Wielkość tekstu:

Rozdział 10

Po dotarciu do domu, nie mogłam złapać tchu, niesienie tego wszystkiego ponad pół godziny drogi i to jeszcze z telefonem w ręce, było strasznie niewygodne i męczące. Choć skutki zakupów są jak dla mnie bardzo opłacalne, materialnie jak i emocjonalnie, może jak mówią pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich nie miałabym a właściwie wszyscy nie mielibyśmy jak żyć.

Wewnątrz jak ostatnio Luna czeka na mnie na parapecie. Wchodzę do środka, zamykam drzwi i przechodzę do kuchni, podczas gdy ona dumnie kroczy za mną pałętając się co chwila między moimi stopami. Chyba się domyśliła że coś dla niej mam.

Po kolei wyjmuje zakupy, od razu odkładając sernik z rosą do lodówki. Jabłka natomiast odkładam do pustego po wczorajszym incydencie ozdobnego metalowego pojemnika, a torbę z perfumami dokładam na razie na bok aby ustawić legowisko kotce, które układam jej w kąciku obok drzwi na taras.

Siadam teraz przy stole i ją obserwuje. Patrzy tu na mnie tu na nową rzecz, co do której jak na razie nie jest zbytnio przekonania, ale jednak podchodzi do niego powoli, i obchodzi dookoła z niepewnością. Dopiero po chwili wchodzi do środka, robi kółko i ugniata pazurami futrzaną poduszkę wewnątrz, aż w końcu się w nim kładzie. Chyba jej się spodobało, bo zaraz potem pięknie mruczy i zasypia.

Korzystając z chwili wyciągam odstawione perfumy, biorę ten który przypomina mi mamę i odnoszę go do sypialni, aby schować go w szufladzie z moimi piżamami.

Nie wiem czego się obawiam, ale dla Jacka może wydać się dziwne że kupiłam perfum który używa jego teściowa bo uważam że jego zapach mi coś przypomni. Nawet teraz gdy o tym myślę, czuję się jakbym robiła coś nielegalnego i musiała ukryć przedmiot ‘zbrodni’.   

Pozostałe perfumy Sweet Dream i ten dla Jacka odkładam na blat, żeby o nich nie zapomnieć. Nie zrobiłabym mu niespodzianki gdyby jako pierwszy znalazł perfum. Mam nadzieje że ten zapach mu się spodoba, nigdy nie interesowałam się tym jakie on lubi, a przynajmniej teraz już nie pamiętam.

Nadal nie mogę przyzwyczaić się do tego co się stało, ani nie umiem się z tym pogodzić.

Chciałabym wiedzieć jak moje życie wyglądałoby gdybyśmy zdążyli odsunąć się od miejsca gdzie zawalił się dach, albo gdyby ten dach wogule się nie zawalił.

Same myśli o tym że teraz mogłabym być szczęśliwa, i zapewne już po podróży poślubnej, może planowalibyśmy dzieci albo nawet była bym już w ciąży.

Przez te natłoki myśli płaczę nocami w łazience, ale staram się to ukrywać i minimalizować. Moje oczy w tej chwili również wylewają całe mnóstwo łez, jakbym miała tam cały ocean i nigdy się miał nie wyczerpać. To takie frustrujące, wiem że trzeba żyć tym co jest teraz, dzisiaj nie zważając na przeszłość ani na przyszłość, ale ja tak po prostu nie umiem, jedyne co mam ochotę zrobić to usiąść w kącie skulić nogi, płakać i kołysać się tak do końca moich dni .

Stop! Ruby! To nie może się tak skończyć!

Głos w mojej głowie próbuje doprowadzić mnie do porządku. Trzeba jednak przyznać że ma trochę racji. Wycieram ręką łzy i się prostuje. Jeśli nie skończę robić to co robię w końcu nawet moi najbliżsi będą chcieli mnie wysłać do wariatkowa o którym nie mogę przestać myśleć jako konsekwencji. A przecież nie jestem chora psychicznie! Każdy ma prawo się pogubić zwłaszcza po takich przeżyciach które spotkały mnie. Prawda?!

Skupmy się na tym co trzeba zrobić. Po powrocie założę się że Jack będzie głodny, zatem wypadało by zrobić coś na obiad.

Spoglądam na zegarek ścienny, jest 14.50, zostało mi gdzieś jakieś niecałe półtorej godziny godziny. Powinnam zdążyć.

Tylko co ja miałabym mu zrobić?

Przeglądam szafki w poszukiwaniu jakiejś inspiracji, a może by tak… Zaimprowizować? Wyciągam ziemniaki z szafki i zaczynam je energicznie obierać i kroić w mniejsze kostki, może jak otoczę je w przyprawach i wstawię je do piekarnika będą zarazem sycące i po prostu smaczne?

No nic. Jak nie spróbuje to się nie dowiem, a może akurat coś to da. Wykładam blachę z piekarnika, kładę na nią papier do pieczenia i pokrojone ziemniaki. Teraz tylko coś co złączy przyprawy z nimi.

