażę wam, co jest dla mnie ważne.
Garaż przypomina męską twierdzę, w której każdy detal ma swoją historię. Czarne ściany stanowią tło dla dwóch motocykli z ręcznie malowanymi przez Roberta grafikami – jednego klasycznego, ze złotymi ornamentami, i drugiego nowoczesnego, w ostrych, kontrastowych kolorach. Na ścianach wiszą narzędzia, pistolety lakiernicze, maski i pojemniki z farbami, ułożone w równych rzędach. Wszystko mówi o precyzji, pasji i godzinach spędzonych nad szczegółem.
Kamera jeszcze przez chwilę sunie po chromowanych detalach motocykla, odbijających światło jak tafla wody, aż obraz łagodnie się rozmywa i przechodzi w kolejne ujęcie.
Robert i Emma przemierzają spokojne przedmieścia Londynu. Wrześniowe słońce rozlewa ciepłe światło, a liście zaczynają przybierać złote odcienie. Po chwili wyjeżdżają za miasto, gdzie droga prowadzi przez pola i łagodne wzgórza. Cisza i przestrzeń dają chwilę wytchnienia, a wiatr na twarzy przypomina, jak bardzo cenią te wspólne przejażdżki.
Zatrzymują się na skraju małej polany. Świat jakby zwalnia. Robert przyciąga Emmę do siebie i całuje.
Kadr gaśnie i po chwili pojawia się neonowy napis The Vinyl Den nad wejściem do budynku z białej cegły. Klub, którego współwłaścicielem jest Robert, znajduje się w sercu modnej, artystycznej dzielnicy Londynu. Znany i lubiany, przyciąga ludzi szukających dobrej muzyki i atmosfery. To nie tylko biznes, ale jego przestrzeń.
Zespół Liberty Fade siedzi już przy stoliku. Thomas i Ville obok siebie, blisko, ale bez przesady. Reszta rozproszyła się pod sceną.
Ville uśmiecha się szeroko, ale jego uwagę przyciągają dwie dziewczyny.
– Może coś podziałamy?
– Gadasz jak stary zbereźnik.
Libertyn parska śmiechem i palcem wskazuje miejsce nad górną wargą.
– Patrz, tu mi się wąs sypnął.
Thomas pochyla się bliżej, przygląda mu się uważnie, po czym przecząco kręci głową.
– Przepraszam, co ci się tam sypnęło?
– No, wąs. Muszę się ogolić, nie robiłem tego od wczoraj.
– Jesteś idealnie gładki – odpowiada, muskając go po policzku. – Gdybym ja się nie golił od wczoraj, miałbym tarkę. Albo Rob. Ten to by zarósł. Na amen.
Ville szczerzy się szeroko.
– U mnie to przez hormony.
Do stolika wraca reszta Liberty Fade, a tuż za nimi Emma, prowadząc za rękę wysoką, zjawiskową blondynkę. Dziewczyna ma na sobie obcisłą sukienkę w odcieniu szampańskiego złota, subtelnie połyskującą przy każdym ruchu. Jej krok jest sprężysty, a spojrzenie pewne siebie i lekko rozbawione. Gdy podchodzą bliżej, Ville z uśmiechem unosi wzrok i bez cienia wahania przyciąga ją do siebie jednym ruchem ramienia.
– Poznajcie Viktorię. Vika jest modelką – rzuca do kamery teatralnym, rozbawionym tonem, jakby zapowiadał atrakcję wieczoru.
Dziewczyna odwraca głowę i uśmiecha się uwodzicielsko. Przesuwa palcem po kołnierzu jego koszuli, nachyla się i daje mu namiętnego, ale kontrolowanego buziaka – dokładnie na tyle śmiałego, by kamera uchwyciła każdy szczegół, ale nie na tyle, by wyglądało to nieprzyzwoicie. Kiedy się odsuwa, jej spojrzenie celowo zatrzymuje się na obiektywie.
– Cześć, jestem Vika. A to? – gestem dłoni wskazuje Villego. – To mój ulubiony fotel na dzisiaj. Miękki i stylowy.
W kadrze pojawia się Paul. Prowadzi za rękę szczupłą dziewczynę o klasycznej japońskiej urodzie.
– Poznajcie moją ukochaną – mówi Paul, sadzając dziewczynę sobie na kolanach.
Ona odwraca głowę w stronę kamery i uśmiecha się szeroko, niemal z figlarnym przymrużeniem oka.
– Jestem Wakanae Tanaka, dla przyjaciół Wendy. Pochodzę z Tokio, ale od wielu lat mieszkam w Londynie.
– Znamy Wendy całkiem dobrze – mruczy Ville. – W zeszłym roku towarzyszyła naszemu basiście w trasie. W tydzień trzy razy się z nim rozstawała.
Wendy od razu wybucha śmiechem i opiera czoło na ramieniu Paula. Doskonale wie, że Ville od dawna żartuje z ich relacji i że cała ekipa zna ten rytuał: rozstania, powroty, wyjazdy, kwiaty, kolacje i znowu ciche dni. Śmieją się wszyscy, nawet Paul, choć teatralnie potrząsa głową, nieco zrezygnowany.
– Było, minęło – mówi wesoło. – Już się nie mogę doczekać, aż przedstawię widzom moje pszczoły.
– To każda ma imię i nazwisko? – pyta Ville, natychmiast się prostując.
Thomas odstawia szklankę, z powagą poprawia sobie kołnierzyk i zmienia głos na zmysłowo-słodki.
