Wielkość tekstu:

Rozdział czwarty : Poznajmy się

Kari

Pierwsze promienie słońca przeciskają się nieśmiało przez ciężkie zasłony, malując na ścianach blade, migotliwe refleksy. Czuję ich ciepło na skórze, ale nie mam siły otworzyć oczu. Leżę zawieszona gdzieś pomiędzy snem a jawą, w tej ulotnej przestrzeni, gdzie wszystko wydaje się możliwe, a nic jeszcze nie boli naprawdę.

Przez chwilę myślę, że to tylko sen. Że ogród, zapach wilgotnych róż, szeptany głos w ciemności że to wszystko zmyśliłam. Ale potem w głowie znów pojawiają się jego oczy. Szare, czujne, niepokojąco uważne. Patrzące, jakby widziały mnie… zbyt dobrze.

Coś ściska mnie w żołądku.

Otwieram oczy gwałtownie. Zdobiony baldachim nad moją głową wydaje się zbyt rzeczywisty, zbyt solidny, by należeć do snu. Serce przyspiesza. Wraca wszystko. Każdy krok, każdy szept. Każdy dotyk.

To nie był sen.
 To się wydarzyło naprawdę.

Czuję, jak fala gorąca zalewa moją twarz, ale zaraz ustępuje miejsca znajomemu chłodowi niepokoju. Po co tam poszłam? Dlaczego się zgodziłam? Czy jestem aż tak głupia?

Zaciskam powieki, przewracam się na bok i wciskam twarz w poduszkę, jakby to miało pomóc mi schować się przed własnymi myślami. Ale one nie odchodzą. Przeciwnie wirują, coraz szybciej, coraz głośniej.

Jego głos. Niski, spokojny. Zbyt pewny siebie. Jego ręka, tak blisko mojej twarzy, że czułam ciepło jego skóry. Kosmyk moich włosów, owijany wokół jego palców z taką nonszalancją, jakby miał do tego prawo.

Zaciskam pięści w pościeli.
 Nie. Nie mogę mu ufać. Nie mogę nawet przez chwilę uwierzyć, że działa z innych pobudek niż własne zyski. Idmunt nie jest wybawcą. On zawsze coś kalkuluje. Zawsze czegoś chce.

A jednak…

Wciąż czuję echo jego obecności. Jakby zostawił we mnie coś więcej niż tylko słowa. Jakby dotknął miejsca, którego nie potrafię nazwać.

Nie wiem, co jest gorsze  że dałam się wciągnąć w tę grę, czy to, jak moje ciało zareagowało na jego bliskość. Nigdy wcześniej nie czułam się tak rozbita. Jakby wszystko, co wiem o sobie, nagle zaczęło się kruszyć.

Westchnienie wyrywa mi się z ust. Ale na zapanowanie nad chaosem nie dostaję zbyt wiele czasu. Do drzwi rozlega się ciche pukanie, a chwilę później do środka wchodzą służki.

– Księżniczko – mówi jedna z nich z ukłonem. – Król polecił, byśmy przygotowały cię na dziś.

Podnoszę się niechętnie do pozycji siedzącej, opierając się na łokciach.

– Co dla mnie wybrał? – pytam bez emocji, choć w środku napinam się jak struna.

Jedna ze służek podchodzi do garderoby i ostrożnie wyciąga suknię. Gdy tylko widzę jej kolor, wszystko we mnie zamiera.

Szmaragdowa zieleń. Bogata, intensywna. Lśniąca w porannym świetle.

Dla innych to może być kolor życia. Nadziei. Ale dla mnie… to przypomnienie.

Zieleń oczu mojej matki.
 Zieleń sukni, które wkładała, gdy starała się być idealną królową.
 Zieleń, która mówi: „bądź taka jak ona”.

Czuję, jak dłoń zaciska się na pościeli.

Czy to przypadek, że mój ojciec kazał mi dziś założyć właśnie ten kolor? Czy to komunikat? Subtelny rozkaz? Przypomnienie, że moje ciało i przyszłość należą nie do mnie, tylko do tego, kto wyznaczył dla mnie rolę?

Tylko ja wiem, co zrobiłam zeszłej nocy.
 I jak bardzo ta decyzja może wszystko zmienić.

