Teraz wyglądam oszołamiająco.
Spoglądam w lustro i nadal nie mogę uwierzyć własnym oczom, na ten dzień czekałam od wieków. Jestem prze szczęśliwa, ale jednocześnie próbuje pozbyć się obaw które nie dają mi spokoju od paru tygodni.
Mam na sobie wymarzoną, śnieżnobiałą suknię z głęboką falbaną, delikatnie opadającą wzdłuż bioder. Zamiast gorsetu — koronkowe ramiączka, które subtelnie oplatają ramiona, dodając lekkości całej sylwetce. Na szyi połyskuje diamentowy naszyjnik Blinh Choker, a uszy zdobią srebrne, wiszące kolczyki z cyrkoniami od jubilera — drobiazgi, które błyszczą przy każdym ruchu głowy. O mało nie zapomniałam o moich białych szpilkach od Christiana Louboutina — tych z charakterystyczną czerwoną podeszwą. Piękne, ale stworzone raczej do siedzenia niż do tańca. Na szczęście mam przy sobie białe trampki, które tak idealnie komponują się z suknią, że niemal znikają z pola widzenia. I choć nie są spektakularne, to właśnie one pozwalają mi swobodnie poruszać się w tej bajkowej kreacji.
Do ceremonii pozostała godzina.
Goście powinni zacząć się zjeżdżać pod kościół, co wnioskuje z natężenia ruchu które pojawiło się znikąd zza oknem do którego podchodzę. Teraz doskonale widać niestety tylko dom sąsiada i kawałek drogi przed domem.
Lepszy widok miałabym z okna w salonie, ale wole nie ryzykować przemieszczania się w tej sukni a zwłaszcza w szpilkach po domu. Nadal rozważam czy założyć je od razu, czy zdjąć je i pójść do auta na boso, a szpilki trzymać po prostu w ręce. Ta decyzja stałą się teraz dla mnie piorytetem.
Wsłuchując się w życie uliczne, wyłapuje odgłos wjeżdżającego na podjazd samochodu a zaraz potem słyszę zbliżające się kroki z korytarza i charakterystyczne trzy głośne pukania do drzwi. Nie muszę się zastanawiać kto stoi za drzwiami, i czeka aż potwierdzę że mogą wejść.
– Wchodźcie!
Wołam śmiało po czym do mojego pokoju wchodzą rodzice. Chyba jako jedyni zawsze cenili moją prywatność i nigdy nie weszli by chociażby bez zapukania w drzwi.
-Cześć córeczko! Wyglądasz przecudownie.
Mama bierze mnie w ramiona i lekko ściska by nie pognieść sukni, czuje też jej piękny zapach perfum, które zawsze używa na specjalne okazję.
Kocham ich zapach!
Przypomina mi same cudowne chwile. Sama ich nazwa brzmi pokrzepiająco “La vie est belle” czyli “Życie jest piękne” czy może być wspanialsza nazwa od tej? Próbuje wciągnąć więcej tego zapachu, lecz zamiast niego wdycham lakier do włosów który spowija jej blond loki.
Kicham i odsuwam się chwiejnym krokiem, bo zakręciło mi się od niego w głowie. Dopiero teraz mogę w pełni dostrzec jej cudowną kobaltową sukienkę z koronką u góry komponującą się z błękitnymi szpilkami, i naprawdę mimo iż moja mama nie należy do osób najszczuplejszych wszystko wspaniale na niej leży.
Ten dzień jest dla nich tak samo ważny jak dla mnie i mojego narzeczonego… a niedługo już męża.
O matulu… męża!
Ta myśl błądzi w mojej głowie już od paru dni jeszcze częściej niż zawsze nurtując setkami pytaniami. Jak będzie dalej wyglądało nasze życie? Czy nadal będziemy się świetnie dogadywać, i za parę lat będziemy się tylko śmiać na wspomnienie naszych obaw przed ślubem? Czy jednak coś się zmieni w naszej relacji, i… i sama już nie wiem.