– Jestem Helena Miodzio, lubię lawendę, źle toleruję fiołki.
Robert unosi brew, jakby nagle naszła go poważna refleksja.
– To ile właściwie masz tych pszczół?
– Trzy ule. Latem to ponad dwieście tysięcy.
– To ich przedstawianie trochę ci zajmie… – wtrąca Robert.
Emma rozciąga się na krześle i uśmiecha z przekąsem.
– W zasadzie mamy kontent odcinków do końca przyszłego roku. Już nic nie musimy robić!
W tej samej chwili na scenie zapada półmrok. Przez głośniki przepływa miękka gitara, a zaraz potem dołącza wokal – cichy, zmysłowy, niosący ze sobą coś więcej niż słowa. Nowy zespół zaczyna grać balladę, a światło reflektorów przecina ciemność miękkimi smugami. Ville wstaje pierwszy, nie spuszczając wzroku z Viktorii. Wyciąga do niej rękę z teatralnym wdziękiem, jakby zapraszał ją nie tylko do tańca, ale i do wspólnej roli w tym wieczornym spektaklu. Dziewczyna przez chwilę patrzy na niego spod półprzymkniętych powiek, uśmiecha się lekko i przeciągle, a potem z pełną gracji pewnością siebie wstaje i splata z nim palce. Zanim ruszy z Libertynem na parkiet, jeszcze raz poprawia włosy i rzuca spojrzenie przez ramię w stronę kamery. Uśmiech ma kokieteryjny, ale obliczony na efekt. Upewnia się, że została zauważona.
Klub pulsuje w półcieniach, pełen kobiet w lekkich sukienkach, topach i błyszczących dodatkach. Każda z nich jest inna – uśmiechnięta, obserwująca, jedna nieśmiała, druga śmiała aż do przesady. Thomas zatrzymuje się przy rudowłosej dziewczynie z figlarnym uśmiechem. Ich spojrzenia się spotykają, a on, bez cienia pośpiechu, obejmuje ją w talii. Pochyla się i całuje ją miękko, z czułością, jakby robili to nie pierwszy raz.
Ville z kolei obraca się ku Viktorii, która już stoi przy nim blisko, lekko przechylając głowę i czekając na sygnał. Gdy jej dłoń spoczywa na jego ramieniu, on łagodnie przejmuje prowadzenie – odwraca ją lekko w tańcu i pochyla się ku niej, muskając jej szyję z teatralną czułością. Vika przymyka oczy, wyraźnie zadowolona z tej uwagi, i odgarnia włosy na bok, jakby zachęcała do powtórki. Jej ciało układa się do jego ruchów z naturalną lekkością, a spojrzenie, które co chwila rzuca w stronę kamery, zdradza jedno: doskonale wie, że jest obserwowana. I właśnie to sprawia, że błyszczy najjaśniej.
Obraz powoli ciemnieje, dźwięki cichną. Odcinek dobiega końca.
******
Jeszcze przez moment słychać tylko szmer projektora i delikatne skrzypnięcie fotela, zanim Paul odzywa się jako pierwszy – z lekkim uśmiechem i spokojem w głosie:
–Chciałbym zauważyć, że od tamtego momentu z Wendy jesteśmy nierozłączni.
Ona, siedząca tuż obok, przytula się do niego, wtulając policzek w jego ramię. Jej oczy błyszczą cicho od miłości, zmęczenia i czegoś, co przypomina ulgę.
Robert prostuje się i rzuca z dumą:
– Ja też chcę powiedzieć, że wtedy z Emmą byliśmy już na poważnie. Zastanawia się chwilę. – Kiedyś to ja byłem ukochanym syneczkiem mamusi – rzuca z teatralnym westchnieniem. – Ale Libertyn skradł jej serce, a ojciec też się nim zachwyca. I tą jego siostrą, Emmą. Bo oni, proszę państwa, latają sobie szybowcami – dodaje z powagą spoglądając w obiektyw kamery.
Emma patrzy na niego z lekkim zdziwieniem nie będąc pewna, czy powinna się obrazić, czy roześmiać. Robert całuje ją w czoło z rozbrajającą miną idioty zakochanego po uszy.
Atmosfera jednak powoli staje się coraz bardziej senna. Ktoś ziewa, ktoś przeciąga się. Rami sięga po pilota, wyłącza projektor, a potem podaje dłoń Mii. Ona wstaje z gracją i razem, bez słów, kierują się do wyjścia. Rob i Emma również podnoszą się z kanapy, przeciągając się z cichym pomrukiem znużenia. Thomas i Sandra zbierają swoje kubki, szepcząc coś do siebie o rudej dziewczynie.
W pokoju zostaje tylko Ville i wtulona w poduszkę Rose. On szturcha ją delikatnie palcem w ramię.
– Libertini… jak tam mój wąs? –szepcze z teatralnym namaszczeniem.
– Nie wiem… zapytaj Viktorię – mruczy, po czym z powrotem wtula się w poduszkę z lekkim uśmieszkiem.
Libertyn to dostrzega, ostrożnie przesuwa się bliżej niej. Sprawnym ruchem wchodzi na nią, opierając się na łokciach. Przez chwilę tylko patrzy z bliska na jej twarz, a potem, muska ustami jej szyję.