– Pomóżcie mi się ubrać – mówię stanowczo, podnosząc podbródek.

Dziś muszę wyglądać jak księżniczka.
 Nikt nie może wiedzieć, że w środku jestem bardziej zagubiona niż kiedykolwiek wcześniej.

Zamykam oczy, gdy służka napina gorset. Tkanina wbija mi się w żebra. Oddychanie staje się luksusem. Czuję, jak suknia oplata mnie szczelnie  nie jak ozdoba, tylko jak klatka.

Jak ja tego nienawidzę.

Nie powinnam narzekać. Przecież moje życie to bajka, prawda? Tak by powiedziało tysiące dziewcząt, które oddałyby wszystko, by być na moim miejscu. A ja? Ja czuję się… pusta.

Nie wiem, kim jestem, jeśli nie przyszłą żoną. Matką. Koroną na wyciągnięcie ręki.

Kim jest prawdziwa Kari?

Służki wychodzą, drzwi zamykają się z cichym trzaskiem. Siadam na łóżku i patrzę w okno.

Dziś zaczyna się nasz układ. Mój i księcia.

Czy jestem gotowa?

Nie.

I chyba nigdy nie będę.

Ale jedno wiem na pewno  nie pozwolę, by zamknęli mnie jak zwierzę w klatce. Nie po dziewiętnastu latach życia w niej.

Wychodzę z komnaty. Nie chcę się spóźnić na śniadanie  nie mam ochoty znów słuchać ojcowskiego kazania o tym, jak to „pannom nie przystoi się spóźniać”.

Idąc przez pałacowe korytarze, słyszę echo własnych kroków. Każdy dźwięk odbija się od kamiennych ścian, zimnych i obojętnych. Ten pałac  pełen złota, marmuru i symetrii  potrafi być potwornie przytłaczający. Zbyt perfekcyjny. Zbyt pozbawiony miejsca na błąd.

Suknia spływa wokół mnie miękkimi fałdami. Dla postronnych jestem obrazem królewskiej godności.

Ale dla mnie? Jestem tylko dziewczyną grającą rolę, której nie wybrałam.

Mam w głowie zamęt. Chaos. Jakby tamten wieczór wyrwał mnie z dotychczasowego życia i rzucił w zupełnie inną rzeczywistość.

Ale to nie wieczór.

To ja.

To ja podjęłam decyzję. To ja wybrałam. To ja wyszłam do ogrodu. Pozwoliłam mu mówić. Pozwoliłam sobie słuchać.

I teraz muszę w tej grze odegrać swoją część.

To tylko układ.
 Tylko rola.
 Udawanie. Nic więcej.

A jednak…

Nie mogę przestać myśleć o jego dłoni na moim nadgarstku. O cieple jego oddechu na mojej szyi. O jego szarych oczach, które świdrowały mnie bezlitośnie, jakby chciał zajrzeć głębiej niż ktokolwiek inny. Jakby wiedział, co tam znajdzie.

Przyspieszam kroku, chcąc o tym zapomnieć.

Ale echo tej chwili wciąż we mnie gra.

Przed wielkimi drzwiami prowadzącymi do sali jadalnej zatrzymuję się na moment. Biorę głęboki oddech. Emocje chowam pod maską obojętności  chłodną, wygładzoną do perfekcji. Strażnicy otwierają wrota bez słowa. Wchodzę.

Rozmowy cichną, jakby ktoś przeciął powietrze nożem.

Podnoszę głowę odruchowo, wyprostowana, z godnością. Znowu w tej grze.

Ojciec siedzi na honorowym miejscu  nieprzystępny, spięty, z tą samą królewską miną, której nie znoszę. Obok niego matka  spokojna, z tym ledwie widocznym uśmiechem, który zawsze wygląda jakby wiedziała więcej, niż wypadałoby powiedzieć. Wuj Timeon w swoim zwyczajowym trybie przeszywającego spojrzenia, gotów osądzać świat jednym uniesieniem brwi.

Dalej książęta. Ich rodziny. Ich ambicje. Ich plany, których jestem częścią  nawet jeśli nikt nie zapytał, czy tego chcę.

Siadam. Kielich napełnia się herbatą. Skinięcie głowy. Uprzejmości. Pozory.

Ale moje myśli nie chcą tu zostać.

