Wielkość tekstu:

15 października 2014

15 października 2014, 15:00, studio nagraniowe Michaela i Aaliyah

Studio pachniało wyjątkowo. Stare kable, trochę kurzu, specyficzny zapach lakierowanego drewna, z nutką kawy, którą Michael i Aaliyah – nasz producent i jego żona, kompozytorka – pili każdego poranka. Czasem dokładałam do tego swoje trzy grosze, wypełniając pomieszczenie zapachem dymu tytoniowego, mimo że Michael od lat zabraniał mi palić w studio. Tak czy inaczej, ten zapach był dla mnie prawdziwie domowy. Bardziej, niż zapach słodkich perfum mojej mamy i drogich świeczek, które zapalała co wieczór. Bardziej niż zapach olejków eterycznych w moim mieszkaniu.

Jeśli chodzi o nasze próby i nagrania – to był jeden, wielki chaos. Nie zdarzyło się nigdy, żeby wszystko poszło doskonale. Albo Kyle tracił głos, albo Jamie gubił kostki, albo ja zrywałam struny. Zawsze coś.

Michael miał jednak wręcz anielską cierpliwość. Trudno się dziwić – miał czwórkę dzieci, widocznie to, co działo się na próbach było przy nich niczym. Aktualnie Kyle kłócił się z Jase’em – naszym perkusistą – o to, że ponoć gra nierówno. Co zresztą nie było prawdą, bo to Kyle nie trzymał rytmu przez całą próbę. Michael tymczasem stał przy konsolecie z kubkiem kawy i udawał, że niczego nie słyszy.

Ja oparłam się o wzmacniacz, gitarę niedbale opierając o kolano. Czułam lekki ból w opuszkach palców – znak, że próba była dobra. Nie byłam zmęczona. Raczej pełna energii i przeświadczenia, że trasa zapowiada się fenomenalnie.

Jamie usiadł obok mnie z butelką wody.

– Trzymaj. I nie wmawiaj mi, że nie jesteś zmęczona.

– Bo nie jestem – odparłam, ale i tak wzięłam od niego butelkę.

– Coraz lepiej wychodzi ci ten riff – ocenił. – Popracujemy nad nim jeszcze po próbie, ale jest już dużo lepiej.

Uśmiechnęłam się. Żadnych dużych komplementów i odrobina krytyki. Jak zawsze. I do tego nutka troski, nawet gdy jej nie potrzebowałam.

– Po próbie, mój drogi, to mamy do rozpisania zaproszenia, muszę umówić się na makijaż, na włosy… – zaczęłam wyliczać. – Nie mamy czasu na tak prozaiczne rzeczy jak granie.

– Racja – Jamie objął mnie ramieniem. – Ale i tak sugerowałbym przynajmniej piętnaście minut na ćwiczenia.

– Jamie, daj jej spokój – wtrąciła z uśmiechem Aaliyah. – Czymże jest gra na gitarze przy przygotowaniach do ślubu. Jest wystarczająco dobra.

– Wszyscy jesteśmy – oburzył się Kyle.

– Ty będziesz dobry dopiero wtedy, gdy odetnę ci kabel od mikrofonu – mruknął beznamiętnie Michael, nawet na niego nie spoglądając. – Ogólnie myślę, że dacie radę. Ale zastanawiam się, czy nie potrzebujecie jakiegoś wsparcia. Nie macie basisty, a nie możemy non stop lecieć na playbacku.

– Przecież ja potrafię grać na basie – Kyle wzruszył ramionami.

– Tak, ale jednocześnie nie masz na tyle podzielnej uwagi, żeby jednocześnie śpiewać i grać. Zresztą, nie chodzi o sam bas. Przyda się ktoś w zapasie. Ktoś, kto będzie w stanie zastąpić każdego z was w razie choroby.

– Mówisz to takim tonem, jakbyś już dobrze wiedział, kogo nam podrzucić – prychnęłam.

Michael uśmiechnął się krzywo.

– Bo wiem. Znam jedną osobę, która będzie idealna do tej roli. Jest genialny. Potrafi grać praktycznie na wszystkim, ma dobry wokal…

– Nie tak dobry jak ja… – sprostował Kyle.

Michael przewrócił oczami.

– O niebo lepszy, niż ty. Dodatkowo ogarnia sprawy techniczne, więc pomógłby też mi… Muszę tylko zapytać, czy miałby ochotę z wami popracować.

– Znamy go? – zapytał Jason.

– Wy tak. Ashley chyba nie miała przyjemności.

– Jak się nazywa? – dopytałam.

– Noah – odpowiedział. – Noah Weaver. Wokalista, gitarzysta i pianista w Ashfield Memory. 

