Wielkość tekstu:

Rozdział 7

Poranek przyszedł za szybko. Suchość w ustach i boląca głowa były jasnymi oznakami, że przesadziłem. Z wysiłkiem podniosłem się i zacząłem poranną toaletę. 

Szukając nowych ubrań na zmianę dostrzegłem pudełko z jedzeniem od mamy. Bez namysłu rzuciłem się do jedzenia na podłodze hotelowej łazienki.

Nakarmiony, wyszedłem, oddając klucz na recepcji. Na zewnątrz ciepłe powietrze ocuciło mnie trochę, co pozwoliło mi na zaplanowanie dalszych kroków. Praca. Potrzebuję pieniędzy.

Ruszyłem w kierunku najbardziej ruchliwej ulicy jaką znałem, gdzie mieściła się cała masa sklepów. Ktoś tam musi poszukiwać kogoś do pomocy.

Patrzyłem na witryny w poszukiwaniu informacji. I jest! Jedna, druga, trzecia… łącznie siedem ofert, i to tylko z jednej ulicy. 

Zadowolony przystąpiłem do realizacji kolejnego kroku, czyli rozmów o pracę. Nigdy nie odbyłem takiej, ale przecież nie może to być jakoś bardzo trudne, prawda? 

Pewnym krokiem wszedłem do sklepu jednego sklepu i rzuciłem głośne powitanie, pokazując swój entuzjazm już na starcie.

Odpowiedziało mi równie gromkie powitanie ze strony obsługi. Już stały przy mnie dwie, atrakcyjne kobiety. Po chwili uprzejmości dałem im jasno znać, że jestem tu w celu pracy. W odpowiedzi dowiedziałem się, że właściciel będzie po południu. Podziękowałem i ruszyłem dalej. Kolejny sklep i ten sam teatrzyk.

Tu w odpowiedzi dostałem tylko spokojne spojrzenie starszego mężczyzny. przyglądał się mi chwilę, jakby czekał na coś z mojej strony. Ja z kolei stałem, z wypięta piersią i wielkim uśmiechem. Sklepikarz przyłożył palec do ust, po czym dodał.

– Jesteś w księgarni, młody człowieku.

Pokiwałem skruszony głową i szybko odpowiedziałem szeptem.

– Dobrze, że to nie biblioteka. 

Na koniec dodając wielki, sztuczny śmiech. Ale mojemu rozmówcy raczej nie było wesoło. Zmarszczył brwi i z lekką irytacją w głosie zapytał.

– W czym mogę pomóc? 

– A, tak. Prosze pana, ja szukam pracy. I czuję, że idealnie nadaje się do tego sklepu… to znaczy, księgarni! – 

Dalej szczerząc zęby, czekałem na odpowiedz. Ta nie nadeszła szybko. Wpierw musiałem znieść spojrzenie które zdecydowanie mnie krytykowało. 

– Proszę pana – zaczął mężczyzna – dlaczego miałbym właśnie pana zatrudnić? 

– To jest doskonałe pytanie! Widzi pan, ja z książkami to mam dużo wspólnego. Uwielbiam książki, a one mnie. W szkole często pracowałem w bibliotece, sortowałem i układałem je na półkach, czasami też i je czytałem… to znaczy, zawsze je czytałem… bo je uwielbiam.

– Mhm. I zwykle był pan jest tak głośny w księgarni? 

– O nie, nie! to z ekscytacji. To moja pierwsza praca! – 

Zaraz po wypowiedzeniu tych słów, zdałem sobie sprawę, że może lepiej było tego nie mówić.

Właściciel dość szybko uzmysłowił mi, że to nie dla mnie u wyprosił za drzwi. Schemat zaczął się powtarzać z każdym odwiedzonym miejscem. Brak doświadczenia albo fatalne pierwsze wrażenie. Lub jedno i drugie.

Było już popołudnie. Głód dawał się mi mocno we znaki a barki były obolałe od dźwigania plecaka. Musiałem się mocno motywować do działania. Ruszyłem ponownie na łowy z tym samym efektem jak z rana.

Wieczór, a ja miałem już na koncie odwiedzonych sklepów więcej niż chyba w całym swoim życiu. Ale co z tego, jak w każdym była ta sama gadka. Nie mam doświadczenia, nie mam wiedzy, albo nie wyglądam reprezentatywnie. Co to w ogóle znaczy, reprezentatywnie? 

