Tej nocy nic nie spałem. Wpatrywałem się tylko tępo w sufit, odtwarzając w głowie to co wydarzyło tego wieczoru. Mój tata był naprawde wściekły. Ale żeby wyrzucić mnie z domu? Przecież jestem jego synem.
Usłyszałem, jak mama krząta się po kuchni. Według ojca mam ją okłamać dla jej własnego dobra. Ale co z moim dobrem? Zostanę bezdomnym tylko dlatego, że ojciec nie ma jaj by podjąć wyzwanie i mi pomóc? A może się zbuntować? Chyba, że to wszystko jest tylko złym snem i zaraz się obudzę. Kogo ja oszukuję. Nie mam dość odwagi, by się zbuntować.
Całą rodziną siedzimy przy stole jedząc śniadanie. Ojciec spoglądał na mnie i dawał mi sygnały, żebym coś powiedział mamie. Ja z kolei opycham się jedzeniem, nie chcąc podejmować tej rozmowy.
Ojciec nie wytrzymał, zakasłał i powiedział do mamy.
– Kochanie, widzę, że Makoto nie garnie się, by ci powiedzieć. Wczoraj dostał pracę.
– Naprawdę? Czemu się nie chwaliłeś skarbie?
Tylko się zaśmiałem i nerwowo spojrzałem na ojca. Ten z udawaną ekscytacją dodał
– Prawda? Nicpoń jeden. I wiesz? Jest to wyjazdowa praca, prawda Makoto? – Spojrzał na mnie i gestem ręki nakłaniał do dyskusji. Nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, ten wtrącił.
– Inna prefektura, ale pieniądze ponoć mają być z tego dobre. Poszukują młodych mistrzów, doświadczonych w walce.
Jak tak kontynuował, to nie mogłem wyjść z podziwu i jednocześnie gniewu. Kłamanie przyszło mu tak łatwo, że gdybym nie znał prawdy, sam bym w to uwierzył.
Mama po pierwszym szoku zaczęła się niepokoić o wyjazd. Czy mam dość ubrań, czy będę miał gdzie mieszkać. Ojciec miał już gotowe odpowiedzi, które o dziwo miały sens. Skąd on tak dobrze kłamie?
– A kiedy wyjeżdżasz? – Zapytała mama.
– Jeszcze dzisiaj – Tata odpowiedział szybko, nie dając mi czasu na reakcje.
Mama złapała się za głowę.
– Przecież zapowiadają silne wiatry. Straszą nawet tajfunem.
– Dlatego jedzie jeszcze dzisiaj. Żeby zdążyć przed. – uspokajał tata. – Ta prefektura jest dość blisko, prawda Makoto? Najwyżej dwa dni jazdy.
– To może chociaż zrobię tobie bento na drogę?
– Tak, poproszę mamuś. – Tyle zdążyłem odpowiedzieć, obawiając się że ojciec znowu przejmie rozmowę.
Zaraz jak mama wstała i poszła do kuchni, pod stołem poczułem, jak coś uderza mnie o udo.
– Masz – wyszeptał ojciec. Podał mi czarny worek z ozdobnym czerwonym sznurkiem. Wyglądało na portmonetkę, która już dawno wyszła z mody. W środku było trochę papierowych pieniędzy i monet.
– Nie jest tego dużo, ale na początek powinno wystarczyć. – Kontynuował tata. – Są to nasze oszczędności, Makoto. Wykorzystaj je, aby zrobić coś dobrego ze swoim życiem. – Poklepał mnie po ramieniu, jakby chcąc dodać mi otuchy.
Z bento w ręku i plecakiem na plecach stałem w progu domu. Mama powstrzymywała łzy, będąc wtulona w męża.
Ojciec obejmował mamę i z uśmiechem patrzył na mnie. Znając prawdę, czułem się oszukany i zdradzony.
