Rozdział IV
Kennan
Nie zastanawiałam się nawet przez sekundę. Sztylet błysnął w mojej dłoni. Znajome zimno metalu od razu przywróciło mi pełnię skupienia.
Rzuciłam.
Ostrze przecięło powietrze, wbiło się w kark napastnika, który właśnie zamierzał dobić chłopaka leżącego na ziemi. Usłyszałam tylko głuchy odgłos upadającego ciała.
Zyskał kilka sekund. Podniósł się z zaskakującą sprawnością; ruch był płynny, ale nie chaotyczny, jakby ciało pamiętało coś, czego głowa jeszcze nie zdążyła przeanalizować. Przez ułamek sekundy uchwyciłam jego wzrok. Oczy – jasne, zimne, z cieniem dezorientacji, ale ani przez chwilę nieobecne. Spodziewałam się wdzięczności, może nawet jakiegoś „dzięki”, ale dostałam tylko krótkie, badawcze spojrzenie, jakby oceniał, czy jestem nowym zagrożeniem, czy może po prostu idiotką, która nie wie, kiedy się nie wtrącać.
Ruszyłam naprzód. Przebiegłam jak błyskawica między napastnikami. Poczułam świst metalu tuż przy uchu, wślizgnęłam się pod szerokie ramię przeciwnika. Krótki ruch, sztylet przeciął więzadła przy kolanie. Mężczyzna runął, zawył, a ja już byłam dalej.
Wpadłam na plecy chłopaka szybciej niż zdążył się odwrócić. Przylgnęłam do niego, osłaniając tył własny, i jego. Poczułam pod dłonią szorstki materiał jego koszuli, ciepło ciała, przyspieszony oddech. Był napięty jak struna, gotowy do skoku. Odwrócił głowę przez ramię: szybko, nagle, bez słowa. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że zaraz mnie odepchnie ale nie zrobił tego. Zamiast tego przesunął się, dopasowując pozycję do mojej, jakbyśmy ćwiczyli to od lat.
Napastnicy na moment zawahali się, widząc, że nie mają do czynienia ze zmęczoną ofiarą i nieznaną dziewczyną, tylko z dwójką, która nagle zaczęła działać jak jeden organizm. Ruszyli na nas; trzech z lewej, dwóch z prawej, jeszcze jeden próbował podejść od tyłu.
Nie było czasu na myślenie. Blokowałam pierwszy cios, odbiłam łokciem rękę przeciwnika, wbiłam mu nóż pod żebra. W tym samym momencie chłopak z mojej lewej powalił dwóch; nie siłą, a precyzją. Jego ruchy były inne niż wszystko, co znałam: nie używał klasycznych technik, nie szukał przewagi brutalnością. Przypominał drapieżnika; cichy, szybki, nieprzewidywalny. Każdy cios był dokładnie tam, gdzie miał być.
Jeden z napastników spróbował mnie złapać, szarpnęłam się, uderzyłam głową w jego nos, usłyszałam chrupnięcie i syk bólu. Przez chwilę czułam w ustach, nie było czasu, by się tym przejmować. Chłopak ze swojej strony wykręcił dłoń przeciwnika, podciął go kolanem, nie używając nawet broni.
Napastnicy zaczęli krążyć wokół nas coraz węższym kręgiem. Czułam, jak chłopak zmienia ustawienie, kryjąc moje plecy. Nie padło ani jedno słowo. Walka była rozmową bez głosu, bez wytłumaczenia, bez pytań o imię.
Zauważyłam, że nie zwalniał ani na moment.
W pewnej chwili wychyliłam się nieco za bardzo, próbując ocenić, jak radzi sobie z kolejnym przeciwnikiem. Zgubiłam czujność. Jeden z napastników wykorzystał ten moment; pojawił się obok mojego ramienia, ostrze błysnęło tuż przy mojej twarzy. Zadziałałam instynktownie, zanim zdążyłam zarejestrować ruch. Ogień buchnął z mojej dłoni, większy niż kiedykolwiek wcześniej. Płomienie uderzyły prosto w twarz napastnika, który wrzasnął jak dzikie zwierzę i padł na ziemię, tarzając się w przerażeniu.
