Wielkość tekstu:

Balsam w Gileadzie

Zaczęło się od Dolly. Owca, która była pierwszym sklonowanym zwierzęciem, stała się pewnego rodzaju symbolem, osiągając status drugiej, po Dolly Parton, najpopularniejszej Dolly na świecie. Symbolem, który inspirował naukowców do zdwojonych działań na rzecz klonowania organizmów – zarówno całościowego, jak i w częściach. Najwięcej problemów przysporzyły komórki mózgowe, które nie chciały się całkowicie przyjmować w nowych osobnikach, albo natychmiast obumierając, albo powodując anomalie i mutacje. Postęp badawczy, po wielu dziesięcioleciach prób, sprawił jednak, że klonowanie organizmów złożonych, na podstawie jedynie zebranych próbek DNA, stało się możliwe. Pierwszym w pełni odtworzonym człowiekiem był zaś Jezus – stało się to w roku 2044.

            Zbawiciel świata, jako pierwszy sukces naukowców klonowania, wyglądem przypominał nawet większość ikon i obrazów popełnionych przez artystów na przestrzeni wieków. Po pół roku, utracił jednak ramię. Lekarze stwierdzili, że komórki macierzyste w lewej ręce przestały się replikować, a ona sama – obumarła. Ratując Zbawiciela, wymagana była amputacja, a kikut od razu zastąpiono mechanicznym ramieniem. Od tego momentu mówić możemy o narodzinach Jezusa Chrystusa Automaty. Ludzkość została podzielona – historia wiary od tysiącleci wyglądała jednak tak samo. Część ludzi nie wierzyła, że jest to ten sam Jezus, który dwa tysiąclecia wcześniej został wydany na śmierć na krzyżu. Automatyczne ramię sprawiło, że bardziej sceptyczni próbowali przekonywać, że Nowy Jezus jest w całości maszyną, zręczną sztuczką stojącego od lat w kryzysie Kościoła. Niemniej jednak, w wiarę chrześcijańską tchnięto nowe życie – a świątynie na całym świecie ponownie zaczęły się zapełniać.

            Ojciec Beniamin, 37-letni mężczyzna o czujnym spojrzeniu i nienagannej sylwetce, pełniąc służbę w hospicjum, myślał o swoim Zbawcy codziennie. Pacjenci, zupełnie tak jak On, zmuszeni są przeżywać niesamowite cierpienia. Chrystus jednak zmartwychwstał – biedaków przykutych do łóżek nie było zaś zwyczajnie na to stać. Po zbiorowej kremacji (pochówków tradycyjnych zakazano już dziesięć lat temu, ze względu na wysokie skażenie gleb przez rozkładające się, nafaszerowane antybiotykami i genetycznie modyfikowanymi organizmami ciała), skazani będą na zapomnienie. Jego rolą było zaś ulżyć im w cierpieniu w ostatnich chwilach ich życia.

            Postępujące badania genetyczne pozwoliły dojść do wniosku, że odpowiednie mieszanki neuronowe są w stanie pobudzać w odpowiedni sposób ciało migdałowate mózgu, wywołując pojawianie się pożądanych emocji i wspomnień. Odkrycie to stanowiło rewolucję w leczeniu osób wymagających opieki paliatywnej oraz umierających, zastępując częściowo leki przeciwbólowe oraz psychologów, których zaczynało w skali globalnej brakować. Postęp technologiczny, a także trudności ze zrozumieniem, co jest prawdą, a co fałszem, co jest prawdziwe, a co tylko fikcją, co jest moralne, a co wręcz przeciwnie – wszystko to sprawiło, że ludzie, mądrzejsi niż kiedykolwiek, stali się zagubieni jak nigdy wcześniej.

            Zastrzyki neuronowe szybko stały się bardzo popularne – ich produkcja kosztowała grosze, a neurony pozyskiwano od dobrowolnych, pośmiertnych darczyńców. Początkowo, próbowano wykorzystywać do tego celu skazanych oraz umierających w hospicjach, lecz ich umysły były na tyle zaślepione gniewem, żalem i smutkiem, że ich materiał mózgowy nie nadawał się do przetworzenia.

