20.06.1406 r.n.ś.
Bolyern był ogromnym krajem, który pożerał wszystko, co znalazło się w jego zasięgu. Wiecznie głodny nowych terenów. Pozostałe kraje uważały, że dąży do potęgi Starego Kraju, który upadł przed tysiącem czterystu sześcioma laty. Erę Starego Kraju nazywano Starym Światem i wierzono, że w czasach jego świetności, pośród ludzi kroczyły magiczne stworzenia. Gdy Stary Kraj legł pod własnym ciężarem, wraz z nim odszedł Deus — Jedyny Bóg. Teraz każdy z czterech krajów wyznawał innego boga. Ludzie wierzyli, że to uchroni ich przed losem Starego Kraju. Wielu wierzyło, że Bolyern zapomniał o historii, za którą cały kontynent zapłacił krwią i ruiną. Jego wojny mnożyły się, a rycerze w czarnych zbrojach strącali z tronów całe dynastie. Ich kolejną ofiarą stało się d’Arquen — dumne królestwo, którego kultura i sztuka od zawsze wyprzedzały resztę kontynentu o dekady, jeśli nie o całe wieki. Była to ziemia poetów i rzemieślników, gdzie nawet wśród ludu pamiętano dawne pieśni i uczono się piękna tak, jak w Bolyernie uczono się wojny.
A jednak i d’Arquen ugięło się pod naporem Bolyern. Nic nie potrafiło powstrzymać niszczycielskiej siły tego kraju — wszyscy o tym wiedzieli. Wiedziano też, że każdy taki upadek przybliżał kontynent do losu zamierzchłej ery, przed którym ludzie w bezsilnej trwodze i gorzkiej rozpaczy wznosili modły ku swym bogom.
Na południu Bolyern znajdowała się wioska. Nie wyróżniała się niczym szczególnym. Składało się na nią kilka drewnianych domów krytych strzechą, jedna gospoda, plac targowy, kapliczka boga męstwa — Leistunga, cmentarz, stodoły, spichlerze, młyn oraz kowal. Krajobrazu typowej wsi dopełniali jej mieszkańcy, a jak w niemal każdej społeczności, tu też zdarzali się obłąkańcy.
Gdy popołudniowe słońce zalewało wioskę złotym blaskiem, Zetla szła na łąkę, na którą ją wysłano, żeby nazbierać świeżych kwiatów na święto przesilenia letniego. Nie było ono uznawane przez Najwyższego Kapłana, który zapewne nawet nie wiedział o jego istnieniu, a jednak w wiosce obchodzono je od pokoleń. Przez lata uległo ono licznym zmianom, lecz istota pozostała niezmienna: w dzień przesilenia, dwudziestego pierwszego dnia szóstego miesiąca, po zachodzie słońca mieszkańcy ubierali się w tradycyjne stroje i rozpoczynali zabawę. Jednym z ważniejszych zwyczajów było puszczanie przez kobiety wianków na pobliskiej rzece — i właśnie dlatego Zetli kazano zebrać kwiaty.
Wioskę zamieszkiwali ludzie o jasnych włosach i oczach w odcieniach błękitu lub szarości, a ich skóra nosiła trwałe ślady od słońca i pracy na polach. Zetla wyróżniała się na tle innych przez ciemne, falowane włosy, których nie lubiła zaplatać, delikatnie bledszą skórę, oraz odrobinę lepszą jakość ubrań (jej rodzice robili co mogli, żeby uszczęśliwić córkę i poprawić jej jakość życia). Jednak były to jedyne wyróżniające ją cechy, tak jak większość ludzi w wiosce miała niebieskie oczy, bardzo szczupłą sylwetkę, prawie chudą, dłonie, które nie były miękkie, a jej twarz, mimo młodego wieku, już znaczyły drobne zmarszczki od słońca.
Zetla wracała do wioski z pełnym koszykiem. Była wściekła na rodziców, którzy kazali jej pracować, ponieważ jako księżniczka nie powinna tego robić. Była księżniczką, a przynajmniej tak twierdziła. To właśnie przekonanie sprawiało, że w oczach mieszkańców uchodziła za obłąkaną, a rodzice straszyli nią dzieci. Sama uważała się za porwaną przed laty córkę króla i choć nikt nie znał powodu, dla którego tak w to wierzyła. Tak po prostu było. A przynajmniej ludzie w wiosce tak twierdzili.
— Zdenka! — rozległ się śpiewny i wesoły głos Raji, jedynej przyjaciółki Zetli.
