Kari
Zamykam książkę powoli, jakby moje palce ważyły tonę. Serce wali mi w piersi, pulsując w rytmie nieuchronnej prawdy, której nie mogę już cofnąć. Całe życie wierzyłam w historię opowiadaną przez ojca, w czystą i szlachetną legendę Aurionu. Wierzyłam, że powstało ono na fundamencie odwagi i poświęcenia. A jednak prawda, okrutna i nagła jak sztylet w plecy, właśnie wyrwała mnie z tej iluzji.
Aurion zbudowano na krwi niewinnych. To nie Noctora najechał, to my ich wypędziliśmy.
My. Mój ojciec. Mój lud.
Zaciskam dłonie na okładce tak mocno, że moje knykcie pobielały. Coś we mnie pęka, jakby wewnętrzny filar, na którym opierał się mój świat, właśnie rozsypał się w proch.
Mój wzrok prześlizguje się po ostatnich zdaniach, szukając czegoś, co mogłoby zmienić znaczenie tych słów, dać cień wątpliwości, szansę na inne wyjaśnienie. I wtedy to zauważam. Strona…
Brakująca. Nie ma jej.
Zamarzam. Ktoś ją wyrwał.
Ostatnie kluczowe informacje imię inicjatora zamachu, szczegóły tamtej nocy zniknęły, pozostawiając pustkę. Zaczynam gorączkowo kartkować książkę, ale nic. Strona przepadła, jakby nigdy nie istniała.
Nie, to nie może być przypadek…myślę.
Z moich ust wyrywa się urywany oddech. Wczorajsza wiadomość była jasna . Nie mogę o tym powiedzieć Ojcu -nawet nie chcę po tym co przeczytałam .
Ina.
Jeśli spróbuję komuś coś powiedzieć otwarcie, sprowadzę niebezpieczeństwo na tych, których kocham. Nie mogę zwrócić się do ojca. Nie mogę ufać matce. Przez dziewiętnaście lat byli moją rodziną, a teraz… teraz są jedynie kłamcami.
Zaciskam zęby.
Więc odkryję to sama.
Czuję, jak we mnie wrze – gniew, zdrada, strach. Wszystko miesza się w jednym rwącym potoku emocji. Nie mogę im ufać. Nie mogę nikomu ufać.
Ale prawda jest gdzieś tam i ja ją odnajdę. Nawet jeśli miałoby mnie to kosztować wszystko.
********
Ostrze przecina powietrze, kiedy po raz kolejny ciskam nim w pień drzewa. Z każdym kolejnym rzutem czuję, jak irytacja rozlewa się po moim ciele niczym ogień po wysuszonej ściółce. Oczywiście strażnicy stoją w pobliżu jakby jakieś drzewo miałoby mnie zaatakować albo pilnują żebym im nie uciekła .
Moje dłonie drżą, choć nie wiem, czy to ze złości, czy z rozczarowania.
Teraz nie tylko szukam mordercy. Teraz próbuję odkryć prawdę o własnej rodzinie, prawdę o człowieku, którego uważałam za dobrego ojca, choć rzeczywistość okazuje się zgoła inna. Wszystko, w co wierzyłam, było kłamstwem. Każda historia, każde wspomnienie, każda chwila, którą ceniłam wszystko rozpadło się w proch.
Zaciskam zęby i ponownie cisnę ostrzem, gdy obok drzewa staje dobrze mi znany mężczyzna. Lucien. Przygląda mi się uważnie, jego oczy błyszczą z rozbawieniem, choć ledwo widoczny cień ostrożności przebija się przez jego beztroską maskę. Nie drgnie, nawet kiedy ostrze wbija się niebezpiecznie blisko jego ramienia.
– Nie w humorze, księżniczko? – Jego głos jest melodyjny, ale słyszę w nim ironię.
Przewracam oczami, ignorując jego ton.
– A ty miałbyś humor, książę, gdyby w twoim zamku doszło do zabójstwa, a sprawca nadal by się nie znalazł?
Lucien odbija się od drzewa, kręcąc głową z kpiną.
– Nie powinnaś zaprzątać sobie tej ślicznej główki takimi zmartwieniami. To nasza rola.
Zatrzymuję się w pół ruchu, marszcząc brwi.
