Wielkość tekstu:

Tak bardzo Cię kocham – gdy miłość staje się więzieniem

Karolina

Na poboczu, w strugach deszczu, stała Karolina. Nieruchoma, z twarzą pozbawioną wyrazu, pozwalała by zimna ulewa mieszała się ze łzami. Jej oczy, martwe i wyprane z blasku, wbijały się w jeden punkt po drugiej stronie ruchliwej jezdni. Wyglądała jak ktoś, kto przegrał wojnę, trwająca zbyt długo, że nie zostało już nic – tylko obezwładniającą pustka.

W jej głowie brzmiały słowa, które znała aż za dobrze. Wracały wciąż, powtarzane setki razy.
„Jesteś nikim. Beznadziejna. Leniwa i głupia. Nikt nie chciał być z tobą, tylko ja.”

Myśli zderzały się ze sobą jak ostre kamienie. Mantra wbijała się głębiej każdego dnia: on ma rację, do niczego się nie nadaję, jestem beznadziejna zawiodłam wszystkich, straciłam swoją ostatnią szansę.

A jednak teraz miało być inaczej.

Stała na krawędzi drogi, mokra, zziębnięta, bezradna. I pusta. Tak, to było właściwe słowo. Marek wyrzucił ją z samochodu w napadzie furii. Powód był absurdalny, ale dla niego wystarczył. Bo zbyt wolno odpowiedziała na pytanie i dlatego że deszcz, nagle lunął z nieba, jakby to ona sterowała pogodą.

„Ty to naprawdę potrafisz wszystko spieprzyć. Nawet pogodę. Czy choć raz możesz zrobić coś dobrze? Czy musisz być taką cholerną kulą u nogi?” zabrzmiało w jej głowie jakby stał obok i wciąż krzyczał …

Bolało wszystko. Słowa. Ton. Pogarda. Ale najbardziej bolało to, co zrobił Monice, jedynej osobie, która naprawdę w nią wierzyła. To rozdarło ją od środka. On zawsze wiedział, gdzie uderzyć. I zawsze trafiał dokładnie w sam środek tarczy.

„Masz rację. Nie powinnam żyć. Tak będzie lepiej dla wszystkich.”

Gdy w oddali zobaczyła światła ciężarówki, wszystko stało się nagle proste. Jeden krok. We właściwym momencie. Po prostu przestać czuć.

Tuż przed tym, gdy miała to zrobić, kątem oka dostrzegła znajomy, zielony SUV. Wrócił. Zatrzymał się po drugiej stronie drogi. Nie wysiadł. Siedział w samochodzie i uśmiechał się. Tym uśmiechem, który znała aż za dobrze. Zimnym. Triumfalnym. Jakby wszystko działo się dokładnie tak, jak zaplanował.

Karolina zamarła.

Wtedy w jej głowie pojawiła się inna twarz i inny głos. Głos który nie krzyczał,

„On nie jest tego wart. To twoje życie. Masz prawo je przeżyć tak, jak chcesz.”

Ale może… to moje życie już się skończyło?

Spojrzała jeszcze raz w stronę Marka. Czy ją widział? Czy wiedział, co zamierza? Nie obchodziło jej to. Wyszeptała tak cicho, że tylko deszcz mógł to usłyszeć:
  „Kochałam cię. Ale teraz to już nie ma znaczenia.”

Ryk ciężarówki nadciągał niczym gardłowy pomruk dzikiej bestii. Światła reflektorów odbijały się w kałużach.

Karolina zrobiła krok.

Świat zawirował. Czas skurczył się do jednego, bolesnego uderzenia serca.

Wszystko wydarzyło się naraz. Pisk opon. Ryk klaksonu, przeciągły i rozrywający powietrze jak krzyk. Woda tryskająca spod kół, wzbijająca się jak fala, błysk i ciemność…

***