Wielkość tekstu:

Rozdział 7

– Wróciłem – mówi Jack gdy wchodzi do domu.

Szybko, składam kartkę z tajemniczym numerem i niemal bez zwracania zbytniej uwagi ukochanego chowam kartkę do tylnej kieszeni.

– Cześć, kochanie – mówię, starając się zachować spokój i odwzajemniając przytulasa, który wydaje się jakby trwał w wieczność.

Czuję się tak bezpiecznie w jego ramionach, tak że nie słyszę nic oprócz naszych oddechów.

– A to kto? – pyta, delikatnie odsuwając się z uścisku.

Podczas gdy czarny kot okrążał nasze nogi miziając się z nimi.

– Znalazłam go rano w kuchni, narobił dużo hałasu i bałaganu. – tłumacze

– Wiesz może czy to jest  kot któregoś z sąsiadów

– Nie przypominam sobie żeby ktoś z naszych sąsiadków miał kota.. ale mogę popytać

– Dzięki, myślałam też by opublikować posta, może ktoś go szuka – mówię.

– Świetny pomysł, zaraz go napisze…

– A jeśli okaże się że to jest znajda to co zrobimy – przerywam mu chcę mieć pewność że w razie czego nie będzie chciał go wyrzucić z naszego domu.

Nie pozwoliłabym na to.

– Hmm – Jack myśli pozostawiając mnie w napięciu i niepewności – To w takim wypadku nie będziemy mieli wyboru.

Wsłuchuje się nerwowo, aby nie przeoczyć żadnego zdania, a Jack chyba na złość znowu milczy.

– Jack!

Ponaglam go, szturchając go.

– przygarniemy go.

– Serio?

Rzucam się w ramiona Jacka a serce bije mi jak szalone z nerwów lecz teraz powoli się uspokaja. Jestem tak szczęśliwa że nie mogę ując tego w zdanie. Dawno się tak nie czułam, ale to wspaniałe uczucie. Chciałabym żeby zostało ono na długo.

– Tak! – odpowiada z równie wielkim uśmiechem na twarzy.

Nie sądziłam że to będzie aż takie proste.

– Tylko jest jeden warunek, nie przyzwyczajaj się do niego na razie, dopiero jeśli w ciągu tygodnia nikt się nie odezwie, nazwiemy go i zakupimy potrzebne rzeczy dla niego. Na ten czas wystarczy mu ciepły kocyk i kapselek od słoika z mlekiem. Nie zrozum mnie źle ale nie chcę na robić ci nadziei a zaś oglądać twoją zasmuconą buźkę, okej?

– Dobrze – mówię.

Z jednej strony pełna nadziei ale z drugiej zmartwiona iż ktoś go będzie chciał odzyskać.

Wiem, że to trochę źle brzmi, i wiem że ktoś może się o niego w tej chwili martwić ale po prostu od pierwszego wejrzenia ten kociak dał mi szanse na normalne życie, przy nim jestem szczęśliwa i nie czuje się samotna gdy Jack jest w pracy.

– A zmieniając temat, co byś zjadła na obiad? – pyta z zainteresowaniem.

Najwidoczniej to on uwielbiał gotować. Co zupełnie się odróżnia na tle stereotypu gdzie mąż pracuje a żona gotuje i wypełnia wiele innych obowiązków domowych.

– Nie wiem, a masz na coś konkretnego ochotę?

– Może pizza?

– Znowu?

– Ale taka ręcznie robiona na wysokim cieście. Założę się że ta ci zasmakuje jeszcze bardziej niż wczorajsza.

– Zobaczymy – odparłam z uśmieszkiem oraz zgadzając się na tą propozycję.

– Zaraz wracam tylko się przebiorę – odpowiada Jack i szybko znika z mojego pola widzenia.

Od razu przechodzę do kuchni i stawiam czajnik na gaz, tym razem ja zrobię nam herbatę na którą mam ochotę od rana, ale niestety nie miałam kiedy ją zrobić.

Sprzątam jeszcze ze stołu szklanki i sok który został po wizycie Emily i siadam do stołu. Akurat gdy Jack wracał już na dół. Założył czerwony t-shirt i jeansy 3/4 w których również wygląda przystojnie jak przed chwilą w garniturze.

– Ktoś nas odwiedził? – pyta, wskazując na sok i brudne szklanki w zlewie.

– Tak, Emily.

– Chciała coś?

– Nie, po prostu nie odbierałam od niej telefonu bo mi się przysnęło i się zmartwiła czy wszystko w porządku. A dlaczego pytasz?

– Tak po prostu. – odpowiada.

Ale wygląda na bardzo zdenerwowanego, odkąd się dowiedział o wizycie Emily. Znowu zapada cisza, w której Jack próbuje zamaskować wcześniejsze emocje. Czy oni coś przede mną ukrywają? Jeśli tak to dlaczego.

– Nad czym tak rozmyślasz? – pyta Jack przerywając ciszę.

Przez moment nie zwróciłam uwagi że mnie obserwuje.

– Nad niczym – szybko odpowiadam – a mogę ci jakoś pomóc – pytam by zmienić temat.

– Tak.

– Czyli?

– Podasz mi mąkę.

– Jasne.

Odpowiadam i podchodzę do szafki gdzie wcześniej widziałam jeszcze mąkę. Ostała się ostatnia paczka.

– Myślałem że była jeszcze połowa paczki po naleśnikach.

– Słusznie.

Westchnełam, w kuchni nie widać już ani śladu bałaganu, jaki zastałam tu po odwiedzinach małego rozrabiaki.

– To gdzie jest?

– Pytaj czarnego.

– Kogo – pyta, zdezorientowany.

