Eliot budzi się w swoim gabinecie. Z systemu audio wciąż dobiega hipnotyzująca muzyka syntezatorowa. Mruży oczy, bo oślepia go chłodne światło lampy, podkreślające biel ścian pomieszczenia. Widzi świat tak, jakby patrzył przez kamerę VHS. Brak jakiegokolwiek czasomierza nie pozwala mu określić pory dnia. Ma jednak poczucie, że trwa coś pomiędzy dniem a nocą.
Doznaje kolejnej, tym razem bardzo wyraźnej wizji poruszającego się białego manekina z platynowymi włosami i ciemnoczerwoną szminką. Postać jakby wyłania się z wnętrza białej ściany.
Manekin kroczy wzdłuż pokoju.
Po chwili znika.
Eliot siedzi w fotelu jeszcze przez moment. Odchyla głowę i próbuje myśleć, lecz zamiast myśli pojawia się tylko pustka. Zamyka umysł na wszelkie bodźce. Nie wie, ile czasu spędza w tym stanie.
Na biurku stoi szklanka z resztką absyntu. Zielona substancja mieni się w chłodnym świetle padającym wprost na nią. Eliot sięga po szklankę i dopija trunek. Odkłada ją na miejsce. Obok leżą chaotycznie rozrzucone rysunki techniczne części wykorzystywanych do budowy robotów humanoidalnych, które mają pomagać ludziom w codziennych czynnościach. Eliot spogląda na nie obojętnie.
Wstaje i kieruje się do drzwi, po drodze wyłączając muzykę. Zamyka gabinet na klucz. W mieszkaniu panują mrok i głucha cisza. Musi być jeszcze wcześnie.
Eliot idzie do sypialni. Eve wciąż śpi. Zbliża się do łóżka i widzi jedynie jej bladą twarz, częściowo zasłoniętą ciemnymi włosami. Oświetla ją tylko lampka nocna. Patrzy na nią przez dłuższą chwilę. Oglądanie jej podczas snu zawsze go uspokaja.
Tym razem jednak spokój nagle pęka.
Przez ułamek sekundy twarz Eve znika.
Zamiast niej Eliot widzi nieruchomą twarz białego manekina. Platynowe włosy. Ciemnoczerwona szminka. Martwa, gładka skóra.
Mruga.
Eve znów leży przed nim, spokojna i nieruchoma. Choć wizja była krótka, dla Eliota trwała jak wieczność. Dezorientuje go. Wytrąca z równowagi.
Wraca do gabinetu i sięga do jednej z szuflad pod biurkiem. Jest rozdrażniony i musi jak najszybciej się uspokoić. Ze względu na weekend pozwala sobie skręcić jointa.
Wychodzi na balkon, a jego oczom ukazuje się spowita mgłą Łódź. Zaciąga się i spogląda na okolicę. Ponury listopadowy poranek i stare kamienice nieco poprawiają mu humor.
Kiedy wypala ponad połowę jointa, czuje, że obejmują go czyjeś ramiona.
– Dzień dobry, kochanie – mówi Eve słodkim głosem.
– Dzień dobry, Eve – odpowiada Eliot. – Wcześnie wstałaś.
– Tak samo jak ty, Eliocie – mówi, biorąc od niego jointa.
Zaciąga się i przez chwilę patrzy przed siebie. Eliot chce już go odebrać, ale Eve odkłada jointa na popielniczkę. Następnie chwyta go za rękę i pewnym krokiem prowadzi do sypialni.
Zatrzymują się przy łóżku. Ich usta łączą się w długim pocałunku. Szybko zdejmują nocne ubrania. Ich ciała zbliżają się do siebie coraz bardziej, jakby oboje chcieli na chwilę odciąć się od wszystkiego, co istnieje poza tym pokojem.