Wodzę wzrokiem po sali  instynktownie. Szukam.

Szukam jego.

Czuję, jak moje dłonie zaciskają się na fałdach sukni, próbując powstrzymać emocje. Powinnam była go odepchnąć. Powinnam była się cofnąć. Powinnam… Ale zamiast tego stałam tam, zamknięta między jego ciałem a pniem drzewa, oddychając tym samym powietrzem, pozwalając mu bawić się moimi włosami. Jakbym nie miała siły przerwać tego, co się wydarzyło.

— Kari, kochanie — głos matki odcina się od zgiełku. Ciepły, przyziemny. — Dobrze, że już jesteś. Siadaj.

Zajmuję swoje miejsce, zaciskając palce wokół kielicha. Herbata jest gorąca, ale chłód, który czuję, nie ma nic wspólnego z temperaturą. To chłód świadomości.

Spojrzenia. Szepty. Napięcie.

Śniadanie dobiega końca. Goście zaczynają przemieszczać się do ogrodu. I mnie nie omija obowiązek: spacer z książętami. Oficjalna szansa na „poznanie się lepiej”, która w praktyce sprowadza się do tego, by mnie ocenić. Jak klacz wystawiona na pokaz przed aukcją.

Pierwszy  książę Veldan z Eldory. Wysoki, przystojny, uprzejmy. Mówi o koniach i polowaniach. Grzecznie, składnie, kompletnie bez życia. Kiwałam głową w odpowiednich momentach, ale moje myśli już dawno odeszły.

Potem książę Darion z Moravii. Niski, ale bystry. Pytania z jego strony są konkretne. Polityka, dyplomacja. Doceniam to  przynajmniej próbował mnie poznać. Przechadzamy się wzdłuż fontanny. Potem znów zmiana.

Książę Lucien z Lustry. Urok osobisty. Gładkie słowa. Uśmiech jak z teatru. Słucham go, ale nie słyszę.

Bo właśnie wtedy widzę.

Idmunt.

Stoi nieco z boku, z moim ojcem. Ich rozmowa wygląda na sztywną. Idmunt gestykuluje. Nerwowo. Wzrok co chwilę ucieka w moją stronę. W jego oczach – nieukrywana irytacja. Mój ojciec zachowuje spokój, jak zawsze.

Coś nie gra.

Czy chodzi o mnie? Kandydatów? Układ, który miałam z nim zawrzeć?

— Coś nie tak? — Lucien pyta z uprzejmością, śledząc mój wzrok.

Szybko odwracam głowę.

— Zamyśliłam się — mówię gładko, choć w środku aż pulsuje.

Lucien przygląda mi się przez chwilę.

— Wiesz, księżniczko, nie jesteś jak inne kobiety, które spotkałem — mówi cicho. — One dziękują losowi za szansę. Ty wyglądasz, jakbyś chciała być wszędzie, tylko nie tutaj.

— Może dlatego, że tak jest — odpowiadam spokojnie. — Nie chcę być nagrodą w czyjejś grze.

On śmieje się krótko.

— Intrygujące podejście. A więc co, jeśli nie małżeństwo?

— Przyszłość, którą wybiorę sama.

— Odważne. Życzę ci powodzenia. Będziesz go potrzebować.

Odchodzi.

I wtedy pojawia się Idmunt.

Bez czułych słówek. Bez uśmiechów. Bez teatru.

— Ciekawy pokaz, nie sądzisz? — rzuca, zerkając na książąt.

— Pokaz?

— Rywalizują o ciebie, choć nie mają pojęcia, kim jesteś.

Patrzę na niego ostro.

— A ty? Kim jestem według ciebie?

— Kimś, kto zasługuje na więcej niż status ozdoby. Dziedziczką. Ale większość woli widzieć w tobie trofeum.

Zaciskam usta.

— Gdybym miała złotą monetę za każdym razem, gdy nazwano mnie piękną i posłuszną…

— Nie jesteś żadna z tych rzeczy — mówi poważnie.

Cisza między nami gęstnieje.

Zerkam. Ojciec patrzy na nas.

— Chodź ze mną — mówię i ruszam boczną ścieżką do labiryntu.

Idmunt waha się, ale idzie.

