Wielkość tekstu:

Rozdział 4

Co chwila przychodził mi nowy pomysł jak wydostać się z miasta, ale za każdym razem, pojawiała się ta sama przeszkoda. Brak pieniędzy i znajomości języka. Nawet nie wiem jak zapytać o wskazówki, co dopiero znaleźć sposób, by wyjechać z obcego kraju. Zaczynała powoli dopadać mnie rozpacz. Czy ja utknąłem w obcym mieście i naraziłem się na gniew swoich rodaków?

Usiadłem na ziemi, opierając się o ścianę budynku, próbując powstrzymać drżenie dłoni i uspokoić oddech, zupełnie tak, jak uczyli nas w szkole. Pomyśl. Jak szybko zostanę uznany za poszukiwanego? Na tle tutejszych mieszkańców, moja uroda bardzo odstawała. Blada twarz i wąskie oczy, podczas  gdzie inni byli opaleni. Jak gruchnie wieść o mnie, to zostanę schwytany w chwilę. Więc co teraz? Jak wyjechać i nie dać się złapać? Przemyt? 

Prychnąłem. O czym ja w ogóle myślę? Nawet nie wiedziałbym jak tego dokonać u siebie w rodzinnym mieście, co dopiero tu. Poza tym, to nielegalne! Mam już dość problemów, po co mi kolejne?

Odgłos burczącego brzucha wyrwał mnie z tych rozmyślań. Może zamiast martwić się jak wyjechać, zacznę wpierw kombinować jak nie umrzeć z głodu? 

Idąc wzdłuż długiej i piaszczystej drogi, mijałem liczne lokale z których zapachy były niesamowite. Nie przyszło mi doświadczyć tutejszej kuchni będąc w wojsku, ale po samym zapachu mogę stwierdzić, że musi być to pyszna kuchnia. 

Zatrzymałem się po drugiej stronie ulicy i patrzyłem na coś, co mogło być gospodą lub jadłodajnią. Na zewnątrz ludzie siedzieli przy niskich stolikach, zupełnie jak u nas. Zajadali się jedzeniem, przy okazji głośno rozmawiając. 

Był spory ruch, tylko gdzieniegdzie były wolne miejsca. Pomyślałem, że może jak ktoś odejdzie, to szybko zwinę resztki jedzenia ze stołu, udając służbę? Tak, to może się udać. Ale nie wyglądałem jak tubylec. Miałem na sobie swoje zniszczone kimono i broń przy boku. Jednak byłem zbyt zdesperowany i głodny by się tym teraz przejmować. Najwyżej mnie skrzyczą.

Gdy jedna z grup gości już wstała, wcieliłem plan w życie. Miałem oczy szeroko otwarte, oddech płytki, chód na zbyt sztywny. Wszedłem na taras i szybko ruszyłam w stronę pustego stolika. Po drodze mijałem siedzących ludzi, ale mój wzrok był już skupiony na talerzu z resztkami jedzenia. Gdy już stałem nad swoją zdobyczą, nie myśląc długo, rzuciłem się do jedzenia. 

Usłyszałem za sobą czyjś podniesiony głos. Liczyłem, że zdążę przynajmniej coś ukraść z talerza. Nie odwróciłem się, tylko pakowałem do ust tyle, ile mogłem. Nagle poczułem dotyk na swoim ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem surowo patrzącego, brodatego człowieka, z małym, czerwonym czepkiem na głowie. Jego mina z gniewnej i srogiej szybko zmieniła się w łagodną. Patrzyliśmy tak na siebie chwilę. Musiałem wzbudzić w nim litość, bo pokręcił głową utyskując cicho. Nie puszczając mojego barku, powiedział z akcentem.

– Chodź, proszę.

Byłem w szoku. Ktoś z Zahratczyków umiał powiedzieć coś więcej niż tylko dzień dobry. Z lekko otwartymi ustami ze zdumienia kiwnąłem głową. Zaczęliśmy odchodzić od stołu, gdy ten rzucił wskazując na mój miecz.

– Tylko tego nie wyciągaj. Nie chcesz problemu, tak?

– Oczywiście..

Zabrał mnie do środka lokalu, gdzie było znacznie głośniej niż na zewnątrz. Przeszliśmy do końca sali gdzie był mały stolik i parę poduszek na ziemi.