Eliot poddaje się tej bliskości. Przez chwilę liczą się tylko ciepło ciała Eve, jej oddech i rytm ich nierównych ruchów. Oboje oddychają coraz ciężej. Po chwili zmieniają pozycję. Eliot widzi odchyloną głowę Eve i jej oczy uciekające ku górze. Trzyma ją mocno za nadgarstki.
Jej jęki stają się coraz głośniejsze. Ostatni, urwany dźwięk doprowadza również Eliota do orgazmu.
Zamyka oczy.
I wtedy dzieje się coś, czego nie spodziewał się już tego dnia zobaczyć.
Znowu ta cholerna twarz manekina.
Nie obok Eve.
Nie za nią.
Na jej miejscu.
Eliot otwiera oczy i przez moment nic nie mówi. Kładzie się obok Eve, patrząc nieruchomo przed siebie. Tym razem reaguje spokojniej niż wcześniej, ale wie, że to tylko złudne działanie niedawno zażytej substancji.
Przytula się do Eve.
Przez jakiś czas leżą w milczeniu.
Podczas śniadania nagle dzwoni telefon Eliota. Dźwięk wydaje się głośniejszy niż zazwyczaj, co jeszcze bardziej go irytuje. Niechętnie wstaje z krzesła i podchodzi do telefonu.
Na ekranie widzi napis: „dziadek Józef”.
Odbiera.
Rozmowa trwa krótko. Eve słyszy jedynie pojedyncze odpowiedzi Eliota.
„Tak”.
„Nie”.
„Rozumiem”.
Potem zapada cisza.
Eliot wraca na miejsce i przez chwilę milczy.
– Dziadek dzwonił – oznajmia w końcu. – Chce, żebyśmy dzisiaj go odwiedzili.
– I co? Zgodziłeś się? – pyta Eve.
– Wygląda na to, że tak.
– To niepodobne do ciebie. Co cię do tego skłoniło? – pyta zaciekawiona.
– Sam nie wiem. Jakoś nie pomyślałem, żeby odmówić – odpowiada Eliot. – Tak czy inaczej, nie musisz jechać, jeśli nie chcesz.
– Nie chcę zostawać sama w domu. Pojadę z tobą.
– Jak wolisz, kochanie.
– O której wyjeżdżamy, Eliot?
– O szesnastej – odpowiada.
Chwilę po szesnastej siedzą już w samochodzie. Na zewnątrz nadal jest pochmurno i pada deszcz. Po czterdziestu minutach docierają do leśnej drogi prowadzącej do domu dziadka.
Eliot parkuje przy ogrodzeniu i przez chwilę patrzy na starą chatę, którą często widywał w dzieciństwie. Owiany tajemnicą dom zawsze budził w nim lekki niepokój. Lęk ten ustępował jednak fascynacji sekretami skrywanymi przez to miejsce i samego dziadka.
W drzwiach wita ich Józef, tęgi, zniszczony starością były chirurg o obojętnym wyrazie twarzy. Ma na sobie znoszony sweter i szerokie czarne spodnie. W domu unosi się zapach zupełnie inny od syntetycznej woni ich mieszkania.
Józef prowadzi ich do salonu, w którym siedzi babcia Eliota, pali papierosa i ogląda telewizję. Siadają przy stole. Odpowiadają na dobrze znane im pytania, powtarzające się podczas każdego takiego spotkania.
Wkrótce dziadek zwraca się do Eliota z prośbą.
– Eliot, pamiętasz panią Maud? – pyta Józef.
– Tak, kojarzę.
Przed oczami Eliota pojawia się obraz wyrafinowanej kobiety mieszkającej w niewielkiej chatce pośrodku lasu, oddalonej o jakieś dziesięć minut drogi od domu dziadka. Zawsze wydawała mu się mądra i oczytana. Pamięta, że w tamtych czasach zajmowała się psychoterapią analityczną.