Podbiegła do niej opalona od pracy w słońcu dziewczyna z długimi jasnymi włosami w kolorze dojrzałej pszenicy, zaplecionymi w warkocz, oczami błękitnymi jak czysta woda w rzece i nosząca prostą brązową sukienkę z wełny. Zetla wiedziała, że mimo delikatnej urody Raja nie była delikatna i krucha, wręcz przeciwnie, miała dużą siłę fizyczną od pomagania w polu.
— Nie nazywaj mnie tak, jestem Zetla — poprawiła przyjaciółkę dziewczyna.
— Przepraszam, moja pani. — Raja złożyła jej skromny ukłon.
Tylko ona w całej wiosce wierzyła, że Zetla jest księżniczką, a przynajmniej tak się zachowywała. Były w podobnym wieku, więc całe dzieciństwo spędziły razem. Gdy wszyscy wokół zaczęli wytykać Zetlę palcami za jej niestworzone historie, Raja jako jedyna zwracała się do niej jak do księżniczki i składała jej ukłony.
— Nie miałaś zajmować się szyciem swojej sukni ślubnej? — Zetla łaskawie spojrzała na dziewczynę.
— Do swaćby został jeszcze miesiąc, a suknia jest prawie skończona. Chciałam pomóc ci zebrać kwiaty. — Raja uśmiechnęła się i wyciągnęła koszyk z dłoni Zetli. — Ja to poniosę, moja pani.
Zetla nie protestowała i szła dalej z pustymi rękami.
— Iwanowi nie przeszkadza, że robisz za moją damę dworu? — spytała Zetla, studiując profil przyjaciółki.
— Nawet jeśli, nie obchodzi mnie to. Szkoda, że jeszcze nie zdążyłaś odzyskać tronu, wtedy na pewno swaćby udzieliłby mi sam Wielki Kapłan — Raja westchnęła z rozmarzeniem.
Zetla nie odezwała się już ani słowem.
Po drodze minęła je grupka dzieci, które zaczęły wytykać Zetlę palcami i nazywać ją “obłąkaną”. Nie było w tym nic dziwnego, dzieci po prostu powtarzały po rodzicach.
— Nie przejmuj się nimi, Zdenka. Jeszcze zobaczą.
Zetla nawet nie spojrzała na Raję. Po prostu westchnęła głośno, nawet nie kłopotała się, żeby spojrzeć na grupę dzieci.
— Możemy spotkać się jutro rano? Jako niezamężne mamy prawo szykować się cały dzień do święta — zaproponowała Raja z uśmiechem.
— Tobie już nie wypada, za miesiąc bierzesz ślub. Do tego nie mam zamiaru wychodzić za nikogo z wioski, nawet za nikogo z miasta. Nie jestem pewna czy mogłabym nawet poślubić rycerza, jako księżniczka — Zetla, jak zwykle, miała swój wyniosły wyraz twarzy.
— Z pewnością znajdzie cię tutaj książę i zabierze ze sobą do zamku. Może to będzie nawet jakiś książę z d’Arquen? Słyszałam tyle wspaniałych rzeczy o tym kraju — Raja rozmarzyła się o królestwie, gdzie nawet chłopi znali się na poezji i sztuce.
Zetla weszła do domu, w którym mieszkała z matką i ojcem. Kiedyś miała młodszą siostrę, ale dziewczynka zmarła wskutek choroby w wieku pięciu lat. Rodzina Zetli od pokoleń uprawiała rolę. Nie byli bogaci, ale nie byli też skrajnie biedni. Kochali córkę mimo tego, że ona sama nie uważała ich za swoich prawdziwych rodziców, a za porywaczy. Mimo wszystko starali się zapewnić jej szczęście.
Ojciec Zetli miał już czterdzieści jeden lat, ale wciąż mógł codziennie pracować w polu. Wyglądał jak typowy mieszkaniec wioski. Za to jej matka była jeszcze młodsza, miała ledwie trzydzieści osiem lat. Bardzo wyróżniała się w wiosce, ponieważ nie urodziła się tutaj. Pochodziła z miasta, które leżało kilka dni drogi pieszo na południowy wschód. Miała ciemne włosy, które odziedziczyła po niej Zetla, i równie ciemne oczy, a jej skóra była wyjątkowo blada i gładka w porównaniu do innych kobiet w wieku. Ojciec Zetli jako młodzieniec był wysyłany przez swego ojca do miasta, żeby sprzedawać nasiona rolnikom z innych wsi. W tamtych czasach tylko sołtys miał konia i nikomu go nie pożyczał, a tym bardziej nie pozwalał zaprzęgać do wozu. To jednak było ponad dwadzieścia lat temu, zanim Bolyern kazał rycerzom zabrać zwykłym ludziom konie, żeby te służyły w armii. Teraz nikt we wsi nie miał konia, a sołtysowi została tylko pusta stajnia i pastwisko. Matka Zetli poznała jej ojca na targu, gdy jako młoda dziewczyna, pochodząca z kupieckiej rodziny, próbowała odwlekać jak najdłużej aranżowane przez jej rodzinę małżeństwa. Gdy po raz pierwszy spojrzała na młodzieńca ze wsi, poczuła nagłą i nieodpartą miłość — taką, która nie pozwalała jej dłużej trwać w bezruchu. Uciekła z nim do jego wioski, zostawiając za sobą dotychczasowe życie, a ich historia była tak piękna i romantyczna, że rodzice Zetli uwielbiali opowiadać ją córce przy każdej możliwej okazji.