To jest pożegnanie, nie ma powrotu dla mnie. Rodzice ostatni raz machnęli mi na do widzenia i zamknęli drzwi za sobą. Teatrzyk przed sąsiadami idealnie został odegrany przez tatę. Im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej nachodziła mnie jedna myśl. Co za chuj z mego ojca.
Szwędałem się chwilę po ulicy, by finalnie usiąść na ławce i dać odpocząć nogom, jednocześnie móc zebrać myśli. Serce podpowiadało, aby udać się do Maiko. W końcu to moja dziewczyna. Na dodatek planowaliśmy ślub. Na pewno mi pomoże.
Na miejscu otworzyła pani Nakajima. Po wymianie serdeczności zapytałem o córkę. W odpowiedzi usłyszałem, że jest znowu praktykach, przy okazji rugając mnie za to, że się nie pojawiłem tamtego wieczoru, jak obiecałem.
Kajając się wybłagałem, by pani Nakajima podała mi adres gdzie pracuje Maiko. Niechętnie, ale w końcu dała się przekonać.
Ruszyłem w kierunku wskazanego adresu. Szereg długich budynków, zapełnionych przez sklepy różnej maści i jakości. Na tej ulicy można było dostać porządne kimono jak i podłe ozdoby z kiepskiego materiału.
W końcu jest, sklep, który nosił nazwisko osoby podaną przez panią Nakajima. Przez szybę dostrzegłem Maiko. Ubrana w nienaganne czerwone kimono, obsługująca klienta. Serce zabiło mi mocniej a na twarzy zagościł uśmiech. Wszedłem do środka.
Maiko zastygła w połowie zdania gdy mnie zobaczyła. To zwróciło uwagę kogoś przy ladzie. Starszy mężczyzna w szarawym kimonie spojrzał na mnie zakłopotany.
Dałem jej dyskretnie znak ręką, aby kontynuowała, podczas gdy ja usadowiłem się gdzieś w rogu sali, patrząc na kolorowe bale materiału. Kompletnie nie mój klimat, ale idealnie pasujący do mojej dziewczyny. Uwielbiała szyć.
Starszy mężczyzna, wcześniej stojący przy ladzie, podszedł do mnie i zapytał, czy może pomóc.
– Nie, dziękuję, ja do Maiko – odpowiedziałem z uśmiechem. Nie musiałem długo czekać, żeby ta podeszła. Z marszu nachyliła się nad moim uchem i wysyczała zdenerwowana.
– Co ty tu robisz? Będę miała problemy przez ciebie.
– Masz chwilę? To ważne. – Maiko westchnęła i wskazała na drzwi wejściowe do sklepu. Zaraz jak wyszliśmy rzuciła.
– Mam naprawdę mało czasu, Makoto. O co chodzi?
– Dobrze ciebie widzieć. Wyglądasz dobrze – uśmiechnąłem się, mówiąc te słowa. Ta westchnęła i skomentowała.
– Miałeś przyjść na kolację. Znowu mnie wystawiłeś.
– Przepraszam, wiem. Ale rodzice mieli dla mnie już plany. – posmutniałem. – A propo. Rodzice mnie wywalili z domu.
Sposób w jaki to powiedziałem musiał być wyraźnie szokujący dla niej, bo stanęła jak wryta, szukając słów.
– Ale…Za co?
– Chodzi o wojsko. Bo, jak widzisz, wróciłem. – Rozłożyłem ręce jakby podkreślając moje słowa.
– To wiem. W sumie to czekaj. – przyłożyła palce do ust – Minęły już dwa lata?
– Jestem na przepustce.
– Aha. To czemu zostałeś wyrzucony z domu? Nie rozumiem.
– Długa historia. – rzuciłem szybko. – Opowiem tobie wszystko, ale potrzebuje miejsca do spania. Pomyślałem że może ty mi pomożesz?
– Co? – odpowiedziała, na wpół zdenerwowana i zaskoczona.
– No, spać u ciebie. Już tak robiliśmy przecież.
– Nie nocowałeś u mnie, to po pierwsze. Po drugie wiesz, że mój tata nie przepada za tobą.
