Wielkość tekstu:

Rozdział 8

Serio?! Tylko nie to, myślę. A moim oczom znów ukazuje się czarna otchłań i pełno szumów dookoła, tak jakby parę osób nade mną chodziło.

– Jack jak długo zamierzasz to ciągnąć?  

Słyszę zdenerwowany kobiecy głos ale tym razem wiem do kogo należy, wszędzie bym go rozpoznała to Emily.

– Ale co? – odzywa Jack

– Naprawdę tego nie widzisz?

Odpowiada jeszcze bardziej poirytowana Emily

– to się nie wydaje. Dlaczego faceci zawsze niczego nie widzą?!

– Czego nie widzę!? No czego! Przecież nic się nie dzieje. – Krzyczy Jack ze złością w każdym wymówionym zdaniu. – Dlaczego ty non stop masz o coś pretensje co! Nie robię przecież nic złego!

Od ich krzyków czuje jak głowa zaczyna mi pulsować i coraz bardziej boleć. Co takiego się tam stało? Wiem już że nie mam nawet co się wysilać by wymówić chociażby jedno słowo, tak jak i ostatnio czuje się uwięziona we własnym ciele. Nie mogę otworzyć oczu, ust ani ruszyć którąś z kończyn. Tak jakbym była uwięziona w klatce, bez drogi wyjścia.

– Spokój! Co tu się dzieje? Słychać was w całym szpitalu.  

Do sali wkracza chyba doktor Johnson, który się mną opiekował.

Najwyraźniej nie tylko ja mam dość tych wszystkich krzyków.

– To tylko małe nieporozumienie. – Odpowiada Jack, niższym i pewnym tonem.

– Szpital to nie miejsce na kłótnie. Proszę opuścić salę na dziś już dosyć odwiedzin.

– Ale… – Próbuje kontynuować Emily.

– Żadnych ale. Już! Chyba że mam wezwać ochronę.

Chwilę potem słychać było tylko kroki wychodzących osób, oraz kroki doktora który podszedł do mojego łóżka.

O co oni się tak kłócili? Co się działo pod moją nieobecność. Może Emily specjalnie przyjechała do mnie pod nieobecność Jacka, a to że nie odbierałam od niej to był tylko pretekst.

 

Reszta snu przebiega bez żadnych zakłóceń. Ale to co usłyszałam dało mi do myślenia, rozumiem że te sny mogą wogule nie mieć znaczenia i zostały wymyślone przez moją wyobraźnię, lecz z każdym kolejnym czuję że wiem i pamiętam więcej. Choć to nadal nie to samo co przedtem.

Ile Jack, Emily i podejrzewam że cała reszta przede mną ukrywa?

Moje sny z tymi tajemniczymi rozmowami rozpoczęły się już w pierwszą noc w domu. Ten był chyba już 7 w tym miesiącu, w każdą noc, słyszę dziwne dźwięki, głosy, szloch i rozmowy o moim stanie zdrowia, tylko nie które z nich są takie jak ten dzisiejszy, pełen złości i chaosu.

Przez parę ostatnich dni udało mi się przyzwyczaić do godzin jazdy do pracy Jacka i do rozłożenia pomieszczeń w moim domu. O wiele łatwiej jest mi się teraz przemieszczać, a zwłaszcza sprawdzać coś po kątach, już tak profilaktycznie.

Jak dotąd jeszcze nic nie zdążyło przykuć mojej uwagi co bardzo dobrze świadczy o Jacku. Ale równie dobrze może wszystko ukrywać w swoim biurze, do którego niestety nie udało mi się dotrzeć. Ale się nie poddaje.

Rano wstaję wypoczęta, mój organizm przyzwyczaił się chyba do mich nocnych koszmarów, ponieważ nie przebudziłam się w nocy ani nie muszę zmieniać piżamy.

Zawsze to jakieś plusy.

– Możesz sobie jeszcze pospać jest niedziela a do tego 8.00 rano. – Mówi Jack gdy siadam na łóżku i rozciągając ręce tak że aż kości mi szczeliły.

– Wiem- odpowiadam – ale, o tak już nie zasnę, jestem wyjątkowo wypoczęta.

– Dobrze słyszeć, martwiły mnie te twoje koszmary. Już ich nie masz prawda?

– Prawda – okłamuje go, nie chcę żeby znowu mnie wypytywał o sny. C

o ja mam mu o nim opowiedzieć? Że słyszałam jego kłótnie z Emily? Wszystkiego tak czy siak by się wyparł. Powiedział by że moja głowa sama sobie to wymyśliła. Wiem że to niezbyt dobrze kłamać, ale nie mam wyboru, po za tym nie chcę go martwić.

– Choć tu jeszcze na chwile – proponuje Jack, odkrywają trochę kołdry obok siebie. A ja bez namysłu tam wskakuje i się do niego przytulam.

Nie wiem czy mam niedokrwistość kończyn czy on jest za bardzo rozgrzany, ale gdy tylko nasze nogi się stykają czuję rozchodzące się po mnie ciepełko, które bardzo mnie uspokaja, dopiero teraz czuje jak bardzo moje stopy były zmarznięte, on natomiast na sam ich dotyk zadrżał.

– Sorki – mówię.

– Spoko, to już chyba u ciebie norma – śmieje się.

Ciekawe czy wcześniej też tak robiłam, ale tego nie mogę wiedzieć.

Jednakże nurtują mnie jeszcze myśli na temat dzisiejszej wizji. Nie mogę sobie go wyobrazić w takiej sytuacji jak w tej ze snu. Wydaje się taki miły i troskliwy. Może faktycznie te sny nie są rzeczywistością a wymysłem mojej wyobraźni. Mój szósty zmysł zawsze może się mylić.