Reszta jego kompanów zamarła, rozproszyła się w panice, uciekając w las szybciej niż się pojawili. Nagle wszystko ucichło poza trzaskiem płonących liści i naszymi ciężkimi oddechami.
Wpatrywałam się we własną dłoń, z której jeszcze przez moment tańczyły resztki płomieni. To nie był już płomyk na zapałce, nie była to sztuczka; to była siła, która sama wystrzeliła ze środka, nie pytając mnie o pozwolenie. Serce tłukło mi się w piersi, a świat wokół nagle zwęził się do drżenia mięśni i zapachu spalenizny.
Gdy uniosłam głowę, chłopak obserwował mnie spod półprzymkniętych powiek. Stał nieruchomo z sztyletem w dłoni, oddychał głęboko, a w jego oczach odbijał się jeszcze blask mojego ognia – niepewność, ostrożność i coś na kształt… uznania? Nie, raczej chłodna analiza. Przez moment mierzyliśmy się spojrzeniami, ostrożnie oceniając siebie nawzajem. Oboje próbowaliśmy zrozumieć, z kim tak naprawdę przyszło nam walczyć.
Odwróciłam wzrok, zaciskając palce, które jeszcze drżały od magii. Nie zamierzałam pokazać mu, jak bardzo mnie to przeraziło. Mgła wokół nas powoli się rozwiewała, a na trawie zostały tylko ślady walki i ciała napastników.
Nie wytrzymałam.
— Ty zawsze tak cicho, czy tylko w moim towarzystwie?
Uniósł brew, lekko przekrzywił głowę.
— Zależy, kto pyta.
Skrzywiłam się, ocierając krew z policzka.
— Jakbyś był odrobinę wolniejszy, nie musiałbyś się już przejmować żadnym pytaniem.
Parsknął pod nosem, ledwie zauważalnie.
— Nie prosiłem o pomoc.
— Nie szkodzi — rzuciłam. — Nie jestem tu od spełniania życzeń.
Zmarszczył brwi, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko wzruszył ramionami i spojrzał na leżących wokół napastników.
— Masz ciekawy styl — rzucił w końcu, tonem pozbawionym emocji, jakby mówił o pogodzie.
— Ty też. Trochę dziki — odparłam, mrużąc oczy. — Nie uczyli cię, żeby nie dawać się zaskakiwać od tyłu?
Przez jego twarz przemknął cień ironii. — Zwykle nie muszę liczyć na wsparcie przypadkowych dziewczyn z nożami.
Wzruszyłam ramionami, chowając sztylet do pochwy. — Nikt nie jest doskonały.
Chwilę milczeliśmy, oddechy powoli wracały do równowagi. On pierwszy się wyprostował, otrzepał rękę z trawy i podszedł do jednego z napastników, jakby sprawdzał, czy na pewno nie wstanie.
— Idziesz gdzieś dalej? — zapytał w końcu, nie patrząc na mnie wprost.
— Mam swoje sprawy — odpowiedziałam krótko.
— Tak myślałem.
Cisza przeciągnęła się o kilka uderzeń serca. Staliśmy naprzeciw siebie uparcie, jakby każde czekało, aż to drugie ustąpi pierwsze.
W końcu pierwszy poruszył się on, zadrżał mu kącik ust, jakby miał ochotę na sarkazm, ale powstrzymał się. Ja, widząc, jak niecierpliwie zerka na trupy w trawie, uznałam, że lepiej nie przedłużać tej gry w udawanie, że nie jesteśmy sobie nawzajem kulą u nogi.
— Szkoda czasu — rzuciłam pod nosem, odwracając się na pięcie. — I tak przez to nie zdążę na rekrutację.
