Wielkość tekstu:

Rozdział 5

Z samego rana ruszyłem z przemytnikiem w kierunku wozu. Nim wsiadłem, spojrzał na mnie i poprawił moją chustę na szyi i twarzy,  która miała prowizorycznie ukryć moje rysy.

– Tu się rozchodzimy, samuraju. Wskakuj i się nie wychylaj. Jak będzie kontrola, to patrz w ziemię. Najlepiej to wiesz co? – Szturchnął mnie palcem. – Udawaj głuchego. Albo po prostu nic nie rób! 

Pokiwałem twierdząco głową, po czym wsiadłem do wozu i czekałem, aż ruszymy.  W środku było dość ciemno, więc liczyłem, że i to pomoże w utrzymaniu mojej tożsamości w tajemnicy.

W końcu wóz ruszył. Trasa była dość nieprzyjemna. Co chwila telepało nami na boki. 

Co jakiś odcinek drogi wóz się zatrzymywał, a do środka wchodzili Zahratczycy. Bez słowa siadali obok mnie, nie patrząc na nikogo. Wnętrze szybko zapełniło się kobietami i mężczyznami różnej maści. 

Gdy dojechaliśmy do punktu granicznego, większość zaczęła nerwowo zerkać na innych. Wszyscy wyglądali na zdenerwowanych. Pocierałem ręce by się uspokoić i co chwila poprawiałem chustę, naciągając ja na twarz.

Na zewnątrz woźnica rozmawiał z jednym ze strażników. W trakcie przeszli na tyły wozu. nagle płachta została gwałtownie uniesiona, wprowadzając oślepiające światło do środka. Strażnik chwilę patrzył na nas by w końcu z zadowoleniem kiwnąć głową. Zaraz jak ruszylismy, większośc jadnących ze mną uśmiechała się do innych. Widać, to musiał być ryzykowny punkt według mieszkańców.

Podobnie jak oni, cieszyłem się. Ale Ja jednocześnie musiałem intensywnie pilnować się, aby nie zaśmiać się z radości. Właśnie przejechałem granicę, jestem coraz bliżej domu. Teraz tylko kilka dni podróży aby dojechać do stolicy, a stamtąd już rzut kamieniem do rodziców, posiłków mamy. Jak ja tęskniłem za jej kuchnią. 

 

Byliśmy na miejscu. Zaraz jak woźnica otworzył tył wozu, wezwał mnie gestem ręki bym wyszedł. Wyrwałem się na przód, prawie wpadając na innego pasażera. 

Przede mną rozpościerał się widok stolicy cesarstwa. Potężna metropolia z licznymi budynkami, wysokimi świątyniami i ogromnym pałacem u podnóża samotnej, wysokiej góry. Po mojej lewej, bliższej morza, stało ogromne drzewo, przyćmiewające rozmiarem pałac cesarzowej.

Oparłem dłonie na biodrach wciągając powietrze nosem. Wóz już odjechał, bez słowa pożegnania. I dobrze, bo chcę o tym wszystkim zapomnieć. 

Ruszyłem w dół, drogi w kierunku miasta. Na początku mijałem rozłożyste wzniesienia pełne krzewów herbaty, a u ich podnóża pola ryżowe. Farmy rozsiane po okolicy dodawały uroku tej uroczej scenerii. 

Wzruszyłem się na widok dwóch pracownic farmy idących poboczem. Dźwigały na plecach wysokie kosze wiklinowe, zapełnione czymś zielonym. Ich stroje i ojczysty język były potwierdzeniem, że jestem w domu. To wszystko sprawiło, że łzy same napływały mi do oczu. Wciągnąłem powietrze przez mokry nos i szedłem dalej, z ogromnym uśmiechem na twarzy.

Mieszkańcy przyglądali się mi z zaciekawieniem. Co niektórzy wskazywali palcami w moim kierunku. Z początku nie zrozumiałem, co jest we mnie takiego ciekawego, ale potem do mnie dotarło. Mam na sobie ubrania z Zahratu. Wzruszyłem ramionami. To nie czas na takie zmartwienia, niech patrzą.

Nogi zaczynały mnie powoli boleć od tego marszu. To był spory kawałek drogi jaki już pokonałem. Na szczęście ulica na której się znajdowałem byłem była mi znana, a to oznaczało, że już jestem blisko. Mijałem sklepy, w których robiłem zakupy do domu na prośbę rodziców. 

