Kari
Wracam na salę balową, ale czuję się… inaczej. Coś jest nie tak. Słowa Idmunta wciąż odbijają się echem w mojej głowie, chociaż nie potrafię powiedzieć, dlaczego. Powiedział coś, co zasiał we mnie niepokój. Nie wiem, czy chodzi o niego samego, czy o sposób, w jaki się zachowuje. Ale za każdym razem, gdy o nim myślę, coś mnie ściska w środku.
A do tego zna język Noctary.
Przeciskam się przez tłum tańczących gości i zatrzymuję pod jedną z kolumn, gdzie cień osłania mnie przed wzrokiem innych. Muzyka nie cichnie, śmiechy i rozmowy rozlewają się po sali. Nikt nie zwraca na mnie uwagi.
I dobrze. Niech nie wiedzą, że między nimi stoi córka króla.
To mi odpowiada. Przynajmniej nie muszę rzucać nikomu sztucznych uśmiechów.
Oddycham cicho, próbując uporządkować myśli. Wtedy znajomy głos przebija się przez hałas wokół mnie.
– Dobrze się bawisz, moja droga?
Zamieram.
Przez sekundę mam nadzieję, że się przesłyszałam. Ale nie. Powoli unoszę wzrok… i napotykam spojrzenie matki.
Mimo maski rozpoznaje mnie bez trudu. Oczywiście, że tak. Ona zawsze wie, kim jestem, niezależnie od tego, jak bardzo próbuję się ukryć.
W końcu to ona mnie urodziła.
Serce zaczyna mi bić szybciej. Nie wiem, co powiedzieć. „Świetnie się bawię” zabrzmi fałszywie. „Czuję się źle” – sprowokuje pytania, których nie chcę słyszeć. Więc milczę. Nie dam jej materiału do przekazania ojcu.
Patrzy na mnie długo, jakby mnie prześwietlała. A potem lekko się uśmiecha.
– Bo szczerze ci powiem książę Idmunt to idealna partia na twojego męża.
Irytacja rośnie we mnie jak ogień. Idealna partia. Dla kogo? Dla mnie? Czy może raczej dla ojca? Albo dla całego kraju?
Nie zastanawiam się. Słowa wypadają ze mnie same.
– Dla mnie czy dla ojca? – rzucam ostro. – Żeby podpisać kolejny traktat z Ivoną?
Zapada cisza. Matka nie spuszcza ze mnie wzroku. W jej oczach widzę więcej niż tylko zaskoczenie. Coś głębszego. Może niezrozumienie. Może frustrację. Może zastanawia się, dlaczego tak bardzo upieram się, by zostać starą panną z przekory.
Nie potrafię się powstrzymać. Chcę ją ugodzić. Więc rzucam to beznamiętnie:
– Wiesz, co jest najciekawsze, matko? Książę Idmunt powiedział do mnie coś… w języku Noctury .
Jej reakcja jest natychmiastowa.
Wciąga gwałtownie powietrze. Oczy rozszerzają jej się w przerażeniu. Zanim dodaję cokolwiek więcej, chwyta mnie za nadgarstek, a drugą dłonią ucisza mnie gestem.
– Ciszej, dziecko – syczy, pochylając się bliżej. – Nie chcesz, żeby ktoś to usłyszał.
Patrzę na nią z niedowierzaniem. Naprawdę aż tak się boi?
– I tak wszyscy wiedzą, że książę nie jest ideałem, za jakiego go mają – szepczę z przekąsem.– Na pewno ma taką samą reputację jak wszyscy inni książęta.
– To nie ma znaczenia. Tak, zna ten język – dodaje szybko, rozglądając się nerwowo. – Jego przodkowie należeli do Aurionu. Przed Wielką Wojną wszyscy nim mówili. Ale nie daj się zwieść. Pamiętaj, kim on jest. I jak ważny jest dla nas… jako sojusznik.
– Nie musisz mi tego mówić – odpowiadam lodowato.