– “Nasza rola”? – powtarzam, smakując te słowa jak truciznę.
– Chyba nie sugerujesz, że jako kobieta jestem od ciebie gorsza? –W moim głosie brzmi wyzwanie, gotowe rozedrzeć tę jego wygodną pewność siebie na strzępy.
Lucien staje naprzeciwko mnie, a jego spojrzenie jest intensywne, niemal oceniające.
–Nie śmiałbym – odpowiada po chwili wahania. – Ale sama musisz przyznać, że w starciu z jakimkolwiek mężczyzną nie miałabyś szans.
Cisza między nami napina się jak cięciwa łuku.
– Po pierwsze, książę – cedzę przez zaciśnięte zęby – nie przypominam sobie, bym pozwoliła ci mówić do mnie na ty. Po drugie, z łatwością bym cię pokonała.
Jego usta wykrzywiają się w uśmiechu, którego nie znoszę.
– Och, w to nie wątpię, panienko.
Sposób, w jaki to mówi, sprawia, że mam ochotę wbić mu sztylet prosto w ten arogancki uśmieszek. Zaciskam wargi, powstrzymując się przed reakcją. Nie, Kari, nie dasz się sprowokować. Powtarzam sobie tę myśl jak mantrę, tłumiąc gorące pragnienie, by udowodnić mu, jak bardzo się myli. Nie muszę mu niczego udowadniać. Wiem, co potrafię.
– A teraz musisz mi wybaczyć, książę, ale wracam do zamku.
Nie czekam na odpowiedź, po prostu odchodzę, zostawiając go z jego pogardliwą pewnością siebie. Wykorzystując fakt ,że strażnicy są zajęci sobą wymykam się niezauważona .
Idąc przez dziedziniec, rozważam jedną rzecz. Czy powinnam powiedzieć Idmuntowi o tym, co wydarzyło się w nocy? Jeśli naprawdę ktoś groził śmiercią, może groźba dotyczy również jego. Ale jeśli tak, to… czy naprawdę jest mi to nie w smak? Jego śmierć mogłaby rozwiązać wiele problemów. A to, jak źle to brzmi w mojej głowie, wcale nie oznacza, że nie jest to prawda.
Wchodząc do stajni, zauważam go od razu. Stoi przy potężnym, czarnym ogierze, głaszcząc jego lśniącą sierść. Zwierzę strzyże uszami, czujne i dumne, a Idmunt wydaje się niemal odprężony w jego obecności.
– Nie wiedziałam, że masz własnego konia – mówię, zatrzymując się kilka kroków od niego.
Podnosi wzrok i uśmiecha się lekko, choć w jego oczach widać zaskoczenie moją obecnością.
– To jest Dren – odpowiada, klepiąc ogiera po szyi. – Jest ze mną od lat.
–A jego imię nie jest w języku Noctora ?
–Jest. – nawet nie zaprzecza. – Jak wiesz moja rodzina mówi w też języku, dlatego też on ma tak na imię .
–Co znaczy w ogóle ?
Pytam szczerze ciekawa co jakie ono ma znaczenie .
–Mrok to znaczy Mrok.
Przełyka ślinę zanim kontynuuje .
–Nazwałem go tak ze względu na jego wygląd.
–Pasuje do ciebie – mruczę. – Chodźmy na przejażdżkę –proponuję nagle.
Unosi brew, wyraźnie zaskoczony. Pewnie już się zastanawia, gdzie podziałam moją ochronę ,jednak mam nadzieję, że zgodzi się ze mną pojechać . Wtedy może nie dostać szlabanu zrzucając winę na niego .
– Ty i ja?
– A widzisz tu kogoś innego?
– Szczerze? Liczyłem na jakąś milszą propozycję. Kolacja, wino… Może chociaż trucizna w kielichu?
– Wsiadasz, czy mam cię tam wsadzić siłą?
Śmieje się cicho, ale bez słowa wskakuje na siodło.
Nie czekam na więcej, podchodzę do swojej białej klaczy, Lilli i sprawnie wsiadam. Idmunt robi to samo z Mrokiem, a chwilę później wyjeżdżamy na ścieżkę prowadzącą w stronę lasu.
Przez dłuższą chwilę milczymy. Wiatr rozwiewa moje włosy, a stukot kopyt miesza się z odległymi odgłosami ptaków. Nie spieszę się, wiem, że jeszcze przyjdzie odpowiedni moment na rozmowę.