Ale nie poddam się. Jeżeli jest coś, czego nauczyło mnie dojo i wojna to właśnie tego. Choć w tej chwili ważniejsze jest inne pytanie. Gdzie będę spać? 

Wyjąłem portmonetkę ojca. Wczoraj prawie połowę funduszy pochłonął jeden hotel i pijalnia. A jeszcze trzeba jeść. 

Wzmożony wiatr i delikatne kapanie przypomniało mi słowa matki. Raz jeszcze spojrzałem do środka portmonetki. Nie stać mnie na kolejny nocleg. Co mam zrobić? Nie będę spał na ulicy! 

Naszła mnie myśl. A co jak zostanę do zamknięcia jakiejś pijalni? Zwykle takie miejsca są otwarte to bardzo późna. Jakbym usiadł w kącie i zdrzemnął się do zamknięcia?

Z uśmiechem przyjąłem pomysł, który wydawał mi się bezbłędny. Znalazłem odpowiednią pijalnię, zamówiłem tanie sake i siadłem w rogu sali, zaraz obok jakiegoś parawanu z wymalowanym lisem. Sytuacja łudząco podobna do tej z gospody w Zahracie. Zamknąłem oczy i oparłem się o plecak. 

W pewnym momencie usłyszałem.

– Panie, zamykamy. 

Ledwo przytomny spojrzałem na twarz człowieka, którego kojarzyłem z baru. Ten był nachylony w moją stronę. Mrużąc oczy dodał.

– Zbieraj się pan już.

Upewniłem się, czy mój plecak dalej jest przy mnie i  niezdarnie wyszedłem z lokalu. Inni goście chowali się pod daszkiem pijalni przed deszczem. Na zewnątrz wiatr intensywnie smagał deszczem na każda stronę.

Chłód nocy szybko otrzeźwił mnie. Ruszyłem przed siebie, naciągając górę yukaty na głowę. Szwędałem się tak od dachu do dachu, wyczekując słońca.

Nastał poranek, a ja już byłem spocony, przemoczony i zmęczony. Odbijało się to na moich rozmowach o pracę. Ludzie patrzyli na mnie jak na jakiegoś przybłędę. Jeden z właścicieli nawet powiedział, że śmierdzę, jakbym spędził całą noc w pijalni. Za bardzo to się nie pomylił. 

Musiałem już coś zjeść. Wszedłem do pierwszej lepszej jadłodajni. Podczas jedzenia podliczyłem fundusze i wcale nie byłem zadowolony z tego, co mi wychodziło. Ledwo co powyżej stu jenów. Co w sumie oznacza dwa obiady i jedno, góra dwa śniadania. Czyli za dwa dni będę będę musiał żebrać o jedzenie? Parsknąłem na głos, aż sąsiad przy stoliku spojrzał na mnie z zainteresowaniem.

– Wszystko w porządku, chłopcze? 

– Tak, tak, jest dobrze, dziękuję – odpowiedziałem szybko, chcąc uciąć rozmowę. Gdy każdy z nas wrócił do jedzenia, zdecydowałem się go zapytać o coś.

– Przepraszam., ale jest jednak coś, w czym mógłby mi pan pomóc.

– Jasne, prosze śmiało mówić – odpowiedział serdecznie.

– Szukam pracy, i tak się składa, że mam niewiele czasu aby coś znaleźć. I tak się zastanawiam, czy może… może pan zna miejsce, gdzie szukają kogoś bez doświadczenia?

– Łatwo nie będzie.

– Tyle to już wiem. od dwóch dni szukam czegoś. 

– Mój syn miał podobnie. ale on to z miesiąc szukał.

Prawie się zadławiłem gdy to usłyszałem.

– Ile? – zapytałem przestraszonym głosem.

– No, kawał czasu, wiem. Ale tak jak pan, nie miał doświadczenia. W końcu zaciągnął się w porcie. Po znajomości, wie pan jak to jest. Ale jak pan szuka pracy tak z marszu, to sezon na polach się zaczął. Rąk do pracy na pewno szukają. Pan tam spróbuję.

