19 października 2014, 16:21, moje mieszkanie, własne studio
Dobra, może i uważałam Noah Weavera za bezczelnego dupka, ale nie dało się ukryć, że wjechał mi na ambicje. Siedziałam całe dnie w moim małym, prymitywnym studio, ćwicząc całą setlistę. Każdy utwór nagrywałam i odsłuchiwałam, żeby wyłapać błędy. Miał rację. Nie zawsze trzymałam rytm. Ale to nie zmieniało faktu, że zachowywał się bezczelnie.
Dzisiaj próba miała być o szóstej. Dość późno, ale nasz nowy pomocnik stwierdził, że każdego dnia po szkole uczy swoją córeczkę gry na pianinie i nie zamierza jej tego odmawiać. Wobec tego Michael zgodził się przełożyć próbę na późniejszą godzinę. Cokolwiek by nie mówić o Noah, wyglądało na to, że mała jest dla niego naprawdę ważna. Ciekawe, czy jej też tak wytykał błędy, jak nam.
Dzwonek do drzwi. Pewnie Jamie, nikt inny raczej się u mnie nie pojawiał.
– WCHODŹ, OTWARTE!
Jamie pojawił się w mojej salce kilka sekund później.
– Shee? Ty ćwiczysz? Sama? – zaśmiał się.
– Tak, kurwa – mruknęłam. – Nie zamierzam po raz drugi wysłuchiwać od tamtego sukinsyna, że gitara rytmiczna nie potrafi grać w rytmie.
Jamie pokręcił głową, usiadł obok mnie i pocałował mnie w skroń.
– Czyli jednak go słuchasz. Dobrze. Mówił z sensem.
Popatrzyłam na niego.
– Mówisz tak tylko dlatego, że do ciebie nie miał żadnych uwag.
– Nie. Mówię tak, bo miał rację. Zamiast przyspieszać do Kyle’a, powinniśmy jeszcze bardziej trzymać rytm, żeby on do niego wrócił.
– Wszyscy wiemy, że nie wróci. Lepiej weź jakąś gitarę i zagraj ze mną, skoro tu jesteś.
– Daj spokój – Jamie odebrał mi gitarę i ostrożnie odłożył ją na stolik. – Jesteś dość dobra. I tak ogarniesz to dopiero, gdy będziemy wszyscy. Liczyłem raczej, że dasz się wyciągnąć na kawę przed próbą. Sam grałem przez ostatnie kilka godzin i nie czuję, żebym potrzebował choćby minuty dłużej.
– Orzechowa latte z bitą śmietaną? – uniosłam brew.
Jamie się uśmiechnął.
– Nawet dwie, żebyś jedną mogła zabrać na próbę – obiecał. – Pakuj gitarę i jedziemy.
– Chwila – zatrzymałam go. – Potrzebuję trochę czasu, żeby się ogarnąć.
– Jasne. To ogarnę sprzęt za ciebie. I zrobię sobie coś do jedzenia. Znając ciebie, to może chwilę zająć.
– Powodzenia. W lodówce znajdziesz samo światło i pół butelki wina – zachichotałam. – Czerwony Ibanez, pamiętaj!
– Jakbyś jeszcze miała cokolwiek innego – odparł Jamie, biorąc do ręki moją ukochaną gitarę. – Leć. Nie marnuj czasu.
19 października 2014, 17:57, studio nagraniowe Michaela i Aaliyah
Jamie bardzo dokładnie pilnował czasu. Na próbę wpadliśmy niemal punktualnie, każde z gitarą na ramieniu i kubkiem kawy. Noah i Jason już tam byli. Jase wybijał jakiś prosty rytm na bębnach, a Noah siedział na kanapie, z nogami wyciągniętymi na stolik i papierosem w ręce.
Jakbym widziała siebie w męskiej wersji.
Podeszłam do niego i dźgnęłam w łydkę obcasem buta.
– Spieprzaj. To moje miejsce. I moje zajęcie – mruknęłam.
Noah wzruszył ramionami i wypuścił dym prosto w moją twarz.
– Zmuś mnie – odparł beztrosko.
Dobra. Był aż pociągająco bezczelny, gdy tylko nie krytykował mojego grania.
– Idź, zanim wsadzę ci tego szluga w dupę.
– Noah, na litość Boską, bądź mądrzejszy od niej i zejdź jej stamtąd – wtrącił Michael. – Nie odpuści. A ja wolę zachować swoje nerwy na później, zamiast rozpuszczać się nad jej dramatyzmem.