Rose nie otwiera oczu, ale odchyla głowę, ukazując miejsca, które uwielbia, kiedy całuje je właśnie on. Ville zdejmuje swoją koszulę i powoli unosi rąbek jej piżamy odkrywając brzuch, po którym suną jego zgrabne palce. Dziewczyna wygina się lekko w odpowiedzi, a on patrzy na nią z coraz wyraźniejszym zainteresowaniem, jakby świat wokół zupełnie przestał istnieć.
Nagle ktoś wchodzi do pokoju. To Robert. Zapomniał telefonu. Sięga po urządzenie i rzuca przez ramię:
– Może wyłączycie kamery?
Po czym gasi światło i bez słowa wychodzi.
Kolejnego późnego popołudnia, tuż po wyczerpującej próbie, Paul siedzi przy wyspie kuchennej, z łokciami opartymi o blat. Miesza łyżką truskawkowy shake, który już dawno przestał być zimny i świeży. Wzdycha ciężko. Pije go od pół godziny – nie dlatego, że ma ochotę, tylko z braku lepszego zajęcia. Z cichym szelestem kroków do kuchni wchodzi Ville. Ubrany schludnie: dopasowany sweter, ciemne spodnie, skarpetki jak spod igły. Włosy ma perfekcyjnie ułożone z teatralną wręcz precyzją. Wygląda, jakby dopiero co skończył sesję zdjęciową, a nie zszedł z piętra rezydencji.
– O, mój ulubiony basista – rzuca lekko, przystając przy wyspie. – Co tak siedzisz? Pszczoła cię użądliła?
Paul unosi wzrok. Przez chwilę nic nie mówi, tylko kiwa głową i odpowiada sucho:
– Mam problem… Chodzi o Wendy. Jest kilka dni na bezrobociu, a już ją nosi.
– To Wendy – stwierdza z rozbawieniem. – Prędzej czy później zacznie szukać pracy. Zresztą chyba tak się umawialiście?
– Nie mam nic przeciwko jej pracy. Ale boję się powtórki z rozrywki. Nie wiem, jak z nią porozmawiać.
Zerka na Villego kątem oka sprawdzając, czy może mówić dalej.
– Mój wspólnik James z Bee&Leaf ma świetne pomysły. Ostatnio pracowaliśmy nad kosmetykami dla dzieci. Mamy już badania z laboratorium – wszystko potwierdza, są bezpieczne nawet dla noworodków.
– James to ten chemik z kreskówkową twarzą? – wtrąca Ville, siadając na wysokim krześle.
– Tak. Genialny, z głową pełną wizji. Ja jestem od finansów. Mamy też handlowca, ale on ogarnia tylko stałych klientów. Nie możemy zwiększyć produkcji, bo nie mamy komu sprzedawać. A nie sprzedamy, bo…
Libertyn unosi palec w górę jak uczniak w klasie.
– Bo wasza strona internetowa jest beznadziejna, a social media nie istnieją. Wiem, widziałem. Rose i Sandra też się dziwiły, jakim cudem w ogóle coś sprzedajecie.
– Sam widzisz – mówi cicho. – A nie chcemy zatrudniać agencji ani nikogo z zewnątrz. Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o misję firmy.
Zaciska usta, odwraca wzrok na chwilę, a ton jego głos nieco opada nabierając czegoś osobistego.
– Bee&Leaf to nie ma być kolejna marka w supermarkecie. To ma być coś elitarnego. Coś swojego.
Na moment zapada milczenie. Paul lekko unosi brodę, jakby chciał coś dodać, ale zawiesza głos w powietrzu. W końcu przechyla się, oplata palcami szklankę.
– Myślałem o Wendy. Już kiedyś jej to zaproponowałem – żeby się zaangażowała w firmę, zamiast się wypalać w tej swojej korpo. Ale wtedy zrobiła mi awanturę. Dlatego nie chcę jej naciskać. Zwłaszcza teraz, kiedy ma wolne.
Ville nie przerywa. Siedzi spokojnie, pochylony lekko do przodu, z dłońmi splecionymi na blacie. Jego oczy śledzą każdy ruch Paula – nie jak sędzia, raczej jak widz obserwujący teatr jednego aktora.
– Myślałem, że może kiedy wrócimy do domu i poczuje, że jest u siebie… znajdę moment, żeby zadziałać – dodaje Paul, ledwo słyszalnie.
– Boisz się jej – mówi cicho Ville. – Nie chcesz brać odpowiedzialności za jej wybory. Dlatego jeszcze jej tego nie zaproponowałeś.
Ton głosu jest miękki, ale słowa celne. Paul unosi wzrok, marszczy brwi, ale nie protestuje. Zamiast tego wbija spojrzenie w shake’a, jakby naprawdę coś mogło się tam rozpuścić i dać mu odpowiedź.
– Jeśli chcesz – zaczyna Ville powoli. – Mogę z nią pogadać. Po swojemu. Jeśli się zgodzi, a jej się nie spodoba to zwalisz winę na mnie. A jeśli jej się spodoba i poczuje, że robi coś dla siebie… wtedy ty zbierzesz laury.
Zapada cisza. Jeszcze głębsza niż wcześniej. Paul milczy, bo słowa Villego spadły na niego z opóźnieniem. Powoli obraca szklankę w dłoniach. Gęsty płyn wiruje leniwie, hipnotyzująco.
– Daję ci wolną rękę.
– Może być ostro. Nie przywal mi.
– Ale bez macania – stwierdza stanowczo Paul mrużąc przy tym oczy.