– Siądź. Nakarmie cię.

Nie czekał na moją odpowiedź, tylko ruszył na zaplecze. Stałem tak chwilę, trochę skołowany. Naszła mnie myśl, że idzie po straż, by mnie wydać. Już miałem uciekać, ale coś mi mówiło, że to nie to. Że to szczera chęć pomocy, a nie podstęp. 

Uspokoiłem się. Czekając na jego powrót, nieśmiało zerkałem na tłum. Miejsce w którym mnie posadził odgradzało mnie od innych wielkim, glinianym wazonem. To dawało mi odrobinę prywatności.

Nie czekałem długo, by zobaczyć go ponownie. Postawił przede mną dwa talerze. Nie znałem tych potraw, ale nie zraziło mnie to, aby rzucić się na nie bez namysłu. Po chwili na stole pojawił się dzbanek z wodą i szklanka. 

– Zjedz, posiedź. Jak będzie noc, to przyjdę. Ty nie odchodź nigdzie. Dobrze? 

Mając usta pełne jedzenia, odpowiedziałem niezdarnie.

– Dobrze.

Gdy już miał odchodzić, rzuciłem w jego stronę. 

– Dziękuję.

Nie odwrócił się, tylko poszedł dalej. A ja zrobiłem dokładnie tak, jak kazał. Siedziałem w jednym miejscu, jadłem, piłem i czekałem. Gdy w środku zaczynało się przerzedzać, mój wybawca podszedł do mnie i zabrał mnie na zaplecze. 

Siadł na jednym z dwóch małych taboretów. W ręku miał mały, miedziany kubek o pstrokatych wzorkach.

– Choć, siądź. Smakowało jedzenie?

– Tak, bardzo. Dziękuję.

– Sam robiłem. – Wskazał na siebie z dumą. Potem chrząknął i spojrzał na miecz.

– Żołnierz? 

– Tak. To znaczy – Szybko się poprawiłem. – Najemny żołnierz. Ale w sumie to dalej żołnierz. 

Przestałem mówić, zdając sobie sprawę, że nie interesują go szczegóły a ja z nerwów zaczynam bredzić. Ten zaśmiał się w odpowiedzi, pociągnął łyka ze swojego kubka i kontynuował.

– Mieliśmy tu żołnierzy jako gości. Dobrze płacili, chwalili jedzenie. Mili ludzie. Ale wyjechali. Stąd pytam. Masz broń jak oni.

– Katana. – Mówiąc to, położyłem dłoń na głowni.

– Mhm. Ale ich było dużo. I nie jedli resztek. Ty tak. Zachowujesz się jak złodziej. czemu?

To, niby banalne pytanie od razu przypomniało mi, dlaczego tu jestem. Musiałem zbyt długo szukać odpowiedzi, bo gospodarz chrząknął i poruszył brwiami. Wziąłem głęboki wdech i odpowiedziałem.

– Ja zwyczajnie szukam drogi do domu, do Stolicy. Nie znam waszego języka ani nie mam pieniędzy i wychodzi na to, że się zgubiłem. 

– Szejk gości waszych rodaków. Ich flagi powiewają z balkonu pałacu.

– Nie! nie oni! – Odsunęłam się gwałtownie i nerwowo machając rękami. Gospodarz wzdrygnął się i przyjrzał się mi badawczo. 

Nagle do pomieszczenia weszła kobieta i od razu spojrzała na mnie karcącym spojrzeniem. Podeszła do mężczyzny i zaczęła ujadać. Ten z kolei podrapał się po tyle głowy i odpowiedział coś krótkiego, uśmiechając się serdecznie. Po chwili wyszła, wyraźnie zdenerwowana.

Chwilę tak siedzieliśmy w milczeniu, gdy ten w końcu powiedział

– Moja żona. – Wyprostował się i zapytał. – Więc nie masz jak wrócić do domu?

– Chciałbym po prostu wsiąść do wozu i jechać, ale… 

Na chwile zatrzymałem się by pomyśleć, jakie słowo chcę użyć. Emocje wzięły górę, bo czułem jak łzy napływają mi do oczu. Pochyliłem się do przodu i cały drąc powiedziałem – Po prostu chcę do domu.

