Aha.. No spoko, kto by się spodziewał.
Znowu tu jestem, z przytłaczającą czernią dookoła. Kiedy to się skończy?! To jest już wręcz nudzące… a zarazem mrożonce krew w żyłach i wywołujące u mnie gęsią skórkę, a przynajmniej tu i teraz.
– Nie martw się Ruby, ja tu wszystko nadzoruje. – mówi znajomy głos, ten co był ze mną ostatnio. Emily. Jej głos wręcz mnie uspokajał.
– A o co miała by się martwić? – pyta głos z tyłu. Jest on cichy i spokojny ale zarazem pewny siebie.
– Nic, niczego
– Jeśli chodzi ci o mojego syna. To trzymaj się od niego z daleka bo pożałujesz.
– Grozi mi pani?
– Po prostu Jack nie robi nic złego, nic co mogło by panią zaniepokoić. Jest wierny Ruby, i to nawet za bardzo, nie wiem co w niej widzi. To wiejska dziewczyna.
Oho, już wiem kto to… Teściowa.
Nie muszę słuchać jej głosu dłużej aby mieć pewność, same słowa i sposób w jakie je wymawia, wskazują na nią.
– Niech Pani tak o niej nie mówi.
– No dobrze, dobrze. O tak przyszłam tylko zobaczyć czy jeszcze żyje. Jack’uś nie chciał się narazić na spotkanie z Panią. Teraz to też
się nie dziwię. Zrobiłabym to samo na jego miejscu.
– Jest pani bezczelna. – odpowiada ze złością w głosie Emily.
Z pewnością zareagowałabym tak samo, jak można być takim egocentrycznym? Jak można nie lubić kogoś tylko dlatego że nie pochodził z bogatej rodziny, nie szata czyni człowieka tylko jego osobowość.
A ta kobieta mimo iż może być z miasta zachowuje się gorzej niż ci wszyscy wieśniacy. Przecież widać różnicę między moją mamą a nią, moja zaakceptowała Jacka i jak widać po niedzielnym obiedzie, tak samo jak i mój tata świetnie się dogadywali. I nikt nikomu nie wytykał z jakiej jest rodziny.
– Ja?
– Tak! Jak można być tak bezdusznym. Ruby walczy o życie a pani jak mniemam życzy jej śmierci.
– Stwierdzam tylko to czego lekarz nie chciał powiedzieć głośno. A zresztą marnujesz tylko mój czas. Do widzenia. – wtrąca, najwyraźniej wychodząc z sali bo wszystko ucichło.
– Kochanie? – Jack szturcha mnie w ramię. – Wszystko w porządku?
– Tak, tak.
Nieprzytomnym wzrokiem wiodę po pokoju, aby znaleść coś abym mogła uwiesić wzrok.
– Mówiłaś przecież że te nocne koszmary, czy tam wizje ci przeszły.
– No tak, ale…
– Kłamałaś?!
– Nie chcę abyś się tym tak zamartwiał.
– Chce ci tylko pomóc. Dobrze o tym wiesz! Naprawdę musimy coś z tym zrobić, znowu jesteś cała oblana potem.
– Nie, samo przejdzie…
– Nie przejdzie. To nie jest normalne Ruby.
-Jack …
Próbuje się obronić, ale nie pozwala mi się nawet wypowiedzieć.
– Zaraz wracam. – wtrącam, wstając z łóżka i zabieram z komody czystą piżamę.
– Wiesz że to cię nie minie? Kiedyś będziesz musiała o tym komuś powiedzieć. – odparł przejętym głosem gdy wychodzę z sypialni i idę do łazienki.
Jak mu to wytłumaczyć? Z jednej strony chciałabym pozbyć się tych okropnych snów ale z drugiej strony wydaje mi się że przez nie wiem coraz więcej i moja pamięć powraca. Koniec końców jeśli to nie minie wyślą mnie do wariatkowa. Co ja mam zrobić?! Bije się z myślami dzień w dzień ale co mi to daje? Nic! Kompletnie nic!