            Tego dnia ojciec Beniamin miał na swojej liście dwa nazwiska, wskazane przez pielęgniarki z hospicjum: Adam Baryka i Elżbieta Pałucka. Pokój 4 i pokój 19. Po porannej mszy, idąc w stronę przybytku, jak zwykle minął napis „Jezus Chrystus Automata”, gdzie ostatni wyraz był skreślony, a zamiast niego, pod spodem, dopisane było: „szmata”. Ponure poczucie humoru. Cóż, nie wszyscy chcą zbawienia, a niebo nie pomieści wszystkich owiec.

            Otworzył ciężkie, drewniane drzwi i udał się najpierw do pokoju socjalnego, gdzie pielęgniarki piły poranną kawę.

– Czy strudzony wędrowiec może też prosić o filiżankę kawy? – zapytał plotkujących kobiet.

– Ksiądz coś szybko dzisiaj, chyba szybko mszę skończył. – odpowiedziała Ewa.

– Albo w ogóle zaspał i nie poprowadził. – zażartowała Agnieszka.

– Bóg mi daje wiatr w żagle, lecz ciepło czerpię z kawy.

– My nie chcemy dzisiaj zwady, już parzymy ciepłej kawy – śpiewnie odrzekła Monika.

Aromat ziaren jest jedną z niewielu rzeczy, które nie mogą zostać podrobione. Kawa jest prawdą. – pomyślał Beniamin, chłonąc aromat wypełniający niezbyt duże pomieszczenie. Pielęgniarki toczyły rozmowę na temat swoich pacjentów.

– Pan Artur nie wygląda dobrze. Bardzo mocno podupadł na zdrowiu w ciągu ostatnich trzech dni. Dziwnym trafem, tuż po wizycie córki.

– Tej, co do tej pory ani razu nie było?

– Tak, jakby czekał na pożegnanie.

– Albo dosypała mu czegoś.

– Nawet tak nie żartuj…

– Za to Antoni chyba się czuje lepiej. Rzucił dzisiaj całą otrzymaną zastawą śniadaniową.

– A tak siły nie miał!

– Księże Beniaminie, mógłby ksiądz udzielić mu reprymendy?

– Albo piekłem pogrozić…

– Siostry, za rzucanie zastawą nie idzie się do piekła. Chociaż marnotrawienie takiej kuchni to grzech! – odpowiedział Beniamin. Wiedział bowiem, że gotujące siostry starały się nie używać w swoich daniach produktów syntetycznych, opierając się na założeniu, że zdrowie z natury płynie.

– Co prawda, to prawda! To pomoże ksiądz?

– Mogę z nim pomówić.

Pili kawę żartując i wymieniając się spostrzeżeniami. Gdy skończyli, ojciec Beniamin wstał, podziękował i stwierdził:

– No siostrzyczki, na mnie czas. W razie czego pozostaję do waszej dyspozycji.

Podniósł małą, brązową walizeczkę i ruszył korytarzem w stronę pokoju numer 4. Ciemne korytarze powoli wypełniały się promieniami słońca. Idąc, słyszał mieszaninę dźwięków, zlewających się w jedną, dobrze znaną melodię – modlitwy przeplatane z rozmowami, płacz mieszający się ze śmiechem, przerywane ciszą, jakby przez wprawnego dyrygenta. Stanął przed drzwiami z numerem 4 i ostrożnie nacisnął na klamkę.

            Pan Artur leżał w pokoju sam, na białym łóżku, przy połowicznie zaciągniętych zasłonach. Jego twarz była zapadnięta, a cera – ziemista.

– Szczęść Boże, panie Arturze. – ojciec Beniamin przywitał się, przysuwając sobie do łóżka stołek. Ukradkiem spojrzał na jego ręce – całe były w siniakach i przebarwieniach. Róże cmentarne, które widział już tyle razy w życiu, świadczące o zbliżającym się końcu. Albo początku, zależy jak na to patrzeć.

– Niech będzie pochwalony Jezus Automata.

– Teraz, i do końca tego świata.

– Wie pan, po co przyszedłem?

– Tak.

– Chce pan skorzystać z sakramentu pokuty?

– Tak.

– Wyznaj swe grzechy przed Bogiem.

Artur głęboko westchnął. Po chwili, zaczął:

– Miałem dużo czasu, by przemyśleć swoje życie. Nie byłem dla swojej żony ideałem. Nie doceniałem jej. A teraz, gdy jej nie ma, oddałbym wszystko, żeby móc ją jeszcze raz zobaczyć.