– Upiekłem trochę chleba – mówi Józef. – Byłbyś tak miły i zaniósł jej dwa bochenki? Przez ten deszcz nie może dzisiaj sama po nie przyjść.
– Pewnie, przejdę się – odpowiada Eliot, wiedząc, że nie może odmówić.
Dziadek nienawidzi sprzeciwu.
Eliot rzuca tylko krótkie spojrzenie na Eve i idzie z dziadkiem po chleb. Bierze parasol, po czym wychodzi z domu.
Kroczy wąską leśną drogą prowadzącą do starej chatki pani Maud. Deszcz uderza o materiał parasola jednostajnym, głuchym rytmem. Po obu stronach drogi stoją mokre drzewa. Ciemne i nieruchome. Jakby obserwowały go w milczeniu.
Po kilku minutach dociera na miejsce i puka do drzwi.
Otwiera mu elegancka kobieta w podeszłym wieku.
– Dobry wieczór. Jestem wnukiem Józefa. Przynoszę pani chleb – mówi Eliot.
– Dobry wieczór, Eliot. Dziękuję bardzo. Proszę, wejdź – odpowiada pani Maud.
Wchodzą do domu. W powietrzu unosi się woń kadzidła. Pani Maud odkłada chleb w kuchni i przygotowuje Eliotowi herbatę. Po chwili bierze kubek i prowadzi go do pokoju przypominającego gabinet.
W środku stoi masywne biurko z ciemnego drewna. Po obu jego stronach znajdują się drewniane fotele bujane. Ciemnozielone ściany, zapach kadzidła i przytłumione światło sprawiają, że pomieszczenie wydaje się odcięte od reszty domu.
Uwagę Eliota przykuwa nastoletnia dziewczynka siedząca na podłodze. Ma jasne włosy i białą sukienkę. Zachowuje się tak, jakby nikt nie wszedł do pokoju. Siedzi odwrócona w stronę ciemnozielonej ściany i rysuje coś na kartce.
– To Elizabeth – mówi pani Maud z dumą. – Opiekuję się nią. Jest bardzo wyjątkowa.
Eliot jedynie przytakuje. Starsza pani wskazuje mu fotel przy biurku, po czym sama siada naprzeciwko. Przez jakiś czas milczą.
Słychać tylko monotonne skrobanie ołówka po kartce i deszcz uderzający o szyby.
Eliot rozgląda się po gabinecie. Na regałach za panią Maud dostrzega doskonale znane mu książki o psychoanalizie. Widzi również kilka surrealistycznych obrazów, którym przez chwilę się przygląda.
Wtedy starsza pani przerywa milczenie.
– Jak minął ci dzisiaj dzień, Eliocie? – pyta niespodziewanie.
– Dobrze – odpowiada z lekkim opóźnieniem.
Ponownie słychać tylko odgłos rysowania. Szum deszczu niemal się z nim zlewa. Eliot bierze łyk herbaty.
– Eliot – odzywa się po chwili pani Maud. – Chcę cię jeszcze raz zapytać. Czy na pewno wszystko u ciebie w porządku?
– Tak, myślę, że tak – odpowiada Eliot, jakby nie miał pełnej kontroli nad wypowiadanymi słowami.
Czuje jednak, że po tych dwóch pytaniach nie będzie to zwykła pogawędka. Odnosi wrażenie, że pani Maud wie o nim więcej, niż powinna. Budzi to w nim niepokój połączony z fascynacją.
Najwyraźniej Józef i Maud mają ze sobą coś wspólnego.
Eliot nie wie, co zaraz usłyszy ani jaki kierunek obierze rozmowa. Atmosfera panująca w pomieszczeniu daje mu poczucie odrealnienia, którego tak często poszukuje. Próbuje zachować spokój i z niecierpliwością czeka na kolejny ruch pani Maud.