Niedługo po tej rozmowie, rodzina i domownicy znowu zasiadają do wspólnego oglądania. Światło sączy się spod abażura i odbija w kubkach z herbatą. Kanapy zajęte, Thomas na podłodze głaszcze Echo za uchem, Sandra schowała pod kocem jak kot w gnieździe, tylko nos i oczy wystają spod tkaniny. Rami siedzi w półcieniu z gitarą akustyczną na kolanach. Delikatnie przygrywa Confession – utwór, który napisał dla Mii w dniu zaręczyn. W pokoju panuje miękki, romantyczny nastrój, jakby czas zwolnił. Mia słucha uważnie, lekko pochylona w jego stronę. Gdy dźwięki cichną, Rami odkłada gitarę, delikatnie całuje jej dłoń i przez moment patrzy jej w oczy, jakby chciał zapamiętać to spojrzenie do końca świata. Dziewczyny wzdychają cicho. Nawet Paul milknie, obejmując Wendy za ramiona. Atmosfera jest miękka, ciepła, niemal sakralna. Ville siedzi w rogu pokoju, nieruchomy, wpatrzony w czarny ekran projektora. W jego oczach błyska znajomy cień psoty. Uśmiecha się zawadiacko, przeciąga z gracją kota i podchodzi do Wendy. Kuca przy niej, a w zasadzie klęka na jedno kolano.
– Mam do ciebie romans – oznajmia teatralnie, nisko, z dramatyczną nutą.
Wendy unosi brew, unosząc też głowę znad poduszki.
– Ale się nie oświadczasz?
– A chciałabyś?
Paul właśnie popija sok i prawie się nim krztusi. Patrzy z przerażeniem, jakby ktoś rzucił granat w jego osobisty system nerwowy. Rose nawet nie podnosi wzroku znad telefonu. Wydaje się zupełnie niewzruszona.
Dziewczyna odpowiada spokojnie:
– Jesteś dla mnie za niski.
– Może i tak. Ale wiesz… mały, ale wariat.
Wendy nie wytrzymuje. Chwyta poduszkę i zakrywa twarz, śmiejąc się tak, że aż podciąga kolana. Ville, niewzruszony, zabiera Wendy poduszkę, dotyka lekko jej dłoni i pochyla się w stronę jej ucha z konspiracyjnym szeptem:
– Chodź w jakieś ustronne miejsce.
Paul marszczy brwi. Przez chwilę nie wie, czy to jeszcze flirt, czy już trzeba działać. Libertyn odwraca się i bezczelnie pokazuje mu język, po czym bierze dziewczynę za rękę.
Światło lampki tworzy ciepłą poświatę na betonowym blacie biurka. Ville siada po swojej stronie stołu, nonszalancko opierając łokieć o chłodną powierzchnię. Wendy zajmuje fotel naprzeciwko, z rozbawionym, ale już nieco bardziej zaciekawionym spojrzeniem. W powietrzu unosi się aromat cynamonu z herbaty zostawionej przez kogoś wcześniej – delikatny, domowy zapach, który zupełnie nie pasuje do industrialnego wnętrza.
– Jak tam na bezrobociu? – zagaduje Ville, zerkając na nią spod grzywki.
– Uczę się odpoczywać.
– To dobrze. Czasem chciałbym, żeby Rose też była kurą domową – mówi z udawaną nostalgią w głosie, obracając w palcach cienki ołówek.
– Przecież zawsze mówisz, że cenisz jej pracę.
– Od kiedy ma nową, to ciągle złowieszczo się śmieje. Nie wiem, czy się na mnie nie czai. Niezbyt komfortowo się przy niej czuję.
Wendy wybucha śmiechem. Przechyla głowę, zakłada nogę na nogę i już wie, że Libertyn do czegoś zmierza.
– Słuchaj, mam sprawę. Ale najpierw… – podchodzi do ściany, wciska przycisk. Czerwona dioda kamery gaśnie z cichym kliknięciem. – Mam kolegę. Zdolny, ale brakuje mu żyłki marketingowej. Ma świetny produkt i kilka fajnych pomysłów, tylko jego sakiewka klientów jest skromna…
– Chyba portfel klientów – poprawia go.
Libertyn przewraca oczami, wraca na fotel i siada bokiem.
– To chyba tak, portfel, whatever. Marketing i PR kuleje. Pomyślałem, że skoro i tak siedzisz w domu, to może byś chciała mu trochę pomóc. Oczywiście od razu mówię, że zarobki nie będą korporacyjne.
– Mam z czego żyć, mam Paula – rzuca z lekkim rozbawieniem, po czym dodaje z ciekawością: – Co to za produkt?
– Dobry. Musisz mi uwierzyć na słowo. Skoro jesteś kurą domową, to nazwijmy go… kukuryku.
Dziewczyna przekrzywia głowę, opierając się wygodniej w fotelu.
– Serio?
Ville tylko się szczerzy, jakby właśnie sprzedał najlepszy dowcip dnia.
– Totalnie.
I już rozmawiają. Wendy wypytuje o wszystko: grupę docelową, kanały dystrybucji, opakowanie, przekaz. Rzuca o kampaniach w social mediach i wymienia typowo branżowe hasła które dla laika zupełnie nie mają sensu. Ville przytakuje z uwagą, kiwa głową, coś bazgrze na marginesie kalendarza, choć nie ma bladego pojęcia, o czym dokładnie dziewczyna mówi. W środku czuje się jak dziecko na lekcji chemii – rozumie, że to ważne, ale nie rozumie ani słowa. Uśmiecha się szeroko, nieco zbyt długo. Błaga w duchu, żeby ta rozmowa się już skończyła.