Wskazuje mu kota i od razu łapie o co mi chodziło.

– Znaczy że…

– Tak.

– Ale jak…

– Ktoś zostawił otwarte okno obok paczki z mąką.

Jack skinął tylko delikatnie głową, nieco przyznając się tym do przyłożeni do tego ręki.

Zaraz potem podchodził do szafek, ludówki i szuflad, wyciągając mnóstwo składników jak i miski.

Nim się obejrzałam zdążył już wymieszać w małej misce połówkę kostki drożdży z łyżeczką cukru, którą zaraz potem odkłada. Teraz zabiera większa miskę i dodaje do niej 500 gram mąki, 300 ml wody, 4 łyżki oliwy, 2 łyżeczki soli, a następnie dolewa do tego rozpuszczone drożdże. Na końcu wszystko razem wyrabia rękami.

– Jeśli chcesz to możesz obrać pieczarki, są w lodowce. – sugeruje po dłuższej chwili

Biorę pieczarki, nożyk z szuflady, oraz miskę do strużyn i z powrotem wracam do stołu. Delikatnie obieram kapelusz pieczarki i kroje na kostkę ich trzonki. Praca idzie mi zadziwiająco w szybkim tępię.

A gdy Jack wykłada ciasto na blachę, moje pieczarki są obrane. Bierze je ode mnie i wysypuje je na patelnie na która wcześniej wylał trochę oleju.

– Mogłabyś jeszcze pokroić porę? – kiwam głową, i idę po nią, lecz nie wiem gdzie jej szukać. Zakłopotana rozglądam się po kuchni, ale nie trwa to długo.

– Też w lodówce, ale w szufladce- oznajmia.

Zupełnie jej nie zauważyłam.  

Opłukuje ją i kroje na prostokątne paseczki. Zaraz potem podaję mu deskę z pokrojoną porą, którą od razu wrzuca do smażących się pieczarek. Chwilę potem doprawia je jeszcze ziarenkami smaku, pieprzem i tymiankiem, duża ilością tymianku. Teraz cały dom przepełnia się jego przepięknym zapachem.

– Gotowe – mówi Jack wykładając usmażone pieczarki i porę na posmarowane wcześniej koncentratem pomidorowym ciasto

– teraz jeszcze do piekarnika na 20 minut w 180°.

– Nie byłaby tego taka pewna.

– To znaczy?

– A ser? – pytam zauważając jego brak.

– Zawsze daje go na końcu, nie jest wtedy aż tak przypalony, a jak położę go na pizzy gdy ta się upiecze, i zostawię go na 3 minuty w ciepłym piekarniku, będzie ciągnący. – wyjaśnia. – Ale tak czy siak trzeba go zetrzec.  

Wyciąga kostkę z sera z górnej półki lodówki i tarkę z szafki. Jack musiał mieć w tym wprawę, zajęło mu to 5 minut i skończyło się na całych palcach bez żadnej startej skórki.

– Chcesz zrobić sos czosnkowy? – pyta.

– Nie wiem jak.

– Wystarczy że wymieszasz ten proszek w papierku z łyżką majonezu i 3 łyżkami jogurtu.

Biorę od niego miskę, trzepaczkę i resztę potrzebnych produktów, również i mi udaje mi się go skończyć w 5 minut. A gdy sprzątałam po robieniu sosu, Jack nakrywa do stołu.

Usiedliśmy przy nim i napiliśmy się herbaty którą zrobiłam prawie na samym początku gotowania.

– Zimna – oznajmia Jack, wstając i wstawiając jeszcze raz wodę. – Tobie też dolać ciepłego?

– Tak, jeślibyś mógł. – odpowiadam i podaje kubek Jackowi.

Chwilę później kładzie na stół kubki, z parująca wewnątrz cieczą. Ciepły powiew herbaty muska mój policzek, czym mnie pobudza.

Jest po prostu cudownie, a nim się zorientowałam pizza w piekarniku była już gotowa. Wystarczyło tylko rozsypać na nią ser i cieszyć się jej smakiem. Jack ostrożnie chwyta blachę za pomocą ręcznika kuchennego i kładzie ją na środek stołu.

– Smacznego. – mówi, nakładając mi kawałek pizzy na talerz.

– Dzięki wygląda naprawdę smacznie. – odpowiadam, i go nie okłamuje.

Pizza na serio wyglądała smacznie mimo to iż ciasto podobne jest wysokościowo do placka drożdżowego. Powoli odkrajam kawałek pizzy, maczam go w sosie czosnkowy i próbuje. Smak rozpływa się w ustach, a zapach pieczarek i sporej ilości tymianku zadowala moje kubki smakowe tak samo jak i węch. –

 Jest lepsza niż ta wczorajsza, – odpowiadam pochłaniając łapczywie pozostały kawałek, i biorę następny. W ten sposób połowa pizzy znika w mig z blachy.

Gdy chwytam ostatni kęs, coś ciepłego mizia moje stopy.

– Och, to znowu ty? – Czarny rozrabiaka patrzy teraz na mnie wgapiony głębokim spojrzeniem w kawałek pizzy na moim widelcu i bez namysłu mu go oddaje. Nie tylko mi smakowała. Kot szybko zjada ten kawałek i wylizuje okruszki z podłogi.

Reszta dnia mija nam w miłej atmosferze. Mimo upływu kilku miesięcy i mojego zaniku pamięci nasza relacja nadal trwa a ja czuje się w niej wyjątkowi wspaniale. Szkoda tylko że to odczucie wraca do mnie tylko chwilami.

Może jeszcze nie do końca wiem wszystko o Jacku, i o swoim poprzednim życiu ale wiem że Jack mnie kocha.