Noah niechętnie wstał i teatralnie się skłonił, robiąc mi miejsce. Zanim jednak usiadłam, podstawił mi nogę, przez co straciłam równowagę i upadłam na kanapę.
– Kurwa, Weaver – jęknęłam.
Uśmiechnął się z wyższością.
– To za to, że wbiłaś mi obcas w nogę.
Zaśmiałam się cicho i odpaliłam papierosa. Kurwa. Nie był taki zły. Przynajmniej dopóki nie graliśmy.
– Mów tak dalej, a mniej krytykuj, to może zacznę cię tolerować.
– To się zaraz okaże – powiedział spokojnie Noah.
– Nie takie zaraz – Jason przeciągnął się leniwie za perkusją. – Kyle nie będzie wcześniej, niż za pół godziny.
– Żaden problem – ocenił Noah, zakładając na ramię gitarę basową. – Zaśpiewam. Michael, jeśli Kyle wejdzie w trakcie, możesz go jeszcze wysłać na dół po kawę. Ktoś musi go nauczyć punktualności.
Michael tylko pokazał uniesiony w górę kciuk.
– Dobra. Na miejsca, panowie – zarządził Noah
Popatrzyłam na niego wymownie. Natychmiast się poprawił.
– Panno Henderson, proszę podejść, gdy panienka będzie gotowa – dodał, siląc się na teatralną grzeczność.
– Jak dopalę – wzruszyłam ramionami. – Wcześniej nie wyjdę.
– Do tego musisz przywyknąć – wtrącił Jamie. – To jest jej najświętsza zasada.
– Spoko – ocenił Noah. – Uszanuję to, dopóki nie będzie to pięć minut przed wyjściem na scenę.
– Będzie – mruknęłam. – Przyzwyczajaj się.
Noah tylko pokręcił głową.
– Strasznie trudno cię polubić.
– Tia, z tobą wcale nie jest lżej – odparłam, wyrzucając peta przez otwarte okno. – Mogę zaczynać.
Jamie podał mi gitarę. Szybko zagrałam krótką rozgrzewkę i stanęłam między nim a Noah.
Jase zapodał rytm. Weszłam zaraz po nim, skupiona jak nigdy. Wsłuchiwałam się w rytm, grając ostrożnie, takt po takcie. Nie wiedziałam tylko, na ile była to moja zasługa, a na ile po prostu Noah śpiewał równo.
Kyle wszedł do nas w połowie utworu. Tak, jak polecił Noah, Michael natychmiast wysłał go na dół. Piosenkę dokończyliśmy z innym wokalem. I to tak dobrym, że zaczynałam mieć wątpliwości, czy w ogóle potrzebujemy Kyle’a.
– Dobrze poszło – ocenił Noah.
– Oczywiście, że poszło – prychnęłam. – Przez ostatnie dwa dni nie wypuszczałam gitary z rąk, byle tylko nie słuchać twojego pierdolenia za każdym razem, gdy coś spieprzę.
Noah popatrzył na mnie z uniesioną brwią.
– A to nie ty na ostatniej próbie powiedziałaś, że nie będziesz mnie słuchać?
Wzruszyłam ramionami i odpaliłam papierosa, ignorując wymowne spojrzenie Michaela.
– A kto powiedział, że zrobiłam to dla ciebie? – odparłam. – Zrobiłam to dla świętego spokoju.
– I tak dobrze. W porządku, zróbmy sobie chwilę przerwy i poczekajmy na Kyle’a. Zobaczymy, czy on też wyciągnął jakieś wnioski.
– To brzmi bardzo optymistycznie – mruknęłam.
Noah wyjął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. Tym razem Michael już go zatrzymał.
– O, nie, nie. Noah i Ash, wynocha na balkon. Niektórzy tutaj chcieliby mieć czym oddychać.
19 października 2014, 18:24, dom Michaela i Aaliyah, balkon
Nie powiem, było to dość niezręczne. Dwoje ludzi na jednym balkonie, stojących możliwie najdalej od siebie, nie wymieniając nawet jednego słowa przez dłuższą chwilę. W końcu ja ją przerwałam.
– Powiesz mi w końcu, że jestem dobra, czy jednak potrafisz tylko krytykować? – zaczęłam.