W końcu koniec mojej podróży. Stałem przed zamkniętymi drzwiami i nagle zaśmiałem się pod nosem, kręcąc głową. Zgubiłem klucze do domu. Jest u celu, a nie mam nawet jak dostać się do domu. 

Złapałem za klamkę i spróbowałem rozsunąć drzwi. Nic. Ale nie miałem zamiaru się poddać. Przeżyłem tułaczkę z pustyni do domu. Nie pozwolę, aby pokonały mnie głupie drzwi. 

Zacząłem zastanawiać się nad możliwościami. Mogę iść do sąsiadów, ale oni wiedzą, że wyjechałem na front. Będzie dużo tłumaczenia co ja to robię i dlaczego nie jestem w armii. 

To może ogród? Rodzice zwykle nie zamykają drzwi od tamtej strony. Ale w biały dzień będę wyglądał jak typowy złodziej przeskakujący przez płot. Jednak, czy mam wybór? 

Padło na to ostatnie. Rozejrzałem się tylko wokół, aby wybrać odpowiedni moment. Gdy nikt nie patrzył w moją stronę, rozpędziłem się i wyskoczyłem na płot mojego domu najwyżej, jak umiałem. W ciągu paru sekund byłem już po drugiej stronie. I na moje szczęście, drzwi do domu były otwarte. 

Wszedłem wpierw niepewnie, badając, czy na pewno nie ma rodziców w domu. Zaraz przy wejściu z ogrodu była kuchnia i salon. Pusto w obydwu pokojach. Ściągnąłem buty by ruszyć w stronę sypialni rodziców. Ale w tej samej chwili, gdy poczułem maty tatami pod stopami, stanąłem jak zaczarowany. 

To uczucie pod stopami, które zwykle traktowałem z kompletną obojętnością, teraz było jak błogi masaż. W tym samym momencie dotarły do mnie zapachy, które znałem od dzieciństwa. Coś, czemu nie poświęciłbym żadnej uwagi, teraz było  niczym kocyk w którym czułem się bezpiecznie. Zamiast iść dalej, usiadłem na ziemi i napawałem się tym uczuciem. Gładziłem maty, patrzyłem na kwitnący mały ogródek i warzywniak ojca, łapałem każdy zapach i widok. 

Łzy cicho spływały mi po policzkach. Nie ze smutku. co z ulgi. Poczułem, że cały stres, całe to napięcie właśnie schodzi ze mnie. Niechętnie podniosłem się z podłogi. Trzeba mi się przebrać i umyć. Dosłownie i w przenośni zmyć z siebie pustynię.

Czekałem na rodziców w salonie, już czysty i przebrany. Gdy usłyszałem odgłos klucza w zamku i otwieranych drzwi, wstałem i poprawiłem domowe kimono. 

Do pokoju weszła moja mama, ubrana we wzorzystą yukate. W rękach miała kosz wiklinowy zapełniony warzywami. Z początku musiała uznać mnie za męża, bo spojrzała  na mnie nieobecnym wzrokiem i kontynuowała swój marsz w stronę kuchni. Dopiero, gdy odezwałem się do niej. – Cześć mamo. – Zatrzymała się i spojrzała uważnie na mnie.

– Makoto? Zapytała, lekko łamiącym się głosem.

Odpowiedziałem jej uśmiechem i otwartymi ramionami. –

 Tak, mamo, to ja.

– Synku! – Krzyknęła, momentalnie zanosząc się łzami. W tym momencie ani kosz ani kuchnia nie miały dla niej znaczenia. Rzuciła wszystko i z całych sił przytuliła mnie do siebie.

– Mamo, udusisz mnie.

Jak na starszą kobietę, miałą więcej sił niż zakładałem. 

Odpuściła, ale tylko trochę. Próbowała coś powiedzieć, ale łzy to mocno utrudniały. Dopiero po chwili jak usiadła przy stole, trzymając mnie dalej za dłoń, uspokoiła sie na tyle, by powiedzieć. 

– Dzięki niech będą Kitsune, że sprowadziła mojego synka bezpiecznie do domu.

– Mamo, daj spokój. Nigdzie sie nie zgubiłem, doskonale wiedziałaś gdzie jestem. 