Matka unosi dłoń i delikatnie dotyka mojego policzka. Czuły gest. Niemal matczyny. Ale nie przynosi ukojenia. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej mnie rozjusza.
– Przecież kiedyś możesz go pokochać – mówi cicho, jakby chciała mnie przekonać. Jakby naprawdę wierzyła w to, co mówi. – Jak ja twojego ojca.
Czy ona naprawdę sądzi, że to tak działa? Że miłość da się wymusić? Że można ją wcisnąć w ramy układu politycznego? Że wyjdę z uśmiechem na ustach za mężczyznę, którego dopiero poznałam?
Nie chcę tak żyć. I nie zamierzam. Po moim trupie. Nie uciekam z jednej klatki, żeby dać się zamknąć w drugiej.
Zaciskam szczękę. W piersi buzuje gorące uczucie – coś między gniewem a rozpaczą. Sięgam po jej rękę i odsuwam ją z policzka. Jej dotyk parzy. Patrzę jej prosto w oczy. Moje usta wyginają się w cieniu pogardliwego uśmiechu.
– Ja nie jestem tobą, matko – syczę.
Na moment w jej oczach widzę coś, czego wcześniej tam nie było. Ból? Zawód? Może jedno i drugie. Może właśnie po raz kolejny ją zawiodłam.
Ale nie zostaję, żeby to analizować. Odwracam się i wchodzę w tłum. Szukam zapomnienia, choć dobrze wiem, że nie znajdę go wśród tych ludzi.
Muzyka gra, światło tańczy na kryształowych żyrandolach. Tłum pulsuje wokół mnie jak żywy organizm. A ja chcę zniknąć. Zetrzeć się ze światem. Jeszcze czuję na skórze dotyk matki. Jeszcze słyszę jej głos.
– Czy mogę prosić o taniec?
Odwracam się zaskoczona. Przede mną stoi wysoki mężczyzna o rudych włosach, które w świetle świec niemal płoną. Maska zakrywa górną część jego twarzy, ale uśmiech, który mi posyła, jest uprzejmy. Nawet czarujący.
– Oczywiście – odpowiadam, pozwalając mu poprowadzić mnie na środek sali.
Muzyka przyspiesza, rytm staje się żywszy. Kręcimy się w szybkim tempie, mój partner tańczy pewnie, obracając mnie raz po raz. Przez chwilę gubię się w ruchu.
Aż podczas jednego z obrotów… widzę go.
Idmunt.
Stoi w cieniu, na skraju sali. Ale jego spojrzenie – lodowate, twarde – wbija się we mnie jak ostrze. Wpatruje się w nas. Im dłużej tańczę, tym ciemniejsze staje się jego spojrzenie.
Muzyka na moment zatrzymuje się między taktami.
Nim zdążę zareagować, jego dłoń wyłania się znikąd. Zdecydowanym ruchem odbiera mnie mojemu partnerowi.
– Hej! – protestuje rudowłosy, cofając się. Ale Idmunt rzuca mu tylko chłodne, tnące spojrzenie.
– Pożyczam panią na chwilę – mówi gładko.
W jego tonie jest coś, co ucina wszelki sprzeciw. Mężczyzna milknie i znika w tłumie.
Zanim zdążę się wycofać, Idmunt przyciąga mnie do siebie. Jedną dłoń kładzie na mojej, drugą przesuwa na moje biodro. Trzyma mnie blisko. Za blisko. Czuję ciepło jego ciała. Widzę błysk w jego oczach nad maską.
Muzyka rusza, a on natychmiast przejmuje prowadzenie.
– Tęskniłaś za mną, wiewióreczko? – wyszeptuje do mojego ucha.
Zadrżę. Na skórze pojawia się gęsia skórka. Nie ze strachu. Z czegoś o wiele bardziej niepokojącego.
– Po moim trupie, książę – odwzajemniam uśmiech, ale wewnątrz mnie aż wrze.
Z boku wyglądamy, jak para flirtujących arystokratów. Taniec, szept, napięcie. Ale to nie flirt.
To wojna.
Zamiast się odsunąć, przyciska mnie jeszcze mocniej do siebie.