Noah pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
– Zobaczymy, jak sobie poradzisz, gdy wejdzie Kyle. Ja nie mam w zwyczaju przyspieszać.
– Czyli nie tylko mnie nie pochwalisz, ale też zaczniesz się wywyższać? – prychnęłam. – Słodko.
Noah popatrzył na mnie kątem oka.
– Czy ty zawsze jesteś tak bezczelna?
– I kto to mówi?
– Ashley – Noah złagodniał. – Nigdy nie powiedziałem, że uważam cię za złą gitarzystkę. Jesteś dobra i widzę, że dużo nad tym pracowałaś. Tylko nie daj się wybić z rytmu Kyle’owi. To on ma gonić was, nie wy jego.
– Nie powiedziałeś? – powtórzyłam, wypuszczając dym z ust. – A kto ostatnio stwierdził, że, cytuję „ładna buźka to za mało żeby być dobrą artystką?”
Noah uśmiechnął się zadziornie.
– Chciałem ci tym wjechać na ambicję – wyjaśnił beztrosko. – Od razu wyczułem, że nie będziesz chciała mnie słuchać.
Kurwa. On był niemożliwy. Nawet lepszy niż ja.
– Poza tym, hej – ciągnął. – To prawie był komplement.
– Ja ci dziękuję bardzo za takie komplementy – prychnęłam. – Nie mogłeś kulturalnie powiedzieć „hej, Ash, ładnie wyglądasz”?
Noah wzruszył ramionami.
– Nie leży to w mojej naturze.
– To twoja żona musiała mieć oczy bardzo głęboko w twoim portfelu, skoro zgodziła się za ciebie wyjsć – rzuciłam beztrosko.
Nie zmieszał się nawet na sekundę. Nawet lekko się uśmiechnął.
– Dokładnie tak było – wyznał, wzdychając cicho. – Ożeniłem się tylko po to, żeby moja córka miała kogoś w rodzaju mamy.
Omal nie zachłysnęłam się dymem. Chciałam rzucić coś złośliwego, a trafiłam w samo sedno.
– To nie jest jej dziecko? – zdziwiłam się.
Zaśmiał się cicho.
– Moja Lily ma jedenaście lat. Lauren dwadzieścia siedem. Oczywiście, że nie. Zresztą, moja też nie jest. Nie biologicznie. Zaadoptowałem ją kilka lat temu.
Z każdym jego słowem byłam coraz bardziej zdziwiona. Dopiero co mówiłam, że jest bezczelnym narcyzem, a teraz trochę było mi go żal. Cholernie przystojny, odpowiedzialny, a ożenił się z kimś, kto go nie kocha.
– To… szlachetne – powiedziałam cicho, nie mogąc znaleźć lepszego określenia.
– Zrobiłem, co do mnie należało. Lily jest zresztą przekochana, na pewno kiedyś tu z nią przyjdę. I przepięknie gra na fortepianie. To jeszcze małe dziecko, ale nigdy nie spotkałem kogoś, kto tak bardzo czułby to, co gra.
– O, Boże – uśmiechnęłam się lekko. – A już się zastanawiałam, czy ją też tak krytykujesz.
– Skądże. Jak na swój wiek jest naprawdę dobra. Niestety, nie podziela mojej miłości do gitary, ale też coś tam potrafi.
– To dziecko ma jakieś inne zajęcia niż granie? – prychnęłam.
– Ma, chodzi do szkoły – odparł beztrosko Noah. – A tak poważnie, nie narzucam jej tego. Sama to wybiera. Zabawki i komputer mogą dla niej nie istnieć.
Mówiąc o Lily, z każdym słowem uśmiechał się bardziej. Nie dało się nie zauważyć, że rozpiera go duma. Musiał być naprawdę dobrym tatą. A przecież nie wyglądał, jakby był dużo starszy niż my. Wizualnie dawałam mu może jakieś dwadzieścia osiem, maksymalnie trzydzieści lat.
– Jednak nie jesteś taki, jak uważałam – oceniłam.
– Tia – prychnął Noah. – Nie jestem najlepszy w robieniu dobrego pierwszego wrażenia.
– Ani trochę – zgodziłam się. – Wyszło ci tylko wizualnie.
Noah uniósł brew.
– Czy to miał być komplement?
– Nadal lepszy, niż twój – wzruszyłam ramionami.