Nie czekałam na odpowiedź. Wbiłam wzrok w ścieżkę i ruszyłam przed siebie, czując pod stopami nieregularny rytm twardej ziemi, śliskiego mchu i porozrzucanych liści. Dopiero kawałek dalej odważyłam się spojrzeć przez ramię. Chłopak stał w tym samym miejscu, nie ruszył się ani o krok. Patrzył za mną — nie z urazą. Raczej jak na zagadkę, której nie zdążył jeszcze rozwiązać, ale nie próbował mnie zatrzymać.
Odetchnęłam głęboko, starając się wyciszyć emocje. Mgła już opadła, ale w głowie wciąż miałam zamęt. Mimo zmęczenia zmusiłam się do szybkiego marszu, czując, jak adrenalina powoli ustępuje miejsca zmęczeniu i irytacji. Dotarłam do Karmelki. W mgnieniu oka ruszyłyśmy. Mijałam kolejne leśne polany, czułam, jak pot przesiąka mi przez ubranie, a każdy mięsień pali od wysiłku i walki, którą właśnie stoczyłam.
W końcu, kiedy słońce zaczęło już chować się za koronami drzew, dotarłam do miejsca rekrutacji. Niewielki budynek z ciemnego kamienia otoczony był przez grupki ludzi — niektórzy czekali ze spuszczonym wzrokiem, inni szeptali coś pod nosem, jeszcze inni wyglądali tak, jakby już dawno pogodzili się z porażką i stracili nadzieję na wejście. Odetchnęłam płytko i ruszyłam w stronę wejścia, czując jak spojrzenia ślizgają się po mojej sylwetce — brudnej, podrapanej, wciąż z rozedrganą ręką.
Przy drzwiach stało dwóch strażników — obaj wyprostowani, z tą charakterystyczną miną ludzi, którzy wiedzą, że ich zadaniem jest mówić „nie” i nie tłumaczyć się nikomu. Zatrzymali mnie ruchem ręki zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
— Zamknięte. Rekrutacja zakończona — oznajmił pierwszy, nawet nie zerkając na mnie.
— Potrzebuję tylko chwili — wycedziłam przez zęby, próbując nie brzmieć jak błagająca. — Spóźniłam się przez napad w lesie. To nie była moja wina. Muszę dostać się do środka.
Drugi strażnik spojrzał na mnie z góry, jakby próbował ocenić, czy mam w ogóle prawo tu być.
— Zasady są jasne. Jeśli nie dotarłaś na czas, nie możemy nic poradzić.
Zacisnęłam pięści, czując, jak tłumiona frustracja narasta. Spojrzałam przez ramię — wokół kilku innych spóźnionych kłębiło się pod ścianami, niektórzy narzekali głośno, inni już się poddali i odeszli. Miałam ochotę zrobić to samo — ale nie po to przeżyłam wszystko, co dziś, żeby zatrzymać się na progu.
— Naprawdę nie zamierzacie nawet wysłuchać, co się stało? — warknęłam, pozwalając sobie na odrobinę złości. — Rozumiem zasady, ale to nie było spóźnienie, bo „zaspałam”. Ktoś próbował mnie zabić.
Pierwszy strażnik zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem.
Miałam ochotę sięgnąć po broń — nie po to, by atakować, tylko żeby poczuć pod palcami znajomy chłód rękojeści. Ale powstrzymałam się. Zamiast tego odetchnęłam głęboko, rzucając im lodowate spojrzenie.
Każda kolejna sekunda tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że nie zamierzają ustąpić. Wokół rozbrzmiewały nerwowe szepty innych spóźnionych. Walczyłam sama ze sobą, żeby nie wybuchnąć, żeby nie zrobić czegoś głupiego. Moje palce zaciskały się odruchowo na pasku torby, jakby od tego miało zależeć, czy nie rzucę się na kolejne zamknięte drzwi.
