Wielkość tekstu:

Rozdział drugi : Bal maskowy

Kari 


Maski mają spaść dopiero o północy, kiedy zegar wybije godzinę prawdy. Do tego momentu wszyscy pozostają anonimowi  książęta, lordowie, ambasadorowie i zwykli arystokraci mieszają się w tłumie, rozmawiają, śmieją się, tańczą. Nikt nie wie, kogo naprawdę trzyma w ramionach podczas kolejnego walca.

To ma mi pomóc poznać ich, zanim ich odrzucę.

Ironia losu.

Muzyka płynie bez przerwy, a ja  zgodnie z oczekiwaniami  tańczę. Jeden partner zastępuje drugiego, każdy próbuje zabłysnąć elokwencją albo żartem, choć żaden nie ma pojęcia, że to o moją rękę walczą.

Niektórzy są zabawni. Inni sztywni i nadęci. Są też tacy, którzy tańczą doskonale, ale poza komplementami nie mają mi nic do powiedzenia.

A potem pojawia się on.

Ma mocny uścisk, pewność w ruchach i głos, który brzmi jak śmiech kogoś, kto widział w życiu zbyt wiele.

– Może znajdziemy jakieś ustronne miejsce? – szepcze nisko, jego usta prawie muskają moje ucho. – Wiesz, śliczna, dopóki nie wyjdę za księżniczkę, jestem całkowicie wolny.

Zatrzymuję się natychmiast.

Nie czekam na dalsze słowa. Nie zastanawiam się, kim jest, skąd pochodzi ani co kombinuje. Po prostu wyrywam się z jego uścisku, przerywając taniec w połowie taktu.

Kilka osób zerka w naszą stronę, ale szybko wraca do rozmów i kroków. Nikt nie zwraca na mnie większej uwagi  nikt nie wie, kim jestem.

Doskonale.

Wysuwam się z tłumu. Serce wali mi w piersi, ale nie przez niego. Po prostu jestem zmęczona.

Muzyka, tłum, maski, duszne powietrze przesycone kwiatami i perfumami… Wszystko staje się nie do zniesienia.

Muszę odetchnąć.

Wychodzę do ogrodu i od razu czuję ulgę. Powietrze jest chłodniejsze, pachnie nocą i różami. Białe i czerwone kwiaty ciągną się wokół mnie jak morze, a ścieżki znikają wśród żywopłotów.

Nie ma tu nikogo.

Tylko ja, cisza i rozgwieżdżone niebo.

Przesuwam palcami po jednej z róż. Delikatne płatki kontrastują z ostrymi kolcami.

Piękne i niebezpieczne.

 Jak ja.

Zamykam oczy. Wchłaniam spokój tej jednej chwili jedynej prawdziwej wolności, jaką mam tej nocy.

Ogród milczy. Tylko wiatr porusza płatki róż.

I wtedy słyszę kroki.

Lekkie. Pewne. Zbyt bliskie.

Zanim zdążam pomyśleć, ciało reaguje samo. Odwracam się i uderzam.

Moja pięść trafia w policzek intruza. Czuję znajome mrowienie w knykciach. Timeon nauczył mnie tego dawno temu mimo protestów ojca. „Nigdy nie pozwól, by ktoś cię zaskoczył.”

Nieznajomy cofa się o krok. Nie upada. Unosi dłoń do twarzy, dotyka obolałego miejsca… a potem patrzy na mnie.

I wtedy widzę jego oczy.

Szare. Tęczówki jak stalowe ostrza. Zbyt znajome, by były obce.

Serce przyspiesza. Nie ze strachu.

Kim jesteś?

Chcę zadać to pytanie, ale jego maska skutecznie ukrywa twarz.

Uśmiecha się lekko, nadal trzymając palce na policzku.

– Mocny cios jak na damę.

Głos głęboki, z nutą rozbawienia.

Nie odpowiadam. Zaciskam dłonie, gotowa do kolejnego uderzenia, jeśli zajdzie potrzeba.

– Nie lubię, gdy ktoś zakrada się za moje plecy – mówię chłodno.

– Słusznie. Ale jeśli mam być szczery… – pochyla się lekko, jakby zdradzał sekret – …nie każdy, kto się skrada, ma złe intencje.