– Już niedługo, bracie.

– Nie byłem też dobrym sąsiadem. Zawiść. Młodzieńcza zawiść.

Zaczął kaszleć. Był słaby.

– Ojcze, boli. Ciało i dusza.

Beniamin wyciągnął święty olejek, wykonał na jego czole znak krzyża i powiedział:

– Twoje grzechy są dziś odpuszczone.

Artur odetchnął z ulgą. Ksiądz schylił się zaś po swoją walizkę, położył ją na kolanach, otworzył i już mniej oficjalnym tonem, zapytał:

– Panie Arturze, na co ma pan ochotę? Dzisiaj mam między innymi rajską wyspę, namiot w górach i beztroskie południe na placu zabaw.

– Ojcze, marzę tylko o tym, by jeszcze raz poczuć morską bryzę, chłód wody i piasek pod nogami.

– W porządku. Jest pan już blisko Boga. Proszę się uspokoić i odprężyć.

Ojciec Beniamin przejrzał fiolki, podniósł jedną, przeczytał napis na froncie, a następnie sięgnął po strzykawkę, wbił ją w wieczko i wciągnął zawartość do środka. Miała ona szarawo-biały kolor, przypominając wyglądem mąkę wymieszaną z wodą.

– Poczujesz lekkie ukłucie w głowie. To będzie jednak chwilowe. – ostrzegł Beniamin.

Artur zamknął oczy, a ksiądz nachylił się nad nim i wbił igłę w jego skroń – pomału i z wyczuciem, następnie nacisnął tłok, opróżniając strzykawkę. Starszy mężczyzna syknął, lecz po chwili ciszy, powiedział, ni do księdza, ni do siebie:

– Mewy…

Ojciec Beniamin wiedział więc, że zastrzyk się przyjął. Spakował walizkę, wstał i wyszedł z sali. Korytarze były już jasne, lecz znajoma melodia wciąż rozbrzmiewała. Czasami zastanawiał się, czy to rzeczywiste odgłosy, czy dzieje się już to tylko w jego głowie. Skierował swoje kroki ku pokojowi numer 19. Idąc korytarzem, minął siostrę Agnieszkę, wymieniając się uśmiechem – ciepłym, ale stonowanym, nie nachalnym. Stanął pod drzwiami, leciutko zapukał, a gdy usłyszał zaproszenie, wszedł do środka.

            Na łóżku leżała kobieta około siedemdziesiątki, o silnych rysach twarzy i krótkich, kręconych blond włosach. Farbowana – do samego końca chciała trzymać fason. A może myślała, że stąd wyjdzie? – rozmyślał ksiądz.

– Szczęść Boże. – Elżbieta przywitała go pierwsza.

– Szczęść Boże. Zapewne domyśla się pani, dlaczego panią odwiedzam.

– Tak. Ale chyba księdza zaskoczę. Nie chcę zastrzyku.

Ojciec Beniamin pokiwał głową i powiedział:

– Spokojnie, to nic nie boli. Boi się pani igieł? Zamknie pani oczy a ja obiecuję, że nawet nic nie będzie czuć.

Pani Elżbieta ścisnęła usta i stwierdziła:

– Zupełnie nie o to chodzi. Ale chcę się wyspowiadać.

– No dobrze, wrócimy do tematu – wyznaj więc swoje grzechy przed Bogiem.

Elżbieta Pałucka chwilę siedziała na łóżku w ciszy, po czym zaczęła swoją opowieść.

