16 października 2014, 11:15, studio nagraniowe Michaela i Aaliyah
Dla Rising Anxiety nie było nic gorszego, niż poranne próby. Tylko Jamie i Jase byli na niej na czas, ale co z tego, jeśli jeden próbował w skupieniu nastroić gitarę, a drugi akurat z nudów walił w bębny. Ja weszłam spóźniona jakieś piętnaście minut, z wielkim kubkiem kawy w ręce i wyglądająca jak zombie. Znowu zapomniałam ustawić budzika. Nadal nie było Kyle’a. Żadna nowość. Praktycznie zawsze przychodził ostatni. Czasem to byłam ja. Nienawidziłam wstawać rano.
– Ashley Anne Destiny Henderson – usłyszałam głos Michaela.
Padło pełne imię. To nigdy nie wróżyło dobrze. Ja jednak zgrabnie go wyminęłam i ułożyłam się na kanapie.
– Mógłbyś sobie odpuścić – wzruszyłam ramionami. – Nieważne, na którą godzinę przed południem jest próba, ja zawsze przyjdę wtedy, kiedy się wyśpię. To samo Kyle.
Michael tylko westchnął i upił łyk kawy.
– Wiem, i dlatego powiedziałem Noah, żeby był na dwunastą. Wy może i nie szanujecie mojego czasu, ale ja szanuję jego.
– Ale ewidentnie nie szanujesz jego zdrowia psychicznego, skoro chcesz, żeby z nami pracował – oceniłam, schylając się do futerału, żeby wyjąć gitarę.
Michael wzruszył ramionami.
– Nazwijmy to rewanżem za to, ile nerwów mi zepsuł u początku swojej kariery. Doceńcie zresztą, że próbuję wam pomóc. Ale jeśli Kyle nie pojawi się przed nim, to cienko to widzę.
– DOTARŁEM! – drzwi otworzyły się z impetem i stanął w nich Kyle.
Wyglądał, jakby dopiero się obudził i od razu wsiadł w samochód, żeby tu przyjechać. Dałabym sobie rękę uciąć, że jest w piżamie.
Zachichotałam pod nosem.
– Ja widzę to cienko nawet pomimo, że pojawił się tutaj przed nim – oceniłam, wymownie wskazując na ubiór naszego wokalisty.
Michael pokręcił głową z politowaniem.
– Pozwolę sobie tego nie skomentować. Kyle, idź gdzieś na stronę się rozśpiewać. Ash, bardzo doceniłbym, gdybyś mniej gadała, a więcej grała.
Przewróciłam oczami.
– Czekaj, dopiję kawę. A zaraz potem wyjdę zapalić. Znaj moje dobre serce, zrobię to na balkonie.
16 października 2014, 12:00, studio nagraniowe
W momencie, gdy wróciłam z balkonu, otworzyły się również drzwi wejściowe. Perfekcyjnie. Nie zdążyłam zagrać nawet jednego akordu.
Mężczyzna nie wyglądał, jakby przyszedł na próbę zespołu rockowego. Ani nawet na osobę, która wstała chwilę temu i szybko przyjechała do studio. Wszedł spokojnie, po cichu, ubrany w elegancką koszulę. Każdy kosmyk jego włosów, choć nie były gładko ułożone, wyglądał, jakby był dokładnie tam, gdzie miał być. W ręku trzymał futerał. Nie byle jaki. Porządny, solidny, prawdopodobnie kosztujący tyle, co moja gitara z całym osprzętem.
Ale… O, mój Boże, jaki on był przystojny. Wysoki. Nawet bardzo. Długie przed ramiona, ciemne włosy. Spojrzenie, które zdradzało pewność siebie. Mnóstwo tatuaży na ramionach. I perfumy tak intensywne, że poczułam je na drugim końcu pomieszczenia. Zamiast zwyczajowego kurzu i kabli czułam tylko lekko dymny, drzewny zapach.
Musiałam wpatrywać się w naszego nowego znajomego odrobinę zbyt długo, bo Jamie sprzedał mi dyskretnego kuksańca w żebra.
– Spóźniłem się? – Noah zwrócił się do Michaela.
– Noah, zapewniam cię, że jesteś jedyną osobą, która dzisiaj przyszła na czas – uspokoił go Michael i wskazał na nas ruchem ręki. – Znowu Rising. W nieco powiększonym składzie. Gitarzystka rytmiczna, Ashley.
Noah podszedł bliżej i podał mi rękę.
– Miło mi – zaczął sucho. – Noah Weaver.
– Ashley Henderson – odparłam beznamiętnie. – Nazwiska nie musisz zapamiętywać, bo zaraz wychodzę za mąż.
– Za mnie! – odezwał się Jamie, podnosząc rękę.