Jego pewność siebie mnie irytuje.

– A ty? Jakie masz intencje?

Zamiast odpowiedzi, cofa się o krok. Daje mi przestrzeń.

– Może po prostu też chciałem odetchnąć od balu. Tak jak ty.

Przez moment mierzymy się wzrokiem. Jego oczy świdrują mnie, jakby próbował mnie rozgryźć.

A ja wciąż nie wiem, kim on jest.

– Może przejdziemy się po ogrodzie? – proponuje w końcu. Jego głos brzmi lekko, jakby wszystko go bawiło.

Zastanawiam się przez chwilę. Nie zna mojej tożsamości. A ja wciąż próbuję rozgryźć jego. Jeśli zostanę tutaj sama, utknę w myślach, które niczego mi nie wyjaśnią.

– Niech będzie – odpowiadam.

Ruszamy ramię w ramię wzdłuż ścieżki wysypanej drobnymi kamykami. Zapach róż wypełnia powietrze  ciężki, słodki, niemal duszący. Przez chwilę idziemy w milczeniu. Dziwnie komfortowym. Większość ludzi próbowałaby tę ciszę zapełnić słowami. On  nie.

Czuję na sobie jego spojrzenie. Jakby coś w mojej postawie go intryguje.

Zadzieram głowę. Mijamy balkon z widokiem na ogród. Na nim stoi moja matka.

Uśmiecha się.

Serce ściska mi się na moment. Wiem, co ten uśmiech oznacza. Jest zadowolona. Z balu. Z tego, że tańczę. Z tego, że właśnie idę przez ogród z mężczyzną, którego nie znam.

Westchnienie samo wyrywa się z moich ust. Odwracam wzrok.

I wtedy on się odzywa:

– Tak w ogóle… nie ma za co, wiewióreczko.

Zatrzymuję się. Natychmiast.

–Słucham ?

Patrzę na niego uważnie. Jego szare oczy. Ten ton, jakby nic go nie ruszało. Dopiero teraz łączę fakty .

To on. Ten sam mężczyzna, który pomógł mi w wiosce, kiedy tamten typ zbliżył się o kilka kroków za bardzo.

– To ty – mówię powoli, wciąż z niedowierzaniem.

– A jednak mnie pamiętasz – odpowiada z rozbawieniem.

– Nie potrzebowałam wtedy pomocy. Sama bym sobie poradziła.

– Oczywiście – kiwa głową z udawaną powagą. – Ale wyglądało, że zajmie ci to chwilę. A ja nie mam tyle cierpliwości.

Mrużę oczy, przyglądając mu się uważnie.

– Jakim cudem jesteś na tym balu?

– Może jestem jednym z tych, którzy chcą zdobyć rękę księżniczki – rzuca z uśmiechem. Zbyt niewinnym, by mógł być prawdziwy.

Coś w jego tonie mówi mi, że bawi się moją niepewnością.

Stoję przed nim, próbując nie zdradzić żadnej reakcji. Ale jego obecność działa na mnie. Jego spojrzenie nie schodzi z mojej twarzy. Bada każdy gest, każdą zmianę w mojej postawie.

Zanim zdążam coś powiedzieć, zbliża się jeszcze bardziej. Niemal nie zostawia przestrzeni między nami. Jego głos dociera do mnie cicho, ale pewnie.

– Wiesz, księżniczko… – zaczyna, a w jego tonie brzmi coś nowego. – Maska może ukryć twarz. Ale nie zamaskuje tego, kim jesteś.

Wstrzymuję oddech.

– Co masz na myśli?

Nie odpowiada od razu. Patrzy na mnie chwilę, jakby układał słowa.

– Twoje ruchy. Sposób, w jaki się poruszasz, jak reagujesz… Tego nie da się nauczyć ot tak. To widać u kogoś, kto od dziecka był wychowywany na królewską damę.

Jego słowa uderzają mnie, zostawiając po sobie niepokój. Skąd on to wie?

– Skoro już wiesz, kim jestem – zaczynam, trzymając głos na wodzy – To dlaczego wciąż się ukrywasz?

Uśmiecha się szerzej. Niemal żartobliwie.