Mój rozmówca, wyraźniue zakłopotany moją reakcją, chrząknął, podał mi swój kubek i wstał. Wyszedł z pomieszczenia, zostawiając mnie samego z myślami. 

Gdy tak siedziałem i starałem się opanować, do pokoju wrócił gospodarz. Trzymał w rękach coś, co wyglądało jak ubranie. 

– Masz, ubierz to. Będziesz mniej rzucał się w oczy. Zaprowadzę ciebie w pewne miejsce. Będzie dobrze.

 

– Myśli pan, że się zgodzi? – Zapytałem pełen nadziei w głosie.

– Ten człowiek jest mi winny przysługę. Może marudzić, bo taką ma naturę – Zaśmiał się pod nosem i kontynuował – ale ostatecznie, pomoże. 

– Pan wie, że ja nie mam pieniędzy, prawda? – Dopytałem.

– Oczywiście, pamiętam. Nie przejmuj się. – Zaczął zbywać mnie ręką – Poradzimy coś na to. Może nie dostaniesz wygód, ale najważniejsze, to wyjechać, prawda?

– Zdecydowanie tak. – Odparłem cicho, pozwalając sobie na lekki uśmiech.

Szliśmy pod osłoną nocy po miejskich obrzeżach. Z jednej strony pustynia, a z drugiej miasto. Jeżeli wierzyć mojemu towarzyszowi, ma on kontakt z człowiekiem, który pomagał już takim jak ja w przeszłości. 

Minęliśmy kilka budynków z piaskowca by w końcu dotrzeć do jednego, gdzie trzy wielbłądy były przywiązane do palmy a na zewnątrz walały się dziesiątki skrzyń.

– Jesteśmy. – Obwieścił mężczyzna, wskazując brodą dom. – Ja będę mówił. 

Zapukał do drzwi raz, potem drugi, a gdy miał już wymierzyć trzeci zamach, drzwi uchyliły się odrobinę. Ktoś ze środka, ledwo widoczny, zaczął coś mówić, na co mój towarzysz odpowiedział ściszonym głosem. Po tej wymianie drzwi otworzyły się szerzej. 

Wyszedł do nas chudy, starszy mężczyzna w za dużym, czarnym turbanie. Rzucił jakieś słowo w moim kierunku, ale nie czekał na odpowiedzi, tylko wszedł do środka domu. 

Wnętrze wypełnione było masą różnych rzeczy. Lampy, dywany, ubrania, sztućce i inne, mniej rzucające się w oczy rzeczy. Wszystko rzucone bez ładu, chaotycznie. Gdy ta dwójka rozmawiała ze sobą, ja oglądałem dalej pomieszczenie. Pośród oczywistych rzeczy dostrzegłem znajomy widok. Rękojeść broni, która bardzo przypominała moją własną. Niepewnie złapałem za nią, ryzykując zawalenie się całej konstrukcji pod którą była. Po jej oswobodzeniu, nie miałem już wątpliwości. To katana klanu Minato. Ich charakterystyczny symbol zdobił pochwę broni. 

Wychodzi na to, że ten człowiek ma coś wspólnego z hienami cmentarnymi, które poznałem dzisiaj. To wzbudziło moją ciekawość, więc zacząłem rozglądać się i dostrzegać coraz więcej znanych mi przedmiotów należących do moich rodaków. Broń, ubrania, zbroje, sztandary. Wszystko pasowało do regimentu dwudziestego trzeciego. Czy wygarnąć mu bycie złodziejem? Nie, to w końcu jedyna osoba w tym mieście, która może mi pomóc, według kucharza. Muszę przełknąć dumę i milczeć.

Towarzysz podszedł do mnie z uśmiechem

– Makoto, załatwione. Jutro z rana wyjedziesz z tym człowiekiem. Opowiem ci wszystko w domu.

 

Po powrocie zostałem raz jeszcze nakarmiony, a po umyciu leżałem już w obcym łóżku. W drodze powrotnej, gospodarz opowiedział mi,  że wraz z żoną gościli u siebie takich jak ja. Dezerterów z armii, ludzi, co nie byli w stanie udźwignąć ciężaru wojny. Nigdy bym nie pomyślał, że zaliczę się kiedyś do tej grupy tchórzy. Całe swoje młode życie było mi wmawiane, że gdy nauczę się walczyć mieczem, życie będzie dla mnie łatwiejsze. A tu proszę, dezercja. 