Zero!
Przebieram się, a zaraz potem oblewam twarz zimną wodą aby się obudzić z tego okropnego snu, i wracam do łóżka.
—
Rano budzę się już sama, Jack musiał już pojechać do pracy. Wychodzę z łózka, zabieram ubrania z szafy, i idę się przebrać do łazienki.
Gotowa do wyjścia słyszę jakieś kroki na dole. Dyskretnie schodzę na pierwszy stopień schodów, zaś na kolejny, póki jestem jeszcze nie widoczna i rozglądam się po parterze. Ale nikogo nie ma. Nawet Luna gdzieś cmykła.
O nie! Tylko nie to! Schodzę pośpiesznie z schodów i wbiegam do kuchni.
– Coś się stało? Tylko mi nie mów że miałaś koleiny koszmar. – pyta Jack patrząc na mnie, podczas gdy stoję jak wryta drzwiach.
– Nie to nie koszmar, było słychać kroki i hałasy z dołu więc myślałam że Luna znowu doprowadziła kuchnie do ruiny. A ty nie powinieneś być w pracy? – pytam, z wielką ulgą, nie chciałabym sprzątać po raz kolejny bałaganu po kotce.
Na szczęście to nie była ona, smacznie jeszcze drzemała w kąciku.
– Dzisiaj mam na godzinę później ale niestety potem będę musiał zostać trochę dłużej w pracy, mam nadzieje że to dla ciebie nie problem.
– Ależ skąd, żaden problem.
– Kurcze, zapomniałem – Jack łapie się za głowę i ciężko zdycha – teraz to już nie zdążę – kontynuuje patrząc na tarcze zegarka na nadgarstku.
– Czego zapomniałeś? Może będę mogła pomóc?
– No nie wiem.
– Jak nie powiesz to nie będę wiedziała nawet czy mogę ci pomóc. – stwierdzam, a Jack patrzy teraz na mnie niepewnie.
– Jutro mam ważne spotkanie z wpływowym klientem. Harry mnie zabije jak się nie zjawie. A mój garnitur wygląda jak po jakiejś wojnie.
– kiepsko, ale jeśli jest z nim tak źle jak mówisz to zwykłym proszkiem go nie dopiorę.
– Dlatego zawsze zanosiłem go do pralni.
– To mogę zanieść go za ciebie.
– Na pewno. Dasz radę? Odkąd wyszłaś ze szpitala jeszcze nigdzie sama nie wychodziłaś.
– Dam radę, nie denerwuj się tak. Zaufaj mi.
Nie do końca wierzę w to co mówię, ale zapoznanie się ze starym środowiskiem dobrze mi zrobi.
– Skoro tak mówisz. – Jack bierze kartkę i coś zapisuje – tu jest adres pralni, powołaj się na moje nazwisko będą wiedzieli o kogo chodzi, a przynajmniej będziesz miała zniżkę stałego klienta. Na górze w sypialni na szafie zawiesiłem garnitur.
– Dobrze, zaraz po śniadaniu go zaniosę… Jest jeden drobny moment jak się tam dostanę?
– To nie daleko, powinnaś dojść tam w 20 minut, chyba że weźmiesz rower z garażu…
– Coś wymyśle. – ucięłam, uwieszając się Jackowi na szyi i patrząc mu prosto w oczy.
– Jesteś kochana. – mówi gdy nasze usta się stykają. – nie wiem co bym bez ciebie zrobił.
– Bez ciebie też bym sobie nie poradziła. – mówię dalej go ściskając.
– Niestety muszę już iść – mówi delikatnie odsuwając twarz ode mojej, a ja rozluźniam dłonie na jego szyi. Bierze teczka i wychodzi. – Tylko nie zapomnij zamknąć za sobą domu.
– Nie zapomnę. Paa! – obiecuje i macham mu na do widzenia, stając w oknie w przedpokoju.