Przecież nie znam go tak dobrze jak dawna Ruby.

Nagle drzwi do sypialni lekko się uchylają, prawie nie zauważalnie, gdyby nie ich skrzypnięcie.

– Och to ty. – Mała czarna kulka wskakuje na nasze łóżko i kładzie się na nas. Odkąd się zjawiła co noc do nas zagląda i dopiero od wczoraj zdecydowała się wskoczyć na łóżko. Na początku Jack niezbyt dobrze to znosił, ale teraz to nie wyobraża sobie poranka bez niej. Parę dni temu zdecydował się nawet zabrać ją do weterynarza, aby sprawdzić czy nie ma Chipa, ale jedyne co się dowiedział to, to że kot okazał się małą kotką.

– A myślałaś już jak ją nazwiesz?

– Nie.

Zapomniałam, jutro mija tydzień od wstawienia posta, czy komuś nie zaginęła mała rozrabiaka. Nawet nie przygotowałam listy potrzebnych rzeczy. Wiedziałam że o czymś zapomniałam.

– Ale dopiero jutro mija tydzień…

– No i?

– Przecież mówiłeś…

-Wiem co mówiłem, ale to nie znaczy że nie mogę zmienić zdania, prawda? – Jack wcina mi się w słowo.

– Niby tak.

Wpadam w osłupienie, ostatnio Jack chodzi nade mną jak nad jajkiem, muszę przyznać że to miłe z jego strony, ale mimo utraty pamięci, wiem co nieco o świecie. Mimo że czuje jak gdybym urodziła się wczoraj to znam zasady które panują w otaczającym nas enigmatycznym świecie

– Czyli jak, wiesz już jak ją nazwiesz

– Nie koniecznie.

– Hmmm… Pamiętasz może ten serial “Czarodziejki z księżyca,,? Kiedyś po prostu go uwielbiałaś.

Tak na pewno znam coś co oglądałam jakieś wieki przed wypadkiem.

– Nie pamiętam, ale mów dalej.

Ciągne poprawiając kosmyk włosów który opadł mi na twarz.

– Tam była taka para kotów. I jeden był identyczny jak ten. – kontynuuje Jack.

– Oo świetnie. Jak się nazywał? – odparłam udając satysfakcjonowanie opowieścią o bajce.

– Luna. Myślę że nawet by jej pasowało.

– Jest super. – odpowiadam całując Jacka w podziękowaniu za pomysł. Mimo wszystko imie nie wydaje się ani dziecinne ani za fantastyczne w znaczeniu gatunku bajki oczywiście.

– Od dzisiaj Luno masz nowy dom. – oznajmiam.

A Jack jeszcze bardziej ściska nas obie, ale tak by Luna go nie udrapła, przytulas musiał bardzo jej się spodobać bo po chwili rozległ się całkiem głośny jak na kota dźwięk mruczenia.

Chyba po raz pierwszy czuję się jak w domu, gdybym odzyskała to co straciłam przez te 6 miesięcy. Przy ich boku czuje tylko szczęście, a strach i nie pewność chowają się w cień. Niestety nie dano mi pocieszyć się tą chwilą dłużej niż 5 minut, ponieważ mój telefon zaczął wibrować na szafce nocne, niemal z niej spadając. Udało mi się go złapać w ostatnim momencie.

Na ekranie widniał napis Mama, i bez zbędnych chwil od niej odbieram.

– Halo? – mówię nie pewnie.

Jack siedzi teraz opierając się o ścianę i bacznie wsłuchuje się w rozmowę.

– Ruby. Cześć słonko, co tam u ciebie, lepiej się już czujesz?

– Tak, jest już o wiele lepiej.

-Cieszę się. Wiesz co pomyślałam że dawno się nie widzieliśmy, dlatego chciałabym was zaprosić dzisiaj do nas na obiad na 13.00 , co ty na to?

– Chwileczkę… – odpowiadam, spoglądając na Jacka, który zaskoczony tą propozycją, dopiero po chwili zorientował się na co czekam i kiwnął głową na znak że się zgadza.

– Pewnie że będziemy. – odpowiadam z uśmiechem na twarzy.

– Super, nie mogę się doczekać, pa!

– Pa. – odpowiadam, ale mama zdążyła już odłożyć telefon i jedyne co usłyszałam to dźwięk zakończonego połączenia.

– To sobie pospaliśmy – śmieje się Jack, wychodząc spod kołdry, i zabierając ciuchy z szafy. – A tak wogule to która jest godzina?

– Dziesiąta – odpowiadam, zerkając w telefon.

– Za dużo czasu to nam nie zostało, mieszkają 40 minut drogi z stąd więc o takiej 12.00 musimy wyjeżdżać.

Podążając za Jackiem również z trudem wyczłapałam się z łózka, wzięłam ciuchy, które wczoraj uszykowałam na szafce i czekam zza drzwiami łazienki, póki mój narzeczony nie wyjdzie. 

Nie miałam pojęcia że będę musiała tak długo, i postanawiam przebrać się w sypialni, zasłaniając wszelkie okna na wszelki wypadek, nie ufam zbytnio tym szybom anty podglądaczom oraz zamykając drzwi. O dziwo zajęło mi to 5 minut, wychodzę z pokoju i patrzę na drzwi łazienki z nadzieją ze Jack już wyszedł, ale się przeliczyłam. Czekanie tu byłoby bez sensowne więc schodzę ja dół i kieruje swe kroki ku kuchni.

Czas na małe śniadanie, ale takie aby zmieścić jeszcze obiad.

Otwieram szafki z jedzeniem. Mój brzuch zdaję się coraz mocniej burczeć, co zakrywa ciche już mruczenie Luny która zeszła ze mną na dół znudzona czekaniem za Jackiem.