Odwróciłem się na bok, przypominając sobie ustalenia. Jutro, nim słońce w pełni wzejdzie, mam już siedzieć w wozie i dać się wywieźć do innego przemytnika. Łącznie czekają mnie trzy przesiadki. Wszystko w ciągu jednego tygodnia. Szczęście się do mnie uśmiechnęło. Wystarczy, żebym zniósł te niewygody i będę w domu.

 

Przed świtem właściciel gospody odprowadził mnie do przemytnika. Gdy wóz był już gotowy, ten zatrzymał mnie na chwile i podarował pokaźny pakunek, który taszczył ze sobą.

– Nie będą ciebie karmić w drodze. Więc przygotowałem tu dla ciebie trochę suszonego jedzenia i wodę. Może nie jest tego dużo, ale poradzisz sobie. Schudniesz! – Zaśmiał się serdecznie i pomachał na pożegnanie, jak wsiadłem na tyły wozu. 

Ruszyliśmy, a mi towarzyszyło znajome uczucie. Identyczne gdy wyjeżdżaliśmy z rodzicami by spędzić wspólnie czas z dala od zgiełku miasta. Mieszanka ekscytacji i niewyspania. 

Ale tu dochodziła jeszcze jedna rzecz. Niepewność. Niby było mi powiedziane, czego się spodziewać. ale jak coś pójdzie nie tak, to nie mam jak się porozumieć. Jestem zdany na dobroć i łaskę przewoźników. Ciężko o zaufanie do złodziei. Na dodatek to państwo słynie z niewolnictwa. Może nie przemyślałem tego do końca?

Upał i nerwy powoli mnie wykańczały, o czym przekonałem się już po paru dniach. Wymioty i zimne poty stały się codziennością. Gdy doszło do pierwszego przekazania mnie innym przemytnikom, dosłownie wypadłem z wozu. 

Jak dotarliśmy do granicznego miasta, byłem już dobre dwa dni bez jedzenia i dzień bez wody. Wyszedłem ledwo o własnych siłach.

Już miałem odejść, gdy jeden z woźniców złapał mnie agresywnie a ramię i zaprowadził w kierunku przeciwnym do miasta. 

Przede mną roztaczał się osobliwy widok. Długie stoły zastawione owocami i przekąskami, spory tłum ludzi ubranych na czarno z zakrytymi twarzami. A na uboczu tej oazy była grupka, może siedmiu osób, które były związane sznurami u rąk i nóg. Obok stał pilnujący ich człowiek z wielkim mieczem opartym o ziemię, wyciągniętym przed siebie. Nad wszystkim rozciągały się szerokie płachty białego materiału, lekko poruszające się na wietrze. 

Powoli zaczęło do mnie docierać, że najprawdopodobniej patrzę na niewolników, a ja mogę być kolejnym towarem w ich kolekcji. 

Rozejrzałem się, czując wzrok innych na sobie. Obok mnie stał tylko jeden człowiek, który mnie tu dostarczył. Mógłbym go obalić i uciec. Chyba jestem w stanie wykrzesać resztki sił, prawda? 

– Ej, samuraj! 

Ktoś z tłumu głośno krzyknął w moim języku. ludzie się rozstąpili, odsłaniając siedzącego mężczyznę. Ten, w przeciwieństwie do większości tu zebranych, nie miał zakrytej twarzy. Siedział przy zastawionym stole. Uniósł rękę ku górze i delikatnie nią machał, dając mi znak, bym podszedł.

– Choć, siadaj! 

Teraz już nie mam szans na ucieczkę. Ludzie wokół mieli wbite spojrzenia we mnie. Niepewnym krokiem, rozglądając się na boki, podszedłem do stołu. Mężczyzna przede mną miał delikatny zarost, ciemny makijaż pod oczami i kolczyk w nosie. Nosił się jak władca.

Powitał mnie krzywym uśmiechem i gestem ręki wskazał na miejsce przed nim.  Siadłem, dalej bijąc się z myślami, co ze mną będzie. Spojrzałem na swój miecz gdy usłyszałem.