Nie ma co zwlekać, od razu zabieram się za śniadanie. Bez kombinowania kraje kromkę jeszcze ciepłego chleba i wyciągam dżem z lodówki. To powinno mi wystarczyć najwyżej zjem jeszcze coś na mieście.
Nagle ktoś szarpie mnie o nogawkę.
– Och… zapomniałabym cię nakarmić – mówię do Luny i idę po puszkę z karmą. Musiała być naprawdę głodna bo nim zauważyłam miska była już pusta.
Kieruje się na gorę i biorę garnitur z szafy. Mimo wszystko nie wyglądał tak źle, mimo paru plam najwidoczniej po kawie nie było na nim nic bardziej widocznego, choć przez moment myślałam że na kołnierzyku był ślad od szminki, ale gdy zbliżyłam go do siebie, już go nie znalazłam, musiało mi się przewidzieć.
Delikatnie schodzę z nim na dół starając się niczego nim nie zahaczyć zaraz potem odkładam futerał na krzesło obok i podnoszę kartke pozostawioną na stole przez Jack’a, próbuje odczytać z niej ulicę, niestety nie ma on zbyt łatwego pisma.
Z daleka wyglądało to jak ślaczki lekarza ale gdy zbliżałam ją do oczu litery stawały się coraz bardziej widoczne i mogłam przeczytać ulicę:
MILLEY ROAD
Brzmi dość przyjemnie, ale jest tu coś jeszcze pod kartkę Jack zostawił mi jeszcze banknot 50 funtowy a pod nazwą ulicy dopisek
Ps. KUP COŚ SOBIE, ZASZALEJ :).
Jaki on jest kochany, myślę ściskając kartkę do klatki piersiowej.
Chwilę potem wstukałam ulicę z dopiskiem pralnia w wyszukiwarkę, okazało się że jeśli dobrze mi pójdzie dotrę tam nie w 20 minut jak mówił mi Jack ale w 10. Jak dla mnie to jeszcze lepiej.
Trasa prowadzi mnie od mojego domu przy Grenville przez ulice Cocburn i Largy Street. To całkiem niedaleko.
Zabieram kartkę z pieniędzmi i wkładam je za etui telefonu, który chowam zaraz potem do mojej torebki.
– Błagam, bez bałaganu, zaraz wracam.
Zwracam się do Luny w nadziei że zrozumie choć jedno z moich słów i wychodzę ostrożnie zamykając drzwi za sobą.
Pogoda na zewnątrz była wspaniała. Moje policzki muskały ciepłe powiewy wiatru, a słońce daje swe znaki rażąc mnie w oczy i na moment oślepiając. Zamykam klucze w kieszonce w środku torebki i wychodzę przed bramę, kierując się na wschód.
Otaczające nas domy wyglądały na dość osobliwe, znaczy się wszędzie panował porządek, nawet aż za bardzo ale te domy nie dawają mi spokoju.
Przez pierwsze parę minut idę w ciszy, starając się nie zwracać zbytniej uwagi na to co mnie otaczało, a jednocześnie spoglądając na domy kątem oka.
– Dzień dobry, pani Wilson! Jak miło panią znowu zobaczyć. – odzywa się ktoś nieco ochrypłym głosem zza moich pleców.
Odwracam się, zbliżając dłoń do czoła i zasłaniając za razem oczy przed rażącym słońcem, aby zobaczyć kto mnie wita. Dopiero po chwili zauważam sąsiada obcinającego tuje przed domem wielkimi nożycami.
Jest w podeszłym wieku, a przynajmniej tak mi się wydaje po jego siwych włosach wystających spod dżokejki i zwisającej na jego ciele niebiesko zielonej koszuli w kratę oraz dżinsami do kolan, które okazywały zmęczoną pracą sylwetkę.
– Dzień dobry. – odpowiadam.