            „Urodziłam się w 1983 roku w tradycyjnej, wiejskiej, PRL-owskiej rodzince. Wie ksiądz, takiej, gdzie ojciec rządzi żelazną ręką, a matka, schowana w jego cieniu, grzecznie zajmuje się domem. Marzeniem ojca był syn, a że trafiłam się ja, pragnął wychować mnie na kogoś, kto nie będzie się niczego bać. Wszyscy podporządkowani byliśmy jego dyscyplinie. Od kiedy skończyłam 4 latka, musiałam pomagać w gospodarstwie. Głównie zajmowałam się kurami – karmiłam je ziarnem i zbierałam jajka. Do tej pory pamiętam zapach tych słomianych grzęd. Pamiętam też, że raz potknęłam się o niezawiązane sznurówki i upuściłam koszyk z jajkami. Parę z nich się zbiło. Dostałam za to porządne lanie skórzanym, ojcowskim pasem. Mama nie próbowała mnie bronić – patrzyła tylko tymi podkrążonymi, wiecznie zmęczonymi oczami. Taka była zawsze – niby obecna, ale na uboczu. Jak poczciwy pies, co trzyma się nogi, ale uważa, żeby pomiędzy nie nie wejść. Nie powiedziała też nic, gdy mając sześć lat, wrzucona zostałam do ciemnej izdebki z nożem w ręku i kozą. Ojciec wrzeszczał:

– Czas żebyś dorosła! Nie wyjdziesz stąd, dopóki nie zabijesz kozy.

Milena – bo tak nazwałam kozę – żałośnie beczała, gdy podcinałam jej gardło, a ciepła krew zmoczyła moje palce.

            Gdy miałam osiem lat, moja matka urodziła ponownie dziewczynkę – od samego początku wiedzieliśmy jednak, że coś z nią może być nie tak. Naturalnym odruchem dziecka po wyjściu z łona jest, by płakać. Moja nowonarodzona siostrzyczka – nazwana przez mamę Lidia – nie płakała – patrzyła się. Mierzyła wzrokiem, jakby nas oceniała. Ten wyraz twarzy został jej do końca.

Im bardziej dorastała, tym bardziej widoczna była jej odmienność. Była opóźniona, wiecznie nieobecna. Pierwsze słowo wypowiedziała dopiero w wieku czterech lat: „mama”. Ku niezadowoleniu ojca, drugim nauczonym słowem nie było „tata”, lecz „ser”. O tak, uwielbiała ser. Każdego ranka wstawała, siadała do stołu i tym swoim dziwnym głosem mówiła:

– Mama. Ser.

Każdego dnia jadła kanapki z serem. To była rutyna, której nie wolno było złamać. Przyzwyczajenia i rytuały były świętością, którą musieliśmy pielęgnować każdego dnia, by nie narazić się na jej gniew.

            Badania psychiatryczne wykazały, że cierpiała ona na autyzm o silnym nasileniu, i najprawdopodobniej nigdy nie rozwinie się w pełni, jak reszta dzieci. Wyrok ten sprawił, że ojciec stał się jeszcze bardziej oschły. Zajmowała się nami głównie mama. „Nami”, choć większość czasu poświęcała Lidii. Nie ukrywam, miałam im to za złe – nad nią płakali, latali za nią, nawet ojciec poświęcał jej czasem uwagę, siadając obok niej i głaszcząc po głowie, podczas gdy mnie wciąż zaganiano do pracy na podwórku. Mną nie zainteresował się nikt, miłości rodziców musiało starczyć tylko i wyłącznie na jedno dziecko.

            Dzień 13 marca 2004 roku będę pamiętać do końca swoich dni. Wracaliśmy całą rodziną z zakupów. Gdy stanęliśmy samochodem pod domem i wypakowywaliśmy z niego siatki, podszedł do nas jakiś brodaty skurwiel z nożem w ręku i zaczął dźgać mamę w brzuch. Widząc to, ojciec rzucił się na niego, lecz również otrzymał pchnięcie i wykrwawiając się, upadł dwa kroki dalej od mamy. Facet spojrzał się na nas i udał się do sąsiadów. Widziałam, jak drzwi otwiera mu pani Maria, po czym krzycząc, upada na ziemię i trzyma się za brzuch, a skurwiel wszedł do środka.

            Lidka płakała, choć prawdopodobnie nie rozumiała, co się w ogóle dzieje. Wie ojciec, co wtedy powiedziała? „M-m-mama, ser”. Rozumie ksiądz? Ser kurwa! To wszystko wyglądało jak najbardziej chora scena na świecie. Co do faceta, to później okazało się, że w ten sposób manifestował sprzeciw wobec wstąpieniu do Unii Europejskiej. Mogłeś petycję napisać, debilu!