Idmunt zerka na mnie ukradkiem, a potem prycha rozbawiony.
– Cóż za nietypowa propozycja od naszej dumnej księżniczki – zauważa. – Mam się martwić, że planujesz mnie zrzucić z konia i zostawić na pożarcie wilkom?
– Wiesz, że to brzmi kusząco, prawda?
– Oczywiście, rudzielcu. Dlatego się zgodziłem.
Kręcę głową, ukrywając uśmiech. Jeszcze się przekonasz, Idmuncie. Jeszcze się przekonasz.
Gdy oddalamy się od zamku ,czuję jak napięcie w moim ciele ulatuje, gdy leciutki wiatr otula moje ciało . Jednak to jest tylko chwilowe ,widząc wzrok Idmunta od razu sobie przypominam ,że nie jestem tutaj by odetchnąć . Mężczyzna zdaje się zauważa mój nastrój czytając ze mnie niczym z otwartej księgi .
– Chyba nie zabrałaś mnie na wycieczkę dla samej przyjemności ,co ?
Przez chwilę milczę ,skupiając się na szumie drzew . Potem jednak zbieram swoje myśli .
– Wczoraj w nocy ktoś zostawił mi serię kopert. – zaczynam powoli. – Każda z nich była w formie zagadki , którą miałam rozwiązać ,a jeśli bym nie zdążyła przyjść na czas ktoś zapłaciłby za to życiem . Ostatnia z nich doprowadziła mnie do biblioteki, gdzie miałam znaleźć następną ,jednak zamiast niej ktoś tam stał .
Przełykam ślinę przywołując obraz obcego mężczyzny .
– Mężczyzna w srebrno czarnej masce stał tam z książką w ręku .
Idmunta prostuje się na moje słowa w siodle ,marszcząc brwi .
–Jesteś pewna ,że w srebrno czarnej ?
–W stu procentach jak i nie więcej .-patrzę na niego uważnie. – Coś ci to może mówi ?
– Może. – odpowiedź jest zbyt lakoniczna ,jak na mój gust. – Mów dalej .
– Próbowałam go zatrzymać, ale gdy tylko straciłam go z oczu zniknął zostawiając tylko książkę. – mówię ignorując jego kpiący ton. –Ojciec kazał ją przenieść wraz z kilkoma innymi do działu zakazanego, gdy byłam jeszcze dzieckiem . Okazało się ,że to była prawdziwa historia Aurionu . I…wszystko co do tej pory słyszałam czy wierzyłam okazało się kłamstwem . Pisali w niej ,że mój ojciec objął tron po czym stał się tyranem, który rządził .
Idmunt w milczeniu patrz przed siebie ,jakby ważył moje słowa . W końcu spogląda na mnie kątem oka .
–Cóż księżniczko. – zaczyna kipiąc. – Widocznie twój tatuś jest większym kłamcą niż się spodziewałaś .
Zaciskam zęby dusząc w sobie ochotę dzielenia go w twarz .
–To nie są żarty książę. –syczę . – Z jakiegoś powodu morderca chce bym odkryła co stało się kiedyś , jednocześnie wyrwał jedną stronę z książki .
Moje słowa go dziwią .
–Którą dokładne stronę wyrwał ?
– Tą z spisami poległymi i imion z tamtej wojny . – Zastanawiam się chwi. –To tak jakby nie chciałbym to czytała, bo….
–Bo mogłabyś odkryć kim jest. – potwierdzam skinieniem głowy – No to mamy większy kłopot niż przypuszczałem .
–,Mamy ”?
–Oczywiście. – posłał mi swój irytujący uśmieszek . – Nie zostawię cię samej wiewióreczko .
Gdy już myślę ,że przejawia objawy troski dodaje .
– Jak już ci mówiłem jak na razie gramy w jednej drużynie ,a ja się troszczę o swoich .
Prycham na jego słowa nie do końca wiedząc jak na nie zareagować .
Jadąc dalej, nie mogę pozbyć się niepokoju. Myśli kotłują się w mojej głowie, splatając się w jeden, coraz bardziej niepokojący wniosek.