Jack nie wspominał mi jeszcze niczego na temat naszych sąsiadów, ani żaden z nich jeszcze nas nie odwiedził. Myślałam że mieszkamy tu za krótko aby nas znali, a bynajmniej mnie, w przeciwieństwie Jack mieszka tu o 6 miesięcy dłużej ode mnie.
– A my się znamy?
– Ależ oczywiście, nie pamięta mnie panienka?
– Niestety nie.
Czuje jak kąciki moich ust opadają formując przeciwny do radości wyraz twarzy.
– Nie słyszał Pan co się stało? Myślałam że plotki szybko się roznoszą. Zwłaszcza w tak małej okolicy. – wtrącam, rozglądając się po pobliskich budynkach.
– Słyszałem, – urwał – ale wie Pani jak jest z plotkami, ludzie lubią dopowiedzieć coś od siebie. Nie dosłyszą, zaś coś do koloryzują. Plotka jak się patrzy.
Uśmiech który jeszcze przed chwilą występował na twarzy tego człowieka, zgasł równie szybko jak mój.
– Zacznijmy zatem od początku, dobrze?
Zgadam się lekkim skinieniem głowy, a na jego twarzy widać, jakby kąciki ust się poruszyły, próbując uformować przyjazny i odpowiedni do okoliczności uśmiech.
– David Clark.
Sąsiad podszedł bliżej do płotu który nas dzielił i podał mi przez nie prawą dłoń na przywitanie. Z bliska jego twarz którą jak do tej pory zasłaniała mi dżokejka stała się mieć więcej zmarszczek niż się spodziewałam. Oczy miał podkrążone, usta popękane, nos wydawał się mieć grudkę w połowie sprawiając że wyglądała nieco odstraszającą a twarz miał przepełnioną jakimiś dziwnymi przebarwieniami w kształcie plam atramentu.
Gdybym rozmawiała z nim wcześniej z bliższej odległości pewnie nie zwróciłbym na niego uwagi i przeszła czym prędzej.
Na szczęście przy dłuższym poznaniu, o ile mogę tak nazwać pięcio no może dziewięcio minutową rozmowę, wydawał się dosyć miłym i przyjaznym starszym człowiekiem.
– Ruby Wilson.
– To powiesz mi w końcu gdzie się tak sąsiadce śpieszy?
– Idę zanieść garnitur do pralni. – odpowiedziałam.
Choć nie wiem czy to był dobry pomysł, dlaczego go miało by to interesować?
– Yyyyy a gdzie ten garnitur? – odparł trochę zdezorientowany.
– No tu…
Ruchem ręki chcę wskazać garnitur który w myślach trzymałam w ręce i stukam się w głowę
– Został w domu.
Choć raz mogło by coś pójść po mojej myśli.
– Niech się sąsiadka nie martwi ja prawie non stop o czymś zapominam.
Pociesza mnie starszy mężczyzna ale
– Dziękuję, gdyby nie Pan poszłabym tam na próżno.
– Nie ma za co, sąsiedzi muszą sobie pomagać.
Co sił w nogach biegnę do domu, cofając się o parę minut drogi, jaką zdążyłam pokonać. Nie mam chwili do stracenia.
Gdy jestem na podjeździe uliczka jest już otwarta. Ale możliwe że jej nie zamkłam jak wychodziłam, więc to lekceważę. Przed drzwiami szperam w torebce, szarpiąc się z zamkiem kieszonki.
Serio?! Nie teraz! Siłuję się ze złością, z zamkiem.
Z mojego doświadczenia z schowkiem postanawiam wziąć głęboki oddech i spróbować delikatnie go rozsunąć, na szczęście daje to spodziewany rezultat.
Chwilę potem jestem już w środku i zamykając drzwi frontowe za sobą by Luna nie uciekła wbiegam do kuchni gdzie zostawiłam garnitur. Ku mojemu zaskoczeniu nie ma go.
Rozglądam się po wnętrzu ale jest tu pusto, ani śladu. Jeszcze przed chwilą byłam pewna że go tu zostawiłam ja tym krześle.