Wzruszyłam ramionami.

– Nic mi to nie mówi. Ani człowiek, ani zespół.

Michael zaśmiał się pod nosem.

– To znaczy, że wcale nie zaszedłem z nimi tak daleko, jak sądziłem. Pracował ze mną nad pierwszą waszą płytą, zanim ty dołączyłaś do Rising. Zdaje się, że Kyle nawet był na jego ślubie.

Kyle uciekł wzrokiem na bok.

– Mogłem być, ale prawdopodobnie byłem zbyt pijany, żeby teraz być tego pewnym – rzucił. – Nie no. Pamiętam go. Jeśli masz nam kogoś dorzucać, to to będzie dobry wybór. Kiedy do nas dołączy? Powinniśmy zrobić razem jakieś próby.

– Spróbuję go ściągnąć na następną próbę. Jeśli potem zgodzi się na tą fuchę, to jeszcze przed świętami zaczniecie trenować. Aczkolwiek znając jego, równie dobrze możecie zacząć tydzień przed trasą. Nie znam nikogo, kto miałby tak dobry słuch muzyczny, jak on. Zagracie mu coś raz, a on za pięć minut będzie miał to ogarnięte.

Wow. Kimkolwiek był ten Noah, Michael mówił o nim jak o jakimś jebanym mistrzu. Biedak pewnie bardzo się rozczaruje, gdy zobaczy nas i nasze kłótnie o podstawowe pierdoły.

– To daj znać – powiedział Kyle. – Albo niech napisze bezpośrednio do mnie. Jeśli ktoś ma nam pomóc, to to musi być on.

15 października 2014, 18:21, dom Jamiego, pracownia Mandy

Jamie nie mieszkał sam. Od dawna dzielił dom ze swoją dwudziestojednoletnią siostrą. W małej pracowni Mandy Lanham spędzałam stanowczo za dużo czasu. Studentka historii sztuki, początkująca projektantka, miała nieoceniony talent, ale jednocześnie momentami zapominała, że moja suknia nie jest jedynym zmartwieniem przed ślubem. Nie dało się jednak ukryć, że była zaangażowana na maksa.

– Mandy, długo jeszcze? – jęknęłam, gdy zaczęła ciąć materiał bezpośrednio na mnie. – Nie prościej byłoby, gdybyś wzięła wymiary i zaczęła szyć?

Mandy zmarszczyła brwi i popatrzyła na mnie takim wzrokiem, jakbym właśnie powiedziała coś niedorzecznie głupiego.

– Słuchaj, złotko. Tak mogę ci uszyć sukienkę na jakąś galę, kostium na koncert, ale nie coś, w czym masz poślubić mojego brata. Będę patrzeć na zdjęcia do końca życia i zastanawiać się, co zjebałam. Stój prosto i przestań się ruszać.

– A oddychać mogę? – prychnęłam.

– Jeszcze słowo, a tego też ci zabronię.

Więc stałam. Mandy z ogromną precyzją nakładała kolejne poprawki. W końcu, po jakiejś półgodzinie, Jamie wszedł do nas z kubkiem herbaty, chcąc sprawdzić postępy.

– Spieprzaj – poleciła Mandy. – Nie wolno ci zobaczyć swojej narzeczonej w sukni przed ślubem.

Jamie wygodnie rozsiadł się przy biurku i położył na nim nogi.

– To są strzępy tiulu, nie sukienka.

– To dokładnie ta sama sytuacja, gdy ty nazywasz nędzne dwa riffy nową piosenką – Mandy nie pozostała mu dłużna.

– Dobra, nie było tematu – Jamie rozłożył ręce. – Długo będziecie tu siedzieć? Bo ja jednak nalegałbym, żebyśmy chwilę poćwiczyli ten utworek…

– Da sobie radę – odparła Mandy, jakby znudzonym tonem.

Ja jednak wzięłam stronę Jamiego.

– Mandy, on ma rację. Sukienka może zaczekać. A próba jest jutro rano. W dodatku z jakimś „gościem specjalnym” – nakreśliłam w powietrzu cudzysłów i przewróciłam oczami.

Jamie podał mi rękę, żebym mogła zejść z podwyższenia.

– I właśnie dlatego powinniśmy poćwiczyć. Wypadałoby się pokazać z tej lepszej strony.

– Tia, a potem Kyle zacznie przeprowadzać rozmowy wychowawcze z własnym mikrofonem.

Jamie wzruszył ramionami.

– To Noah go zastąpi.

15 października 2014, 19:00, dom Jamiego, sypialnia

– Ty znasz tego całego Noah? – zapytałam, gdy Mandy łaskawie pozwoliła mi wyjść.