Nie chciałem, by się martwiła. Dlatego odpowiedziałem lekkim, trochę beztroskim tonem. 

– Ja wiem synku, ale to wojna, tam różne rzeczy mogą się wydarzyć przecież.  

Odpowiedziała z pełna powagą i troską w głosie. Jedyne, co mogłem w tej chwili zrobić, to uśmiechnąć się i wydusić z siebie. 

– Wiem, mamo, ale jest już dobrze. 

Zdusiłem nagły napływ wspomnień z ostatnich tygodni. Pod stołem zacisnąłem pięść z całych sił.

– Głodny pewnie jesteś, co? 

Mama wstała nagle i ruszyła w kierunku kuchni. Zaśmiałem się i poszedłem z nią do kuchni.

– Pomogę. Co mam robić? 

– Oh, Makoto, dam sobie radę.

– Wiem, ale chcę.

Westchnęła i spojrzała na produkty na blacie. Wybrała kilka warzyw i poinstruowała mnie, co mam z nimi zrobić.

 

Gdy ojciec wrócił ze służby, dom był pełen zapachów. Z mamą siedzieliśmy przy stole i wesoło rozmawialiśmy.

– Makoto, to ty? – Głos ojca lekko drżał.

Spojrzałem w jego kierunku. Mama mnie ubiegła w odpowiedzi.

– Nasz syn wrócił, Keisuke.

Tata, jeszcze w swoim mundurze w czarno pomarańczowych barwach cesarstwa, stał przy wejściu, oszołomiony. Niewiele się zmienił od czasu mojego wyjazdu. Mama niedawno musiała mu ścinać włosy, bo miał je krótsze, przerzedzone u góry, bardziej siwe niż czarne. Przeszklone oczy zdradzały, że tak jak mama, jest targany silnymi emocji.

Mama, wyczuwając to, dodała wstając znad stołu. 

– Zaraz będzie zupa. Makoto pomagał przy niej, dasz wiarę?

Nasze wspólne siedzenie przedłużyło się aż do kolacji. Spędziliśmy ten czas na rozmowie. Ojciec poruszył temat wojny i mojego wyjazdu, ale szybko ukróciłem rozmowę mówiąc, że jestem na przepustce. Wyglądało na to, że obydwoje kupili to kłamstwo. Nie byłem gotów powiedzieć im prawdy. Nie teraz. 

Dowiedziałem się, że tata dostał nowy przydział i pilnuje teraz dzielnicy podległej klanowi Okawa. Że jego przełożony to głupek, który nie wie jak zadbać o bezpieczeństwo.

Z kolei ama dalej pracuje w archiwum urzędu, segregując stare dokumenty i przepisując je na nowo. 

Chwytałem każdą małą informację, plotkę i opowieść. Nie dlatego, by mnie to interesowało. Najważniejsza była sama obecność moich rodziców. Nic więcej się nie liczyło. 

Dopiero gdy przeciągle ziewnąłem, rodzice zdali sobie sprawę z godziny. Kazali mi szybko iść spać, bym miał siły na jutrzejszy dzień. Nie protestowałem i poszedłem do swojego pokoju.

Rozrzucone ubrania z Zahratu, piasek na macie i otwarta szafa. Pobojowisko za które mój niedawny dowódca by mnie ochrzanił z góry na dół. Zamiast się tym teraz martwić, położyłem się na materac. Gdy poczułem znajomą kołdrę, ogarnęła mnie błogość. Jestem w domu.

 

Odgłos śpiewających ptaków delikatnie wybudzał mnie ze snu. W domu nie było już nikogo. Na stole w salonie mama zostawiła kartkę na której napisała instrukcje gdzie szukać śniadania. Zupełnie jak kiedyś. Obok niej była garść monet. Schowałem je do kieszeni i wziąłem się za jedzenie. Po posiłku zdecydowałem trochę się polenić, więc spędziłem ten czas w ogrodzie. 

Czas zaczął mi się dłużyć. Bardzo szybko wyczerpałem listę rzeczy interesujących rzeczy w domu. Może to dobry czas, aby odwiedzić moją dziewczynę? Musi się o mnie martwić, szczególnie, że nigdy nie wysłałem do niej listu z frontu.

Na ulicach miasta panował jak zwykle duży ruch. Brakowało mi tego. Nieśpiesznie szedłem w kierunku domu Maiko, obserwując mieszkańców. Moją uwagę przykuł stragan sprzedający słodkie kulki z fasoli. Pomyślałem, że głupio tak przyjść z pustymi rękami, a taka przekąska może być dobrym gestem.