Bez zbytniego przeciągania wybieram tosty z dżemem, będą najszybsze i oboje za nimi przepadamy. Odpalam toster, wkładam 2 kawałki chleba i czekam.

Chwilę potem z tostera wyskakują ciepłe i lekko chrupiące tosty, smaruje je jeszcze odrobiną dżemu, który został jeszcze po naleśnikach i wstawiam następną porcję. Robię ich chyba z 6, i kładę na stół w momencie w którym Jack schodzi już na dół.

– O tosty, czytasz mi w myślach – mówi Jack podchodząc i całując mnie w czoło. – W takim razie ja zrobię nam herbatę. – odpowiada, wstawiając czajnik.

Potem siadamy wspólnie przy stolę i delektujemy się tostami. Jackowi muszą chyba naprawdę smakować bo mi przypadły tylko 2 kawałki.

– Mam nadzieję że uda mi się zmieścić obiad twojej mamy – śmieje się Jack, kładąc dwa kubki z gorącą herbatą na stół.

– Choć jedno przyznać jej trzeba ma wielki talent kulinarny, a jej klopsiki są normalnie palce lizać. – oświadcza bez wahania.

– Naprawdę? – pytam, a w oku zaczyna kręcić mi się łza.

– Tak. Coś się stało?

– Nie nic.

– Dobrze wiesz że u mnie to nie przejdzie. Powiedz mi co się dzieje.

– Och… Bo… Nie wiem już co robić… Myślałam że już powinnam odzyskać pamięć… A tym czasem … Ja nawet nie pamiętam gdzie mieszkałam… Jak gotuje moja mama… Nie pamiętam nawet wspólnych chwil które z nimi spędziłam… Oni są teraz dla mnie jak obcy. Rozumiesz? – odpowiadam, przez zaciskającą się szczękę.

Czuję się okropnie, i nawet jeśli będę w swoich rodzinnych stronach, gdzie spędziłam część mojego życia będę się tam czuła jak u obcych, u osób które widzę drugi raz od tego feralnego dnia. Czemu akurat mnie musiało to spotkać.

– Moi rodzice są dla mnie obcymi ludźmi. Nawet nie pamiętam jednej rzeczy zrobionej wspólnie. Żadnego wspomnienia.

– Skarbie. –  mówi Jack przejmujących głosem i siada obok mnie biorąc mnie w ramiona, a ja potulnie przytulam się do niego i wypłakuje.

– Wszystko się ułoży zobaczysz, może akurat sobie dzisiaj coś przypomnisz. – próbuje mnie pocieszyć. – Słyszałaś co powiedział lekarz w szpitalu… Twoja pamięć może powracać w różnym czasie, a gdy dzisiaj ujrzysz dom w którym się wychowałaś na pewno coś ci się przypomni.

– A jeśli nic mi się nie przypomni? Będę tam siedzieć jak u obcych. Nawet nie wiem o czym mogłabym z nimi pogadać.

– Wszystko się ułoży. Zobaczysz. – mówi ocierając łzę spływającą po moim policzku. – Nie płacz już.

Siedzimy jeszcze sporo czasu w swoich objęciach w zupełnej ciszy. Dołączyła nawet do nas Luna, wskakując i układając się tak jak poprzednio na moich nogach.

 To niesamowite ile wsparcia i otuchy mogą mi dać. Naprawdę jest mi ciężko że obarczam ich swoimi zmartwieniami, ale sama sobie z nimi nie poradzę. Dla mnie jest tego za dużo. To wszystko doprowadza mnie do szału, a moje myśli zaczynają żyć swoim własnym życiem. Można by rzec że przytulam obcego człowieka a jednak to na nim mogę teraz się opierać, ale część rzeczy wole zostawić dla siebie.

– Wiesz co? – mówi.

– Co?

– Tylko się nie obraź. Ale myślę że propozycja doktora na temat psychologa może być dobrym rozwiązaniem. Co dziennie widzę jak bijesz się z myślami, i nie mogę na to patrzeć.

– Nie będę gadać z jakąś obcym facetem czy babą. – odpowiadam przez złość na samą siebie.

– Rozumiem, ale mogło by ci to pomóc.

– Rozmowa z tobą też mi pomaga.

Wtrącam, oderwując wzrok od Luny, i przenosząc go na oczy Jacka.

– Dobrze wiesz że to nie to samo.

– Wiem że chcesz dla mnie jak najlepiej, ale nie zgadzam się na takie rozwiązanie, przynajmniej nie teraz. – mówię już bardziej potulnym tonem.

– Pomyśl o tym, proszę. – prosi Jack. A ja nie umiem mu odmówić, choć nie wiem czy to jest dobry pomysł.

– Jack, ale ja naprawdę nie…

– Ruby – westchnął.

Jego głos wydawał się pochodzić z wnętrza jego serca. Sposób jaki do mnie mówił i jego wzrok mówiły więcej od jego słów. Wskazywał na prawdziwe przejęcie tym co dzieje się ze mną, to że naprawdę mnie kochał.

Szkoda tylko że nie mogę odpowiedzieć mu tym samym. Chciałabym od pierwszego wejrzenia dostrzec w nim to co widziała stara Ruby, to co sprawiło że go kochałam, ale niestety tego nie czuje.

Jednakże może to uczucie między nami pojawi się po jakimś bliżej nie określonym czasie? Powróci szybciej nim myślę? Ale czy da się od tak poczuć coś co teraz nie istniało?

– Dobrze, ale nic nie obiecuje. – stwierdzam, bo wiem że Jack nie da mi żyć na ten temat.

Ale nie wiem jak rozmowa z jakąś obcą rozmową może mi jakoś pomóc. Praktycznie wszyscy tutaj są dla mnie obcy, nawet Jack a rozmowy z nimi dawają chwilowe uspokojenie.