— Ostatni raz powtarzam, proszę odejść — rzucił strażnik, jego głos był twardy, nieznoszący sprzeciwu. Poczułam, jak wzbiera we mnie znajomy gniew — nie ten wybuchowy, tylko ten cichy, gęsty, który zwykle prowadził do kłopotów.
Rozmowy urwały się niemal jednocześnie. Nie powoli, nie jakby ktoś uciszał tłum — po prostu cały zgiełk opadł w jednej chwili. Poczułam to w karku, zanim jeszcze go zobaczyłam — napięcie, jakby powietrze zgęstniało, a ludzie instynktownie zeszli na bok, robiąc przejście komuś, kto nie potrzebował słów, by podporządkować sobie przestrzeń.
Nie musiał nikogo odsuwać. Po prostu przeszedł przez środek. Twarz miał spokojną, oczy zimne. Zatrzymał się kilka kroków ode mnie i przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że znów jestem na tej przeklętej polanie. Ten sam chłopak. Te same szafirowe oczy. Tylko teraz — bez śladów walki, bez brudu i krwi, wyprostowany, pewny, z lekkim cieniem ironii w kąciku ust.
Dwaj strażnicy stali na baczność, jakby obecność tego człowieka była dla nich czymś oczywistym, a zarazem niepokojącym. Nikt nie śmiał się odezwać, nikt nie próbował protestować.
Chłopak spojrzał na mnie. Przez chwilę miałam ochotę powiedzieć coś sarkastycznego, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
W końcu odezwał się cicho, bez zbędnych słów, a jednak tak, że nie było wątpliwości, kto tu wydaje rozkazy: — Wpuśćcie ją.
Strażnicy spojrzeli na siebie, a potem natychmiast odsunęli się na bok, bez zbędnych gestów.
Odwrócił jeszcze głowę w moją stronę.
— Nabór dla niej nie jest zamknięty. Biorę za to odpowiedzialność.
Przez moment nie wiedziałam, czy się przesłyszałam. Poczułam na sobie spojrzenia innych kandydatów, dziwne napięcie w tłumie, mieszaninę zazdrości i ciekawości. Chciałam zapytać, skąd ma taką pewność, ale on już mnie mijał.
Patrzyłam, jak idzie do stołu, przy którym siedzieli rekruterzy. Jeden z nich, starszy mężczyzna z szarą brodą, odchrząknął niepewnie: — Dowódco Emrysie… to niezgodne z regulaminem.
Dowódca. Emrys. No pięknie. Coś ścisnęło mnie w żołądku. Jeśli dobrze pamiętałam spalone dokumenty, właśnie patrzyłam na człowieka, którego miałam obserwować. A w razie potrzeby — zlikwidować. Tylko że dopiero co uratowałam mu życie. To trochę komplikowało sprawę.
Nie zatrzymał się, rzucił krótko:
— To moja decyzja.
Nikt już nie próbował się sprzeciwić. Wszystko odbyło się szybko, niemal bezgłośnie, jakby od początku było jasne, co się wydarzy.
Stanęłam w progu, próbując zapanować nad własnym oddechem. Rzucił mi jeszcze jedno spojrzenie — krótkie, oceniające, z tym samym błyskiem, który widziałam na polanie. W jego oczach nie było śladu wdzięczności, tylko pewność, że wszystko jest pod kontrolą.
Wtedy usłyszałam jego głos, już ciszej, tylko do mnie:
— Następnym razem nie spóźniaj się przez ratowanie obcych.
Przez sekundę miałam ochotę rzucić mu coś sarkastycznego, ale ostatecznie tylko uniosłam brwi i parsknęłam pod nosem:
— Następnym razem spróbuj nie dać się prawie zabić.
Jego usta wykrzywiły się w czymś, co mogło być uśmiechem, ale równie dobrze mogło być tylko cieniem znużenia.
Ruszyłam za nim w głąb pomieszczenia, czując na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych.