Stałem tak chwile przed jej domem, zbierając mysli co jej powiedzieć. Nie ma co gdybać, po prostu zapukaj, pomyślałem.

Za drzwiami usłyszałem przytłumiony głos.

– Kto tam?.

– Dzień dobry, pani Nakajima. – Powitałem ją entuzjastycznie. – To ja, Makoto. Czy jest może Maiko w domu?

W drzwiach stanęła matka mojej dziewczyny. Miała podkrążone oczy i była lekko przygarbiona.

– Młody Sasaki? To ty?

Odpowiedziałem uśmiechem i pokłoniłem się na powitanie.

– Tak, pani Nakajima. Wróciłem i pomyślałem, że odwiedzę Maiko. Przepraszam, że bez zapowiedzi.

– Nie nie, nic nie szkodzi – zbyła to gestem ręki – ale Maiko nie ma w domu. Jest na praktykach.

– Praktykach? 

Nigdy mi nie wspominała tym, że  ma zamiar szkolić się w jakimś zawodzie.

– Tak, w sklepie. córka zostanie sprzedawczynią.

Nie wiedziałem jak na to odpowiedzieć. Pozostało mi tylko uśmiechnąć się i udawać, że nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.

– Może pani zrobić coś dla mnie? 

– Oczywiście, co potrzebujesz, Makoto? 

– Może pani powiedzieć Maiko, że wróciłem? Że jestem na przepustce i fajnie by było się spotkać.

– To przyjdź dziś wieczorem. – Odpowiedziała szybko. – Wtedy kończy pracę i na pewno będzie w domu.

– Wieczorem? dobrze, będę!

Pożegnałem się i ruszyłem dalej przed siebie. Nieopodal była samotna ławka. Usiadłem i zacząłem zajadać się kupionymi przekąskami, myśląc nad tym, co się właśnie dowiedziałem. Nie nad samą Maiko, ale nad jej praktykami. Zawodem. Co ja teraz będę robił? Jak teraz będę zarabiał na siebie? Całe nastoletnie życie poświęciłem tylko na nauki walki. Co teraz? 

Westchnąłem zrezygnowany, bo nic nie przychodziło mi do głowy. Podniosłem się i ruszyłem dalej, pogrążony w swoich myślach.

 

– Makoto? 

Spojrzałem w kierunku, skąd usłyszałem moje imię. W pewnej odległości stał szczupły mężczyzna pokryty licznymi, drobnymi tatuażami, w rozchełstanej, żółtej yukacie i szerokich czarnych spodniach. Miał długie włosy, niechlujnie związane u góry i drobny zarost. Patrzył tak na mnie, jakby mnie znał. Ja z kolei nie miałem pojęcia, kto to.

– To ty, nie? Makoto Sasaki. Pamiętasz mnie? – Jego głos był głośny a ton arogancki.

Zmierzyłem go wzrokiem i z ostrożnością w głosie odpowiedziałem. 

– Nie, przykro mi, nie kojarze.

– Ha, no jasne, że nie, czego ja się spodziewałem.

Mężczyzna położył ręce na biodrach, odsłaniając jeszcze bardziej swój tors. W wewnętrznej stronie jego yukaty połyskiwał jakiś biały przedmiot. Przypominał pochwę broni, ale nie miałem pewności.

– Hikaru! – Krzyknął do mnie. – Ze szkoły. 

Palcem wskazał za siebie. Powędrowałem wzrokiem we wskazanym kierunku i dostrzegłem znajomy mi budynek. Szkoła mistrza Kazuro. Musiałem kompletnie z przyzwyczajenia obrać tą drogę, gdy byłem zamyślony.

– A, Hikaru, cześć – odpowiedziałam po czasie, krzywo się uśmiechając.

– Ta, cześć – odparł, zdecydowanie urażony. – Dupa a nie cześć, ty mnie nie pamiętasz nawet, co? – Nachylił się w moim kierunku i zmrużył oczy.

Wzruszyłem ramionami i dodałem.

– Dobra, masz racje. Przepraszam, ale fakt, nie mam pojęcia kim jesteś.