Niby to tylko znak naszej miłości, coś co tylko ma nasz związek tylko umocnić. Ale… przecież często się słyszy o parach które po ślubie szybko się rozeszli, jedni dlatego że jednak nie byli gotowi, inni zaś na przykład dlatego że mąż stał się agresywny wobec żony, i całe dnie spędzał przez butelką.
Ale mój Jack przecież taki nie był… znaczy się jak sobie trochę wypił ale tylko podczas jakiś wesel czy imprez nie wybuchała w nim fala agresji, wręcz przeciwnie, zaczynał mi mówić czułe słówka, ciągnął mnie na parkiet i tańczył tak jak byśmy byli jedyną parą na świecie, jak by nic poza nami nie liczyło się już dla niego.
– I jak się czujesz Ruby?
Spoglądam na tatę który przesunął się w stronę mamy i pod pretekstem przeciągnięcia się położył swoją rękę na jej tali, obejmując ją. Ich stroje są do siebie strasznie podobne, tata założył dziś granatowy garnitur, błękitną koszule i kobaltowy krawat. Ciekawe czy wybrał ten strój sam z siebie, czy mama miała w tym swój udział.
Tym samym, nie mogę oderwać od nich wzroku ponieważ mimo upływu lat, wyglądają jak para zakochanych nastolatków, która nie zmieniła uczucia jakim do siebie pałali po tych wszystkich wspólnych latach, tak gdyby czas się dla nich zatrzymał. Mam nadzieje że ja też doczekam się tak wspaniałych lat i uświadamiają mi że nie wszystkie związki mają tylko jedno zakończenie.
-Ruby?
Z zamyślenia zapomniałam że tata coś się mnie zapytał.
– Tak?
– Pytałem jak się czujesz?
Nie wiem co mam mu odpowiedzieć. Czuje się dosłownie nijak. Z jednej strony przeszywa mnie radość że spędzę resztę życia z tym człowiekiem, a z drugiej strony obawa która jest tego wynikiem.
– Dobrze…- odpowiadam po dłuższym namyśle gdy łzy cisną mi się do oczu, czego nie potrafię ukryć przed rodzicami.
Podchodzą i mnie przytulają, teraz wszyscy płaczemy. Ja z niepewności, a oni? Najprawdopodobniej wzruszeni tą chwilą i tym co ma za chwilę nastąpić. Pod względem nastawienia jesteśmy od siebie kompletnie inni. Oni od zawsze optymiści, a ja? Pozostaje ze swoimi pesymistycznymi wizjami sama, choć może bardziej realistycznymi? Wszystko zależy od punktu patrzenia.
– Kocham was! – odparłam przełamując ciszę która nastała między nami i powstrzymując łzy.
To jedyne słowa które mogę im dziś zaoferować, a przynajmniej w tej chwili, reszta ze stresu nie chce mi przejść przez gardło.
-My ciebie też kochanie – odpowiedzieli zgranym duetem, jakby tą kwestie znali na pamięć, a ja czuje jak gula usuwa się powoli z mojego gardła coraz bardziej pozwalając mi na jaką kol wiek mowę.
-Ale na nas przyszła już pora, spotkamy się pod kościołem.- odsuwają się lekko z uścisku i po chwili znikają za drzwiami.
Ręce coraz bardziej zaczynają mi dygotać, nigdy nie sądziłam że ta chwila będzie aż tak stresująca. Zostało tylko pół godziny i mój sen się spełni. Albo i najgorszy koszmar. Odkąd poznałam Jacka nie byłam w stu procentach pewna że nam się uda, ale po dwóch latach spotykania się zdecydowaliśmy się na poważny krok w naszym życiu, mimo przeszkód i prób udało nam się dotrwać, mam nadzieje że nie popełniłam wielkiego błędu tą decyzją, czasami nie jestem pewna czy czegoś przede mną nie ukrywa…
-Ruby! Gotowa? Mogę wejść?
Z rozmyśleń wyciąga mnie Emily moja najlepsza przyjaciółka, znamy się od liceum, zawsze była ze mną w trudnych chwilach, i mogłam jej w pełni zaufać.