— Mam kwiaty, dlaczego każdy w wiosce nie może zebrać ich samodzielnie, albo przynajmniej mi za nie zapłacić? — spytała Zetla wchodząc do domu.
— Święto przesilenia letniego jest ważne dla całej wioski. Wtedy wszyscy współpracują razem i nikt nie robi tego z myślą o nagrodzie. To byłoby obrazą dla boga — odpowiedziała spokojnie matka, która właśnie lekko modyfikowała koszulę córki.
— Dzień dobry, pani Kolev — przywitała się Raja.
— Jak dobrze cię widzieć, Rajeńko — matka Zetli uśmiechnęła się szeroko widząc dziewczynę i od razu zaczęła zasypywać ją pytaniami. — Jak przygotowania do ślubu? Masz już sukienkę? Co z posagiem? A jak Iwan? Rozmawialiście już na temat dzieci?
— Swaćba dopiero za dwa miesiące, a suknia już prawie gotowa. Ojciec obiecał oddać za mnie kawałek ziemi, więc o posag nie muszę się martwić. Iwan też nie może się już doczekać. Nie rozmawialiśmy jeszcze na temat dzieci, ale jeśli będziemy mieli dziewczynkę to na pewno nazwę ją Zetla — Raja odpowiadała na wszystkie pytania z uśmiechem i entuzjazmem.
— Rajeńko… — kobieta wzruszyła się i mocno objęła dziewczynę.
Rodzice Zetli traktowali Raję jak własną córkę, zwłaszcza po śmierci matki dziewczyny, oraz własnej młodszej córki. Ojciec Raji, jak większość ludzi w wiosce, utrzymywał się z uprawy ziemi, więc był bardzo wdzięczny państwu Kolev za tak dobre traktowanie jego jedynego dziecka. Zdarzały się nawet dni gdy żałował, że nie miał syna, żeby w ramach wdzięczności wydać go za Zetlę, nawet jeśli była obłąkana.
— Dlaczego chcesz nazwać swoje dziecko moim imieniem? To brak szacunku dla księżniczki — wtrąciła niezadowolona Zetla i zmierzyła swoją dwórkę wzrokiem.
— Zdenka, w ten sposób chcę cię właśnie uhonorować — wyjaśniła Raja.
Zetla przewróciła oczami i skrzywiła usta. Podeszła do koszyka z kwiatami, wyciągnęła kilka z nich i zaczęła pleść wianek.
— Jako księżniczka powinnaś sobie wybrać jak najpiękniejsze kwiaty — poradziła jej Raja.
— Wiem, dlatego już zaczęłam pleść te, które zerwałam z myślą o sobie — Zetla nie odrywała oczu od plecionki. Jej palce poruszały się zręcznie, wyraźnie było widać, że nie robiła tego pierwszy raz.
W wiosce zrobiło się nagle ogromne poruszenie, jednak jego źródłem nie było zbliżające się święto. Psy ujadały, jakby chciały stracić głosy, kobiety chowały dzieci w domach, a mężczyźni na wszelki wypadek szukali czegoś do obrony.
Z okien domu państwa Kolev nie dało się dojrzeć źródła zamieszania. Powodem owego poruszenia było to, że do wsi wjechał rycerz w pełnej czarnej zbroi. Czarniejszej niż ludzie sobie wyobrażali.
Zetla właśnie skończyła przymierzać tradycyjną sukienkę i chciała wyjść przejrzeć się czy hafty na sukmanie są równe. Nagle drzwi domu otworzyły się i stanął w nich starszy syn sołtysa — Dimitar.
— Nie wypuszczajcie tej wariatki na zewnątrz! Czarny rycerz będzie wściekły jeśli dowie się o jej bluźnierstwach — zmierzył Zetlę wzrokiem. — I niech lepiej zdejmie te ubrania. Rycerz ukarze nas podwójnie za sprzeciwianie się Wielkiemu Kapłanowi.