Po czterdziestu minutach rozmowa w gabinecie faktycznie dobiega końca. Wendy jest cała rozpromieniona. Kiedy wychodzą, dziewczyna jeszcze coś mówi o potencjale zasięgów. Libertyn tylko kiwa głową i pospiesznie otwiera drzwi, przepuszcza ją przodem, a potem razem wracają do salonu, gdzie czeka już reszta. Paul patrzy z niedowierzaniem, jak Wendy – cała w rumieńcach, z włosami lekko rozwichrzonymi i Ville wchodzą razem do salonu. Ich kroki są zaskakująco lekkie, zbyt zsynchronizowane. Libertyn poprawia mankiet bluzy, Wendy odgarnia kosmyk z czoła, oboje się uśmiechają. Wyglądają… no, wiadomo jak. Jakby wrócili z czegoś, co niekoniecznie było rozmową o marketingu.
– I jak było? – pyta Paul, wciąż zdziwiony, ale również zazdrosny. Lekko unosi brodę, obserwując Wendy z napiętą miną.
– Fajny z niego kogucik. – stwierdza beznamiętnie, biorąc łyka wody. – Gadaliśmy o kukuryku – dodaje z niewinną miną, siadając z powrotem na kanapie i zawijając nogi pod siebie.
– O czym?
– I o sakiewce klientów – dopowiada jeszcze. Przeciąga się lekko i przez moment zapatruje w ogień kominka. – Swoją drogą, piękny marketing można by z tego zrobić. I to za nieduże pieniądze. Jeśli kukuryku faktycznie jest tego warte…
Mia, dotąd spokojna, z filiżanką na kolanach, nagle się prostuje. Zdejmuje nogę z nogi, przekręca głowę w stronę Wendy.
– Co to za kukuryku i ile można na tym zarobić?
– Mam takiego kolegę… – wtrąca Ville.
Ale Mia unosi dłoń bez cienia emocji i przerywa mu gestem:
– Aha. Już wszystko wiem.
W salonie nagle zapada cisza. Wszyscy odruchowo spoglądają po sobie, szukając wzrokiem sensu tej wymiany zdań. Nie mają jednak za dużo czasu na analizę.
– To co z tym odcinkiem? – pyta Ville pośpiesznie. – Będzie dziś czy idziemy spać z kurami?
Po chwili ekran rozświetla się, a światło z projektora rozlewa się po ścianie. Po chwil pojawia się tytuł: Oni straszą mi pszczoły.
*******
Dron zatacza łagodne koło nad zieloną przestrzenią, sunąc tuż nad koronami drzew. W dole – małe, typowo angielskie gospodarstwo. Dom z czerwonej cegły, rozłożysty i zadbany, z białymi ramami okien i ciemnym dachem, który pamięta niejedną ulewę. Ogród z tyłu nie jest przycięty co do milimetra – raczej dziki, tętniący życiem. Trawa lekko wybujała, polne kwiaty kołyszą się na wietrze, w kącie warzywnik. Kilka grządek z pomidorami i ziołami. Pośrodku stoją trzy kolorowe ule, obsiadane przez pracowite pszczoły. W tle drzewa, niektóre stare, z powykręcanymi gałęziami, jakby patrzyły z góry na całe podwórko.
Widać rękę gospodarza. Albo kogoś, kto o to wszystko dba, kiedy Paul wyjeżdża na kilka miesięcy z zespołem. Kamera zbliża się do frontu domu i łagodnie przechodzi do wnętrza. W holu czysto, domowo. Po prawej – salon. Typowo angielski, w stonowanych kolorach, z dużymi fotelami, miękkim światłem i kilkoma gitarami wiszącymi na ścianie. Po lewej – przestronna kuchnia połączona z jadalnią.
Paul opiera się o jedno z krzeseł.
– Witajcie w Paulhause w malowniczym zakątku hrabstwa Hertfordshire.
Następnie kamera kieruje się do kuchni. Przy stole, z kubkiem herbaty, laptopem i wyraźnym skupieniem na twarzy siedzi Wendy, macha do kamery, a następnie wraca do pracy – wygląda, jakby właśnie zamykała jakiś ważny raport. Przy blacie w kuchni krząta się wysoka blondynka, Paul podchodzi do niej.
– Moja starsza siostra, Anna. Mama dwóch córeczek.
Paul wskazuje na siedzące przy stole dziewczynki jedzące owoce. Następnie patrzy na Annę i mówi dalej:
– Zanim Ville mnie zatrudnił u siebie, robiłem karierę jako szef kuchni w bistro siostry.
Ona uśmiecha się do kamery, a następnie wraca do swojego zajęcia. Na blacie kuchennym piętrzą się zawijasy mięsne, marynaty, warzywa. Wszystko wskazuje na nadchodzącego grilla.
– Z siostrą mamy wyjątkową więź – mówi, siadając przy stole. – Mimo różnicy wieku, stawała za mną, kiedy rodzice wrzeszczeli, że nie uczę się, tylko te gitary.
– Zawsze w niego wierzyłam – Anna kiwa głową, zerkając na mięso. – Miałam przeczucie, że trafi do zespołu, z którym osiągnie sukces.
– Skończyłem szkołę ekonomiczną. Mama załatwiła mi pracę w banku, miałem iść na studia. Postudiowałem rok, może trochę dłużej i rzuciłem to w cholerę. Wolałem pomagać Annie rozkręcać bistro. Rano gotowałem, wieczorem grałem na gitarze akustycznej.