– Ta, ojcowie, co? Dupki…
Po chwili dotarło do mnie. Otworzyłem usta ze zdziwieniem.
– Czekaj, czy ty mi chcesz powiedzieć, że mi nie pomożesz? Nie przenocujesz mnie te kilka dni?
– Makoto…
Już po jej tonie wiedziałem, jaka decyzja zapadła.
– To nie mój dom, ojciec nie lubi ciebie a ja nie będę się mu sprzeciwiała. Czego ty oczekujesz?
Wpierw prychnąłem z pogardą, by zaraz potem zacząć się śmiać. Maiko już była przy drzwiach sklepu i się żegnała.
– Wracaj do domu, Makoto. Przeproś tatę i tyle.
Gdy już miałem jej odpowiedzieć, ta zamknęła drzwi. Pod nosem wymamrotałem
– Sama go przepraszaj…
Co dalej? Maiko była najlepszym pomysłem jaki miałem. Moja własna dziewczyna zostawiła nie na lodzie. Machnąłem ręką w kierunku pasmanterii i poszedłem, byleby dalej stąd.
Po dłuższym namyśle wybór padł na mistrza Kazuro. W końcu kto jak nie on zrozumie moją sytuację. Jest wojownikiem jak ja. I przez te wszystkie lata na pewno się zbliżyliśmy. Jest jak surowy dziadek. Zgani, ale pomoże.
Uderzyłem dłońmi o uda i poderwałem się z ławki.
W głowie układałem sobie plan rozmowy. Wpierw serdeczności, potem przejście do prywatnych kwater mistrza by skupić się na opowieści o Zahracie. Pominę fragment o demonie. Tak samo odpuszczę opowieść o klanie Kazuma i przemytnikach, bo zrodzi to za wiele pytań.
Otworzyłem drzwi do dojo i wręcz wpadłem na strażnika miejskiego. Tego się nie spodziewałem. Nerwowo zacząłem się rozglądać po sali. Trzy osoby były zebrane przy drzwiach, Mistrz i dwóch strażników.
– Młody Sasaki, co za niespodziewana wizyta. – Sensei skinął delikatnie głową na powitanie.
– Zna pan tego mężczyznę? – zapytał strażnik stojący obok mistrza. Sensei potwierdził, dodając.
– Jeden z moich uczniów.
Strażnik przyjrzał się mi chwilę i zapytał zaciekawiony.
– A może to on?
– Wykluczone! – Ton mistrza był niezłomny.
– Rozumiem. Musiałem zapytać. W końcu nie daje nam pan zbyt wiele nazwisk nad którymi możemy pracować.
Podszedłem do mistrza i zapytałem.
– Czy jestem nie w porę, sensei?
– Nie, Sasaki. My tu i tak już kończyliśmy – przeniósł spojrzenie na strażnika obok – prawda?
Ten pokiwał głową, spojrzał na kartkę papieru i po chwili schował ją do kieszeni munduru
– Tak, nic tu po nas. Widzieliśmy co trzeba, a teraz proszę o cierpliwość. Jak postępowanie przyniesie efekt, to na pewno wyślemy kogoś do pana. A jak pan przypomni sobie, kto mógłby chcieć panu zaszkodzić, to też prosimy o informację.
Wyuczona formułka wręcz wylała się z ust żołnierza bez cienia emocji czy zaangażowania. Robił wrażenie kogoś, kto chce się czym prędzej stąd wyjść.
Ukłonili się na odchodne i zostawili nas samych..
– Zostałem okradziony. – Mistrz przerwał ciszę. W jego głosie nie było gniewu, a bardziej stwierdzenie faktu.
Gestem ręki przywołał mnie do siebie i zaprowadził do zbrojowni. Na miejscu dostrzegłem uchylone drzwi, ale nic więcej. Dopiero, gdy je otworzył, zauważyłem o co chodzi.