Drzwi zatrzasnęły się a matka Zetli podeszła do córki i bez słowa zaczęła rozplatać jej warkocz.
— Ten rycerz przyjechał mnie ocalić. Niedługo spotka was kara za to co mi zrobiliście.
Matka Zetli przytuliła się do pleców córki i próbowała powstrzymać płacz. Rozumiała, że jej córka żyje we własnym świecie i kochała ją. Nawet jeśli ta miłość miała pozostać już na zawsze jednostronna.
— Dajcie mi zapasy, a mojemu koniowi się napoić — zażądał rycerz w czarnej zbroi.
Siedział on dumnie na wielkim czarnym koniu. Ta rasa była chlubą bolyerńskiej armii, niezwykle silna i wytrzymała, a niekiedy nawet agresywna. Przez co mogli sobie na nią pozwolić tylko najważniejsi rycerze w państwie. Posiadanie jednego takiego rumaka było dla wielu największym życiowym celem.
— Oczywiście panie, zechce pan zostawić konia w stajni? W czasie gdy będziemy przygotowywali pańskie zapasy, może zechciałbyś panie zjeść obiad w moim skromnym domu? — sołtys wioski stał w tak głębokim ukłonie, że niemal dotykał głową ziemi.
— To nie będzie konieczne, mój koń napoi się szybko, a ja potrzebuję tylko napełnienia bukłaków i jeden bochen chleba — oświadczył rycerz zsiadając z konia.
— Tylko tyle, panie? — sołtys wioski spojrzał na rycerza ze zdziwieniem. Ktoś kogo stać na tak znamienitego konia potrzebował tylko tyle?
— Słyszałeś mnie — rycerz odruchowo położył dłoń w rękawicy na rękojeści miecza.
Mieszkańcy wioski cofnęli się w strachu, a sołtys zbladł nagle, wyglądał jakby w ciągu tej sekundy postarzał się o kilka lat.
— O-o-czywiście, p-p-anie — zająknął się sołtys i natychmiast wydał polecenie napojenia konia i uzupełnienie zapasów rycerza. — Jest gorąco, panie, może zechcesz zdjąć hełm? Albo unieść przyłbicę, panie?
Rycerz nie zareagował w żaden sposób na sugestię sołtysa. Spojrzał tylko na psy, które mimo że nie przestawały ujadać, nie śmiały zbliżyć się choćby do konia i kuliły pod siebie ogony.
Pół godziny później rycerz znów siedział na koniu i przygotowywał się do odjazdu.
— Przyjechałeś mnie ocalić?!
Rycerz spojrzał w stronę, z której usłyszał głos i zobaczył dziewczynę w stroju, który wyglądał na ludowy, ale dziewczyna miała rozpuszczone włosy, a nie jak najprawdopodobniej powinna — związane. Rycerz zmarszczył brwi.
— Kim jesteś, iż twierdzisz, że jestem tu by cię ocalić? — rycerz uchylił przyłbicę, by lepiej przyjrzeć się dziewczynie. Teraz każdy mógł zobaczyć jego ciemnobrązowe oczy w kształcie migdałów, w oprawie ciemnych, długich rzęs.
— Jestem księżniczką, ci wieśniacy mnie porwali — dziewczyna wydawała się bardzo pewna siebie, ale dla rycerza niczym nie różniła się od ludzi wokół niej. Może poza kolorem włosów.
— Panie! Racz jej wybaczyć! Ona ma problemy z głową. To taka nasza miejscowa wariatka — sołtys padł przed rycerzem na kolana.
Do dziewczyny podbiegła kobieta, najprawdopodobniej jej matka, i przymusiła ją, żeby również paść na kolana. Nie zważała nawet na to, że może zniszczyć jej sukienkę.
— Rozumiem, że ona sama poczyniła przygotowania do święta? Jestem od dłuższego czasu na wojnie, ale nie kojarzę, żeby Wielki Kapłan wprowadzał jakieś święto, które miałoby wypaść w ciągu najbliższych dni — rycerz rozejrzał się, nie dało się nie zauważyć, że cała wioska na coś się szykowała.
— Panie! Błagam! Nie karz nas! — Sołtys błagał ani razu nie śmiejąc spojrzeć na rycerza. — Wymierzymy jej odpowiednią karę za jej bluźnierstwa!
— Macie szczęście, że się spieszę, nie musicie jej karać. Jednak jeśli zatrzyma się u was następny rycerz, lepiej zamknijcie ją porządnie — rycerz nie zwrócił uwagi sołtysowi na próbę odciągnięcia jego uwagi od święta.
Rycerz, który jak twierdziła Zetla, miał ją ocalić odjechał, a ona sama patrzyła za nim, nie mogąc w to uwierzyć.