Wpadam w panikę, a moje serce zaczyna bić jak szalone, niemal próbując wyfrunąć z klatki jak ptak. Stop!
Ruby uspokój się!
Musiałam gdzieś go odłożyć. Skup się! Na pewno znosiłam go na dół, bo omal bym się jeszcze o niego nie zahaczyła gdy schodziłam w dół po schodach, a zatem zostaje mi salon. I natychmiastowo do niego przechodzę. Uff… Po co było się tak denerwować? Pytam samą siebie i chwytam futerał z garniturem. Trochę to dziwne, na serio dałabym sobie rękę odciąć że odstawiłam go w kuchni na krześle, ale no cóż, może moja głowa płata mi figle?
Teraz na sto procent pewna że o niczym nie zapomniałam wychodzę i zamykam dom. Parę minut później przechodzę obok sąsiada którego wcześniej miałam okazje poznać, ale nie zastaję już go w ogródku. Musiał skończyć podcinać tuje gdy wracałam się do domu.
Trudno.
Idę w ciszy przez następne 3 minuty i się zatrzymuje. Stoję na chodniku przy małym skrzyżowaniu. Tylko w którą stronę miałam iść? Wyciągam telefon, uruchamiam lokalizację i ponownie wpisuje cel moje wędrówki.
– Kieruj się na wschód.
Niechcący uruchomiłam nawigację i głos mężczyzny rozległ się na parę metrów ode mnie. Wciskam ściszanie i z full przełączam na wyciszenie. Trochę było by to niezręczne przy ludziach, gdyby z znikąd jakiś głos z telefonu dał następną komendę. Chciałam być brana jako miejscową, a nie stać się kimś na kogo ludzie zaczną się gapić.
Idę od teraz z telefonem w ręce, i z mapką na nim. Jeszcze kawałek prosto wzdłuż ulic Charlos Street, potem w prawo w ulicę Largy Street, zaś znowu w lewo i w końcu po drugiej stronie ulicy Milley Road jest pralnia. Mimo wszystko brzmi to jak półgodzinny spacer, strasznie sporo gu zaułków ale ma to swój urok.
Budynki obok mnie są prawie takie same, jak te które mijałam podczas jazdy do rodziców. Każdy dom jest biały, od czasu do czasu mają one ceglane elementy ozdobne. No chyba że można wliczyć kolorowe kioski które widzę już z daleka.
Cieszę się że mogłam w końcu od ponad tygodnia wyjść z domu, to takie miłe uczucie wracać do tego co znałam. Choć niektórzy nie podzielają mojego szczęścia, nie wiem czy to prawda czy nie ale wydaje mi się że mama Jacka naprawdę mnie nie znosi, postać ze snu przypominała jej niechęć gdy zobaczyła że się wybudziłam.
Nawet ludzie obok mnie których mijam w ogródkach jak poprzednio sąsiada, co chwila się witają. Czemu wszyscy ludzie nie mogą być tacy sami?
Przez zamyślenie prawie weszłam na drogę, rozglądam się w obie strony i przechodzę przez ulicę na Largy Street jeszcze 30 metrów do celu. Z każdym krokiem i myślą że dzieli mnie kilka kroków od pralni jest mi coraz lżej. Po chwili z rogu zaczyna się wyłaniać szyld pralni.
No w końcu!
Przyśpieszam, mijając kilka osób na chodniku i znowu przechodzę na drugą stronę ulicy.
Milley Road jest niesamowita pełno tu marketów jak ten obok pralni, kawiarni, restauracji, kiosków, i najróżniejszych sklepów jak ten z antykami na przeciwko. Pralnia nie jest tak duża jak sobie ją wyobrażałam, ale jeśli jest już wypróbowana nie ma co szukać innej. Wchodzę do błękitnego budynku i już od wejścia słyszę pełno pracujących pralek, i suszarek.
– Dzień dobry – witam się, rozglądając po pomieszczeniu.