– Ta książka – zaczynam nagle, zwracając się do Idmunta. – Skoro ojciec uznał ją za tak niebezpieczną, że kazał ją zamknąć w zakazanym dziale, to może…
– Może coś jeszcze tam jest – kończy za mnie chłodno, nawet nie patrząc w moją stronę. – No proszę, zaczynasz myśleć.
Zaciskam usta, ignorując jego ton.
– Może nie chodzi tylko o tę jedną stronę, ale o całą resztę książek, które tam trafiły. Coś w tych zbiorach może łączyć się z mordercą.
Idmunt przewraca oczami, jakby to było oczywiste.
– Oczywiście, że tak. Ale jak zamierzasz się tam dostać? Twój tatuś raczej nie da ci kluczy.
Przygryzam wargę. To prawda. Biblioteka zakazana to miejsce, do którego dostęp mają tylko nieliczni, a ja, mimo swojego statusu, nigdy nie dostanę oficjalnej zgody. Przynajmniej nie w sposób, który nie wzbudzi podejrzeń.
– Więc będziemy musieli tam wejść inaczej – mówię cicho, niemal nie wierząc we własne słowa.
Idmunt prycha, patrząc na mnie z nieukrywaną drwiną.
– Doprawdy? Księżniczka chce się zakraść do własnej biblioteki? To prawie urocze.
– Nie masz się z czego cieszyć – rzucam ostro. – To nie będzie łatwe. Strażnicy patrolują teren, a mój ojciec…
–…cię ukarze, jeśli cię złapie. – kończy za mnie beznamiętnie. – Jak wzruszające.
Przez chwilę studiuję jego twarz, ale jest zimna, obojętna. Nie wiem, co myśli.
–Masz jakiś plan? – pytam, mimo że czuję, jak jego obecność zaczyna mnie irytować.
–Nie. Jeszcze nie. Ale wymyślimy go razem. – jego uśmiech jest pełen wyższości. – Chyba że wolisz pobiec do tatusia i błagać o łaskę?
Zaciskam pięści, ale nie odpowiadam.
– Dobrze – mówię w końcu, prostując się w siodle. – Musimy tylko znaleźć sposób, by wejść do biblioteki… i nie dać się złapać.
Idmunt uśmiecha się chłodno.
– Byłeś mi nie płakała w ramię, jeśli coś pójdzie nie tak.
Do zamku wracamy pod osłoną zapadającego zmroku. Nie ma czasu na odpoczynek, nie jeśli mamy to zrobić dzisiaj. Przez całą drogę analizowałam możliwe opcje, a teraz wiem, że nie możemy czekać.
– Idmunt, robimy to tej nocy – oznajmiam stanowczo, gdy zsiadamy z koni w stajni.
Patrzy na mnie uważnie, przez chwilę milcząc, a potem unosi brew w udawanym zdziwieniu.
– Naprawdę? Myślałem, że chcesz najpierw porządnie się wyspać i napić gorącej czekolady.
Przewracam oczami, ignorując jego ton.
– Im dłużej zwlekamy, tym większa szansa, że ojciec coś podejrzewa. Musimy działać teraz.
Idmunt wzdycha, kręcąc głową.
– Jak sobie życzysz, księżniczko. Ale jeśli planujesz włamanie, to radzę się nie wyróżniać.
– Wiem – rzucam, prowadząc go bocznym korytarzem w stronę biblioteki. – Jest tajne przejście za jednym z regałów. Strażnicy nie wiedzą o nim, ale drzwi są zabezpieczone.
Idmunt uśmiecha się kpiąco.
–Jakie to wygodne, że akurat ja jestem tutaj, by pomóc.
– Po prostu się pospiesz – syczę.
Gdy docieramy pod wielkie wrota biblioteki, czekamy, aż strażnik oddali się na swoją rutynową rundę. Idmunt podchodzi do zamka w tajnym przejściu i wyciąga niewielkie narzędzie z ukrytej kieszeni.
– To zajmie chwilę. Jeśli ktoś nadchodzi, nie krzycz z paniką, dobrze?
– Po prostu rób to, co masz zrobić – odpowiadam przez zaciśnięte zęby.
Kilka minut później zamek ustępuje cichym kliknięciem. Idmunt uśmiecha się triumfalnie.
– Proszę, proszę. Witaj w zakazanej wiedzy, księżniczko.