– Gratuluję. Ale wolałbym posłuchać waszego grania.
Noah rozsiadł się wygodnie obok Michaela. Jamie podał mi gitarę i pocałował mnie w policzek, zanim odszedł na swoje miejsce. Kyle tymczasem wrócił z rozśpiewki. Noah wydawał się zniesmaczony jego wyglądem. Kyle jednak udał, że tego nie widzi.
– Noah! – zawołał. – Dobrze cię znowu widzieć!
– Ciebie mniej – mruknął Noah, marszcząc brwi. – Mam nadzieję, że twój głos nie odszedł razem z twoim poczuciem stylu.
Mimowolnie zachichotałam. To totalnie brzmiało jak coś, co sama mogłabym powiedzieć na jego miejscu.
– W przeciwieństwie do ciebie, nie muszę nadrabiać braku umiejętności wyglądem – odparł Kyle, patrząc na niego kątem oka.
– Kyle, dość – uciął Michael.
– Jest w porządku, Mike – uspokoił Noah. – Dobra. Zagrajcie coś. Ja posłucham.
Żadnego „a może”, żadnego „czy moglibyście”. Zagrajcie. Brzmiał jakby właśnie wyręczał Michaela.
Więc zagraliśmy. A właściwie spróbowaliśmy zagrać. Minęła może minuta, a Kyle zaczął przyspieszać. Jase próbował go dogonić, a ja, przy tak gwałtownej zmianie tempa, myliłam akord za akordem. Tylko Jamie jakkolwiek trzymał ten utwór w ryzach. Dostosował się do wszystkiego i zdołał zagłuszyć moje pomyłki. Nie ma co. Rising w swojej najlepszej formie.
– Dość – Noah przerwał w połowie utworu.
Wstał i zaczął wytykać każdy błąd. I był pod tym względem jeszcze gorszy, niż Michael.
– Nie będę mówił, że jest źle – zaczął, opierając się o ścianę. Ale brzmi, jakby to było… niedokończone.
Kyle prychnął pod nosem.
– Stary, to jest rock, a nie orkiestra symfoniczna.
– Ale to nie znaczy – Noah zaczął spokojnie – że możecie pozwolić sobie na brak rytmu. Dopiero, gdy fundament jest stabilny, możecie pozwolić sobie na trochę luzu. Teraz tego fundamentu nie ma.
Michael skrzyżował ręce na piersi i popatrzył na nas, jakby chciał powiedzieć „no, dzieciaki, słuchamy”.
– Wokal – ciągnął Noah. – Masz dobrą barwę, mówiłem to od samego początku. Ale zbyt bardzo kierujesz się emocjami. To nie jest złe, ale to nie znaczy, że możesz zapomnieć o rytmie. Gubisz wejścia. Przyspieszasz. Potem zwalniasz. Jakbyś zupełnie nie słuchał zespołu.
– Bo ja to czuję – Kyle wzruszył ramionami.
– Tak, ale twoi znajomi ani publika nie będą zgadywać, co czujesz, jeśli nie będą znali punktu odniesienia.
Spojrzałam kątem oka na Jamiego. On nie był ani trochę poirytowany. Raczej skupiony. Jakby po cichu przyznawał Noah rację.
– Jase i Jamie, ogromny szacun za to, że za nim nadążacie. Ale to właśnie wy, jako zespół, powinniście trzymać tempo, żeby spróbował do niego wrócić.
Przeniósł wzrok na mnie. Spojrzałam na niego beznamiętnie, dając mu jasny sygnał, że cokolwiek teraz powie, ja mam to gdzieś.
– Gitara rytmiczna.
– Ashley – poprawiłam. – Słucham.
– Gitara rytmiczna – powtórzył, akcentując drugie słowo. – Rytmiczna, a zamiast trzymać rytm, gra, jakby była sama.
Uniosłam brew.
– Że co, proszę?
– Nie potrafisz dostosować się do zmiany tempa. Jasne, inną sprawą jest, że powinno być niezmienne, ale na scenie musisz być przygotowana na wszystko. Przy zmianie zaczynasz panikować, w rezultacie robiąc dziury. Nie macie basu, pianina, które by tutaj pomogły. Musisz być dokładna.
– Nie robię dziur – mruknęłam. – To przestrzeń.
– Przestrzeń działa wtedy, gdy ktoś ją wypełnia. Tutaj nie ma kto jej wypełnić. Robisz dziurę – powtórzył. – Rock ma być surowy. Ale nie pusty.
– Może nie każdy zamierza grać pod linijkę? – zapytałam. – Może my chcemy robić muzykę i dobrze się nią bawić?