– Było tak od razu, a nie mi tu kłamiesz. – Skomentował wyraźnie zadowolony. – Pamiętasz, jak mistrz wyjebał mnie, gdy nawrzucałem mu od starych idiotów?

Patrzył na nie dumnie. Przypomniałem sobie tą sytuacje i jednego, wulgarnego studenta, który ciągle sprawiał kłopoty w szkole. Wycelowałem w niego palcem i z szeroko otwartymi ustami rzuciłem.

– Hikaru Okuda! 

Ten w odpowiedzi zaśmiał się i rozłożył ręce. Potem szybko spojrzał za siebie i uderzył mnie lekko w bark.

– Dobra, chętnie bym pogadał, ale wiesz, robota wzywa. Uciekam. Do kiedyś tam! 

Nim zdążyłem odpowiedzieć, ten już czmychnął w głąb ulicy i zniknął w tłumie. Chwilę tak stałem, wspominając jego jako studenta. Był w podobnym wieku co my, ale od samego początku sprawiał problemy. Wykłócał się z nami i z mistrzem o to, jak prawidłowo walczyć jak i o filozofię miecza. Prychnałem pod nosem. Dzieciak, który chciał uczyć mistrza. 

Spojrzałem raz jeszcze na szyld szkoły mistrza Kazuro. Skoro tu już jestem, to warto będzie się przywitać.

W dojo trwał właśnie trening. Parę razy przed wyjazdem miałem okazję widzieć tą grupę studentów. Młodsi ode mnie o kilka lat, pełni zapału i chęci, jak ja. Mistrz aktywnie uczestniczył w ich szkoleniu, poprawiając postawę delikatnymi uderzeniami kijem bambusowym w nogi lub ręce. 

Nie chciałem przeszkadzać, ale jednocześnie nie chciałem wyjść. Ciepłe wspomnienia odżyły i dawały poczucie bezpieczeństwa. 

Mistrz dostrzegł mnie i skinął delikatnie głową na powitanie. Po chwili usłyszałem.

– Młody Sasaki! Pokaż swoim młodszym kolegom jak prawidłowo wykonać postawę obronną.

Nic się nie zmienił. Z radością pokłoniłem się i wykrzyczałem głośne – Oczywiście! – po czym ruszyłem do stojaków z mieczami treningowymi.

 

Po zakończonym pokazie, przenieśliśmy się na bok sali. jego studenci próbowali odtworzyć to, co im przed chwilą zademonstrowałem.

– Widzę, że moje nauki nie zostały zapomniane. Dobrze. – Mistrz pogładził się po długiej brodzie, co rusz spoglądając na uczniów.

– Wiele zawdzięczam naszym treningom, sensei – odpowiedziałem z czcią. Po chwili dodałem, zaciekawiony. – Czy mistrza odwiedził może były uczeń niedawno? 

Sensei Kazuro zatrzymał się na chwilę. Zmarszczył brwi i pochylił głowę lekko w dół. Po chwili pokręcił przecząco głową.

– Poza tobą, nikt w ostatnim czasie.

– Rozumiem. – Odpowiedziałem, ale dalej drążyłem wątek. – Spotkałem jednego przed chwilą. Stał pod szkołą, więc pomyślałem, że odwiedził mistrza.

Sensei spojrzał na mnie bez wyrazu, jakby czekał na więcej informacji.

– Kogo spotkałeś, młody Sasaki? 

Nerwowo zacząłem się rozglądać na boki. 

– O matko, nie pamiętam imienia. Ale pamiętam, że był bardzo wulgarny. I często się wykłócał z mistrzem!

– Hikaru… – Mistrz był wyraźnie zniesmaczony samym wspomnieniem dawnego ucznia.

Chwilę tak staliśmy, patrząc na uczniów. Kazuro, nie odrywając od nich wzroku powiedział do mnie.

– Zaprosiłbym ciebie na czarkę herbaty, ale jak widzisz, jesteśmy w trakcie zajęć. Odpowiedz mi tylko na jedno pytanie, nim wrócę do studentów – Wzrok mistrza przeniósł się na mnie. – Jak to jest, że jesteś tu, a nie na froncie?

Jego spojrzenie było czujne. Analizował moją reakcję, jakby szukał luk w obronie. Szybko odwróciłem wzrok i przeniosłem je na uczniów.