– Wchodź śmiało!
Odpowiadam po raz drugi zapraszając kogoś do środka, i będąc w takim samym zaskoczeniu, co poprzednio gdy ujrzałam w progu rodziców.
Z niedowierzaniem patrzę na jej cudowną fioletową sukienkę, szpilki oraz proste długie brąz włosy które idealnie podkreślają jej szczupłą sylwetkę. Nigdy nie widziałam jej tak wystrojonej zazwyczaj zakładała co pierwsze złapała w rękę.
– Wyglądasz przepięknie! A te szpilki są obłędne! – wtrąca, zaraz po przejrzeniu mnie bacznie wzrokiem niczym rentgen. – Widzisz, mówiłam ci że ta suknia jest dla ciebie stworzona. – kontynuuje z satysfakcją w głosie.
– Dzięki – odpowiadam – suknia może jest cudowna, ale do tych szpilek nie byłabym taka pewna. mam nadzieje że dotrwam w nich do ceremonii, bo oprócz wygórowanej ceny nie ma w nich nad zwyczajnego.
Obie zaczynamy się podśmiechiwać, ponieważ dobrze wiemy jaką jestem niezdarna. Gdy jeszcze byłyśmy w liceum poniektórzy się dziwili że prze jeden pół centymetrowy kamyczek można zrobić takiego orła jaki zrobiłam wówczas ja. Pamiętam jeszcze jak był taki trend z dawaniem koron z tytułami na przykład najpiękniejszy/a w klasie, najmądrzejszy/a i tak dalej, a mi akurat przydzielono koronę największej niezdary. To jest niezapomniana chwila.
– Tylko nie zapomnij ich postawić na parapecie.
Patrze na nią z dziwieniem oczach, nie wiedząc o co jej dokładnie chodzi.
– Nie rozumiem.
– Och, nie czytałaś przesądów ślubnych?
Chyba już setny raz próbuje jej przetłumaczyć że my w to nie wierzymy a ona nadal swoje.
– Emily, my naprawdę w to nie…
– Hej dziewczyny i jak tam? Gotowa?
Przerywa mi Jack próbując dostać się do pokoju, na co Emily sprawnym ruchem zamyka mu drzwi przed nosem
– Wybacz ale pan młody nie powinien widzieć panny młodej przed ślubem, to przynosi nieszczęście! – Emily nie daje mi się nawet wypowiedzieć w tej kwestii, gdyż nie bardzo wieżę w przesądy, o czym doskonale wie.
– Po za tym mam też nadzieje że niczego nie zapomnicie z domu, i nie zawrócicie, ani nie zatrzymacie się gdzieś, w czasie jazdy do kościoła. Nie wspomnę o tym że powinniście brać ślub w miesiącu z literą ‘r’ w nazwie, a tego nie zrobiliście jest luty! Ale nie ma co się tym przejmować bo przełożenie terminu ślubu jest jeszcze gorszą wróżbą.
– No weź, daj mi się tylko…
– Będziesz miał mnóstwo innych okazji, by się z nią zobaczyć.
– Ale…
– Żadnych ale! – Emily nie daje za wygraną. Jest uparta jak zawsze.
– Emily!
Wtrąca mój narzeczony, ale nie ona nie zwraca na niego uwagę i dalej kontynuuje swoje opowieści o przesądach, które mało interesują Jack’a, i nie tylko jego… Jestem ciekawa skąd o tym tyle wie, w jeden wieczór raczej trudno spamiętać wszystkie ślubne przesądy, a wątpię żeby wiedziała wcześniej o nich tyle co teraz, bo jeszcze nigdy o żadnym nie mówiła.
– No dobra, to do zobaczenia w kościele! – Jack ustąpił i odszedł nie czekając na odpowiedz.
– Mogłaś go wpuścić. – wtrącam.
– Nie. Nie zrobiłabym ci tego.
– Wiesz że nie wierze w przesądy.
Mówię z ciężkim westchnieniem.