– To dobrze, bo mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia, księżniczko.
Zamieram. Jego głos znów odbiera mi grunt pod nogami. Zbyt blisko. Zbyt pewny. I coś jeszcze. Coś, czego nie potrafię nazwać.
– A cóż to za propozycja? – pytam, starając się brzmieć obojętnie.
– Przypadkowo podsłuchałem twoją rozmowę z matką – mówi, a jego głos to jedwab opleciony stalą. – Wiem, że nie chcesz wychodzić za mąż. Ani za mnie, ani za kogokolwiek.
Zaciskam mocniej palce na jego dłoni.
– Przypadkowo? – prychnę z niedowierzaniem.
Nie komentuje. Mówi dalej, cicho, niemal jakby zdradzał sekret.
– Nie chcesz tego wszystkiego. A ja mogę ci pomóc to rozwiązać.
Jego oddech ociera się o moją skórę. Czuję dreszcz, ale się nie odsuwam. Nie dam mu tej satysfakcji.
– Udawajmy – mówi z nutą rozbawienia. – Ja będę udawał, że chcę cię poślubić. Ty udasz, że chcesz tego samego.
Marszczę brwi.
– A ty? Co z tego będziesz miał?
Jego uśmiech się poszerza. Zbyt gładki. Zbyt spokojny. I strasznie niepokojący.
– Mam kilka niedokończonych spraw z twoim ojcem. A to pozwoli mi wyrównać rachunki.
Wstrzymuję oddech. Coś w jego tonie sprawia, że moje serce przyspiesza.
Zanim zdołam odpowiedzieć, pochyla się. Jego nos muska skórę mojej szyi, tuż przy tętnicy. Moje ciało reaguje jak na komendę.
Nie powinnam tak reagować. Nie na niego.
– Nie martw się – szepcze. – Dam ci czas do namysłu. Jeśli się zgadzasz, przyjdź o północy do ogrodu. Jeśli nie.… nie przychodź.
Muzyka dobiega końca.
Jego dłoń zsuwa się z mojej talii, a ja nagle czuję się lżejsza. Pozbawiona punktu oparcia.
Wykonuje krok w tył. Jakby nic się nie wydarzyło.
– A teraz wybacz, wiewióreczko – dodaje z lekkim ukłonem. – Obowiązki księcia wzywają.
Odwraca się i znika w tłumie.
Zostaję w miejscu. Nieruchoma. Dłonie mi drżą. W głowie panuje chaos.
Nigdy wcześniej, nawet przy najprzystojniejszych arystokratach, nie czułam się tak…
Tak jak przy nim.
I nienawidzę tego.
*******
Kiedy zegary wybijają północ, sala balowa zamiera. Dosłownie. Goście wstrzymują oddech, jakby ten dźwięk miał moc odkrywania tajemnic.
Jedna po drugiej, maski zaczynają opadać. Powoli. Ceremonialnie.
Czuję, jak napięcie spływa na moje ramiona, ciężkie i lepkie jak peleryna utkane z lęku. Jeszcze chwila. Jeszcze moment i ktoś może mnie rozpoznać. Jeszcze moment i wszystko, co do tej pory było tylko domysłem, stanie się oczywiste.
Nie mogę na to pozwolić.
Nie czekam ani sekundy dłużej. Obracam się i ruszam w stronę wyjścia, ignorując spojrzenia, rozmowy, muzykę, wszystko. Marmurowa posadzka dudni cicho pod moimi krokami. Serce wali mi w piersi.
Jeśli teraz wyjdę… nie będzie już odwrotu.
Wiem ,że nie mogę mu ufać ,lecz chcę się uwolnić od poglądów ojca raz na zawsze a to może być moja jedyna szansa .
Chłodne, nocne powietrze uderza we mnie jak fala, owiewa moją rozgrzaną skórę i przynosi ulgę. Taras za mną, ogród przede mną. Każdy krok to decyzja, każde westchnienie to wybór.
Zbliżam się do fontanny, zanurzając się w ciszy, wśród róż i cieni.