– Może po prostu cieszę się, że mogę z tobą rozmawiać bez całej tej dworskiej etykiety. Poza tym… od zawsze lubię wyzwania.

Moje serce bije szybciej. On wyczuwa moje wahanie. Jego słowa to zagadka. I coś jeszcze  coś, co sprawia, że czuję się zdemaskowana.

Z każdym jego słowem mam wrażenie, że maska, którą noszę, przestaje mieć znaczenie.

Przecież powinien się mylić. Maska powinna go zmylić. A on… patrzy na mnie tak, jakby od początku wiedział, kim jestem.

Zbliża się znów. Świat kurczy się do tej jednej chwili, tej odległości. Stoi tak blisko, że czuję jego oddech.

– Nie powiedziałem ci jeszcze mojego imienia.– mówi cicho, głosem pełnym tajemnicy.

Zaskoczenie przebiega po mojej twarzy, ale natychmiast je chowam.

– Może nie chcę go znać – odpowiadam bez zająknięcia. Jego bliskość nie robi na mnie wrażenia. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Zatrzymuje się, jakby moje słowa naprawdę go zaskoczyły. Uśmiech znika na sekundę, ale zaraz wraca do kącików ust.

– Poważnie? – pyta z rozbawieniem. – Zawsze się zastanawiałem, co sprawia, że takie kobiety jak ty są takie… oporne.

Podnoszę głowę wyżej. Serce bije szybciej, ale nie pokażę tego.

– I co? Myślisz, że jesteś wyjątkowy, bo chcesz mnie zdobyć?

Jego spojrzenie zmienia się. Jest intensywne. Jakby właśnie rzucał mi wyzwanie.

– Może nie chcę cię zdobywać. Może po prostu chcę cię poznać.

Jego słowa wiszą w powietrzu, ciężkie, jakby prowadziły do czegoś, czego jeszcze nie rozumiem.

Stoję w milczeniu. Jego obecność przytłacza, a jednocześnie… przyciąga.

Zbliża się znowu. Oddech przesuwa się po mojej skórze. I wtedy, cicho, prawie szeptem, wypowiada:

– Idmunt.

Głos głęboki. Pewny. Miękki jak aksamit, a jednocześnie ciężki od znaczenia.

To imię zostaje we mnie. Zbyt mocne. Zbyt znajome. Zbyt obce.

I wtedy jego palce dotykają mojego naszyjnika. Złotej ozdoby, którą noszę od dziecka. Symbolu, który przypomina mi, kim jestem. Kim muszę być.

Jego palce zatrzymują się na chwilę. Jakby coś badały. Coś, czego ja nie rozumiem.

Wtedy, w tej ciszy, słyszę słowa, których nigdy wcześniej nie słyszałam:

– Luraza tava silvaraka.

Zakazany język Nocturi.

Nie rozumiem znaczenia, ale znam historię. To język wykluczonych. Używany przez Noctarę  królestwo cienia. W Aurionie nikt nie ma prawa go znać. 

Spoglądam na niego. W jego oczach tli się rozbawienie. Wie, co zrobił. Wie, że moja twarz zdradza zdumienie.

Jego uśmiech jest ledwo widoczny. Ale czuję te słowa. Wciąż krążą w powietrzu, jak echo.

– Nie boisz się, księżniczko? – pyta z lekkim wyzwaniem w głosie.

Biorę oddech. Staram się nie zdradzić paniki.

– Skąd znasz ten język?

Nie odpowiada od razu. Jego ciepło, jego bliskość… wszystko to sprawia, że nie mogę się odsunąć.

– To nie język dla ciebie.– mówi w końcu. – Ale może kiedyś go zrozumiesz.

Jego słowa to łamigłówka. A on jest kluczem , którego nie potrafię jeszcze użyć.

Zanim cokolwiek mówię, zbliża się jeszcze raz. Dotyka znów naszyjnika. Potem cofa się, uśmiecha  jakby to wszystko było tylko grą, którą świetnie zna.

– Miło było cię poznać, wiewióreczko– rzuca jeszcze, zanim znika za drzwiami sali balowej.

Zostaję sama. W ogrodzie. Wśród róż, nocy i myśli, które nie chcą ucichnąć.