Jego prywatna kolekcja z czasów, gdy był aktywnym żołnierzem. Czarna zbroja z białymi elementami i rogami przy hełmie. Jedna katana w zdobionej pochwie i włócznia z długą, białą chustą. Ale brakowało mi krótkiego miecza. wWkizashi w białej pochwie.
– Mistrza wakizashi – wskazałem na puste miejsce.
– Dobre oko i pamięć, młody Sasaki. Ktoś naruszył spokój tego dojo i oraz zbezcześcił część mojej historii.
– Czyli ci strażnicy…
– Wezwałem ich zaraz jak odkryłem to zajście. Ale nie łudze się, że znajdą sprawce.
– Czemu, mistrzu?
Mistrz dalej patrzył na swoją kolekcję. Przemawiał powoli, starając się panować nad emocjami.
– Ktoś potrzebował tej broni. I zgaduję, że nie mógł jej legalnie kupić, więc zdecydował się ją ukraść. Padło na moją szkołę. aż strach pomyśleć, do czego zostanie użyta moja broń.
– Więc po co mistrz wezwał tych żołnierzy? – zapytałem, trochę skołowany.
– Na wypadek, gdyby na dniach okazało się, że moje wakizashi posłużyło do morderstwa.
Wzdrygłem się na sama myśl. Mistrz kontynuował.
– Dzięki temu zaoszczędzę sobie oskarżeń w kierunku mojej szkoły. Ale nie mam złudzeń, że broń już się nie odnajdzie. Poza tym – spojrzał na mnie, wyraźnie pobudzony – złodziej dokładnie wiedział, gdzie szukać broni. Mam wręcz pewność, że to któryś z moich byłych studentów.
– Mistrzu, to nie —
– Nie obawiaj się, nie oskarżam ciebie o nic. Po prostu głośno myślę. Przez lata wielu uczniów przewinęło się przez moją szkołę. Znalezienie złodzieja graniczy z cudem na tym etapie.
Położył rękę na mym ramieniu i zapytał.
– Ale dość o tym. Co ciebie sprowadza dzisiaj do mnie, młody Sasaki?
Patrząc na sytuację w jakiej zastałem mistrza, zacząłem wątpić że będzie miał humor do takich rozmów jak przenocowanie zbiega z wojska. Ale co mi pozostało? Mam już tylko jego.
Chrząknąłem i spojrzałem mu w oczy.
– Sensei, to dość delikatna sprawa. czy możemy pomówić na osobności?
– Przy herbacie? – zapytał z uśmiechem. Gestem dłoni wskazał na swoje prywatne kwatery.
Mistrz parzył herbatę w pełnym skupieniu. W tym czasie zdążyłem poukładać swoje myśli tak, aby skutecznie przedstawić swoją perspektywę na ostatnie wydarzenia.
gdy skończył, położył dwie czarki z parującym, zielonym naparem na mały stół.
– Zatem, młody Sasaki, o czym chciałeś porozmawiać?
– Mistrzu, chodzi o mój powrót do domu. Pamięta mistrz, jak zarzucił mi kłamstwo?
– Pamiętam. I dalej podtrzymuje swoją opnię. Najemni żołnierze nie dostają przepustek.
– Bo to prawda mistrzu, nie jestem tu na przepustce. Bardzo przepraszam za to, że skłamałem – pochyliłem głowę w geście przeprosin.
Mistrz przyglądał się mi chwilę, by gestem dłoni dać znać abym kontynuował. Wziąłem głęboki wdech.
– Całe swoje życie byłem uczony na wojownika. Niezliczone godziny poświęcone na to, by do perfekcji doprowadzić ruchy bronią. Ale trening ciała to za mało, mistrzu. – Dotknąłem palcem głowy. – W głowie nie byłem przygotowany na to, czym jest wojna i przemoc.
Zrobiłem przerwę, analizując reakcje mistrza. Wydawał się rozumieć, może nawet sympatyzować z tym, co mówię. Z większą werwą kontynuowałem.