– Nie polecam. 

Miał teraz spokojny głos. Wręcz beztroski.

– Czego nie polecasz? – Chciałem wyjść na pewnego siebie, ale mój głos brzmiał jak skrzypienie starych drzwi, a przygarbiona postawa odbierały mi jakikolwiek autorytet. 

Ten tylko się zaśmiał i nie odrywając wzroku, chwycił za dzban. Nalał hojną porcję czarnego napoju i postawił kubek przede mną. Niepewnie sięgnąłem i pociągnąłem łyk. Herbata. 

– Więc – Zaczął powoli, skubiąc orzechy. –  moi ludzie mówią, że jedziesz tak już trochę. Wyjechałeś spod Wielkiej Pustyni, by teraz wylądować tu, na moim progu?

– I wszystko jest już zapłacone. – Dodałem, patrząc spode łba na rozmówcę.

– Mhm, tak, o to się nie martwię.

– Więc co tu robię?

Przemytnik nachylił się w moja stronę i zaczał się intensywnie gapić. Przestał, dopiero gdy ulotniła się ze mnie resztka odwagi. Zdany na jego decyzje, jeszcze bardziej zgarbiłem kark.

– Kiepsko wyglądasz. Ponoć miałeś lekki udar w trasie. Eh, same koszty. – Syknął, mlasnął i wypluł coś z ust. – A droga jeszcze długa przed tobą.

Nic nie odpowiedziałem, tylko nerwowo spoglądałem, to na niego, to na okolicę. Jego ręka z ogromnym impetem uderzyła w stół, podrzucając jedzenie i wywracając co niektóre naczynia. Cały obóz nagle ucichł. 

Serce omal mi nie wyskoczyło z piersi. Siedziałem, spięty i gotowy na atak.

Chwila trwała wiecznie, aż w końcu mój rozmówca zaczął się śmiać. Wpierw powoli, by potem nabrać rozpędu. Pojedyńcze osoby zaczęły mu wtórować, by finalnie cała oaza zanosiła się śmiechem.

Ponownie nachylił się do mnie i z pewnością w głosie dodał.

– Widzisz, samuraju? Ja tu rządzę.

Skinąłem głową, mimo, że nie rozumiałem jego pokazu siły. Nie było potrzeby mnie dominować, ani straszyć. Więc po co to? Czy o kwestia niechęci do mnie?

– Dobrze! – Krzyknął radośnie. – Więc, do rzeczy.

Poprawił się na swoim krześle, wziął łyka herbaty prosto z dzbanka i zaczął mówić.

– Granicy pilnują twoi rodacy. To trochę problem, bo lubią sprawdzać wozy wjeżdżające do cesarstwa. Mam na to sposób, ale kosztowny. Zdecydowanie to co już zapłaciłeś nie wystarcza. Więc, jesteśmy tu, by… negocjować!

Posmutniałem na te słowa. Kiwnąłem głową i dodałem.

– Rozumiem.

– Ja wiem, że rozumiesz! Każdy samuraj z którym rozmawiałem, mnie rozumie. Opłacało się uczyć waszej mowy. – Rzucił cwany uśmiech w moją stronę. – Ale, do rzeczy. Koszty.

Z kieszeni wyciągnął mały, brązowy notes i przywiązany do niego ołówek. Oblizał palec i zaczął wertować strony, mamrocząc coś pod nosem. Podczas tego spoglądał co chwile na mnie, by w końcu zapytać.

– Jesteś znany? 

– Ja? – Wskazałem na siebie, czując zakłopotanie.

– A rozmawiam z kimś jeszcze? – Rozłożył szeroko ręce.

– No nie, faktycznie. – Chrząknąłem zmieszany. – Znany nie jestem.

– Nie ma listów gończych za tobą? 

– Nie

– Jesteś dzieciakiem jakiegoś lorda? 

– Nie, nic z tych rzeczy.

– To dlaczego mamy ciebie stąd wywieźć aż do stolicy? Masz coś na sumieniu, więc lepiej odpowiadaj szczerze.