Chwilę po tym, drzwi zamknęły się za moimi plecami, sala znów wypełniła się głosami, lecz cała uwaga wciąż skupiała się na mnie i na chłopaku, który wywrócił cały rygor tej rekrutacji. Strażnicy wrócili na swoje miejsca, milsi niż byli przed chwilą, jakby sama jego obecność wystarczyła, by zetrzeć z ich twarzy wcześniejszy chłód.
Szybko odnalazłam w tłumie miejsce dla siebie, starając się nie rzucać w oczy bardziej niż trzeba. Mimo to czułam spojrzenia — ciekawskie, niechętne. Nie miałam czasu się tym przejmować. Zbyt długo tłumiłam w sobie napięcie, by pozwolić, żeby teraz rozładowało się w drobnych gestach czy słowach.
Emrys przeszedł przez salę, nie zwracając uwagi na szepty. Wyglądał, jakby był tu od zawsze: spokojny, pewny, niewzruszony. Dowódca w każdym calu, nawet jeśli nie miał na sobie żadnych dystynkcji.
(…)
Formalności trwały krótko. Padło kilka nazwisk, ktoś odczytywał listę, ktoś inny coś odhaczał. W końcu padło i moje imię, wypowiedziane wyraźnie:
— Kennan.
Ledwo skinęłam głową, nie patrząc na nikogo wprost. Wciąż czułam dziwne mrowienie pod skórą.
Gdy ceremonia dobiegła końca, tłum zaczął się rozpraszać, a powietrze gęstniało od niedopowiedzianych pytań. Właśnie wtedy, gdy już miałam zamiar ruszyć dalej, pojawił się przy mnie Emrys, ten sam chłopak z polany, który okazał się kimś, kogo słuchają wszyscy.
Bezszelestnie, jak cień. Zanim zdążyłam się odsunąć, był tuż obok. Gdy się nachylił, wyczułam wokół niego chłód, który nie miał nic wspólnego z pogodą. Jego głos był spokojny, cichy, nie musiał podnosić tonu, by przyciągać uwagę.
— Trzeba było chwilę poczekać. Oszczędziłabyś sobie biegu.
Przez moment przyglądał mi się uważnie.
— Iskiereczko.
Przez moment zamarłam. Iskiereczko. Słowo zabrzmiało jak żart, ale w jego ustach wszystko brzmiało jak zagadka. Spojrzałam na niego z ukosa — nie uśmiechał się, ale w kąciku ust zatańczyło coś, co mogło być cieniem ironii.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, już się odsunął, jakby cała ta wymiana była tylko przypadkowym spotkaniem na korytarzu. Po prostu zniknął w tłumie kandydatów, zostawiając mnie z czymś nieprzyjemnie znajomym pod żebrami, z uczuciem, że właśnie przegapiłam jakąś ważną aluzję.
Przez chwilę zostałam sama, próbując poskładać w głowie ostatnie wydarzenia. Nadal czułam na sobie spojrzenia innych, a w uszach brzmiało echo jego słów. Jego głos… był inny niż wszystkie, jakie pamiętałam. Echo z polany, echo tej walki, której nie chciałam pamiętać, a która nie dawała się wymazać z pamięci.
Nie miałam jednak czasu na analizę. Zanim zdążyłam złapać oddech, podeszła do mnie młoda kobieta w szarym płaszczu z odznaką przypiętą do kołnierza.
— Kennan? — skinęła głową, nie próbując się uśmiechnąć. — Proszę za mną.
Wzięłam głęboki wdech, próbując zapanować nad własnym sercem. Ostatni raz spojrzałam przez ramię, ale Emrys już zniknął gdzieś wśród tłumu. Czułam się dziwnie lekka, jakby ktoś wyjął ze mnie cały ciężar napięcia — a jednocześnie nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że nie wszystko tutaj zależy ode mnie.
Ruszyłam za kobietą, zostawiając za sobą salę pełną obcych spojrzeń, cichy gwar i własne, nie do końca uporządkowane myśli.