Chwila ciszy. Nawet Michael dyskretnie się wycofał, jakby nie był gotowy na moje starcie ze znacznie bardziej doświadczonym muzykiem.
Noah zrobił krok w moją stronę.
– Michael poprosił mnie o pomoc. Nie zamierzałem mu odmówić, ale jeśli mamy współpracować, chcę, żebyście mnie posłuchali.
– Gramy dobrze – odparłam sucho.
– Potencjalnie nawet bardzo dobrze – zgodził się Noah. – Ale to ogromna różnica. Nie wejdę na scenę z bandą dzieciaków i nie zepsuję całej swojej reputacji w jeden występ.
Wzruszyłam ramionami.
– Nie będę płakać. Jeśli wydaje ci się, że byle muzyk może przyjść na naszą próbę i krytykować wszystko, co robimy, to jesteś w wielkim błędzie.
– Dlatego jeśli mamy razem pracować, to chciałbym jak najszybciej, żeby do trasy mieć wszystko ogarnięte. Nie chcę dla was źle. Pomogłem Rising z pierwszą płytą, to pomogę i teraz.
– Ja nie chcę twojej pomocy – rzuciłam sucho. – Nie będziesz mi mówił, jak mam pracować, jeśli robię to samo od lat i zawsze było dobrze.
Noah podszedł bliżej. Podniósł rękę i przesunął palec po moim podbródku, zanim zdążyłam zaprotestować. Wzdrygnęłam się lekko.
– Ładna buźka to trochę za mało, żeby być dobrą artystką w tej branży – powiedział, zabierając rękę.
Posłałam mu groźne spojrzenie. Był bezczelny. Wyniosły. Uważał się za jebanego mistrza. Nas przy tym traktując jak amatorów.
Już wiedziałam, że go znienawidzę po pierwszej wspólnej próbie.
– To na co, kurwa czekasz? – zapytałam. – Bierz instrument i pokaż, jak to się robi, skoro twierdzisz, że zrobisz to lepiej.
Zaśmiał się krótko. Poszukałam ratunku u Michaela. Wyglądał na wściekłego. Tylko jeszcze nie wiedziałam, czy na mnie, czy na Noah.
– W porządku – odparł beztrosko Noah. – Jamie i Jase, mogę was poprosić o pomoc?
Chłopaki skinęli i wrócili na swoje miejsca. Ja tymczasem podeszłam do Michaela.
– Jeśli podpiszesz z nim kontrakt, rezygnuję – szepnęłam.
Michael objął mnie ramieniem.
– To posłuchaj i powiedz mi, czy nadal tak uważasz.
Noah wyjął instrument i podszedł go podłączyć. Każdy jego ruch był spokojny, nigdzie się nie śpieszył. Emanował pewnością siebie. Wiedział, że jest gwiazdą. Jebany narcyz.
Dobra. To ostatnie cofnęłam, gdy zaczął grać. Słyszał ten utwór pierwszy raz, a zagrał go doskonale. Ani razu nie zgubił tempa. Dodawał jakieś ozdobniki, ale wszystko trzymało się kupy.
A gdy zaczął śpiewać… o, Boże. Już wiedziałam, o co chodziło mu przy Kyle’u. Jego wokal był emocjonalny, ale czysty, miarowy, jakby śpiewał do metronomu. Jakby był nie z tej ziemii.
W połowie utworu przesiadł się z gitary na pianino. Od razu było widać, że to jego ukochany instrument. Właściwe dźwięki zdawały się same podchodzić mu pod palce. Skąd Michael, do cholery, go wytrzasnął?
Gdy skończyli, Noah popatrzył na mnie wyczekująco.
– Dobra – założyłam ręce na piersi. – Nienawidzę siebie za to, że to mówię, ale jesteś dobry.
Noah uśmiechnął się z wyższością.
– Wiem.
Przewróciłam oczami. Z każdym słowem coraz bardziej go nie lubiłam. Przynajmniej mógł podziękować.
– To jaka decyzja? – Michael zwrócił się do Noah.
Noah popatrzył na nas wszystkich. Zatrzymał się chwilę dłużej na mnie.
– Podejmę się tego – poinformował. – Ale do pensji dorzuć mi rolkę taśmy, żebym mógł zakleić usta gitarzystce, jak znowu zacznie mi naskakiwać.
– NIE MÓW TAK O MOJEJ NARZECZONEJ – wtrącił ostro Jamie.
Noah wzruszył ramionami.
– Sama sobie na to zasłużyła – powiedział sucho. – Coś jeszcze? Bo muszę odebrać dziecko ze szkoły.
Zdziwiłam się. Dziecko? Ktoś chciał mieć dziecko z tym kimś?