Za biurkiem siedziała młoda kobieta, blondynka, miała no może z 25 lat? Miała na sobie niebieski uniform z logo pralni.
– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – odpowiada pełnym profesjonalizmu głosem, nie pokazując żadnych emocji ani zainteresowania klientką.
– Chciałam dać garnitur chłopaka do porządnego wyczyszczenia.
– Nazwisko?
– Brown, Jack Brown.
– Aaa, pan Jack. Nasz stały bywalec. – odparła już bardziej przyjaznym tonem i zabiera ode mnie garnitur. – Na kiedy potrzebny?
– Na jutro z samego rana.
– Dobrze. Czyli standard. Należy się 16 funtów.
– Proszę. – odpowiadam dając banknot 50 funtowy i czekam na resztę.
Co by tu teraz robić? Pytam samą siebie gdy wychodzę z pralni. Może pójdę kupić coś słodkiego do kawy, od paru dni mam ochotę na sernik, który przywiozła mi potajemnie Emily, gdy byłam jeszcze w szpitalu. Wyciągam telefon i sprawdzam pobliskie cukiernie.
Jest! Po drugiej stronie była kawiarnia połączona z cukiernią, szukam pasów, i upewniając się że nic nie jedzie przechodzę na przeciwną stronę do kawiarni, z bliska wydaje się niezbyt duża. Przed nią wystawiono dwa stoliki z sześcioma krzesłami, a nad nimi wisiał materiałowy daszek w niebiesko białe paski. W środku panowała cisza i spokój, może to ze względu na wczesną godzinę? Dobre i to że przynajmniej jest już otwarta.
Przestrzeń wewnątrz wypełniała długa podłużna lada, z najróżniejszymi ciastami, między innym brownie z malinami, ciastem czekoladowym, zwykłym drożdżowym oraz wieloma innymi. Na przeciwko lady dostawione były jeszcze trzy stoliki z kilkoma krzesłami, wszystkie ściany pomalowano na niebiesko, a na niektórych wisiało parę obrazów w białych ramkach.
– Dzień dobry – mówię, starając się zwrócić kogoś uwagę bo nikogo nie zastałam.
– Chwila już idę!
Z oddali drzwi za ladą słychać było odpowiedz jakiejś kobiety. Jej ton głosu był niemal że piskliwy ale zarazem unikalny i pełny ciepła.
– Słucham.
Po chwili kobieta a właściwie jak się okazało młoda dziewczyna podeszła do lady. Była piękną blondynką o błękitnych oczach, a na sobie miała niebieski fartuch.
– Czy macie może sernik?
– Tak. – odpowiada gdy idzie po niego do lodówki za sobą. – Ile ukroić? Tyle może być? – pyta wskazując nożem 1/3 blachy.
– Idealnie – potwierdzam, patrząc na cudowną rosę na serniku. Wyglądał bardziej jak domowy niż taki jaki myślałabym że jest w cukierni.
– Proszę, to wszystko?
– Tak.
– Razem wyszło 8 funtów. Kartą czy gotówką?
– Gotówką – odparłam gdy sięgam po telefon i daję jej należną sumę. – Dziękuje
– Smacznego! Dowiedzenia.
Mimo wszystko bardziej opłaca się kupować placek niż prać garnitur. Śmieję się spoglądając na przyszły deser.
Mam jeszcze sporo czasu. Idę wolnym krokiem w dół tej ulicy i spoglądam na rozprzestrzeniające się widoki dookoła. Jest przepięknie, a im dalej idę tym białe budynki znikają ustępując miejsca bardziej radosnym. Każdy sklep, butik czy kiosk jest tu w innych kolorach, jeden zielony, drugi nawet czerwony.
I mimo iż te kolory nie koniecznie do siebie pasują robią malowniczy pejzaż miasta.