Popatrzył na mnie uważniej. Nie musiał nic mówić, żebym wiedziała, co myśli. Myślał dokładnie to samo, co ja. Że jesteśmy identyczni. I prawdopodobnie że albo w trasie złapiemy bardzo dobry kontakt, albo się pozabijamy, bo żadne nie będzie chciało ustąpić.
– Gdzieś ty była całe moje życie? – zaśmiał się. – Zachowujesz się, jakbyś mogła być moją młodszą siostrą.
– Dobrze że to dodałeś – udałam ulgę. – Inaczej pomyślałabym, że mnie podrywasz.
– A w życiu. Nie jestem w tym dobry. Zresztą, jesteś zaręczona.
– A ty żonaty – przypomniałam.
– Mhm – mruknął Noah. – Póki co.
Przez chwilę wpatrywałam się w niego zdziwiona. A on mówił o tym z taką lekkością, jakby to nic nie znaczyło. Jakby go to wcale nie bolało.
– Wybacz śmiałość, ale po cholerę ty z nią jesteś? – zapytałam w końcu.
– I tak nie zrozumiesz – odparł, przygaszając peta o barierkę. – Chodź już. Próba nie zrobi się sama.
19 października 2014, 18:36, studio nagraniowe
Gdy weszliśmy z powrotem, wszystkie oczy zwrócone były na nas. I wszyscy ewidentnie byli w szoku. Z Michaelem na czele.
– Wow. Nie pozabijaliście się – zauważył.
Ja i Noah popatrzyliśmy po sobie.
– Nie. Ale chyba zaczęliśmy się dogadywać. Nic tak nie łączy ludzi, jak szlug na balkonie – zaśmiałam się.
– Bogu dzięki – mruknął Michael. – Kyle już dotarł. Zagrajcie to jeszcze raz i lecimy dalej. Chciałbym mieć trochę wieczoru dla siebie, zamiast siedzieć tu do późna.
– Ja to samo, także ogarniemy to sprawnie – zgodził się Noah. – Na miejsca. Kyle, jak znowu zgubisz rytm, to osobiście urwę ci łeb.
Kyle tylko przewrócił oczami.
– Pierdol, pierdol. I tak zrobię po swojemu.
Ustawiliśmy się. Noah oddał wokaliście miejsce przy mikrofonie, a sam stanął tuż obok mnie. Znowu pachniał tymi słodkimi, lekko dymnymi perfumami, zmieszanymi z przed chwilą wypalonymi papierosami. I jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, ten zapach był cholernie przyjemny. Aż potrzebowałam sekundy, żeby sobie przypomnieć, że mam zacząć grać.
Skupiłam się maksymalnie. Kyle raz zwalniał, raz przyspieszał, ale mimo to słuchałam perkusji, żeby tylko grać równo. Noah podchodził do każdego z nas, jakby oceniał nie tylko muzykę, ale i technikę.
Wszelkie uwagi jednak zachował na koniec utworu.
– Jase i Jamie, nie mam zastrzeżeń – ocenił. – Ash…
– Co znowu ja? – jęknęłam.
– Jest dużo lepiej – powiedział z lekkim uśmiechem. – Dalej zostawiasz, jak to mówisz, przestrzeń, ale jakoś ją wypełnimy.
– Uznam to za komplement najwyższej rangi – odwzajemniłam jego uśmiech.
– Kyle – westchnął, nawet nie kryjąc rozczarowania. – Nie jesteś na scenie sam. Zacznij w końcu słuchać zespołu, bo inaczej zamiast odsłuchu podepnę ci na słuchawce metronom. I to tak głośno, że nie będziesz w stanie go ignorować.
– Wyjebane – mruknął Kyle. – Lecimy dalej. Jakoś to ogarnę.
No i zaczął ogarniać. Pod sam koniec próby, gdy wszyscy już tracili do niego cierpliwość.
– Robicie postępy – powiedział na koniec Noah, a Michael mu przytaknął. – Jase, Jamie, nawet Ash, byliście niesamowici.
– A ja? – Kyle uniósł brew.
– Przyszedłeś na próbę. Samo to możemy rozpatrywać w kategorii cudu – odparł beznamiętnie Noah. – Myślę, że możemy kończyć. Zwłaszcza, że w domu czeka na mnie dziecko do ukołysania.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Dziewczynka miała jedenaście lat, a Noah nadal ją usypiał? Uroczo. I trochę dziwnie, że jeszcze tego potrzebowała.