I wtedy go widzę.
Idmunt.
Opiera się o kamienną krawędź fontanny, zupełnie bez maski. Jego czarne włosy lśnią w księżycowym świetle, jak atrament rozlany po płótnie nocy. Szare oczy… Teraz, gdy nie przesłania ich żadna iluzja, wydają się jeszcze ostrzejsze. Przenikają mnie. Nie zatrzymują się na powierzchni – szukają głębiej.
Jest diabelnie przystojny. I jeszcze bardziej niebezpieczny.
Uśmiecha się leniwie, jakby moje pojawienie się tutaj było dokładnie tym, czego się spodziewał.
– Przyszłaś – stwierdza bez cienia zdziwienia.
Nie odpowiadam.
W ciszy sięgam do swojej maski i powoli ją zdejmuję. W jego oczach pojawia się cień. Mignięcie ciemności. Reakcja zbyt krótka, by ją złapać, ale zbyt intensywna, by ją przeoczyć.
Patrzy na mnie uważnie. Jakby zapamiętywał każdy szczegół mojej twarzy. Każdą rysę. Każdy ślad emocji.
Serce przyspiesza. Opanuj się, Kari.
– Jak to ma wyglądać? – pytam, zmuszając głos do rzeczowości.
– Prosto. Będziemy udawać zakochanych.
– Udawać zakochanych? – powtarzam z ironią. – To brzmi jak farsa.
– Owszem. Ale dobrze rozegrana farsa może zmylić każdego.
Mówi to takim tonem, jakby układał figury na szachownicy. Pewnie. Bez zawahania.
Zmrużam oczy.
– A jeśli ktoś się domyśli?
– Nikt się nie domyśli – odpowiada, jakby sam decydował o tym, co jest możliwe.
Cisza między nami zgęstniała. Jakby noc nagle się zatrzymała, zawieszona między ryzykiem a decyzją.
To niebezpieczne. Ale daje mi czas. A czas to jedyne, czego naprawdę teraz potrzebuję. Bo jeśli ojciec zajmie się wystarczająco długo naszą nie istniejącą naprawdę relacją odwróci to jego uwagę ode mnie .
– Dobrze – mówię w końcu. – Ale nie myśl, że to znaczy, iż ci ufam.
– Nawet bym nie śmiał – mruczy z rozbawieniem.
Odwracam się, gotowa odejść. Ale zanim zdążę zrobić krok, czuję szarpnięcie. Nagłe, zaskakujące. Plecami uderzam o szorstką korę drzewa.
– Co ty robisz?! – syczę, ale moje słowa gasną, gdy Idmunt stawia dłoń obok mojej głowy, zamykając mnie między sobą a drzewem.
Drugą dłoń unosi… i sięga po kosmyk moich włosów.
Powoli. Bezwstydnie. Przesuwa palcami po jednym pasmie, jakby był to jedwab.
Czuję to. Każdy jego ruch. Jakby dotykał nie tylko moich włosów, ale mnie – mojej skóry, mojej uwagi, mojego oddechu.
– Skoro mamy udawać zakochanych… – jego głos staje się niższy, bardziej intymny – …powinnaś przyzwyczaić się do mojej bliskości, wiewióreczko.
Moje serce bije jak oszalałe. Nie ze strachu. To coś innego. Coś bardziej niepokojącego. I… drażniąco pociągającego.
Powinnam go odepchnąć. Powinnam coś powiedzieć.
Ale stoję. Zamknięta między drzewem a nim. Unieruchomiona.
– A ty powinieneś przyzwyczaić się do tego, że nie dam sobą pomiatać, książę.
Podnosi wzrok. Jego oczy błyszczą wyzwaniem. Jakby właśnie na to czekał.
– W takim razie – mówi cicho – Zapowiada się naprawdę interesująca gra.
Nie mam pojęcia, w co właśnie się pakuję. Ale jedno wiem na pewno.
Z Idmuntem nic nie jest proste.
A ja… na pewno nie ułatwię mu tego przedstawienia.