– Ryż, herbata, takie tam?

– Dokładnie! 

Chwilę trawiłem te informacje. Patrząc, że ktoś podobny do mnie przez miesiąc szukał pracy, a ja mam pieniędzy tylko dwa dni, decyzja wydawała się dziecinnie prosta. Podziękowałem i ruszyłem z nową nadzieją w kierunku obrzeży miasta.

Dopiero po zmroku pojawiłem się na przedmieściach. Kompletnie nie wziąłem pod uwagę faktu, że farmy są tak daleko. Droga tu zajęła mi długie godziny, podczas których parę razy zwątpiłem w swoją decyzję. 

Ostatecznie pojawiłem się na miejscu, gdzie rozciągały się długie pola ryżowe, wzniesienia gdzie uprawiana jest herbata i wiele innych pół i budynków, których roli i funkcji nie znałem. Oświetlone przez sporadyczne lampy miejskie lub światła wewnątrz budynków. 

Bez większego przekonania, trochę po omacku ruszyłem w kierunku jednego domu. Moje pukanie zakłopotało mieszkańców. Zza drzwi słyszałem sprzeczkę o to, kto o takiej porze decyduje się nachodzić pobożnych obywateli. 

– Kogo niesie? – Grzmiał surowy i zdenerwowany głos po drugiej stronie.

– Dobry wieczór. Ja w sprawie pracy. Słyszałem, że jest szansa zatrudnić się na farmie jako pomoc. – Starałem się zachować pogodę ducha gdy wypowiadałem te słowa. 

– Pomoc? Że teraz? – usłyszałem w odpowiedzi.

– Nie, nie teraz. Ale może jutro? 

Usłyszałem przytłumiony, damski głos. Mówiła za cicho, abym usłyszał szczegóły. W odpowiedzi mężczyzna odpowiedział jej głośno 

– Debil jakiś.

To musiało być o mnie. Szczerze to trafił z opisem. Patrząc w jakich okolicznościach tu się pojawiłem, popchnięty do przejścia wielu kilometrów tylko po to, by pojawić się po zmroku na progu cudzych drzwi, bez chwili refleksji? Ma pełna rację tak mnie nazywać. 

Drzwi otworzyły się i w progu stał grubszy mężczyzna, a za nim drobna kobieta. obydwoje w wieku moich rodziców. Patrzyli na mnie niepewnie.

Na mojej twarzy pojawił się wymuszony, tępawy uśmiech. 

– O tej godzinie nachodzisz dobrych ludzi i pytasz o pracę? Co to za sztuczki?

– Żadne szcztuczki, prosze pana. Ja naprawdę szukam pracy. 

– Powiedzmy, że wierzę na słowo – spojrzał na żonę, która w odpowiedzi wzruszyła ramionami. 

Zdecydowałem się kontynuować.

– Proszę państwa, prawda jest taka, że straciłem dom i teraz szukam pracy aby stanąć na nogi – 

Zaraz po wypowiedzeniu tego kłamstwa, zacząłem się zastanawiać, czy nie przegiąłem. 

– Że w pożarze, czy się zawalił przez tajfun? – dopytywał mężczyzna.

– E, nie, bardziej… rodzice mi zmarli i —

– Oj, biedactwo! – Wtrąciła się kobieta, z troską w głosie.

– T-tak, wiem… – czułem się bardzo źle z tym. Widząc przejętą twarz kobiety zacząłem się zastanawiać, czy nie odkręcić tego jakoś.

– Chwila! – warknął mąż kobiety – coś mi tu bujdą pachnie. Jak ktoś umiera z rodziny, to się dostaje zapomogę. A już na pewno urząd nie wyrzuca na bruk.

Przejrzał mnie. Zacząłem się jąkać, błądzić wzrokiem i nerwowo machać rękami. Zobaczyłem jak troska uchodzi z twarzy kobiety, a na jej miejsce pojawia się złość. Mogłem już myśleć tylko o jednym. Uciekaj. Odwróciłem się i co sił w nogach biegłem przed siebie.

Daleko nie zaszedłem. Cały dzień na nogach, jeden posiłek i ciągłe nerwy uderzyły ze zdwojoną siłą. Usiadłem pod drzewem żeby dać sobie chwilę. Jestem na farmach, a stąd powrót do miasta zajmie tyle, że równie dobrze będzie już nowy dzień. Po drodze jest jeszcze ogromne miasto elfów w wielkim drzewem. 