Biorę głęboki oddech i robię pierwszy krok do środka.
Przekraczam próg zakazanej biblioteki, a chłód przenika moje ciało. Powietrze jest ciężkie, przesycone zapachem starych ksiąg i kurzu. Mimo półmroku widzę wysokie regały wypełnione tomami, których nikt od lat nie otwierał. Cień Idmunta sunie tuż za mną, a jego obecność jest równie przytłaczająca, co atmosfera tego miejsca.
– No dobrze, – mruczy, zamykając za nami drzwi. – Od czego zaczynamy?
Nie odpowiadam od razu. Moje myśli krążą wokół tego, czego szukamy. Jeśli w tej bibliotece znajdują się prawdziwe informacje o Aurionie, musimy znaleźć odpowiednią księgę. Problem w tym, że nie mam pojęcia, gdzie zaczynać.
– Najpierw zobaczmy, co jeszcze kazał tu ukryć mój ojciec – mówię w końcu, podchodząc do jednego z regałów. – Może znajdziemy coś równie pomocnego.
Idmunt unosi brew, ale nie komentuje. Przesuwa dłonią po grzbietach książek, jakby szukał czegoś konkretnego.
– Może warto zacząć od katalogu? Jeśli cokolwiek tu jest, zostało skatalogowane – sugeruje.
Przytakuję, choć nie jestem pewna czy takie miejsce jak zakazana biblioteka miałoby coś tak praktycznego jak katalog. Jednak po chwili dostrzegam niewielką, skórzaną księgę na biurku w kącie pomieszczenia. Podchodzę bliżej i otwieram ją, przewracając stare, pożółkłe strony.
– Tu są spisy tematów… i numeracja regałów – mówię, wodząc palcem po tekście. – Historia Aurionu… na tym samym regale leżą inne książki o podobnej treści.
Idmunt bez słowa rusza w stronę wskazanego miejsca. Ja idę za nim, serce bije mi szybciej. Skoro są inne księgi, to możliwe, że wyjaśnią, dlaczego ktoś chce mnie doprowadzić właśnie tutaj… i dlaczego ojciec chce mnie od nich odciąć.
Sięgam po ciężki tom, który leży odwrotnie niż reszta. Na okładce widnieje tytuł: „Zamach na Aurion – prawda ukryta w cieniu”. Otwieram go ostrożnie i szybko wertuję strony. Po chwili zamieram.
– Co…– szepcze, przewracając kolejne kartki.
– Co jest? – Idmunt pochyla się nade mną, chcąc zobaczyć, co takiego przeczytałam.
– Zerath Hawke…– wypowiadam to imię niemal szeptem, jakby mogło ożyć między kartkami. – On zaplanował zamach. To on stoi za wszystkim.
Idmunt wpatruje się we mnie bez słowa. Jego twarz pozostaje nieodgadniona, ale dostrzegam napięcie w jego ramionach. Nie reaguje od razu, jakby nad czymś myślał.
– Wiesz coś o tym?
Zerkam znad kartki, czekając na jakieś słowa.
– Słyszałem trochę od dziadków – nie patrzy na mnie. – Co tam jeszcze piszą?
Spuszczam wzrok z powrotem na tekst.
– Przywódca zamachowców, którzy napadli na królestwo… – zamykam książkę, choć w głowie mam inne słowa, których nie chcę jeszcze wypowiedzieć na głos.
Zamach nie był aktem szaleństwa. Nie był wyłącznie pragnieniem władzy czy zemsty. On był odpowiedzią. Na ból. Na zdradę. Na coś, co mój ród zrobił dawno temu i czego nikt nie miał nigdy poznać.
Nie mogę przestać myśleć o tych słowach zapisanych w starym manuskrypcie: „Dławi nas milczenie Korony. Jeśli nie przemówi, wyrwiemy jej głos z gardła”. Zerath Hawke nie był tylko buntownikiem. On wierzył, że walczy o sprawiedliwość. A teraz ja… ja nie wiem, po której stronie jestem.
– To nie powinno było tu leżeć – szepczę bardziej do siebie niż do Idmunta. – Ta księga… to nie relikt. To pamiętnik. – Przyglądam się jasnej okładce. – To pamiętnik Zeratha Hawke’a.