– N-nie chcę mistrzowi zakłócać nauk…

– Powtarzają to, co powinni umieć. Nie martw się o ich, młody Sasaki – Jego ton był surowy, jak za każdym razem, gdy wiedział, że coś przeskrobałem.

Nie patrząc mu w oczy odpowiedziałem. 

– Jestem na przepustce.

Starałem się brzmieć pewnie i spokojnie, ale czułem, że brzmię sztucznie. 

Mistrz tylko wydał z siebie cichy pomruk, pogładził po brodzie i dodał.

– Z tego co wiem najemny żołnierz nie dostaje przepustek.

Chrząknąłem i odpowiedziałem nerwowo. 

– No, tak, racja, nie dostają, ale ja… bo jest taka sytuacja, że moje zdrowie… na froncie, jak wróg nas zaatakował, zostałem ranny i —

– Jak już musisz kłamać, to postaraj się, aby to było bardziej wiarygodne. A jeśli prawda ma mnie urazić, bo zawiodłeś oczekiwania moje i swoich dowódców, to wiedz, Sasaki – położył rękę na moim ramieniu i wlepił wzrok we mnie – że uczymy się rzemiosła całe życie. A ty jesteś jeszcze młody.

Odpuścił uścisk i ruszył w stronę sali, by wrócić do studentów. Na odchodne powiedział tylko.

– Do następnego, uczniu.

Spotkanie z mistrzem wyprało mnie z sił. Liczyłem, na spokojną rozmowę, ale pod jej koniec czułem, że jestem przesłuchiwany. Niepotrzebnie kłamałem mistrzowi. Ale z drugiej strony, co miałem powiedzieć? Hej mistrzu, jestem dezerterem? 

Westchnąłem i zdecydowałem wracać do domu. Dość wrażeń jak na dzisiaj.

 

Rodzice zapowiedzieli, że jutro przyjdą ich przyjaciele, i żebym niczego nie planował. Mam być gościem honorowym. Z umiarkowaną radością przyjąłem to do wiadomości. Dzisiejszy dzień uświadomił mi, jak chwiejna jest moja historyjka. Mam mniej niż dobę, aby wymyślić coś, co jest solidne i przekona wszystkich.

 

Na następny dzień, będąc znowu sam w domu, wziąłem się za obmyślanie planu. Ale nieważne co bym nie wymyślił, nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. 

Przepustka za heroiczne wyczyny? Idiotyczny pomysł. Zdrowotna? To gdzie są moje rany? Wyrzucenie z armii? Bez kwitu potwierdzającego? 

Nim się obejrzałem, mama wróciła i już wołała mnie z kuchni. Wyszedłem z pokoju tylko żeby wpaść prosto na przyjaciół rodziców. To już była ta godzina? Skołowany, uśmiechnąłem się i złapałem za tył głowy.

– Przepraszam, tylko się przebiorę i zaraz wrócę do państwa.

Zasunąłem drzwi za sobą i wypuściłem głośno powietrze. Może po prostu będę unikał tego tematu? Zupełnie jak tata, kiedy wraca zmęczony i zirytowany po służbie a mama wypytuje go o szczegóły. Tak, to jest dobry pomysł.

Kolacja z gośćmi minęła mi w oka mgnieniu. Widać stres ma i swoją dobrą stronę. Oczywiście temat mojego powrotu z wojny pojawił się bardzo szybko, ale za każdym razem zbywałem go tym, że to świeże i bolesne wspomnienia. Szczęśliwie za każdym razem kupowali moją odpowiedź. Do tego stopnia, że mama już odpowiadała za mnie. 

Gdy goście poszli, odetchnąłem z ulgą. Pomogłem mamie zebrać naczynia by szybko móc uciec do pokoju. Czyżby się udało? Czy mogę uznać, że oficjalnie to koniec z pytaniami o to, co robię w domu?

 

Kolejny dzień a ja znowu obudziłem się już jak rodzice wyszli do pracy. Chwile pokręciłem się po mieszkaniu, planując co dzisiaj zrobię. Wieczorem zdecydowanie muszę odwiedzić swoją Maiko. Poza tym, warto pomyśleć o pracy. Tyle, że jak zacząłem się zastanawiać, co umiem, to rachunek był dość kiepski. Poza okazjonalną pomocą znajomym rodziców przy dźwiganiu czegoś, to nigdy nie przepracowałem nawet dnia. Ale spokojnie, rodzice coś wymyślą. W końcu mama ma znajomości w urzędzie.