 

Zbliża się dwunasta, ocieram mokre strużki od łez na moich policzkach i idę do łazienki. Wyglądam okropnie, moje oczy są czerwone od płaczu a włosy potargane. Szybko chwytam szczotkę i na ostatnią chwilę rozczesuje porządnie włosy starając się zniwelować odstające włosy i mini kołtuny. Na oczy jednak nic nie poradzę, muszę mieć tylko nadzieje że same zdąży się unormować.

– Pośpiesz się – woła z dołu Jack, który najwyraźniej musiał już czekać w przedpokoju.

– Już idę – odpowiadam pospiesznie otwierając drzwi i biorąc telefon który przed chwilą położyłam na pralce aby mi nie wypadł z tylnej kieszeni moich jeansów.

Zbiegam na dół, idę do Jacka i jednym susem wkładam sandały.

– Nie zapomniałaś czegoś – odparł Jack gdy chwytam już klamkę aby wyjść. Odwracam się i widzę go z moja torebką którą trzyma w ręce.

– Dzięki – odpowiadam i upewniając się że mam już wszystko wsiadam do auta. Jack zamyka jeszcze drzwi frontowe i chwilę potem siedzi już obok mnie.

Włącza delikatnie silnik, wyjeżdża z podjazdu i ruszamy. Droga jest bardzo żmudna. Co chwilę pojawia się tabliczka informująca o terenie zabudowanym i musimy zwalniać, a budynki dookoła nas są strasznie przygnębiające. Nie ma tu żadnego kolorowego budynku, każdy jest beżowy, biały, kremowy albo w najlepszym wypadku w kolorze latte.

Teraz cieszę się że nasz dom pozostał taki jaki był czyli ceglany  w kolorze czerwieni, mam nadziej że gdy przyjdzie pora by go ocieplić nadal pozostaniemy przy tej kolorystyce. Nie zniosłabym tego gdyby był taki jak te domy które mijamy, smutne, bez koloru.

Przez całą podróż nikt z naszej dwójki się nie odezwał. Nie umiałam nawet zacząć rozmowy, a co dopiero gdy będę przy rodzinnym stole.

Po czterdziestu dwóch minutach jazdy, Jack wjeżdża na podjazd małego żółtego domu, z czerwonym dachem. Dookoła niego jest pełno budynków, które są tak blisko siebie że gdy wyjdziesz na podwórek wszyscy cię ujrzą.

Budynek z przodu ma 2 okna a przed nimi jest mały ogródek z ozdobami ogrodowymi, między innymi małą sztuczną studnią oraz łabędziami z starych opon. Wszystko to daje temu miejscu coś czego nie da się opisać, jest tu jednocześnie pięknie i uroczo jak i skromnie.

Patrząc na drzwi frontowe, przeżywam deżawu. Rodzice stoją w drzwiach i machają do mnie, teraz czuję jak bym kiedyś to już widziała. Może Jack faktycznie miał rację i ta wizyta pomoże mi przywrócić pamięć.

Nim się obejrzałam Jack stoi przed drzwiami pasażera i otwiera mi je. Jestem ciekawa czy zawsze tak robił czy tylko chciał tym tylko zrobić dobre wrażenie.

Wchodzimy ostrożnie na 3 stopnie przed domem i stajemy naprzeciwko Lili i Georga.

– Jak dobrze cię widzieć – mówi mama, przytulając mnie z całej siły.

 – ciebie też Jack – kontynuuje, przytulając również jego.

– Wchodźcie do środka, przecież nie będziemy tak stali przed drzwiami. Śmiało. – tata zaprasza nas do środka.

W środku było przytulnie ściany w korytarzu wyłożono kremową tapetą w cegły. Na przeciwko drzwi frontowych był wieszak, a po jego obu stronach drzwi, te po lewej wydają mi się że muszą być do łazienki, bo na górze przyklejono obrazki kobiety i mężczyzny. Drzwi po prawej są otwarte, widać w środku średniej wielkości kuchnie z ścianami pomalowanymi na kolor beżowy.

Gdy zrobiliśmy kilka kroków do przodu zauważyłam mały korytarz po prawej stronie z drzwiami na samym końcu i też po prawej stronie. Mimo to że z wieszaku dom wyglądał na mały w środku taki nie jest.

Dopiero teraz dolatuje do mnie zapach gotowanego obiadu, który jest przecudny.

– Ale ładnie pachnie – szepcze do Jacka gdy tata prowadzi nas do pokoju na końcu korytarza.

– Mówiłem ci że twoja mama umie fenomenalnie gotować – odpowiada, ale teraz wiem że to prawda. To byłoby nie możliwe aby potrawy które tak pięknie pachną były niesmaczne.

Wnętrze pokoju było przytulne na środku na wprost od okna stał duży stół, obok niego meblościanka z telewizorem a na przeciwnej do niej ścianie dwie kanapy. Ściany tutaj pomalowano tu tym samym kolorem co w kuchni, ale wszystko fajnie się ze sobą komponowało.

– Co będzie na obiad? – pytam zaciekawiona zapachem.

– Twój ulubiony, od dzieciństwa uwielbiałaś zagraniczne potrawy i kiedyś znalazłaś przepis na domowy Polski obiad, i nie dawałaś mi spokoju póki go nie wypróbowaliśmy, ale muszę przyznać że to był strzał w dziesiątke. I nie tylko ty go pokochałaś.

– Ah, tak coś mi się przypomina – odpowiadam i przed oczami w wspomnieniu pojawiam się mała ja w kuchni z mamą. Musiała się bardzo ucieszyć że coś mi się  przypomniało bo natychmiast odeszła do kuchni ze szklanymi oczami, najwyraźniej się wzruszyła, albo zasmuciła że tyle jeszcze nie pamiętam.