– Klienci to kochali. Kolacja przy gitarze, winie i świecach.
– Rodzice rozwiedli się dawno temu. Ojciec ciągle na kontraktach, głównie na platformach wiertniczych – mówi Paul, podjadając paprykę.
Anna daje mu lekkiego kuksańca w rękę i uśmiecha się. Paul dodaje:
– Rodzice ciężko pracowali, żeby zapewnić nam wszystko. Wtedy w Polsce, skąd pochodzą, było bardzo trudno. Bez perspektyw. Tu w Anglii im się udało – zawodowo. W życiu prywatnym niekoniecznie.
– Rodzice pomogli mi rozkręcić bistro, dali pieniądze na start – wtrąca dziewczyna.
– A mnie dorzucili się do gospodarstwa. Dzięki temu kupiłem ziemię. Teraz ją dzierżawię. No i mam pszczoły.
Miłą rozmowę przerywa pomruk silnika – na podjeździe pojawia się czarny SUV.
Paul wzdycha ciężko i z wymuszonym uśmiechem mówi:
– Hołota z Liberty Fade przyjechała na wyżerkę.
Silnik samochodu gaśnie, Ville wyskakuje jako pierwszy. Zaraz za nim Emma, Robert i Thomas. Dzieciaki Anny podbiegają w podskokach, uzbrojone po zęby w pistolety na wodę.
Zespół wymienia porozumiewawcze spojrzenia. Bez słowa chłopcy zrzucają koszulki, zostają w samych kąpielówkach i chwytają karabinki wodne. Emma, ubrana w czarny kostium, jednym ruchem pozbywa się zwiewnej sukienki. Rozlega się wrzask dzieci. Woda leje się przez całe podwórko. Dorośli biegają, chlapiąc się, tarzając w trawie, krzycząc i śmiejąc się, jakby nie było jutra. Widać umięśnione torsy chłopaków, błysk mokrej skóry, lekki flirt w spojrzeniach. Emma w czarnym stroju wygląda jak modelka z katalogu sportowego. Psy szczekają w oddali. Pszczoły zdają się nie przejmować tym zamieszaniem. Paul zatrzymuje się w pół kroku na ganku i zamiera.
– Mieliśmy rozmawiać o pszczołach… – i z teatralnym grymasem dodaje – Wendy, oni straszą mi pszczoły.
Dziewczyna podchodzi do niego i całuje go w policzek, po czym patrząc w obiektyw kamery dodaje:
– Dziś o pszczołach będzie bardzo dużo.
Wszyscy ruszają do ogrodu. Mokre towarzystwo po wojnie na pistolety wodne powoli schnie na słońcu. Ville, który stwierdził, że najlepiej wysuszyć się na trampolinie, od dwudziestu minut skacze po niej z córkami Anny. Obie piszczą, śmieją się i przewracają. Paul stoi przy grillu z koncentracją godną chirurga – obraca mięso delikatnie, ciągle coś poprawia, wącha przyprawy, przestawia na stoliku obok. Dym pachnie rozmarynem i słodką papryką. Przy drewnianym stoliku kawowym w ogrodzie Anna żywo rozmawia z Emmą o wnętrzach i planowanym remoncie bistro.
– Chcę to zrobić po swojemu. Trochę drewna, więcej światła, mniej kompromisów – mówi z ogniem w oczach.
Emma kiwa głową z uznaniem, szkicując coś palcem po stole. Robert i Thomas leżą w leżakach, jakby czas dla nich stanął w miejscu. Jeden z zamkniętymi oczami, drugi z książką, w której od pięciu minut nie przewrócił strony. W oddali bzyczą pszczoły jednostajnym, miękkim dźwiękiem.
Obraz zostaje nieco przyspieszony, trochę natury, trochę pól, Paul serwujący mięso z grilla, dzieciaki i Ville biegający po ogrodzie, Emma i Robert całujący się na leżaku i wreszcie wyjazd Anny i jej córek – przytulaski, buziaczki, machnięcia ręką.
Samochód Anny oddala się, a ogród na chwilę cichnie. Paul spogląda dookoła, zaciera ręce z entuzjazmem bo najwyższy czas zająć się tym, co naprawdę go kręci.
– No, teraz czas na pszczoły. Cały dzień o tym marzyłem.
Ville i Emma przewracają oczami – już wiedzą, co ich czeka. Thomas chowa się za czapką, Robert udaje, że czyta.
– Podejdźmy bliżej ula – proponuje Paul z szerokim uśmiechem.
– Ja nigdzie nie idę – burczy Libertyn. – Jestem zbyt słodki, zaraz któraś mnie ugryzie.
– Ostatnio nabijaliśmy się z Heleny Miodzio – przypomina Thomas. – Ona nam tego nie daruje. Zostaniemy tu z Kurduplem.
Przyciąga Villego do siebie, sadza go na kolanach i coś szepcze do ucha. Libertyn zagryza wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
– Emma, Robert? A wy?
Para przytula się i zgodnie stwierdza, że wolą obejrzeć grządki pomidorów. Zrezygnowany Paul jedynie macha do kamerzysty, następnie obaj zakładają kombinezony pszczelarskie i po chwili, chłopak z podkurzaczem w dłoni, odymia jeden z uli. Pochyla się, unosi ramkę i przygląda się uważnie. Pszczoły brzęczą głośno, ale harmonijnie. Kamera zbliża się do jego twarzy – skupionej, spokojnej. W jego ruchach nie ma ani jednej zbędnej sekundy.