– Na froncie był jeden moment. Kiedy zebrano nas na pustyni, bo zatrzymać przemarsz Legionu. Dzień przed tym, wszyscy byliśmy pewni swego. W końcu są z nami wojownicy z klanów samurajskich. Ale w nocy, gdy ja z przyjaciółmi mieliśmy pilnować namiotów z zaopatrzeniem, zobaczyliśmy jak po kryjomu do obozu są sprowadzani żołnierze. Nie o własnych siłach, mistrzu, tylko na noszach, pod osłoną nocy, by pewnie nie wzbudzić paniki. Pamiętam jak jednego ręka wystawała, cała brudna od krwi i piasku, bez ruchu. Nikt nie przygotował nas na taki widok. Nikt.
Spojrzałem prosto w oczy mistrza, licząc, że dostrzegę w nich wsparcie. Nie mogłem odgadnąć o czym myśli. Poprawiłem się na siedzisku i mówiłem dalej.
– Od tamtej pory wszyscy byliśmy markotni i milczący. Zwykle przez ten rok jedyne wyzwanie jakie mieliśmy to pilnowanie namiotów lub marsz po pustyni. Nigdy nie widzieliśmy czegoś takiego. Byliśmy przerażeni, mistrzu. – Mój głos zaczął drżeć, ale zamiast się zatrzymać, brnąłem w opowieści, mając sytuację przed oczami. – I tego dnia, gdy wróg w nas uderzył, zmarło tyle osób na moich oczach. Wróg dosłownie przelał się przez nas, jakbyśmy byli niczym. i jeszcze ten… ten demon.
Zatrzymałem się, bo samo wspomnienie zmroziło mnie, a pamięć o żółtych oczach obudziła silne emocje z tamtego dnia. Mistrz wziął łyka herbaty i widząc, że nie mogę się uspokoić, odpowiedział.
– Powiedziałeś, demon? – Mistrz spojrzał na mnie, mrużąc oczy – Masz na myśli Oni z legend? Złe Yokai?
Wzruszyłem ramionami.
Tego nie wiem sensei. Wiem tyle, że był duży. Masywne cielsko, rogi, wielkie skrzydła, no i te cholerne, żółte oczy.
Znowu głos utkwił mi w gardle. W tym czasie mistrz gładził brodę.
– Nie brzmi jak Oni z naszych legend. – Rzucił cicho, wręcz szeptem. – Wychodzi na to, że wasz strach i słabość w obliczu zagrożenia wybudziły tą istotę.
Poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Zupełnie jak w chwili, gdy mój własny ojciec nazwał mnie tchórzem.
Szybko rzuciłem w stronę mistrza.
– Jak to? Czy mistrz sugeruje, że to my przywołaliśmy to coś?
– Owszem. – Sensei pokiwał delikatnie głową. – Istnieją podania, które sugerują, że istota którą opisujesz karmi się strachem i chaosem. A wychodzi na to, że żołnierze okazali właśnie takie emocje w dniu ataku.
– Ale… – zacząłem, skołowany, zbierając na szybko myśli – jak niby ktokolwiek miałby się nie bać tego co tam się wydarzyło? To wręcz niemożliwe! – Krzyknąłem w akcie desperacji. Kazuro tylko patrzył na mnie i po wypiciu łyka herbaty, powiedział.
– Spójrz na siebie, uczniu. Dalej jest w rozsypce. W dniu tej bitwy pewnie musiałeś być w jeszcze gorszym stanie.
Nie byłem w stanie się z nim zgodzić. To nie ja zabiłem naszą armię. To nie ja przywołałem demona. To nie moja wina!
Potrzebowałem trochę czasu, by zapanować nad emocjami. Jedynym, co przyszło mi do głowy, to zmiana tematu.
– Sensei, mój ojciec mnie wyrzucił z domu. Oskarżył mnie o dezercję, i… to prawda, uciekłem z armii. Ale mistrzu, po takich wydarzeniach – spojrzałam mu w oczy – każdy chciałby uciec.
Mistrz dopił herbaty i odłożył czarkę. Gdy dolewał kolejną porcję, zapytałem.