            Zaopiekowała się nami ciotka Matylda. Widziałam ją może dwa albo trzy razy w życiu. I tak się nawzajem traktowaliśmy. Oschle, daleko. Próbowała, ale po trzech miesiącach wynajęła nam mieszkanie i życzyła powodzenia. Musiałam się zająć Lidią sama. A była to udręka. Nie mogłam mieć żadnego życia towarzyskiego, z domu wychodziłam tylko do pracy – na trzy czwarte etatu, żeby dłużej być w domu. Modliłam się, żeby umarła – tak bardzo chciałam mieć w końcu spokój. Wreszcie, gdy miałam już 28 lat, u Lidki doszło do zatrzymania akcji serca. Zorientowałam się w nocy, gdyż pewne przeczucie nie dawało mi spokoju. Wstałam i podeszłam do jej łóżka. Nie oddychała. Wie ksiądz, co zrobiłam? Położyłam się z powrotem spać. Mogłam mieć wtedy pewność, że do rana nie przeżyje.

            Gdy jej zabrakło, bardzo szybko poznałam faceta – tak bardzo brakowało mi jakiejkolwiek czułości, poczucia, że kogoś kurwa obchodzę. Równie szybko urodziłam dzieci – najpierw jedno, potem drugie. Chciałam móc przelewać swoją miłość dalej – ale nie potrafiłam. Chciałam je kochać, lecz nie mogłam. Często, gdy się zbliżały do mnie, denerwowałam się. Wbrew sobie, wprowadzałam surową dyscyplinę w domu. Mój mąż stanowił przeciwwagę dla mnie – lecz w niewielkim stopniu, bo co z tego, że był łagodniejszy, skoro, jak to facet, bardziej interesowali go kumple czy zdzira z sekretariatu.

            Czy zdarzyło mi się uderzyć Marcinka albo Dominikę? Tak. I nie jestem z tego dumna. Chciałam jednak, żeby wyrośli na porządnych, silnych ludzi. Czy zdradziłam kiedykolwiek męża? Owszem, gdy po raz kolejny wybrał pijatykę ponad mnie.

            O takich jak ja ludzie mówili: „kobieta nowoczesna, wyzwolona”. Co było we mnie nowoczesnego? Że zachowywałam się jota w jotę jak mój ojciec? Że byłam taką samą matką, jak moja rodzicielka? To wszystko bzdury, starające się promować patologię.

            Początkowo, nie dostrzegałam tego. Nie chciałam widzieć, że dzieci się ode mnie oddaliły. Nie mogłam sama przed sobą przyznać, że nie obeszła mnie śmierć męża. To wszystko jednak się zmieniło w roku 44. Gdy Jezus Chrystus został przywrócony do życia, głosząc ponownie miłosierdzie i zbawienie, poczułam, że coś pękło. Że to, czego cały czas chciałam nie było nawet na wyciągnięcie ręki. Chciałam miłości i zrozumienia, a odepchnęłam wszystkich wokół – a teraz, dziesięć lat po przyjściu Zbawiciela, jest na wszystko za późno.”

            Nastała niezręczna cisza, która trwała około pięciu minut. Ojciec Beniamin musiał przetrawić wszystko, co do tej pory usłyszał. Po chwili jednak zaczął:

– Pani Elżbieto. To, co pani wyznała, jest bardzo poruszające, i rozumiem, że nie jest pani zadowolona ze swojego życia. Najważniejsze jest jednak, że znalazła pani w sobie skruchę. Tę skruchę, która jest fundamentem przebaczenia. Twoje grzechy są więc odpuszczone, tak, że w nową podróż ruszasz bez zbędnego bagażu.

Elżbieta spojrzała na niego i odpowiedziała:

– Nie zasługuję na zbawienie.

– Boże miłosierdzie jest większe niż pani grzechy. Niemniej jednak, wciąż mogę ulżyć w pani bólu. Wystarczy jeden zastrzyk. Całkowicie bezbolesny, a zapomni pani o trudnej przeszłości.

– Wiem, jak to działa. Z tym że ja nie chcę zapomnieć.

– Dlaczego?

– Bo właśnie to wszystko sprawia, że jestem człowiekiem. Każda zła decyzja, każda porażka, przykrość, którą sprawiłam – to wszystko moje. Tak żyłam i nie chcę zapomnieć o tym nigdy.

Chwilę patrzyli się na siebie nawzajem, po czym Beniamin odrzekł:

– Cóż, będę tutaj zachodzić codziennie, jakby zmieniła pani zdanie.