Idmunt wyrywa mi książkę z rąk, wpatrując się w nią z kamiennym wyrazem twarzy. Przyglądam się jego obliczu, ale on milczy. Może dlatego, że zna odpowiedzi, których ja jeszcze nie potrafię przyjąć. Albo nie chce mi ich dać bo wie, że muszę dojść do nich sama.
Zamykam oczy na chwilę. Widzę Aurion takim, jakim go znam marmurowe wieże, ulice pełne światła, śmiech dzieci na placach. Ale teraz za tym obrazem czai się coś więcej. Cienie, które ten blask zepchnął na margines. Cienie, o których milczano tak długo, że zaczęły mówić własnym głosem.
Idmunt odwraca wzrok, jakby nagle ten temat stał się dla niego zbyt osobisty. Widzę, jak zaciska palce na książce.
– Przeczytam ją dokładnie i dam ci znać, co w niej będzie.
Otwieram usta, by zaprotestować, ale on unosi dłoń.
– I zanim się zaczniesz ze mną kłócić, rudzielcu, to przypomnę ci, że większość zapisków jest w języku Noctory. A jeśli dobrze pamiętam, ty go nie znasz.
Zaciskam wargi. Nie mam zamiaru mu przyznać racji, choć doskonale wiem, że ją ma.
– Niech ci będzie. Ale nie myśl sobie, że w pełni zostawię ci to zadanie…
Nie kończę, bo nagle popycha mnie na pobliski regał.
– Ci.
– Ja ci zaraz dam uciszanie, ty niemądry bęcwale… – syczę, ale nie zdążam więcej powiedzieć, bo jego palec ląduje na moich wargach.
– Czy ty możesz być choć raz cicho? – szepcze mi do ucha. Jego głos jest niski, niemal drapieżny. – Gdybyś nie była głucha, to byś usłyszała, że w naszą stronę ktoś idzie.
Zamarzam. Czuję jego ciało, niemal całkowicie przylegające do mojego. Jego dłoń opiera się tuż obok mojej głowy, zamykając mnie między sobą a regałem. Każdy mięsień jego ramion, torsu, jest wyczuwalny, gorący, napięty. Zbyt blisko. Zdecydowanie zbyt blisko.
Palec, który jeszcze przed chwilą uciszał moje usta, nie znika od razu. Idmunt spogląda na mnie z bliska, jego wzrok na chwilę zatrzymuje się na moich wargach zbyt długo, zbyt intensywnie. A potem opuszką kciuka lekko, prawie niedostrzegalnie, przesuwa po dolnej wardze, jakby chciał coś sprawdzić… albo zapamiętać.
Moje serce wali jak szalone. Mam ochotę go odepchnąć, nakrzyczeć, przekląć, ale… nie ruszam się. Bo przez ułamek sekundy moje ciało, zupełnie wbrew woli, nie jest pewne, czy bardziej chce go odepchnąć, czy przyciągnąć bliżej.
Nie. To głupie.
To tylko napięcie sytuacji. To stres. Bliskość. Tak, na pewno to przez to.
Szepcze mi jeszcze coś, nie do końca rozumiem co coś z przekąsem, coś o mojej „wiecznej potrzebie dramatyzmu”. Gotuję się w środku.
Gdy kroki się oddalają, unoszę dłoń i bez wahania gryzę go w palec, który wciąż delikatnie dotykał moich ust. Syka cicho, a ja wykorzystuję moment, by go odepchnąć z całej siły.
– Nigdy więcej tego nie rób – warczę, starając się nie pokazać, że dłoń mi drży, a policzki płoną.
– Próbowałem cię tylko uciszyć… – uśmiecha się bezczelnie, wycofując rękę.
– Próbuj jeszcze raz, a skończysz z czymś więcej niż ślad po zębach.
– Grozisz mi, księżniczko? – Idmunt przekrzywia lekko głowę, a jego oczy błyszczą z rozbawieniem. – Bo jeśli tak wyglądają twoje pogróżki, to zaczynam się zastanawiać, co robisz, gdy naprawdę jesteś zła.
– Chcesz się przekonać?
– Zaczynam mieć ochotę – mruczy, pochylając się znowu niebezpiecznie blisko.