– Wiem ale uwierz w nie tylko dzisiaj. Pamiętasz moją ciotkę Emmę?
– To ta od stadniny? – pytam, naganiając jej do sedna myśli.
– Tak. Też nie wierzyła w przesądy i …
– Niech zgadnę. – ucięłam. – zobaczyli się chwilę przed ślubem i się szybko rozwiedli.
– Otóż to, ale w przeciwieństwie do nich masz mnie i wszystkiego dopilnuje. – odpowiada z satysfakcją, oraz podchodząc by mnie uścisnąć.
Niestety nie jest mi dane się jej sprzeciwić. Bo gdy tylko biorę wdech by stanowczo się jej sprzeciwić, wychodzi z objęcia kierując się w stronę drzwi.
– Emily, naprawdę nie…
– Trzeba, połamania nóg! – odpowiada, gdy znika zza drzwiami różnie szybko jak niedawno zrobili to moi rodzice.
…
Nadeszła wielka chwila, wszyscy są już w środku, czekają tylko na mnie. Organista zaczyna grać co oznacza że mogę wchodzić, stawiam krok do przodu lecz ktoś łapie mnie za rękę od tyłu.
– Nie myślałaś że nie zaprowadzę mojej jedynej córki pod ołtarz? – tata uśmiechając się poprawia rękę abym mogła się go prawidłowo złapać i prowadzi mnie do środka
– Och, tato.
łzy znowu cisną mi się do oczu, ale tym razem ze wzruszenia.
Nie sądziłam że by się zgodził, nie chciałam robić mu problemu, bo dobrze wiedziałam że utyka przez nieszczęsne kolano, co przy spacerze zawsze robiło mu sporo kłopotu od tygodni i widziałam jaki ból mu sprawiało. Jego zdrowie nie było już takie jak dawniej.
Gdy przekraczamy próg w środku panuję piękna melodia weselna, a na samym końcu stoi ksiądz i mój ukochany, z którym zamierzam spędzić resztę życia.
A przynajmniej mam taką nadzieje,
Powolnym krokiem kierujemy się do przodu, pozwalając mi przy tym dokładnie zobaczyć gości.
Kościół jest pełen, widzę Paula i Mery, rodziców Jacka którzy siedzą na samym przodzie, ale niestety po tej stronie widzę już tylko same nieznane twarze pewnie to jego rodzina, bo nie miałam jeszcze okazji wszystkich poznać.
Po drugiej stronie natomiast jest już tylko i wyłącznie moja rodzina, z moją mamą na przodzie, która trzyma już w ręce chusteczkę.
Lecz to nic nowego zawsze musiałam uważać z wyborem filmu, ale nigdy mi się nie udawało gdyż zawsze znajdywała moment przez który płakała.
Teraz powoli wchodzę na schodek przed ołtarzem, a tata delikatnie wręcz niezauważalnie odchodzi na swoje miejsce.
Kilka minut dzieli mnie od tej cudownej chwili.
Stoję już przed Jackiem i oboje wpatrujemy się w siebie, nie wiem jak to możliwe że nie jest zdenerwowany.
– Wyglądasz cudownie- delikatnie szepcze mi do ucha.
Co stwarza uśmiech u nas obojgu.
Zaraz potem podchodzi do nas ksiądz, a my podajemy sobie ręce aby mógł opatulić je stułą.
– A teraz Jacku powtarzaj za mną: Ja Jack Brown, biorę Ciebie, Ruby Wilson, za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny i wszyscy święci.
– Ja Jack Brown, biorę Ciebie, Ruby Wilson, za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny i wszyscy święci. –
Przyszła moja kolej, jeszcze tylko moment, i będzie po wszystkim.
– A teraz ty Ruby.
– Ja Ruby Wilson, biorę Ciebie, Jacku…..
Nagle jakiś trzask przerywa mi mowę, a z góry leci pył. Nie zdążyłam spojrzeć w górę zanim zorientowałam się co się stało, żyrandol runął w dół prosto na nas…