19 października 2014, 21:03, dom Noah, pokoik Lily
Noah
Lily czekała już w swoim łóżku. Wiedziała, że do niej przyjdę. Zawsze przychodziłem. Tuliła swoją ukochaną pluszową pandę i patrzyła wyczekująco na drzwi.
– Tata! – ucieszyła się, wyciągając ręce, żebym ją przytulił. – W końcu wróciłeś!
– Hej, księżniczko – szepnąłem, mocno ją przytulając. – Przepraszam. Próba się przedłużyła.
– Na pewno super ci poszło – stwierdziła z rozbrajającym uśmiechem.
Odwzajemniłem go. Ta dziewczynka w sekundę sprawiała, że się rozpływałem.
– Nie wiem – odpowiedziałem przekornie. – Kiedyś wezmę cię ze sobą, żebyś mi to powiedziała.
Lily zrobiła mi miejsce, żebym położył się obok niej. Zrobiłem to, a ona od razu ułożyła się pod moim ramieniem. Była przyjemnie ciężka, ciepła i pachniała słodkim, dziecięcym żelem pod prysznic. Co chwilę ziewała, dając mi tym jasny znak, że uśnie za chwilę. Jakby tylko tego jej brakowało wcześniej. Żebym tam przyszedł i ją przytulił. To nie mogła być moja żona. To zawsze musiałem być ja.
Istotnie, usnęła sekundę później. Ja jednak jeszcze długo leżałem z nią.
Moje myśli krążyły wokół prób. Ale nie wokół muzyki. Tylko wokół gitarzystki. Ashley była… inna. Bezczelna, złośliwa i sarkastyczna. Gdyby rock’n’roll był osobą, byłby właśnie nią. Momentami aż zbyt bardzo przypominała mnie. I, cholera, była śliczna. Może nie instagramowo piękna, ale zadziornie kobieca. Totalnie w moim typie. Wpadła mi w oko w pierwszej sekundzie, gdy zobaczyłem ją w studio.
A potem przedstawiła się jako narzeczona Jamiego. I nie dało się nie zauważyć, że naprawdę go kochała. Może to dlatego byłem dla niej najbardziej krytyczny pierwszego dnia. Sam siebie musiałem przekonać, że to nie jest dziewczyna dla mnie.
Moja czekała dosłownie za ścianą. O ile w ogóle czekała. Pewnie moja nieobecność nie robiła jej żadnej różnicy. Ale za to była grzeczna w stosunku do mojej Lily, zapewniała jej opiekę, gdy mnie nie było… i to w zupełności wystarczało. Ja nie musiałem jej kochać. Ważne, że jej obecność była dobra dla Lily.
Dla jasności. Lubiłem Lauren. I to już od momentu, gdy kilka lat temu zaprosiłem ją pierwszy raz na kawę. Przez długi czas była jedną z moich ulubionych osób na świecie. Śliczna, elegancka, inteligentna… Dopiero później coś zaczęło się psuć, ale dalej mieliśmy do siebie spory szacunek – nawet jeśli ja nie rozumiałem jej branży, a ona mojej.
Chwilę minęło, zanim podniosłem się z łóżeczka Lily. Poprawiłem jej kołdrę i pocałowałem ją w czoło. Lekko uśmiechnęła się przez sen i przytuliła mocniej swoją pandę. Przeuroczy widok. Mógłbym tam stać i patrzeć na nią godzinami.
Wszedłem do swojej sypialni. Lauren już tam była. Nawet nie podniosła na mnie wzroku znad czytanej książki. Siedziała na łóżku, wyprostowana, jakby w każdej chwili była gotowa na zdjęcie. Nie mogłem narzekać, była ładna. W ten obiektywny sposób. Wszyscy twierdzili, że do siebie pasujemy. Inna sprawa, że ona nie była tym, co chciałbym widzieć obok siebie.
– Cześć – rzuciłem, odkładając gitarę w kąt.
Odmruknęła coś, podnosząc wzrok.
– Długo – powiedziała po chwili.
– Próba się przedłużyła – wzruszyłem ramionami. – Nowy zespół. Mają potencjał, ale potrzebują, żeby ktoś wskazał im drogę. Jadę z nimi w trasę.
– W porządku.
Żadnego dopytywania. Kto to, gdzie, kiedy. Beznamiętne przyjęcie informacji. Nic poza tym.