 Trudno jest określić co miały one oznaczać.

Na stole czekało już kilka potraw, które świetnie ze sobą się komponowały.

– co to?

Wtrącam nachylają się nad parująca miska z ziemniakami.

– schabowe, ziemniaki, surówka z marchewki, sos i mizeria.  – odpowiada tata, spokojnym głosem.

Chyba jako jedynyn nie wukazuje ani cienia zaniepokojenia czy smutku. Zachowuje wręcz kamienną twarz.

Zajmuje miejsce zaraz obok Jacka, przy nim jak na razie czuje się najbardziej swobodnie. Siedzimy w ciszy przez parę minut, co wydaje mi się niezręczne, na szczęście chwilę potem przyszła moja mama, wnosząca rosół.

– Proszę – mówi, podając mi naczynie z parującą zupą.

– To rosół – podpowiada mi szepcząc Jack.

– Dziękuje – odpowiadam starając się mówić pewnie.

Rosół wyglądał bardzo smacznie, a na dodatek makaron w nim był ręcznie robiony.

Czekam aż wszyscy go dostaną i dopiero teraz go kosztuje. Z każdą łyżką jest mi coraz przyjemniej, to niesamowite jak zwykła zupa może pobudzić tyle zmysłów na raz.

Jack nie przesadzał, gdy mówił że jest fenomenalna w kuchni. Rosół w oka mgnieniu znika z talerzy, i każdy zaczął sobie nakładać drugie danie, które było tak samo pyszne jak poprzednie.

Po obiedzie pomogliśmy pozanosić naczynia do kuchni, a mama przyniosła deser i kawę.

– Co tam u ciebie słychać kochanie? Jak się czujesz? – Pyta Lily.

– Już jest mi lepiej. – odpowiadam, przeskakuje pierwsze pytanie.

Nie wiem co u mnie słychać, nie jest ani dobrze ani źle. Dobrze to by było gdybym odzyskała pamięć, ale nie jest też źle bo na początku było gorzej. To skomplikowane.

– To dobrze. Z czasem poczujesz się jeszcze lepiej, musisz tylko trochę sobie wszystko powoli poukładać.

– Widzisz, a tak przeżywałaś. – śmieje się tata, szturchając mamę w łokieć – mówiłem że wszystko będzie jak dawniej, tylko potrzeba czasu.

– Mówiłem to samo Ruby – dołącza do śmiechu Jack.

– Widzisz mój zięciu. Jaka matka taka córka, genów nie oszukasz.

– Lepiej nie dało się tego ująć. – odpowiada.

Mimo moich wcześniejszych obaw rozmowa rozwija się w szybkim tępię, i bardzo przyjemnie. Nie czuje już aż tak dużego dystansu i niepewności jak na początku.

– Mamo? – pytam

– Tak?

– Mogłabyś mi pokazać mój stary pokój?

– Jasne, chodź za mną – mówi, wstając od stołu, i ruszając przodem przez drzwi, mijamy korytarz, wchodząc do kuchni. Dopiero teraz zauważyłam że są tu kolejne drzwi.

– To tutaj. – wskazuje mama gestem ręki i odsuwa się od drzwi abym mogła je otworzyć.

Powoli chwytam klamkę i pcham drzwi do wewnątrz pokoju, na który widok zaniemówiłam.

– Coś nie tak skarbie?

Pokój wygląda jakbym go opuściła niedawno, zaledwie parę godzin temu. Ściany zdobi fioletowa tapeta z jakimś miastem zapewne jest to Londyn, bo w oddali widać wielki zegar, ale nie jestem tego pewna. Na wprost nas, jest okna z białymi ozdobnymi zasłonkami a pod nim prawie w kącie łóżko. Po lewej stronie pokoju jest wielka szafa przesuwna, podobna jak ta którą mam w salonie, nawet lustro na drzwiczkach jest podobnie wycięte.

Z zaciekawieniem robię krok do przodu i patrzę za drzwi za którymi było solidne białe biurko z pełnymi półkami przyborów, które wręcz kipiały spod niego a mimo to nie szpeciły.

Chwilę potem zamieniam się w słup soli. Fala wspomnień przypływa do mnie w takim impetem że omal nie przewracam.

Widzę kłótnie moją i… i rodzicami. Zamykam oczy, starając się skupić na tym fragmencie, i próbuje wsłuchać się w treść naszej rozmowy. Niestety to na nic.  Umiałam tylko wyłowić parę słów z całych fraz które płyną z naszych ust, i nie wyglądały ona na zbytnio przyjemne w odsłuchu ani dla mnie ani dla nich.

Dziwi mnie jedyne to że nie napomknął się tu żaden wulgaryzm. Chociaż do tej pory też od nikogo go nie słyszałam, a ja to nawet nigdy nie miałam żadnego na języku.

Zrobię co będę chciała.. Nie… Musisz się mylić… Znam go lepiej… Wiemy co dla ciebie będzie dobre… Nie znasz go tak jak… Będziesz tego żałować.

Te urywki zdań zawładnęły moją głową nie dając mi myśleć, a ja bezwładnie się w nie wsłuchiwałam, nic innego mi nie zostało

– Ziemia do Ruby, hallo?

Głos matki przywołuje mnie na szczęście do porządku, i po chwili kłótnia ulatnia się z mojej głowy.

– Tak?

Pytam nieco oszołomiona.

– Na pewno wszystko w początku? – pyta mama, a ja staję się ciekawa czy zawsze była tak nadopiekuńcza.

– Tak, wszystko gra – odpowiadam szybko aby zniechęcić ją do zadawania więcej pytań.

Wszystko wygląda jag bym była tam przed momentem. – wtrącam.