Bardzo niechętnie musiałem pogodzić się z myślą, że ta noc zostanie spędzona pod gołym niebem. A tak bardzo chciałem tego uniknąć! Szkoda, że ojciec mnie teraz nie widzi. Zrobił ze mnie bezdomnego.

Szukając miejsca do spania będąc już w mieście elfów. Szwędałem się już na tyle długo, że gotów byłem porzucić swój plecak z całym dobytkiem, aby tylko sobie odjąć ciężaru. 

Usiadłem na ławce i momentalnie złapał mnie sen. Nawet nie pamiętam, żebym się położył. Po prostu obudziłem się na głośny odgłos spadającej skrzyni na ziemię.

Było już widno. Mieszkańcy zaczynali swoje poranne rytuały. A ja, niczym pijak, podniosłem się z ławki i wraz ze swoim plecakiem ruszyłem z powrotem w okolice gospodarstw by rozmawiać o pracy na roli.

 

– Jeden jen za dzień pracy? – Zapytałem ponownie, nie wierząc w to, co usłyszałem.

– Mhm, jeden, jeden. to zwykła pomoc, nie potrzeba ekspertów – odpowiedział pewnym ale i aroganckim tonem zarządca farmy. Patrzył na mnie, trochę z politowaniem.

– Ale to wyżyć się nie da z tego! – odpowiedziałem będąc prawie na skraju załamania.

– Panie… – zaczął mężczyzna – my tu dajemy wyżywienie i nocleg. Czyli masz pan wszystko. Tylko wstaje i robi na polu. nie trzeba wydawać na nic.

– I tylko dwanaście godzin w polu? – rzuciłem ironicznie.

– No tak, w końcu intensywny okres, to i się pracuje długo. Ale spokojnie, ten czas minie, że ho! – machnął rękami, demonstrując trywialność mojego argumentu. 

Patrzyłem tak na niego i zastanawiałem się, czy mu walnąć w twarz, czy po prostu odejść. Ostatecznie, nie miałem siły tego komentować. Odwróciłem się bez słowa. Właściciel coś pohukiwał, ale w odpowiedzi wystawiłem mu tylko środkowy palec.

 

Będąc już w mieście na znajomej ulicy, usiadłem na ławce, rzucając plecak na ziemię. Wiedziałem, że powinienem teraz ruszyć szukać pracy i przede wszystkim coś zjeść, ale nie miałem siły na żadne z tych rzeczy. Po prostu chciałem się przespać. Zdrzemnąć tylko na chwilę. 

Gdy otworzyłam oczy, było już ciemno, mieszkańcy chodzi w parach lub grupach w nastroju do wieczornych zabaw. Wydałem z siebie tylko cichy jęk. Gniew mieszał się z bezradnością a łzy same napływały do oczu. 

Siedziałam tak jeszcze trochę, do momentu aż zgiełk ucichł. Ruszyłem przed siebie, bez celu i bez planu. Gdy zobaczyłem zacienioną alejkę a obok budynek z szyldem magicznie podświetlonym na czerwono “jadłodajnia u cioci Mei – jak u mamy”, zdecydowałem, że tu zostanę na noc. 

Zaułek dawał idealne schronienie, a że była to zamknięta ulica, jest mniejsza szansa, że wojsko się tu zapuści z patrolem. Z plecaka wyjąłem czystą koszulę by się nią przykryć. Załamany i brudny, zacząłem wątpić w swoje dotychczasowe decyzje. Może powinienem oddać się wojsku?

Nie, nigdy! Nie dam sobie uciąć głowy. Muszę się wziąść w garść. Jest ciężko, tak. Ale nie mogę pozwolić sobie na takie myślenie. Wszystko jest lepsze, niż śmierć!

 

Tak trzymaj, Makoto! taka postawa zaprowadzi ciebie daleko. Tyle tylko… czy będziesz zadowolony z kierunku tej podróży? Czy zawsze znajdziesz usprawiedliwienie dla swoich czynów? Odpowiedzi są tuż za rogiem. Odważysz się zajrzeć?