Nie wiem jak mogłam spędzić tyle dni w domu nie znając tego co jest obok mnie. Może strach przed tym co nieznane był nie potrzebny? Może wcześniej chciałam tu zamieszkać ze względu spacerów, między innymi takimi uliczkami. Nie zamieszkałabym raczej gdzieś, gdzie wcześniej nie zwiedziłam chociażby pobliskim miejsc. Ale cóż nie ma co nad tym rozmyślać, stara wersja mnie wiedziała co robi, trzeba jej zaufać,
Zostało mi jeszcze z 26 funtów, a Jack kazał mi zaszaleć. Wydaje mi się że o tak nie jestem w stanie wydać tej całej kwoty, pewnie część mi zostanie.
Nieoczekiwanie coś z wystawek rzuca mi się w oczy, całkiem zapomniałam, miałam poszukać tego perfumu. Na szczęście minęłam tylko kilka kroków od wystawki z perfumami.
Cofam się i wchodzę do środka sklepu. Wewnątrz panuje zapach najróżniejszych perfumów, które razem tworzyły cudowną woń.
– Witam
Zza lady wychodzi starszy mężczyzna w koszuli z tropikalnym wzorem.
– jakiego zapaszku szukamy?
– Dzień dobry, mam tu parę wybranych ale nie do końca wiem który wybrać. – odparłam niepewnym głosem, a zaraz potem wyciągam telefon aby pokazać zdjęcia perfum, które ukradkiem zrobiłam u rodziców w łazience.
– Rozumiem
Mężczyzna przegląda nazwy perfum z mojego telefonu i kolejno przechodzi obok regałów, a ja krok w krok za nim. Nie wiem jak on to zrobił, ale w pięć minut, a nawet nie udało mu się znaleźć wszystkie 8. Wydawało mi się że nie były ułożone w porządku alfabetycznym, ale zapewne musiał tu pracować już od dawna i mapę gdzie co leży znał na pamięć.
– Proszę sobie wypróbować, tu ma pani testery – mówi podając mi kilka prostokątnych kartek.
Zabieram się do roboty, a właściwie do wąchania.
Pierwszy z nich Purple Rose pachniał tak jak podpowiadał tytuł różany, i był zdecydowanie za kwiatowy jak na zapach który pamiętam.
Drugi Beach And See pachniał morską bryzą, jak ona może trzymać jeszcze ten zapach? Strasznie było od niego czuć chlor, który nie powinien się tam znaleźć z racji tego że to nie ma być zapach morza.
Trzeci z nich Sweet Dream dawał niesamowitą woń czekolady i czegoś eleganckiego, był przecudny, i mimo iż nie tego szukałam odłożyłam go na bok aby nie zgubić.
Czwarty perfum Blake pachniał dosłownie niczym, nie da się tego ująć nawet w słowa był ani słodki ani kwiatowy, taki nijaki. Przynajmniej moim zdaniem.
Biorę piąty zapach Night Blue ten ujął mnie swoim zapachem ale musiał to być męski perfum, więc musiałam nie zauważyć i cyknąć fotkę nie tego co chciałam.
Zrezygnowana podnoszę szósty zapach, przed ostatni, La Via Belle. To ten! W końcu, woń tego perfumu jest niczym magnes, jest bardzo wciągający. Sprawia też wrażenie wewnętrznego spokoju, choć nie wiem czy to przez to że znam ten zapach od mamy, czy tak po prostu.
– Poproszę ten, ten i… ten. – odpowiadam nie mogąc zdecydować się na jednego.
– 6 funtów.
Znowu wyciągam pieniądze z telefonu i płace mężczyźnie, a ten wręcza mi białą papierową torbę z perfumami.
Wychodzę z nią zadowolona, i nie zważając już na nic idę ponownie ulicą w dół. Mijam Market wbudowany w budynek który wydaję się zamieszkały na piętrzę. Znowu kiosk, jeszcze mniejszą niż poprzednio kawiarnię, oraz bibliotekę.