– Staram się aby taki był odkąd wyjechałaś. Zawsze zwarty i gotowy.

– Och, dziękuje – odpowiadam zarzucając ręce na ramiona mamy.

W pierwszej chwili tego nie czułam, ale teraz przez moje nozdrza wlatuje piękny zapach perfum. Skądś go pamiętam, a w mojej głowie próbują tworzyć się obrazy zamykam oczy i widzę, wszystko jest podobne, mama mnie przytula ale ma ona na sobie kobaltową suknie, tata stoi z tyłu w garniturze, a ja… Zamieram… Mam na sobie suknie ślubną. Jesteśmy w małym pokoiku z lustrem nad toaletką.

To nie możliwe…

Podnoszę delikatnie powieki i wspomnienie znika, rozluźniam uścisk i w niemal niezauważalnym ruchem robię krok do tyłu, wchodząc do mojego starego pokoju.

Wpatruje się w przestrzeń aby zaraz potem zamknąć powieki, chciałabym przypomnieć sobie coś jeszcze z tego pomieszczenia. Ale nic nie widzę poza czarną plamą.

 Próbuje jeszcze raz i kolejny ale to na nic. To było tylko jednorazowe.

– Ruby? – woła Jack zza moich pleców

– Tak?

– Musimy już jechać.

Patrzę na niego zawiedziona, tak mało brakowało. Chociaż… Skoro ten zapach towarzyszył mi od początku życia i przypomniał mi to… Więcej zapachu przypomni więcej chwil.

– Muszę jeszcze do łazienki – odparłam, kierując się tam gdzie myślałam na początku się znajduje.

Nie myliłam się.

Zamykam drzwi na klucz i rozglądam się. Staram się delikatnie otworzyć szafkę wiszącą po lewej stronie.

O matulu!

Nigdy go tu nie znajdę. W szafce były 3 półki a na każdej z nich od groma perfum. Ale półka mamy musiała być tylko ta pośrodku, bo reszta zawierała pianki do golenia i tym podobne. Pomyślmy sporo używała go dziś musi być na wieszku. Szkoda tylko że są ułożone w pierwszym rzędzie i jest ich siedem.

Jak psiknę zapach, od razu zorientują się że czegoś tu szukałam. Chyba że…

Wyciągam telefon z tylnej kieszeni jeansów i wchodzę w aparat. Robię zdjęcia perfum i chowam je w folderze UKRYTE. Zamykam szafkę, i otwieram stojącą obok ale są tu tylko ręczniki, w kolejnej pod zlewem są detergenty.

Czyli to wszystkie.

Chcę już wychodzić gdy miga mi coś jeszcze na pralce. Jest jeszcze jeden. Znowu pstrykam fotę, i dla pewności jeszcze się rozglądam, ale tym razem jestem pewna że nic więcej nie znajdę.

Dla niepoznaki wciskam spłuczkę, chowam telefon i wychodzę.

Wszyscy czekają już za drzwiami. Żegnam się z rodzicami i idę za Jackiem do samochodu.

– Ruby! Poczekaj chwile. – krzyczy za mną mama i podbiega – Spakowałam ci tu trochę słoików z dżemem, buraczkami i kilka schabowych.

– Nie trzeba było – mówię i ponownie ją przytulam.

– Trzeba było, przez ten szpital tak wychudłaś.

– Mamo – odzywa się Jack

– No dobra, do zobaczenia.

Wchodzimy do auta i odjeżdżamy.

Nie spodziewałam się że tak trudno będzie mi od nich odjechać. Było naprawdę miło, i bez stresu. Jack też musi być zadowolony, bo przez całą drogę jedzie z uśmiechem.

Ciekawe tylko czy cieszył się z odwiedzin u teściów czy z tego że w końcu ich poznałam, a rozmowa przebiegła jak gdyby nigdy nic. Nie wiem tylko czy powiedzieć mu o tym wspomnieniu a raczej wizji, niby to nic takiego ale o tak pokazuje że moja pamięć powraca.

Obieram okrężną drogę i powiem mu przy okazji może jutro, oczywiście jeśli moja pamięć będzie o tyle dobra by o tym pamiętać.

Śmieje się w duchu.

– Podobało ci się? – pyta Jack, wytrącając mnie z zamyślenia.

– I to jeszcze jak – odpowiadam nie udając zadowolenia.

Co jak co ale rodzice to mi się udali. Ciekawe tylko o co się z nimi wtedy pokłóciłam.

– To dobrze, założę się że za tydzień znowu coś wymyślą aby się spotkać, no chyba że ich wyprzedzimy i zaprosimy ich do nas…

– Może, ale… Umiesz gotować lub upiec coś innego niż pizza – śmieje się.

– Haha bardzo śmieszne, normalnie się uśmiałem – odpowiada ironicznie

– a co byś powiedziała na hmm… Grilla? – proponuje po chwili.

– O i to nawet nie głupi pomysł

– To jeśli plany się nam nie zmienią to zadzwonie do nich w sobotę

Kiwam głową w odpowiedzi, nie mogę się doczekać ponownego spotkania z rodzicami, ale to dopiero za tydzień.

Ciekawe, kiedy to rodzice Jacka się odezwą, od momentu gdy byli u mnie w odwiedzinach w szpitalu, jeszcze ich nie widziałam ani nie słyszałam co u nich, no chyba że gadają z Jackieem. Mnie to raczej wolą mijać szerokim łukiem, z tego co zaobserwowałam po wybudzeniu w szpitalu, nie przepadają za mną.. Gdyby wtedy mogli to by już dawno odjechali, ale o tak zmyli się jako pierwsi po odwiedzinach.  

– Ruby – wtrąca nagle Jack.

– Tak?

– Miałem ci to dać przy innej okazji, ale… Wydaje mi się że nie ma co dłużej czekać.