Przedzieramy się przez splątane alejki. Wreszcie docieramy do ukrytej polany, osłoniętej bluszczem. Kamienna ławka, cicha fontanna, szmer wody.

— To nie tylko spacer — mówi, opierając się o ławkę.

— Oczywiście, że nie. Musimy rozmawiać. O planie.

Siadam.

— Musimy się poznać — mówię.

Unosi brew.

— Przecież to był mój pomysł, księżniczko.

Przewracam oczami.

— Mówię o naprawdę poznaniu. Jeśli ojciec zobaczy, że łączą nas rozmowy, zaufanie, bliskość… uwierzy, że to prawdziwe. Przestanie naciskać.

Idmunt patrzy na mnie uważnie.

— Sprytne. Ale co dostanę w zamian?

— Ty wiesz, czego chcesz. Władzy. Sojuszy. Mojego ojca… i mnie. Ale działa to w obie strony. Potrzebuję ci ufać.

— I myślisz, że intymność na pokaz wystarczy?

— Czasem spryt daje więcej niż siła. A sprytu mamy oboje.

Jego uśmiech pojawia się powoli, jak ostrze wysuwane z pochwy.

— Muszę ci to przyznać, wiewióreczko… dobrze kombinujesz. Poznajmy się.

Siada obok mnie.

Szelest.

Zatrzymuję się. Coś między drzewami. Dźwięk… nienaturalny. Obserwacja?

Zamieram, ale po chwili nic się nie porusza. Tylko cisza.

Może wiatr.

— Jak mówiłam… — zaczynam znowu. — Jeśli to ma zadziałać, musimy znać swoje granice. Motywacje. Prawdziwe twarze.

Idmunt milczy, ale jego spojrzenie robi się poważniejsze.

— Chcesz wiedzieć, kim jestem?

— Tak. Bo nie będę pionkiem w układzie, którego nie rozumiem.

Skinienie głową.

Umowa zaczyna się zmieniać.
 Z pozorów w coś głębszego.
 Niebezpieczniejszego.

— W porządku. Wiesz, że nie jestem tutaj dla zabawy. Moje ambicje są jasne. Może nie wiem jeszcze wszystkiego, co zamierzasz, ale jeśli chodzi o władzę i niezależność… te rzeczy są mi potrzebne. Przynajmniej tak jak Tobie.

Uśmiecham się lekko.

— Wydajesz się być uczciwy, co w naszej sytuacji jest rzadkością. — Przerywam na chwilę, zastanawiając się. — Ale to nie wystarczy. Potrzebuję czegoś więcej niż obietnic.

Idmunt patrzy na mnie z ciekawością.

— Więc chcesz, żebym pokazał, że zasługuję na Twoje zaufanie?

— Tak, ale nie tylko. Chcę, żebyś pokazał, że rozumiesz, dlaczego działamy w ten sposób. To nie jest tylko kwestia władzy. To także kwestia tego, co jesteśmy w stanie poświęcić. Ty masz swoje cele, ja mam swoje, ale muszę wiedzieć, czy będziesz w stanie zrobić wszystko, co konieczne.

Idmunt przez chwilę milczał, jego twarz pozostała poważna. W końcu odpowiedział.

— Jeśli mam być szczery, nie jestem pewien, co dokładnie chcesz ode mnie usłyszeć, księżniczko. Ale jeśli pytasz, czy będę w stanie postawić na szali to, co najważniejsze, to odpowiedź brzmi tak.

Chcę zapytać o więcej, ale czuję , jak napięcie w powietrzu powoli zaczyna opadać. Choć to tylko rozmowa, mam wrażenie, że wyznaczyliśmy sobie granice, które były ważniejsze niż jakiekolwiek słowa.

— W takim razie… — kontynuuje spokojnie. — Musimy trzymać się tej gry. Niezależnie od tego, co się wydarzy.

Idmunt kiwa głową, jego oczy błyszczą , a uśmiech powrócił, choć tym razem jest bardziej wyważony.

— Będzie interesująco, księżniczko. — Jego ton sugeruje , że już zaczyna rozumieć, jak bardzo oboje jesteśmy gotowi na to wyzwanie.

Cisza zapada między nami, ale tym razem była to cisza, która wydaje się bardziej komfortowa, jakby nasze umowy były już nie tylko słowami, ale też cichym porozumieniem.