Spojrzałem na niego. Moje oczy musiały zdradzać moje emocje. Jego dotychczasowy uśmiech zniknął. Tylko wpatrywał się we mnie z zaciśniętą szczęką, czekając.

Westchnąłem i skubiąc palce pod stołem, odpowiedziałem.

– Uciekłem z wojska. Nie jestem w stanie tam wrócić i dalej walczyć, nie po tym, co tam się stało. Ale za jest dezercję kara śmierci, więc dlatego potrzebuje pomocy.  

Cisza. Ani on, ani ja nie odzywaliśmy się przez dłuższą chwilę. W końcu mężczyzna wstał, chwycił na talerz i zaczął nakładać wszystkiego po trochu. Gdy był już zadowolony, postawił to przede mną.

– Zjedz coś, bo blado wyglądasz. Dokończymy to za chwilę. – Już odchodził, gdy dodał – I zastanów się, co mi możesz dać za pomoc.

Patrzyłem chwilę na talerz zapełniony suszonymi owocami. Szczerze to miałem już tego smaku dosyć po tygodniowej podróży wozem, dlatego głównie gasiłem pragnienie herbatą. 

Zatrzymałem wzrok na niewolnikach. Czy dołącze do nich? Czy zostanę sprzedany komuś? Tyle gadał o kosztach, że może bardziej opłaca mu się wziąć za mnie pieniądze. Ale to po co była ta cała rozmowa?

Po długiej nieobecności, ten wrócił i siedząc gdzie wcześniej, zapytał.

– I co, masz już pomysł, jak mnie przekonać? – Kończąc zdanie, podał mi kubek.

Sięgnąłem za niego i po zapachu poznałem, że to kawa. Nie patrząc na niego, pokręciłem głową, nic nie mówiąc.

– To niedobrze, niedobrze. Za darmo to na pewno nie pojedziesz dalej, wiesz o tym? 

– Wtedy zostanę tu jako niewolnik?

– Nie nadajesz się.

Spojrzałem na niego pytająco, choć jednocześnie poczułem, że kamień spadł mi z serca. Ten zaśmiał się cicho i dodał.

– Jesteś obcy, miałbym kłopoty. Nikt ciebie nie kupi o zdrowych zmysłach.

Kawa zdążyła ostygnąć a my dalej milczeliśmy. Zebrałem się na odwagę, pobudzony czarnym naparem zacząłem patrzeć po swoim ubraniu, które nawet już nie należało do mnie. Wzrok utknął mi na jedynej rzeczy, jaką miałem. Moja broń. Katana kupiona przez ojca.

Momentalnie nauki ze szkoły dały o sobie znać. Wojownik bez miecza jest nikim, nie ma honoru, tak zwykł mówić nasz mistrz. Że dusza wojownika jest w jego mieczu. I mam to teraz sprzedać? 

Życie, czy honor. Już raz musiałem podjąć taki wybór. Dlaczego teraz miałbym postąpić inaczej?

– Ta katana jest dużo warta. – Zacząłem a mój głos lekko się łamał. – Nie jest zniszczona, była dobrze przechowywana, więc nie ma śladów rdzy na stali i zniszczeń na drewnie i rękojeści. Wykuta przez czeladnika praktykującego w klanie Kazuma, który znany jest ze swoich wyrobów. 

Wziąłem głęboki wdech i powoli, z bólem, położyłem katanę na stole, obok rozmówcy. 

Ten patrzył chwile, to na mnie, to na broń. Wskazał palcem i zapytał.

– Myślisz, że mam mało broni? Że potrzebuje więcej? 

– Nasza broń jest dziełem sztuki – odparłem z pasją. – Zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce ją kupić. Szczególnie, że nie kupisz takiej w cesarstwie.

– Widzę, że znasz się trochę na temacie. Robisz w przemycie? 

– Nie! – Odpowiedziałem szybko, po czym sprostowałem. – Po prostu wiem że cesarstwo zabrania kupowania i sprzedawania broni bez pozwolenia.

Przemytnik pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Czyli coś tam  wiesz. Przyznam, negocjacje do dupy, ale argumenty solidne.

– Dziękuję. – odpowiedziałem zrezygnowanym tonem.

– Dobra, przekonałeś mnie. Katana za przemyt.