Przez większość dnia nic specjalnego nie zrobiłem. Po powrocie mamy do domu, pomogłem jej w kuchni.

Do mieszkania wszedł ojciec. Podbiegłem do niego i przywitałem go serdecznie. Odpowiedział tylko szybkim spojrzeniem i kiwnięciem głowy. Musiał mieć ciężki dzień, więc zdecydowanie nie chciałem mu przeszkadzać. Wróciłem grzecznie do kuchni.

Podczas jedzenia, to głównie mama rozmawiała a tata posępnie odburkiwał coś pod nosem. Często też zerkał na mnie. Zacząłem zastanawiać się, czy to ma związek z wczorajszym przyjęciem. Spojrzałem na tatę i zapytałem.

– Tato, czy coś jest nie tak?

Spojrzenie ojca było zimne i nieprzyjemne. Wystarczył mi moment, abym uciekł wzrokiem od niego niczym zganiony dzieciak. Do końca posiłku ani on, ani ja nie spojrzeliśmy już na siebie.

Po obiedzie tata oddalił się do ogrodu. Siadł przy jabłoni i wyciągnął papierosa. Rzadko palił i zwykle tylko jak miał dużo na głowie lub był bardzo zdenerwowany. Spojrzałem na mamę i zapytałem.

– Mamo, czy tata coś wczoraj tobie mówił? 

– Nie synku, nic konkretnego, a co? 

– Widziałaś, jaki dzisiaj był przy stole, prawda? 

– Ah, wiesz jaki jest twój ojciec. – Odparła spokojnym tonem. – W pracy widać miał ciężko, i przyniósł to ze sobą.

– Możliwe… – odpowiedziałem bardziej do siebie niż do mamy. 

Mimo jej słów, dalej chciałem to wyjaśnić. Zebrałem się na odwagę i podszedłem do ojca.

– Hej tato, masz chwilę? – zapytałem z daleka. Jakaś część mnie chciała, by mnie odgonił.

Zamiast odpowiedzi, ten tylko wypuścił dym z ust. Chwilę tak stałem, skołowany, czekając na odpowiedź. Chrząknąłem i ponowiłem pytanie. Tata nie patrząc na mnie, odpowiedział.

– Mam.

– Jesteś dzisiaj jakiś zły. Coś się stało? 

Tata ruszał ustami jakby coś żuł. Cokolwiek chciał powiedzieć wcale nie przychodziło mu łatwo. Nagle spojrzał na mnie i wycedził.

– Chyba wiesz, co się stało, synu.

Wzruszyłem ramionami i pokręciłem głową. 

– Nie, tato, nie wiem. Czy to ma coś wspólnego z wczorajszą kolacją? 

Ojciec prychnął i zaciągnął się ponownie papierosem. Wycelował we mnie palcem i wyszeptał.

– Ty uciekłeś z wojska, prawda, chłopcze?

Zmroziło mnie. Momentalnie poczułem, jak pot spływa mi po karku. Wszystko wokół zawirowało a serce biło tak mocno, że aż bolało mnie w piersi. Próbowałem zebrać myśli aby coś odpowiedzieć. Cokolwiek. Ta chwila mojego zawahania trwała zbyt długo, co jeszcze bardziej dolało oliwy do ognia. Ojciec pokręcił głową z niedowierzaniem.

– I nawet nie zaprzeczysz. Przepustka… A ja głupi uwierzyłem… kurwa.

Milczałem, będąc sparaliżowany przez strach. Ojciec kontynuował, coraz bardziej dając upust emocjom.

– Czy ty wiesz, co sprowadziłeś na nasz dom? Wiesz co grozi za przetrzymywanie dezertera?

Z wysiłkiem odpowiedziałem.

– Tato, ja… 

– Ja, ja! – tata krzyknął i zaraz po tym zakrył usta. Spojrzał w kierunku mieszkania by zaraz wrócić wzrokiem na mnie. Wpatrywał się tak przez chwilę, a ja w tym czasie czułem, że walczę o to, by nie zemdleć. Każdy oddech był wysiłkiem. Chciałem wymiotować.