Spaceruję tak chyba z 10 minut wdychając i zachwycając się pięknem tego miasta, gdyby był tu park to chyba bym stąd nie wyszła. Brakuje mi kontaktu z ludźmi jak z nikim innym. A zamknięta w domu przez 24 h nie robi ze mną nic dobrego. Chociaż nie jestem tam przywiązana łańcuchem sama nie mam ochoty wyjść. Zacznijmy od początku : JA NAWET BYM NIE WIEDZIAŁA ŻE JEST TU TO CO WIDZĘ TERAZ. Gdyby nie garnitur Jacka dawno oszalała bym w domu. Jego prośba o przyniesieniu go tu było dal mnie jak zbawienie.
W oddali widać teraz coś lepszego niż park, i wiem już gdzie poszli wszyscy mieszkańcy i dlaczego wszędzie panuje pustka.
Zza budynków wyłaniają się daszki kolorowych taszy i straganów. Opłacało się przejść taki kawał drogi. Mam nadzieje że zdążę a przede wszystkim trafie do domu po tych wszystkich zakupach.
Dojście do tego malowniczego miejsca zajmują mi 4 minuty. Wszystko rozłożone jest na wielkim placu wyłożonym kostką brukową, a w środku jest pełno ludzi. Nawet teraz gdy stoję przed chyba niby wejściem ciągle ktoś mnie szturcha jak nie w prawe ramie to w lewe.
Trochę zdezorientowana tym wszystkim podążam za tłumem. Wędruje obok straganów z owocami, gdzie przekonana ilością kupujących, kupuje kilka jabłek za 1 funta. Niesamowite że jest tu tak tanio, aż podejrzanie.
Przechodzę dalej, i przeciskam się prze różne chusty, i kapelusze wiszące nad moją głową, korci mnie założyć jeden. Chociaż? Cofam się do tego stoiska. Nie mam nic do stracenia. Przymierzam piękny słomiany kapelusz z wstążką widząc go wydaje mi się strasznie znajomy, ale może tylko widziałam go w jakimś filmie? Bo ani w moim domu ani w żadnym innym go nie widziałam.
Patrzę w lustro obok, muszę przyznać że nawet mi w nim do twarzy, dlatego robię sobie w nim selfie na pamiątkę.
– Pasuje do pani, tylko 10 funtów. Okazja dnia. – odpowiada pani za ala ladą.
– Muszę się zastanowić – odpowiadam, odkładając kapelusz na miejsce.
Z jednej strony jest przepiękny, ale z drugiej gdzie miałabym go założyć? Przynajmniej mam w nim zdjęcie, i satysfakcję że go przymierzyłam.
Odchodzę i idę dalej mijając stoisko z zabawkami, ozdobami do ogrodu i … Chwila. Obok stało stoisko z rzeczami zoologicznymi. Nie spodziewałabym się że takie istnieją. Rozglądam się po stoisku, są tu smycze, karmy, szelki, kolorowe ubranka, legowiska, obroże i wiele więcej. Wiem że Jack mówił że po tygodniu będziemy kupować potrzebne rzeczy dla Luny, więc nic nie stoi mi na przeszkodzie. Nie ma tu zbytnio niestety nic dla kota, a jedyne co mi się spodobało to było piękne legowisko z daszkiem które całe pokryte było nieprzemakalnym materiałem w kwiatowy wzór a w środku wyłożony futerkiem, które byłoby idealne na zimę.
– Jaka cena? – pytam wskazując legowisko które spełniałoby moje wymagania.
– 10 funtów.
– Hmm, a nie da się trochę taniej? – pytam z lśniącymi oczami.
– Da pani 8 funtów i będzie dobrze. – zgadza się z wielkim westchnieniem.
– Dziękuje! – odpowiadam i wyciągam telefon. Za taką cenę szkoda byłoby odmówić. Luna się ucieszy jak je zobaczy. Teraz mogę już tylko wracać do domu.
Włączam mapę Google w wyszukiwarce i na podstawie lokalizacji pokazuje drogę powrotną do domu. Musiałam się nieźle zapędzić, bo przede mną jeszcze 30 minut drogi.