– Tu widać miód – mówi, wskazując palcem. – Tu pyłek. Patrzcie ile ma kolorów. Pszczoły przynoszą to, co znajdą w promieniu kilku kilometrów. Wiedzą lepiej niż nawigacja.
Nie mówi z przesadą. To nie wykład, ale raczej głos człowieka, który naprawdę kocha to, co robi.
– Królowa gdzieś tu jest. Widzicie? Robią jej miejsce.
Zespół siedzi dalej, w bezpiecznej odległości, jakby oglądali dokument National Geographic – tylko na żywo. Nagle jedna pszczoła odrywa się od ula i zaczyna krążyć wokół Villego.
– Nie robię gwałtownych ruchów, nie robię gwałtownych ruchó… AAAAA!!
Z wrzaskiem rzuca się do ucieczki, przewracając po drodze poduszkę z ławki.
– Ona mnie zna! Pamięta mnie z tamtej imprezy! To Helena Miodzio! – krzyczy, chowając się za plecami Thomasa.
Paul niewzruszony odkłada ramkę i spokojnie zamyka ul, kieruje się w stronę domu by po chwili wrócić z drewnianą skrzynką pełną słoiczków z miodem.
– Dobra, teraz najważniejsze – oznajmia z powagą i stawia słoiczki na stole w ogrodzie. – Ten miód jest z lipca, dominuje koniczyna. Ten – z początku sierpnia, więcej nostrzyka. A to? To jest wyjątkowe. – Paul stuka palcem w mniejszy słoik wypełniony kolorowymi kuleczkami. – Dziki pyłek z leśnych kwiatów, prawie nie do zdobycia w tej okolicy.
Z ekscytacją opowiada o strukturze kryształków miodu, procesie krystalizacji i wilgotności powietrza. Reszta zespołu kiwa głowami z szacunkiem. I lekką desperacją.
Wendy, dotąd milcząca, rzuca cicho:
– Paul, kocham cię, ale jeśli jeszcze raz powiesz „pierzga”, to skoczę do ula i poproszę o użądlenie.
– No co?! To jest fascynujące!
Ville zerka znad filiżanki.
– Było fascynujące przez pierwsze trzydzieści sekund.
Podnosi się i przytula do Thomasa, który nie protestuje.
– Dziki pyłek… brzmi jak coś, co mógłbym pocałować.
– Hmm… ja też.
Paul krzywi się w uśmiechu, kończy wykład, ostrożnie zbiera słoiczki i znika z nimi w domu. Reszta ekipy wyleguje się w cieniu rozłożystego drzewa: Emma z książką opartą o kolana, Robert z czapką nasuniętą na oczy, Thomas z rozpiętą koszulą i sennym uśmiechem. Paul wraca po chwili i już ma do nich dołączyć, gdy dzwoni telefon. Zatrzymuje się w pół kroku, prostuje plecy i odbiera, jakby odruchowo wchodząc w tryb oficjalny. Cofa się lekko, staje bokiem do tarasu szukając lepszego zasięgu. Mówi cicho, spokojnie, gestykuluje. I… kłania się.
Emma unosi wzrok.
– Ukłonił się już trzy razy.
Zespół obserwuje rozbawiony. Paul wygląda jakby rozmawiał z ambasadorem królowej pszczół. Kiwa głową, znów się kłania. I znów. Gdy w końcu kończy rozmowę, odkłada telefon i głęboko oddycha. Robert przeciąga się leniwie na leżaku, zdejmuje czapkę z oczu i półżartem, półserio unosi rękę.
– Chodź, przyjacielu – mówi, wskazując na Paula. – Opowiedz, kto cię zmusił do siedmiu ukłonów z rzędu?
Ville przekrzywia głowę, mruży oczy niczym detektyw w tanim serialu.
– Rozmawiałeś z moją mamą?
– Skąd wiesz? – pyta Paul wyraźnie zbity z tropu.
– Po prostu wiem – odpowiada z niewinnym wzruszeniem ramion.
– Tylko pani Miraaya potrafi sprawić, że człowiek zaczyna się zachowywać jak japoński urzędnik państwowy. Zamawiała miód. Konkretne proporcje. Żadnych lipowych domieszek.
Robert spogląda na niego z powagą, jakby chciał powiedzieć coś istotnego.
– Kiedy rozmawiam z panią Miraayą przez telefon, to nigdy nie siedzę.
Ville i Emma przytakują bez słowa, niemal jednocześnie.
Obraz zaczyna powoli ciemnieć, a w tle zostaje tylko jednostajny, letni szum pszczół. Ville, Emma, Robert i Thomas wsiadają do samochodu i odjeżdżają. Cisza. Słońce miga przez drzewa.
Nagle Thomas prostuje się.
– Wiecie, że ul to taki trochę harem?
Ville zerkając w lusterko, szczerzy się, na co Emma mruczy pod nosem:
– Zaczyna się.
– Serio – mówi Thomas. – Jedna królowa, a reszta pracuje. Chciałbym mieć harem. Oj, działo by się…
– Ja bym chciała dwa haremy. Laseczki i przystojniaczki – rzuca Emma z rozmarzeniem.
– Nie dla mnie – stwierdza Robert. – Tyle kobiet w jednym miejscu oznacza zazdrość, krzyki, dramy… Może jakiś mały, żeby łatwiej było ogarnąć.