– Mhm – przytaknął Jamie, podając mi gitarę. – Michael wcale nie przesadza. Gość jest pieprzonym wirtuozem. Raczej nie ma w zwyczaju nic chwalić, ale też nie krytykuje dla samego faktu. Sporo mi doradził na początku. I chyba tylko dzięki niemu nasza pierwsza płyta jakkolwiek się przyjęła. Michael zlecił mu miks i mastering, zrobił z tego jebane dzieło sztuki.

– Czyli kolejny narzekający nudziarz jak Michael? – mruknęłam. – Wspaniale.

– Nieee – zaprzeczył Jamie. – Jest zaskakująco w porządku. Dobra. Bierzemy się do roboty zanim Mandy zacznie drzeć mordę z góry, że próbuje się zrelaksować.

Podłączyłam gitarę. Jamie usiadł obok mnie i zaczęliśmy grać.

Uwielbiałam z nim ćwiczyć i występować. Między nami zawsze była wyjątkowa więź. Jedno doskonale znało każdy kolejny akord drugiego. Jeśli jedno się pomyliło, drugie od razu kryło każdy błąd. Nawet na próbach, nie musieliśmy słuchać perkusji ani zawodzenia Kyle’a. Tylko siebie nawzajem. Zawsze działało. Może dlatego, że było to dla nas naturalne. Od lat graliśmy razem. Jamie mnie zresztą uczył. Wiedział, gdzie błyszczę, a gdzie popełniam błędy. Wiedział, gdzie zostawić mi przestrzeń, a gdzie zakryć pomyłkę. Nie miałam pojęcia, czy inni też odczuwają taką więź. Ta między nami była wyjątkowa.

– Mylisz akord – przerwał w końcu i delikatnie ułożył moje palce na gryfie. – Zamień palce, nie te struny.

– To była improwizacja – uśmiechnęłam się niewinnie.

Jamie lekko pocałował mnie w czoło.

– To następnym razem chociaż trzymaj się jednej tonacji. Jeszcze raz.

– Ja jednak proponuję przerwę na szluga – zarządziłam, wyciągając triumfalnie paczkę papierosów.

Jamie pokręcił głową.

– Zdecydowanie powinnaś to ograniczyć – ocenił.

Wzruszyłam ramionami i otworzyłam drzwi balkonowe.

– Jamie, równie dobrze jutro może mnie potrącić auto. Nigdy nie wiadomo, czy szybciej wykończą mnie papierosy, czy nieszczęśliwy wypadek.

– Nic cię jutro nie może potrącić – szepnął, obejmując mnie od tyłu w talii. – Nie zapominaj, że niedługo bierzemy ślub.

Zachichotałam.

– Jestem tutaj codziennie tylko po to, żeby przymierzyć suknię ślubną, która praktycznie nie istnieje. Nie mogę o tym zapomnieć. I nawet nie wiesz, jak bardzo nie mogę się doczekać, żeby wejść na scenę już pod twoim nazwiskiem – powiedziałam cicho, obejmując go jedną ręką za kark.

Jamie wyjął z mojej ręki papierosa i przysunął mnie bliżej siebie.

– Osobiście cię zapowiem – obiecał, ujmując mój podbródek.

Pocałował mnie. Delikatnie, z tą typową dla siebie czułością. Żadnego zbyt gwałtownego ruchu. Był spokojny, łagodny, jak za pierwszym razem.

– Kocham cię – uśmiechnęłam się.

– Wiem – Jamie odwzajemnił mój uśmiech. – Ja ciebie też.

Przytuliłam się do niego. Pachniał tak bezpiecznie. Słodko, jakby z nutką wanilii, ale bardzo elegancko. Nie zmieniał tych perfum od lat, a mi od zawsze kojarzyły się wyłącznie z nim. Uwielbiałam je. W połączeniu z zapachem świeżo mielonej kawy tworzyły zapach mojego ukochanego miejsca na świecie. Jego domu. Zawsze dopełnionego krzykami Mandy i czasem rozkosznym śmiechem Ninnie, dziesięcioletniej siostrzyczki mojego narzeczonego, którą każdego weekendu zabierał do siebie. Już nie mogłam się doczekać, żeby tam zamieszkać. I tak zresztą powoli przenosiłam swoje rzeczy, żeby nie robić tego na ostatnią chwilę.

Rzuciłam okiem na mój pierścionek zaręczynowy. Czasem nadal nie dowierzałam, że mam wyjść za Jamiego. Kochałam go od co najmniej dziesięciu lat. Przez połowę tego czasu był dla mnie niespełnionym marzeniem. A potem stał się całym moim światem.

I już na zawsze miał nim zostać.