Tym razem to ja się nie cofam. Czuję, jak gorąco jego ciała znowu mnie otacza, jak jego cień przylega do mojego. Przyciska mnie do regału nie tylko wzrokiem, ale każdym centymetrem swojego ciała świadomie, prowokacyjnie. A ja, zamiast się przesunąć, unoszę brodę wyzywająco.
– Jesteś nieznośna –mruczy, a jego głos jest teraz cichy, zaskakująco chropowaty. –Zawsze musisz mieć ostatnie słowo, prawda?
–Tak jak ty musisz mnie cały czas drażnić?
–Może dlatego tak dobrze nam idzie – szepcze, a jego usta są tak blisko, że czuję ich ciepło na policzku.
Cisza między nami staje się cięższa niż powietrze w bibliotece. Serce mi wali, ale nie wiem już, czy z gniewu, z lęku… czy z czegoś jeszcze.
Jego wzrok znowu spoczywa na moich ustach. Czuję, jak jego palce muskają moją dłoń — przypadkiem, a może nie. Powietrze iskrzy.
–Idmunt… –ostrzegam go, ale to bardziej szept niż groźba.
–Uspokój się , rudzielec. – Odrywa się ode mnie równie nagle, jak się zbliżył. Uśmiecha się jak kot, który właśnie wypił śmietanę.
Zostawia mnie oszołomioną, zarumienioną, z ogniem w klatce piersiowej, a sam rusza w głąb biblioteki, jakby nic się nie wydarzyło.
– Wracajmy do szukania, zanim zrobisz się bardziej niebezpieczna niż sama książka –rzuca przez ramię, nawet się nie oglądając.
Stoję tam jeszcze przez chwilę, próbując opanować oddech.
Nie. Nie dam mu satysfakcji.
Poprawiam włosy, zbieram resztki dumy i ruszam za nim ale w głowie wciąż czuję dotyk jego palca na mojej wardze. I to spojrzenie.
Jakby patrzył… zbyt prawdziwie.
Doganiam go dopiero przy kolejnym regale. Idmunt przeszukuje półki, ale jego dłoń wciąż kurczowo trzyma pamiętnik Zeratha Hawke’a, jakby obawiał się, że ktoś mu go odbierze.
– Więc? –pytam, kiedy staję obok. –Co teraz?
Nie od razu odpowiada. Przez chwilę tylko patrzy na księgę, a potem na mnie. Jego spojrzenie jest poważniejsze niż wcześniej, bez złośliwości i gierek.
–Przeczytam go –mówi w końcu cicho. –Od początku do końca. I wszystko ci opowiem.
Zaciskam wargi, ale kiwam głową. Nie ufam mu w pełni…, ale wiem, że samemu byłoby mi trudniej. A jeśli naprawdę zna język Noctory, to nie mam wyboru.
–Całą prawdę, Idmunt. Bez półsłówek i bez zatajeń.
–Całą prawdę, rudzielcu. Przysięgam –mówi, tym razem bez kpiny. Jego głos brzmi zaskakująco szczerze.
Stojąc tak między starymi regałami, w dusznym półmroku zapomnianej biblioteki, czuję, że zawarliśmy coś więcej niż tylko umowę. To nie był zwykły pakiet informacji. To było coś w rodzaju sojuszu. Kruchy. Ryzykowny. Ale konieczny.
–Chodźmy stąd –mówi po chwili. – Zanim któryś ze strażników uzna, że tu zbyt głośno .
Wychodzimy ostrożnie, krocząc między regałami i starając się nie zostawić żadnych śladów. Każdy skrzypiący stopień zdaje się brzmieć jak wystrzał, każde echo kroków napina nerwy do granic.
Na korytarzu Idmunt zatrzymuje mnie jeszcze gestem ręki i wychyla się ostrożnie zza rogu. Dwa cienie strażników przemieszczają się leniwie dalej, znikając za zakrętem. Dopiero wtedy daje mi znak, by iść.
Przemykamy jak duchy cicho, szybko, niepostrzeżenie.
Gdy zamykamy za sobą drzwi zakazanej biblioteki, czuję jakbym zostawiała tam nie tylko kurz i starocie…, ale też jakąś wersję siebie, której już nie odzyskam.
Nie odzywamy się więcej. Nie trzeba.
Bo to, co miało być zwykłym poszukiwaniem informacji… właśnie zmieniło wszystko.