– To znaczy?

– Och, po prostu otwórz schowek przed tobą – patrzę na niego niedowierzając, tak jakby te słowa do mnie nie docierały.

– Zaufaj mi.

Zaciekawiona wyciągam rękę i siłuję się z klamką. No naprawdę?! Akurat w tym momencie musiałam oduczyć się otwierania głupiego schowka! Biorę głęboki wdech i próbuje jeszcze raz ale nadal nie działa. Jacka najwyraźniej to śmieszy, bo nie może powstrzymać śmiechu.

– Może byś mi pomógł? Zamiast się śmiać?

Pytam, patrząc na niego, gdy skręca na skrzyżowaniu przy Argyle Street niedaleko naszego domu.

– Kliknij

– Tak po prostu? – odpowiadam testując jego sposób, a po chwili schowek sam delikatnie opada w dół.

Patrzę zakłopotana na raz na Jacka a raz na otwierający się jeszcze schowek. Dopiero teraz czuje zaczerwienione poliki, trochę mi wstyd nie umiałam otworzyć zwykłego schowka.

– Też na początku miałem ten kłopot aby się przyzwyczaić do kliknięcia, i też zawsze szarpałem tą klamkę nie wiadomo po co, z biegiem czasu też się przyzwyczaisz. – pociesza – Ale mniejsza teraz z tym, otwórz te fioletowe pudełeczko.

Biorę pudełko z miękkim fioletowym materiałem na zewnątrz i pociągam za jego górę .

– O kurcze! Ale śliczny! – mówię zaskoczona. W środku pudełeczka był naszyjnik z ametystem.

– Widziałem że ci się spodoba.

– Oj tak, chyba już nigdy go nie zdejmę

– No ja mam nadzieję

– No chyba że do spania, nie chciałabym go zerwać

– To specjalny łańcuszek aby nie zrywał się podczas snu.

– No chyba że tak – śmieje się.

Naszyjnik był przepiękny, a jego świecący się fioletowy ametyst wyglądał zbyt kosztownie by można by go sobie kupić w zwykłym lombardzie, tylko kiedy miał na to czas.                                        

– Bardzo ci się wtedy przyda.

– Kiedy? Co przyda?

– No naszyjnik.

Patrze na Jacka zdezorientowana tym co mi powiedział. Jakim cudem jakiś wisiorek ma mi pomóc?

– Naszyjnik?

– Tak, ametyst ma działanie uspokajające i wpływa na spokojny sen.

– Oooo! No proszę. Ciekawe czy zadziała.

– Powinien. Chociaż nie wiem czy jeszcze ci potrzebny skoro twoje koszmary już ustąpiły.

– Przezorny zawsze ubezpieczony – odpowiadam.

Źle się czyje z tym że go okłamuje, nie wiem ile czasu to wytrzymam ale nie może się dowiedzieć, posłał by mnie do lekarza a w najgorszym przypadku też i do psychologa.

Zakładam go, odgarniając włosy na bok. Wyjątkowo trafiłam w kółeczko za  pierwszym razem, i szybko się zapiął.

-Dziękuje! – odpowiadam i gdyby nie to że kieruje już dawno bym go wyściskała.

Droga powrotna mija o wiele szybciej niż myślałam. W niecałe pół godziny i pięć minut jesteśmy już w domu.

 

Na parapecie w przedpokoju, czekała już na nas Luna, której w mroku świeciły się tylko wielkie pomarańczowe oczy.

– Cześć mała – mówi Jack wchodząc do domu i biorąc kotkę na ręce

– tęskniłaś? – uśmiecha się od kotki i mizia za uszkiem co bardzo uwielbia.

Nie trzeba było długo czekać zanim wyciągnęła się w jego ramionach i zaczęła mruczeć na cały dom.

– Wyglądacie razem jak z obrazka – śmieje się patrząc na nich. – I jak tu cię nie kochać – mówię podchodząc do nich i głaszcząc małą po grzbiecie.

– A mnie?

– Ciebie też kocham głuptasie – odpowiadam, dając mu całusa.

Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie ci dwoje. Bez nich nie dałabym rady. Ale trzeba przyznać jak na faceta którego znam od paru dni i kota.

– LUNA!!! – krzyk Jacka roznosi się po całym parterze.

Nie minęła sekunda, po tym jak poszli zrobić herbaty. Co tam się stało?

Wbiegam do kuchni i rozglądam po niej, a raczej po pobojowisku. Wszystko jest porozrzucane łącznie z nadgryziomi teraz owocami które leżały  w misce, i z podkładkami na stole i ogólnie całą resztą.

Nawet nie oszczędziła mąki, i również jak tydzień temu rozsypana była po całej powierzchni podłogi.

– Co tu się stało?

– Też chciałbym się dowiedzieć.

Rozrabiaka już nie leżała na rękach pana, wystraszona hałasem schowała się w kąciku obok kapselka z mlekiem, i na jedzenie…

Chwila…

– Dałeś jej zanim wyjechaliśmy karmy? Albo cokolwiek do jedzenia?

Wtrącam a Jack momentalnie łapię się za głowę i robi niewinny uśmieszek. To mówi samo za siebie

 – przypominałam po śniadaniu, myślałam że pamiętałeś.

– Eeeee… Musiałem zapomnieć. – odparł.

– To miłego sprzątania.

– Co?!

– A kto zapomniał nakarmić kotkę?

– Ale – próbuje coś powiedzieć – A więc taka jesteś. – Mówi schylając się do rozsypanej mąki na podłodze.

– Hm?

Nim się spostrzegłam Jack chwycił na ręce rozsypaną mąkę i zanim się obejrzałam rzucił ją we mnie. Po czym spojrzał na moją minę.

Zanosiło się na świetną zabawę.