Splunął w otwartą dłoń i wystawił ją w moim kierunku. Chwilę siedziałem skołowany, nie rozumiejąc tego gestu. Przemytnik spojrzał na swoją dłoń, potem na mnie i dodał.

– Taki zwyczaj. Spluń w dłoń i uściśnij.

Zrobiłem jak kazał, choć dość pokracznie. Gdy zwolnił uścisk, chwycił za już nie moją katanę i zaczął ją oglądać. Jego mina zdradzała zadowolenie, podczas, gdy moja przygnębienie. 

Gdy ją wydobył z pochwy, gwizdnął i wycelował czubkiem w niebo. Chwile tak się nią bawił, a gdy uznał, że mu starczy, schował broń i zapytał.

–Dlaczego uciekasz? 

Chwile wachałem się, by w końcu odpowiedzieć.

– Stoczyłem jedną bitwę, która skończyła się tragicznie dla nas. Przeciwnik nas zmiażdżył. Dosłownie. Jestem jedynym, który przeżył.

– Mhm. Ktoś mówił tobie, że fatalnie kłamiesz? 

– Czemu?

– Jako jedyny przeżyłeś?

Westchnąłem. Gdzieś to już słyszałem. 

– Nieważne – dodał po chwili.

Wyjął swój notes i nie patrząc na mnie skomentował.

– Muszę ustalić, jak ciebie przewozimy. Posiedzisz tu trochę, więc rozgość się. I bądź grzeczny, rozumiesz? – Wycelował we mnie palcem, akcentując swoje słowa. Przytaknąłem mu skinieniem głowy. Zadowolony, wstał z mieczem i poszedł do swoich towarzyszy. 

Gdy dostałem posiłek, zająłem jakieś miejsce na uboczu przy palmie. Było już ciemno, a to oznaczało szczypiący chłód. Nienawidzę tego kraju.

Szukając jakiegoś sposobu, by nie zamarznąć, dostrzegłem jak zbliża się do mnie ponownie ich lider. wytłumaczył mi swój plan, który głównie polegał na tym, abym siedział cicho w wozie i nie dał po sobie poznać, że jestem, jak to określił, samurajem.

W końcu skomentowałem to, gdy po raz kolejny tak mnie nazwał.

– Nie jestem samurajem.

– Co?

– Mówisz do mnie samuraj. Nie jestem nim.

– To kim?

– Samuraj to wojownik urodzony albo wprowadzony do klanu. Wyszkolony przez ich mistrzów, praktykujący techniki walki znane wewnątrz ich rodu. Ja jestem po prostu wojownikiem. 

W odpowiedzi herszt zaśmiał się.

– Widać, że nie wiesz jak nazywają was poza waszymi ziemiami.

Spojrzałem na niego z zaciekawieniem.

– Czyli każdy z cesarstwa to dla was samuraj? 

Pokiwał głową wydymając wargi.

– No, każdy.

– Fatalne i błędne uproszczenie.

– Ale wygodne.

Siedząc dalej obok, wyciągnął z kieszeni papierosa. Chrząknął i patrząc na gwiazdy na niebie zapytał.

– Więc jak to się stało, że zostałeś żołnierzem?

Oparłem głowę o palmę, dając sobie chwilę na zebranie myśli. 

– Jak tak teraz myślę, to wydaje mi się, że to głównie  przez ojca.

– Jest żołnierzem? 

– mhm. Dokładniej, strażnikiem w mieście. Widać, na swój sposób chciałem uczynić mojego tatę dumnym. Poszedłem do szkoły którą wybrał. Pilnie uczyłem się sztuk walki i okazało się, że jestem w tym całkiem dobry.

– Niewystarczająco dobry, jak widać.

Nie skomentowałem tej docinki, choć trafiła ona w punkt. Przemytnik podniósł się z ziemi, otrzepał z piasku i powiedział na odchodne.

– Ktoś przyniesie ci koc. Wyśpij się, jutro wielki dzień. Nie spierdol tego.

Polubiłeś go? Zdążyłeś już zapomnieć o grupie niewolników nieopodal? Rozumiem, że tak jest łatwiej, prawda? Oj, bez obaw, nie oceniam. Po prostu widać, że szybko odnajdziesz się pośród takich ludzi. Interesujące.