– Czy mistrz przenocuje mnie kilka dni, żebym mógł stanąć na nogi?
Ten ze spokojem w głosie odparł
– Nie.
– Ale… dlaczego?
Mistrz miał już czarkę przy ustach, ale nie pociągnął łyka. Spojrzał prosto mi w oczy. Chłód aż bił od niego
– Jesteś w rozsypce, to prawda. I to, co doświadczyłeś, nie zdarza się każdemu. Ale porzucenie swoich braci i sióstr w armii, po odniesieniu takiej porażki, jest niewybaczalne. Nie ważne, jak bardzo tchórzliwym jesteś wojownikiem.
Znowu to słowo. Tchórz. Zabolało, tak samo jak pierwszy raz, gdy je usłyszałem z ust lordów klanu Kazuma.
Mistrz kontynuował.
– A teraz jesteś dezerterem. Przynosisz hańbę i wstyd nie tylko sobie i rodzicom, ale i mojemu dojo. Powinienem oddać ciebie w ręce straży, a nie dawać nocleg, młody Sasaki.
Zacisnąłem dłoń w pięść i patrzyłem jak bieleje. Wezbrała we mnie niesamowita chęć uderzenia i ojca jak i mistrza tak mocno, by już nigdy nie mogli nic powiedzieć. Naszła mnie nagła myśl, emocja, coś z trzewi.
Każdy z nich, oceniający ciebie z komfortu swojego własnego domu. Chowają się za pięknymi słowami o odwadze i honorze.
Prawda jest taka, że gdyby zobaczyli, to co ty, każdy z nich zostałby złamany. Ich fasada pękłaby tak samo jak twoja. A mimo to, pozwalają sobie na ocenę ciebie.
Wstałem energicznie, wylewając zawartość mojej czarki na stół. Mistrz powędrował wzrokiem za mną, wyraźnie zaskoczony tym gestem.
– Każdy z was jest taki mądry, taki idealny – zacząłem, cedząc słowa przez zęby – ale gdy trzeba okazać dobroć, pomoc, to już nie ma chętnych, co?
Spojrzałem na mistrza. Ten już chciał coś powiedzieć, ale mu wszedłem w słowo.
– Mistrz był pierwszy by wyciągać rękę po pieniądze i uczyć nas jak bić bronią. Ale żeby okazać wsparcie, gdy jako jedyny z tego dojo przeżyłem, to już nie masz siły, co?
– Sasaki, uspokój —
– Stul ryj, starcze! – Warknąłem ma Kazuro, pełen nienawiści. – Chcesz, to zgłaszaj mnie do wojska. Wydaj mnie żołnierzom! Patrz, jak twój uczeń zdycha przez to, że chciał żyć.
Wstałem i wyszedłem z pokoju, pełen gniewu, frustracji, ale i pewnego rodzaju ulgi. Trzymałem te jadowite słowa zbyt długo w sobie. W końcu znalazły ujście tu, w mojej dawnej szkole Kazuro.
Będą już na dworze, jedyne, o czym myślałem, to jak uspokoić nerwy. Ręce całe mi drżały, a nogi miałem jak z waty. Odwaga jaką miałem jeszcze przed chwilą, kompletnie zeszła, ustępując miejsca nerwom. Musiałem uspokoić się, zagłuszyć jakoś emocje. Może sake pomoże ulżyć nerwom?
Znałem drogę do pijalni. Nie żebym był częstym bywalcem. Szczerze, to alkohol nigdy mnie jakoś nie fascynował. Zawsze jak przegiąłem, to treningi nazajutrz były fatalne w skutkach. Ale dzisiaj? Dzisiaj mi to obojętne.
Upiłem się w jakimś podłym lokalu tanim sake a na noc poszedłem do jedynego hotelu, gdzie liczyłem na anonimowość. Pierwszy raz spałem w takim miejscu. Widać, przyjdzie mi doświadczyć wielu rzeczy po raz pierwszy.