– Posłuchaj, Eliot – mówi spokojnie. – Oboje wiemy, że się od tego nie uwolnisz. Będzie tylko gorzej. To, co widziałeś dzisiaj rano, będzie wracało z każdym dniem. Coraz częściej. Coraz intensywniej. Aż całkowicie tobą zawładnie. Nie pozwól na to. Musisz przejąć nad tym kontrolę. Jesteś silny, Eliot. Wiesz, że nie powinieneś się ograniczać. Twoje marzenie jest bliżej, niż ci się wydaje.
Eliot jest coraz bardziej zaciekawiony dziwnym spotkaniem. Pragnie usłyszeć więcej od tajemniczej kobiety. Na chwilę odpływa w chaos własnych myśli i patrzy pustym wzrokiem na panią Maud.
– Co mam w takim razie zrobić? – pyta i z niecierpliwością oczekuje odpowiedzi.
– Jutro masz w swoim biurze spotkanie z dyrektorem Maciejem, prawda? – mówi Maud, wyciągając z szuflady biurka małą ampułkę. – Dodaj jej zawartość do jego kawy, a istnieje duża szansa, że będzie to wasze ostatnie spotkanie.
Kładzie ampułkę na biurku.
Eliot bierze ją do ręki i przez chwilę się jej przygląda. Szkło jest zimne, gładkie i absurdalnie lekkie, jakby nie mogło zawierać niczego naprawdę niebezpiecznego.
– Pani Maud, więzienie to nie najlepsze miejsce do pracy nad tym – mówi.
– O to się nie martw, Eliocie – odpowiada pani Maud przekonującym tonem. – Dyrektor zje jutro zepsute jabłko, które mu zaszkodzi. Na pewno będzie na nie narzekał, więc nikt cię nie oskarży.
Usta Eliota lekko się poruszają, jakby miał się uśmiechnąć. Chowa ampułkę do kieszeni i ponownie odpływa myślami. Słowa pani Maud wywołują w nim podniecenie.
– Eliot, została jeszcze mniej przyjemna część naszego spotkania – mówi po chwili. – Ale bardzo ważna.
Eliot układa już w głowie ambitny scenariusz jutrzejszego dnia i nie zdaje sobie sprawy z tego, co za chwilę się wydarzy.
– Połóż lewą rękę na biurku i podwiń rękaw – prosi pani Maud.
Eliot błyskawicznie odsuwa wszystkie myśli i skupia się na jej słowach. Jest zdezorientowany i zaniepokojony. Myślał, że to będzie tylko rozmowa.
– Eliocie, jak mówiłam, nie będzie to najprzyjemniejsze, ale jest konieczne. Za chwilę nie skupiaj się na swojej ręce. Skup się na tym, co mówię. Dobrze? – pyta pani Maud spokojnym głosem.
Eliot powoli podwija rękaw czarnej koszuli. Obraca trupio bladą rękę i patrzy w niebieskie oczy pani Maud.
– Posłuchaj, Eliot. To może nie być nasze ostatnie spotkanie. Czekają cię również złe chwile. Wtedy musisz jak najszybciej do mnie przyjść. Rozumiesz? Podczas tych chwil twoje stare blizny będą krwawić. Im silniejszy impuls, tym mocniej – mówi pani Maud, obserwując jego reakcję.
Eliot spogląda niepewnie na stare blizny w kształcie krzyżyków. Bierze głęboki oddech i nadal patrzy w oczy pani Maud. Mimo to przed jego oczami niekontrolowanie pojawia się jedno wspomnienie.
Nie chciał do niego wracać.
Po tak długim czasie nie wywołuje już jednak w nim większych emocji.
– Jesteś naprawdę silny, Eliot – mówi pani Maud. – Bardzo dobrze sobie poradziłeś. Została jeszcze jedna rzecz.
Milknie na chwilę.
– Obróć teraz rękę, proszę.
Mówiąc to, ponownie sięga do szuflady biurka. Tym razem wyjmuje z niej mały pojemnik z czerwoną substancją. Nabiera odrobinę na palec i maluje na dłoni Eliota znak przypominający literę „T”.