Wracając do domu, rozmyślał o wszystkim, co tego dnia usłyszał.

            Hospicjum odwiedzał każdego dnia, choć nie zawsze miał pacjentów na zastrzyki neuronowe. Codziennie przemierzał korytarze, wsłuchując się w znajomą melodię rutyny. Za każdym razem zaglądał też do Elżbiety. Automatyczny podajnik, poprzez który serwowane były trzy razy dziennie posiłki, od czasów spowiedzi pozostawał nietknięty. Odmawiała jedzenia, czasami ojciec Beniamin słyszał też, że jęczy z bólu. Codziennie pytał jej, czy nie chce zapomnienia. Kręciła głową, że nie. Parę razy proponował również, że zadzwoni po jej dzieci, by przybyły się pożegnać.

– To mój krzyż, który dźwigam. – odpowiadała.

            Trzeciego dnia zmarł pan Artur. Nie cierpiał – na martwej twarzy widać było uśmiech. Siostra Agnieszka mogłaby przysiąc, że jego stopy były mokre i pachniały morską, słoną wodą. Zwłoki zabrane zostały do masowej kostnicy w oczekiwaniu na zbiorową kremację – tak było ekonomiczniej i nikt nie zgłaszał do tego sprzeciwu.

            Elżbieta Pałucka męczyła się siedem dni. Gdy pielęgniarki zauważyły, że kobieta jest już na skraju śmierci, wezwały księdza Beniamina, by ten towarzyszył jej w ostatnich chwilach. Pędził, choć nie wiedział, dlaczego ta obca kobieta jest mu tak bardzo bliska.

            Gdy wszedł do pokoju numer 19, staruszka już go nie dostrzegała. Była bardzo słaba, a jej chrapliwy głos rzęził, zawieszając w powietrzu pojedyncze samogłoski rozpaczliwie tulące się do cząsteczek tlenu. Ojciec siedział przy niej i modląc się w ciszy, czekał. Tuż przed ostatnim tchnieniem powiedziała:

– Już ci Lidka sera niosę.

Po raz pierwszy w ciągu swojej posługi zapłakał.

            Dopilnował, by osobiście mógł dokonać kremacji zmarłych pacjentów. W skostniałe ręce Elżbiety włożył paczkę żółtego sera. Naturalnego, nie tego sztucznego, produkowanego z syntetycznego mleka. Takiego sera, jaki mogła uwielbiać Lidia.

            Następnego dnia udał się do kurii biskupiej. Harmider dronów i świst elektrycznych samochodów denerwował go jak nigdy wcześniej.

– Chciałbym wyznać swoje grzechy. – ucałował pierścień biskupi i podniósł się.

            „Zgrzeszyliśmy jako ludzkość. Zgrzeszyliśmy pychą. Dumą. Postępem. Próbujemy być Bogiem, w międzyczasie wskrzeszając jednego. Działamy na rzecz ułatwiania życia, niwelowania błędów, optymalizacji wszystkiego. Jednocześnie, oddalamy się od tego, co powinno być naszym sednem – od człowieczeństwa. Zapominamy, że zostaliśmy urodzeni, a nie stworzeni. Próbujemy pokonać śmierć, klonując bogaczy, a plując na biednych. Starych wyrzucamy na śmieci, jakby były zużytym konwerterem energii. Latamy poduszkowcami, zapominając, jak się stąpa po ziemi. Co jest obecnie prawdziwe? Czy prawda jeszcze istnieje, czy została pochowana wraz z magnetowidami? Moim największym grzechem jest to, że zacząłem zapominać, jak to jest być po prostu człowiekiem.”

Nie czekając na komentarz zaskoczonego biskupa, mężczyzny niewiele starszego od niego samego, ubranego w karmazyn i purpurę, obrócił się i wyszedł. Skierował się w stronę dworca, wsiadł w elektryczny pociąg i ruszył w stronę domu rodzinnego. Zanim zapukał do drzwi matki, kupił ser w pobliskim sklepie, utrzymywanym w starym stylu lat 10. XXI wieku.

            Gdy wszedł do domu, bez słowa podszedł do podstarzałej kobieciny, przytulił ją i płacząc, wydukał z siebie:

– Mamo, ser.