Usiadłem obok niej, zachowując pewien dystans. Natychmiast go jednak przełamała, kładąc się na moim ramieniu. Nie odtrąciłem jej, ale też w żaden sposób nie odwzajemniłem jej bliskości. Zbyt dużo wiedziałem, nawet jeśli ona myślała, że nie.
– Zajmiesz się w tym czasie Lily? – upewniłem się.
– Nie pytaj, skoro to jedyny powód, dla którego tutaj jestem – odparła. – Choć raz mógłbyś zostawić ją, nie wiem, ze swoją siostrą i zabrać mnie ze sobą.
– Nie zabiorę cię – uciąłem. –Tylko tam mogę być sobą. Zresztą, nie czarujmy się. Nie przeżyłabyś pół roku w ciasnym busie z sześcioma innymi osobami, w miejscu, gdzie głównie się pije, żyje w chaosie i gra koncerty prawie co wieczór.
– No nie – zgodziła się. – To ciebie zawsze ciągnęło do tego chaosu.
– I zawsze będzie – zapewniłem. – To jest moje życie, Lou. Jedyne, czego mi wtedy brakuje, to Lily. Gdyby nie ona, mógłbym grać na żywo cały czas.
– No jasne – prychnęła. – Ja się nigdy nie liczyłam.
Pocałowałem ją w czoło. Bardziej odruchowo, niż z potrzeby.
– Doceniam to, co robisz dla Lily – powiedziałem cicho. – I naprawdę cię lubię. Ale wiesz, że gdyby nie ona, to dalej bylibyśmy tylko znajomymi, którzy plotkują przy kawie.
Wyprostowała się i przesunęła palec po mojej klatce piersiowej.
– Nie byłoby mnie tu, gdybym choć trochę ci się nie podobała – mruknęła, przysuwając się bliżej.
– Lauren… – odsunąłem ją. – Jesteś dokładnie tym, czego inni oczekiwali obok mnie. Ale to nie znaczy, że jesteś tym, czego ja bym chciał. I dobrze o tym wiesz.
Moje myśli znowu powędrowały do Ashley. Mała, zadziorna rockmanka. Niechlujny makijaż, roztargane włosy, czarne ubrania, papieros w ręce i przeklinanie na prawo i lewo. Dokładnie to, co ja widziałem obok siebie. Mały, osobisty chaos.
– Lils śpi – zauważyła Lauren, chcąc zmienić temat. – Nie chciałbyś tego wykorzystać?
Przewróciłem oczami. Oczywiście, że nie chciałem. To było jedyne, do czego bywałem jej przydatny, choć jeśli już do czegoś dochodziło, to tylko z poczucia obowiązku. Zwłaszcza, że byłoby to związane z wcześniejszą rozmową o tym, czy Lily powinna mieć rodzeństwo. Z jakichś przyczyn Lauren bardzo naciskała na dziecko, pomimo że nic do siebie nie czuliśmy.
Owszem, Lily powinna mieć rodzeństwo. Ale nie wyobrażałem sobie, żeby to Lauren była mamą tego maluszka. Świadomie to odrzucałem. Jakaś część mnie miała nadzieję, że Lauren jest chwilową przystanią. Nie zobowiązaniem na całe życie.
– Nie chcę – odparłem. – Jestem wykończony. Muszę się ogarnąć i jeszcze posiedzieć nad nowym materiałem.
Lauren nawet nie kryła irytacji. Odwróciła się tyłem i wróciła do czytania. Ja wstałem z łóżka.
– Jutro mam próbę po południu. Odwiozę Lily do szkoły, odbiorę ją i zabiorę ze sobą. Masz cały dzień dla siebie. Ewentualnie jakbyś się bardzo nudziła, możesz dołączyć. Poznasz Ashley.
Padło imię żeńskie. Zareagowała w sekundę.
– Kto to?
– Nowa gitarzystka. Polubicie się.
To drugie było oczywistym kłamstwem, ale jednocześnie czułem, że Lauren powinna się pojawić. Może żeby się uspokoiła, a może żeby zobaczyła, że młodziutka gitarzystka jest dokładnie tym, o czym mógłbym marzyć.
– Ładna? – zapytała.
Nie siliłem się nawet na kolejne kłamstwo.
– Ładna.
– W twoim typie?
Spuściłem wzrok.
– Niestety.
Lauren popatrzyła na mnie uważnie.
– I tylko dlatego, że to powiedziałeś, to jutro się tam pojawię.