– Co oznacza ten znak, pani Maud? – pyta Eliot.
– Nazywa się „tutto mori”. Będzie symbolem naszej współpracy – odpowiada spokojnie.
– Co oznacza „tutto mori”?
– „Tutto mori” oznacza…
Eliot odnosi wrażenie, że usłyszał odpowiedź, ale wciąż nie zna wyjaśnienia. Z jakiegoś nieznanego powodu nie chce jednak pytać ponownie.
– To już koniec naszego spotkania, Eliot. Pamiętaj: jeśli będziesz potrzebował rady albo sama uznam to za konieczne, spotkamy się ponownie.
– Dziękuję, pani Maud – mówi Eliot.
– Miło się z tobą rozmawiało. Dobranoc.
– Dobranoc – odpowiada Eliot.
Nastaje chwila milczenia. W tle wciąż słychać skrobanie ołówka Elizabeth. Pani Maud prowadzi Eliota do wyjścia. Wymieniają jedynie krótkie spojrzenia.
Eliot rozkłada parasol i wychodzi. Dopiero na zewnątrz orientuje się, że kompletnie stracił poczucie czasu. Przez moment obawia się, że Eve będzie zła. Co gorsza, martwi się, że mogła pomyśleć, iż coś mu się stało.
Po chwili te myśli odsuwają się jednak w głąb jego umysłu.
Teraz myśli tylko o tym, co powiedziała pani Maud. Idzie ciemną leśną ścieżką i snuje plany na przyszłość. Znowu ma nadzieję, że jego marzenie ujrzy światło dzienne.
Droga mija mu szybko. Wkrótce jest już w domu dziadka. Otwiera drzwi i od razu idzie do łazienki, żeby zmyć czerwoną substancję z dłoni.
Dopiero potem wchodzi do salonu i przytula się do Eve.
– Coś się stało, Eliot? – pyta wystraszona.
– Eve, przepraszam, że tak długo mnie nie było. Pani Maud strasznie mnie zagadała i głupio było mi wychodzić – mówi Eliot pospiesznie.
– Spokojnie, Eliot. Jest dopiero osiemnasta. Nie było cię trzydzieści minut – mówi Eve.
– Hm, to dziwne. Wydawało mi się, że spędziłem tam o wiele więcej czasu – wyjaśnia.
– To dość normalne u pani Maud – odzywa się dziadek Eliota.
Eliot czuje się jeszcze dziwniej, ale cieszy się, że jakimś cudem uniknął kłopotów. Z trudem walczy z poczuciem odrealnienia i próbuje sprawiać wrażenie spokojnego. Nie chce, żeby Eve wypytywała go o szczegóły spotkania z panią Maud.
Wie, że dzisiaj nic już nie powinno go zaskoczyć.
Mimo to ma wrażenie, że coś dopiero się zaczęło.
Pół godziny później Eliot i Eve opuszczają dom dziadka i wsiadają do samochodu. Eliot siedzi przez chwilę nieruchomo, zanim rusza. Patrzy na Eve.
– Kocham cię, Eve – mówi.
– Ja ciebie też, Eliot – odpowiada, uśmiechając się.
Przez moment milczą. Za szybą przesuwają się ciemne sylwetki drzew, rozmazane przez deszcz i światła samochodu.
– Jak było u pani Maud? – pyta Eve, kiedy są już w drodze do domu.
– Jest dziwna, ale miła – odpowiada Eliot.
– Tak samo jak twój dziadek.
– Tak. Z pewnością mogliby ze sobą rywalizować pod tym względem – mówi Eliot. Po chwili dodaje: – Ale lepiej niech to wszystko zostanie tam.
– Pewnie masz rację. Jedźmy do domu i trochę odpocznijmy.
– Na pewno dobrze nam to zrobi – odpowiada.