– Oj tam – wzrusza ramionami Emma. – Taką krzykliwą babę wrzucasz do wulkanu i masz spokój na jakiś czas.
Chłopcy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia i zaczynają się uśmiechać.
– W moim haremie – dodaje dziewczyna złośliwym tonem. – Chłopcy z Liberty Fade byliby eunuchami. A jeśli któryś zacznie dramatyzować… cyk! Do wulkanu.
Zapada cisza, ale tylko na moment. Emma odchyla głowę do tyłu i wybucha złowieszczym śmiechem, aż siedzący obok chłopcy odruchowo robią przerażone miny – Thomas teatralnie zasłania się paczką chusteczek do szyb, a Robert chowa twarz za oparciem fotela.
– Jakby na to spojrzeć – wtrąca Thomas patrząc na Villego wymownie. – Mógłbyś mieć legalny harem.
– A ja jako jego siostra bym w nim rządziła – rzuca Emma splatając dłonie na kolanach.
Ville marszczy brwi i krzywi się z udawaną rezygnacją:
– Nie harem tylko zenanę. Ale niestety urodziłem się dwa wieki za późno… Szkoda.
Emma odwraca głowę i patrzy przez szybę, gdzie drzewa przesuwają się w złotym świetle.
– Szkoda… – powtarza cicho, z lekkim uśmiechem.
Kamera oddala się stopniowo. Auto znika za zakrętem, a ostatnim dźwiękiem zostaje śmiech niosący się echem po drodze.
*****
Ekran powoli wygasa, światło projektora słabnie, zostawiając w salonie przytulny półmrok. Przez moment nikt się nie odzywa – wszyscy siedzą w ciszy, przetrawiając emocje po tym, co właśnie zobaczyli. Ktoś się przeciąga, ktoś inny sięga po herbatę, miękki szelest kubka o spodek przerywa chwilową stagnację. Sandra, oparta o poduszkę, scrolluje telefon.
– Zdaje się, że wtedy jeszcze nasi widzowie dalej nie wiedzieli o dynastii Rathore – mruczy. – Potomków maharadży, z których pochodzi Mia. Jest mnóstwo pytań i komentarzy o harem. I co to właściwie miało znaczyć, że Ville urodził się za późno.
Mia przeciąga się lekko, opierając ramię o oparcie fotela.
– Harem, a w Indiach – zenana to nie tylko nałożnice, to też wyznaczona część domu – dla żony, matki, sióstr, córek… Haremów jako takich, z kobietami do uciech cielesnych już dawno nie ma w Indiach i to Ville miał wtedy na myśli.
Thomas podnosi wzrok znad szklanki.
– Zaczęły się teorie. Ludzie łączyli pierścień pradziadka z tym tekstem o haremie.
Sandra chichocze cicho.
– Ktoś napisał: „Pierścień + ukłony + miód na specjalne zamówienie + Ville z manierami jak z XIX–wiecznego dworku = coś tu bardzo nie gra. I ja chcę wiedzieć co”. Albo: „Ta cała pani Miraaya to nie jest żadna mama gwiazdy rocka. To jest ktoś, przed kim nawet Paul się prostuje i zapomina, że ma kręgosłup”.
Mia unosi brwi i śmieje się pod nosem.
– Nie wiedziałam, że się tak kłaniacie kiedy dzwonię – rzuca, zerkając w stronę kamery.
Cała grupa wybucha śmiechem, a Mia kręci głową z rozbawieniem. Potem znów zapada spokojna cisza.
Ville bierze łyżkę paulowego miodu ze stołu, bez słowa wkłada ją do swojej herbaty i zaczyna mieszać. Ruch powolny, niemal obojętny. Wzrok utkwiony gdzieś w naparstku płynnego złota wirującego w kubku. Wendy patrzy na to przez sekundę z rozkojarzeniem, a potem… nagle jej oczy się rozszerzają. Jakby właśnie zrozumiała o czym rozmawiała z Libertynem w gabinecie.
Otwiera usta. Mruży oczy. Odwraca głowę i patrzy na Villego z rosnącym podejrzeniem. Głos ma niski, powolny:
– Koguciku, jak szybko biegasz?
Ville nie podnosi wzroku.
– Dość szybko. A co?
– To zacznij uciekać, nie ręczę za siebie.
Libertyn zrywa się z kanapy niczym oparzony i biegnie w stronę korytarza, przeskakując przez pufę. Dziewczyna leci za nim, podwijając rękawy.
– Zabiję cię, Kurduplu!
Rose wybucha złowieszczym śmiechem, opadając na bok kanapy, jakby oglądała ulubioną scenę z filmu. Paul powoli się prostuje, zdezorientowany. Kręci głową pojmując właśnie co tu się dzieje.
– Aaa, to o to chodziło.
Rose przeciąga się leniwie i mówi z teatralnym spokojem:
– Hmm…. Dziwię ci się, Paul, że nie skojarzyłeś faktów na początku, ale podziwiam za to, że mu nie przywaliłeś w tę piękną buzię gdy flirtował z Wendy na twoich oczach.
– Myślami jestem już w domu, mam ul w głowie. A on mógł chociaż dać jakiś znak, żebym się tak nie denerwował…
– Pokazał ci język – przypomina Mia, jakby to była rzecz oczywista.
W tle słychać tupot Wendy i okrzyk Villego dobiegający z piętra. Paul przymyka na chwilę oczy, przypomina sobie dzisiejszą rozmowę z Libertynem i uśmiecha się sam do siebie.