Nie będąc mu dłużna robię to samo. Delikatnie schylam się w stronę większe skupisko mąki na podłodze, łapie je obiema dłońmi i sypie je w jego stronę robiąc mu niezłą siwiznę na włosach. Śmiejąc się robimy większy bałagan niż zastałam tu tydzień temu i dzisiaj włącznie, ale jest tego wart.

Przez myśl przelatuje mi wspomnienie, tak gdybym przeżywała deżawu. Czy to możliwe abyśmy robili kiedyś to samo?

Na pewno nie, to normalny robił ni z tond ni z zowąd bitwę na mąkę? No dobra, przyznaje. Oprócz nas, ale to akurat było wykorzystanie chwili.

Chociaż może to nie była mąka, lecz śnieg? To by miało więcej sensu.

Bitwa na mąkę skończyła się szybciej niż sądziłam, bo na szczęście wykorzystaliśmy już całe porozrzucane jej zasoby, a jednak była już w dość dużych ilościach na naszych ciuchach i włosach.

– Ruby – Mówi Jack nie mogąc powstrzymać śmiechu i wskazując na Lunę. Z czarnej niemal węglowej kotki stała się biała jak śnieg.

– Och biedna.

Biorę ją na ręce, a z jej sierści momentalnie zaczyna sypać się pył jak z jakiegoś starego zakurzonego dywanu, który ktoś trzepie i idę na górę pozostawiając ślady mąki za sobą.

– A ty gdzie? – pyta Jack gdy wchodzę na schody.

– Idę ją umyć, a przynajmniej tobie nie będzie ci przeszkadzać w sprzątaniu. – odpowiadam.

Jack patrzy na nas jeszcze wymownym spojrzeniem i dopiero kiedy znikamy na piętrze odchodzi do kuchni.

Kładę ją na podłogę w łazience i zamykam ostrożnie drzwi na kluczyk. Odkręcam ciepłą wodę im napuszczam ją trochę aby szybciej przyzwyczaiła się do wody. Niestety nie to było najtrudniejsze.

Mała rozbrykała się po całej łazience nie dając się złapać. Minęło sporo czasu zanim w końcu udało mi się ją wziąć na ręce i włożyć do wody. Z początku parę razy prawie z niej wyskoczyła, ochlapując mnie wodą ale w końcu zrozumiała że o tak jej nie odpuszczę i zrezygnowała. 

Czyli jednak to prawda że koty nie lubią wody i to jak bardzo. Ciekawe dlaczego.

Po kilkunastu minutach, a przynajmniej tak odczułam ten czas kotka była już czysta i w końcu czarniutka. Czego nie mogłam powiedzieć obecnie o sobie. Moje spodenki przemokły sporą ilością wody, co zmyło z nich mąkę, ale też zarazem ziębiło mi nogi.

Owinęłam ją jeszcze w ręcznik, i zaniosłam na dół zobaczyć jak idzie Jackowi.

– Ooo jaki bąbelek

– Nigdy więcej

Oświadczam, robią przy tym wymowną minę.

– Właśnie słyszałem jak ktoś na górze biegał

– Ani mi nie mów. Następnym razem robisz to ty.

– Czyli nadal masz ochotę na dogrywkę?

– Może. – Przyznaje – ale lepiej poczekajmy do grudnia.

– Hm?

– Śniegu nie będziesz musiał czyścić z kuchni, ale patrząc na to że tobie bardzo dobrze poszło sprzątanie to…

Przyznaje chwaląc go, bo kuchnia wyglądała teraz jak nowa. Nawet ja nie umiałam doprowadzić ją do aż takiego stanu, znaczy tak ją wyczyścić.

– Nawet o tym nie myśl. Mam na to taką samą ochotę jak ty ponownie na umycie Luny.

– Szczerze? Podziękuje.

Śmieje się rozglądając po posprzątanej przestrzeni, która kompletnie nie współgra z wyglądem obielonego Jacka.

– Po za tym jak udało ci się aż tak szybko wszystko ogarnąć? Oprócz siebie.

– Miałem sporo czasu, wiesz która godzina? Twoja herbata już dawno wystygła. – patrzę na zegar na ścianie i staje w osłupieniu już 21: 50?

Ale ten czas leci. Sądziłam że umycie Luny zajęło mi o wiele mniej czasu.

– Nic nowego że będę piła zimne.

– Nie przesadzaj, idź się wykąp do odmiany teraz ty a ja zrobię świeżą i zaniosę ci na górę.

– Serio? – pytam, a on przytakuje głową. – Jesteś kochany – odpowiadam i biegnę na górę.

W łazience ściągam białe ubrania z których uchodzi biały dym i wkładam je od razu do pustej pralki, a sama odkręcam korek z ciepłą wodą aby zaraz potem zanurzyć się w kojących strumieniach wody.

Po jakiś trzydziestu minutach jestem już jak nowa, zero śladu po mące. Zawijam włosy w specjalny ręcznik z guzikiem z przodu i zakładam piżamę która czeka tu na mnie od rana.

Gdy wchodzę do sypialni na szafce nocnej czekał już na mnie kubek z gorącym napojem, a obok talerzykiem na saszetkę herbaty.

W środku czeka już na mnie Jack, najprawdopodobniej przed chwilą ją przyniósł, bo niezdążył odstawić tacki na której ją przetransportował. Widząc mnie od razu odkłada ją na komode pod telewizorem i wymieniamy się radosnymi spojrzeniami, gdy tylko mija mnie by pójśc do łazienki się myć, nie czekając na niego  kładę się do łóżka.

Biorę łyka parującej herbaty, i czuje jak moje ciało przechodzi miły dreszczyk, a moje oczy odmawiają mi posłuszeństwa zamykając się już nie pierwszy raz.