– Dezerterom ścina się głowy. Wiedziałeś o tym? – Ojciec spojrzał na mnie kątem oka. Przełknął ślinę i dokończył. – Cała ta polityczna nagonka, że wojsko jest zjednoczone pod dowodzeniem klanów, wymaga nowych, surowych praw. Praw, Makoto, które czynią ciebie zdrajcą naszego cesarstwa. A jedyna adekwatna kara, to publiczna egzekucja. Ciebie i nas.

– Jak to was, tato? – zapytałem przerażony.

– Za przetrzymywanie dezertera, odpowiadamy tak samo jak ty przed prawem. 

Ton ojca był suchy i rzeczowy, jakby cytował coś, co doskonale znał. 

Samotna łza spłynęła mi po policzku. Nie miałem pojęcia. Tak bardzo się boję.

Tata sięgnął po kolejnego papierosa. 

– Nawet nie wiesz – zaciągnął się – jak musiałem świecić oczami przed chłopakami w garnizonie. Jak idiota opowiadałem im to samo co ty. Przepustka. – ojciec zaśmiał się cicho. – Nikt nigdy nie słyszał o przepustce dla najemnego żołnierza. Nikt.

Usiadłem na ziemi, bo czułem, że inaczej się wywrócę. Nie miałem już sił. Czułem się jakbym na nowo był na pustyni, pośród obcych mi ludzi. Jestem na łasce losu, nad którym nie mam żadnej władzy. Zacząłem skubać trawę żeby się na czymś skupić uwagę. 

Ojciec powoli palił, dając mi dość czasu, żebym zebrał w sobie siły. Odezwałem się. 

– Tato, tam w Zahracie, to było jakieś piekło. Nie ma szans, żeby jakiekolwiek szkoła przygotowała człowieka na takie okrucieństwo, jakie tam jest. Widziałem jak ludzie umierają, tato. Moi przyjaciele… martwi.

– A czego się spodziewałeś na wojnie? 

Słowa ojca uderzyły mocno. Ich obojętność i znieczulica przeszyły mnie na wskroś. Zamilkłem, bo czułem, że mój rodzic patrzy na mnie jak na tchórza. 

Spojrzał na mnie i dodał.

– Zawiodłem jako ojciec. Nie wychowałem ciebie odpowiednio, byś nauczył się brać odpowiedzialność za swoje czyny. Ale dość tego, Makoto. Dość pobłażliwości. wybrałeś taką drogę, a nie inną. Teraz nauczysz się konsekwencji. I nie pozwolę, aby twoja lekkomyślność skrzywdziła twoją mamę i mnie. Rozumiesz?

Przytaknąłem, bo w sercu brakowało mi odwagi by zaprzeczyć. Ojciec wziął kolejnego papierosa i nim go odpalił, spojrzał na jabłoń. Westchnął głośno i powiedział.

– Jutro rano, przy śniadaniu, powiesz jej, że wyjeżdżasz do innej prefektury. Za pracą.

Jego zdanie ożywiło mnie. Mimo ściśniętego gardła, zapyłem.

– Tato, co chcesz powiedzieć?

– Że masz się wyprowadzić. – Jego ton był szorstki. W tym momencie coś we mnie pękło. Pojawiła się desperacja w głosie.

– Ale gdzie ja mam się podziać? 

– Było o tym pomyśleć nim przyszedłeś tu do domu jako dezerter – syknął ojciec, dalej patrząc na jabłoń.

– Tato, jestem twoim synem, przecież —

Ojciec nagle złapał mnie za ubranie, wlepiając pełen gniewu wzrok prosto we mnie. Cedząc przez zęby wyszeptał.

– Właśnie dlatego, że jestem strażnikiem, nie złamie prawa.

Puścił mnie i wstał, odchodząc ode mnie na skraj ogrodu. Gdy pierwszy szok minął, wstałem powoli i potulnie ruszyłem do pokoju. 

 

Zabolało? Liczyłeś, że problem sam się rozwiąże? 

Ale ciebie boli co innego. Ta prawda w jego słowach. Całe życie odbijałeś się od odpowiedzialności, polegając na innych. Pieniądze, ubrania, jedzenie, dach nad głową. W całym swoim krótkim dorosłym życiu, nie musiałeś walczyć o żadną z tych rzeczy. A kiedy teraz to zostanie tobie zabrane, to jedyne na co cię stać to łzy i tupanie nogą. 

Chciałeś żyć, prawda? Nikt nie powiedział, że będzie to łatwe życie.