Dopiero teraz zobaczyłam obrączkę na jego lewej ręce. Jego żona musiała mieć anielską cierpliwość. Albo on musiał być tak nadziany, że przymykała na to oko. Ewentualnie dobry w łóżku.
Nie, stop. Nie chciałam o tym myśleć. Jeśli zawsze zachowywał się tak jak teraz, to nie zdziwiłabym się, gdyby nawet w takiej sytuacji pouczał własną żonę.
– Nie. Dam ci znać, kiedy jest następna próba. Liyah wyśle ci setlistę i wszystkie nuty. Możesz jechać, zanim Lily zacznie się niepokoić, że o niej zapomniałeś.
Noah się uśmiechnął. Inaczej. Ciepło. I, cholera, wyglądał z tym uśmiechem jeszcze lepiej.
– Nigdy w życiu – zapewnił.
Pożegnał się z chłopakami szybkim podaniem ręki. Chwilę się zawahał, zanim podszedł do mnie.
– Nie wysilaj się – mruknęłam. – I tak cię nie polubię.
Noah puścił mi oczko. Przewróciłam oczami. Najpierw skrytykował każdy mój ruch, a teraz próbował być miły? Niedoczekanie.
– Jeszcze zobaczymy.
Mhm. Jasne. Ja już zobaczyłam. I wyczuwałam, że pozabijamy się nawzajem, zanim wyruszymy w trasę.
Próbę dokończyliśmy bez niego. Poszło nawet całkiem sprawnie. Kyle chyba wziął do serca uwagi Noah, bo istotnie starał się trzymać rytmu. Ja po prostu robiłam swoje.
– Michael, mogę zająć ci pięć minut? – zapytałam, gdy zaczęliśmy się zwijać.
Michael nawet nie podniósł głowy znad laptopa.
– Miałem cię prosić o to samo. Zostań, proszę.
Poczekaliśmy, aż wszyscy się zawiną. Dopiero wtedy Michael wstał od laptopa i stanął nade mną z założonymi rękami.
– Słucham. Mów pierwsza – polecił.
– Nie będę pracowała z tym… kimś – powiedziałam stanowczo. – Jest bezczelny. Zarozumiały. I zachowuje się jak totalny dupek.
Michael prychnął pod nosem.
– Ty zachowałaś się dokładnie tak samo.
– Ktoś musiał mu pokazać jego miejsce, jeżeli ty nie potrafiłeś się odezwać.
– Jak mogłem mu przerwać, jeśli miał rację?
– Michael, mamy fanów. Ludzie przychodzą na nasze koncerty. To o czymś świadczy.
– O tym, że macie charyzmę. Ale nie o tym, że jesteście stabilni.
– Nie będę z nim pracowała – oświadczyłam.
Michael westchnął i usiadł obok mnie.
– Ash, mała… Czy ja kiedykolwiek wcisnąłem wam kogoś, kto wam zaszkodził?
– Jest bezczelny.
– Dokładnie tak, jak ty.
– Jest arogancki.
– Konkretny.
– Jest sztywny.
– Profesjonalny.
– Irytuje mnie.
– Bo mówi rzeczy, których ty bałaś się usłyszeć na głos.
Oparłam się o oparcie.
– Nie ma prawa mówić mi, jak mam grać. Jamie mnie uczy. Z nim zawsze jest dobrze. I wszystko działa.
– Bo Jamie cię zna. Jeśli coś spieprzysz, on cię uratuje. Noah nie będzie cię ratował. On cię popchnie dalej.
– Tia – prychnęłam. – Prosto w przepaść.
– W rozwój.
Zapadła chwila ciszy.
– On zawsze jest tak bezczelny? – zapytałam w końcu.
– Nie był bezczelny. Był profesjonalny. Ale zyskuje przy bliższym poznaniu. To mój najlepszy kumpel.
– Ja nie zamierzam się z nim kolegować.
– Nie musisz.
– Nie polubię go.
– Wcale nie musisz.
– Nie będę go słuchać i udawać, że mnie to nie rusza.
– To dobrze. Bo on wcale by tego nie chciał.
Uśmiechnęłam się krzywo.
– Nienawidzę cię czasami – powiedziałam.
– Wiem – Michael lekko mnie przytulił. – Ale kiedyś mi za to podziękujesz. Noah nie jest tutaj, żeby zabrać ci miejsce. Tylko po to, żeby pokazać ci, jak duże ono jest.
Zamilkłam.
– Daj mu tydzień – zakończył. – Jeśli za tydzień przyjdziesz do mnie i powiesz mi, że nie da się z nim pracować, to nie podpiszę z nim kontraktu.
– Jeden tydzień – zgodziłam się. – I ani dnia dłużej.
Michael skinął głową.
– Umowa stoi.