Hmmm… Uderzam się w czoło, ja na prawdę stracę kiedyś głowę. Biorę olej z szafki wylewam wystarczająca ilość na blachę. Do tego sypię jeszcze paprykę słodką, ostrą i oczywiście tradycyjnie pieprz i sól.

Wszystko mieszam rękami i muszę przyznać że nawet nieźle to wygląda. Zaraz potem wkładam je do piekarnika i włączam na 200°C, na razie na 30 minut, zaś będę dochodzić i sprawdzać czy są już gotowe. Byle tylko zasmakowała to Jackowi.

Chociaż jak nie to nie będę miała nic przeciwko, więcej dla mnie.

W międzyczasie sprzątam cała kuchnie i idę na górę do łazienki. Nie mogę znieść mojego widoku, to co dzieje się ze mną nie wygląda zbyt dobrze. Moje oczy są czerwone a powieki mam opuchnięte.

Biorę się teraz w garść i patrzę na swoje odbicie w lustrze aby pożegnać się z nim raz na dobre.

Nie poddam się.

Jeszcze nie teraz.

Niedługo po tym z dołu dobiega odgłos pikania, to nie możliwe aby 30 minut już minęło, a jednak.

Schodzę na dół i wdycham zapach przypraw, który na samą myśl o posiłku pobudza mój głód. Wchodzę do kuchni , wyłączam pikanie które zdążyło mnie już zirytować i powoli otwieram piekarnik aby para mnie nie oparzyła. Wysuwam delikatnie blachę ręcznikiem i biorę widelec z szafki obok aby sprawdzić czy ziemniaki są już odpowiednio miękkie.

Musiałam trafić z czasem bo są idealne. Pewna że się upiekły, kładę najpierw deskę do krojenia na stół a na to wyciągam gorącą blachę. Zaciekawiona co mi wyszło nakrywam do stołu, ale jeszcze mi tu czegoś brakuje. Wyciągam miskę i resztę potrzebnych składników do zrobienia sosu czosnkowego.

 Zaraz potem gotowy sos odstawiam na środek stołu.

Gotowa by spróbować mojego eksperymentu siadam do stołu. Ale najwidoczniej nie jest mi to teraz dane.

Na podjazd wjeżdża Jack. Wstaję od stołu i wstawiam wodę na herbatę.

– Wróciłem…. Co tak ładnie pachnie – mówi zaskoczony i wchodzi do kuchni.

Podchodzę do niego i obejmuje. Jack patrzy raz na mnie, raz na stół i w końcu całuje.

– Nie spodziewałem się że zrobisz mi taką niespodziankę. – wtrącił obejmując mnie jeszcze mocniej.

– To jeszcze nie koniec. – odpowiadam a Jack wędruje za mną wzrokiem gdy delikatnie odsuwam się z jego objęć by podać mu perfum. – Proszę. Tak mi się spodobał że nie mogłam się oprzeć, mam tylko nadzieje że trafiłam w twój gust.

– Wszystko od ciebie jest trafione.

– Siadaj do stołu póki jeszcze ciepłe. – ignoruje jego wcześniejsze słowa. Dobrze wiem że mówi tak aby mnie pocieszyć i ogólnie nie wypadało by powiedzieć inaczej. Chwilę potem obserwuj Jack’a gdy wypisukuje trochę perfum na rękę i macha nią jak szalony.

– Czekaj. – odparł wąchając zapach perfum i na jego twarzy ukazuje się zaskoczenie. – skąd wiedziałaś że to mój ulubiony?

– Co? Nic o tym nie wiedziałam. Nie widziałam go nigdzie wcześniej w domu. – odparłam, gdy zaparzam herbatę, równie zaskoczona jak on.

– To dlatego że kiedyś dostałem go od ciebie lub twoich rodziców, już teraz sam nie pamiętam, i strasznie mi się spodobał, ale niestety musiałem przypadkowo wyrzucić opakowanie i zapomniałem nazwy.

– Ale zbieg okoliczności.

– To wcale nie musi być tylko zbieg okoliczności! – rzucił z podekscytowaniem.

– Wiem, ale na prawdę zaraz wszystko ostygnie. – Rozumiem o co mu chodzi ale nie zamierzam się tym na razie radować.

Jack dosiada się do stołu i nakłada sporą ilość ziemniaków. Dobrze że mnie coś tkło i dokroiłam ich więcej. Zaraz potem robię to samo ale oczywiście biorę mniejszą porcje. Nakładam również sos czosnkowy i niepewnie próbuje dania, o ile można je tak nazwać. Z każdym kęsem, moja niepewność znika. To na prawdę jest dobre, i na szczęście nie tylko mi smakuje.

– Wow, gdzie znalazłaś przepis?

– Nigdzie.

– Jak to?

– Sama wymyśliłam improwizowałam.

– To wyszło ci wspaniale Kochanie. A mam jeszcze jedno pytanie.

– Tak.

– Skąd to? – pyta wskazując na legowisko, w którym w najlepsze śpi jeszcze Luna. Musiało jej bardzo pod pasować skoro nawet zapach jedzenia nie skusił ją do wyjścia.

-Kupiłam przy stoisku. Była okazja a strasznie mi się spodobało. Mam nadziej że nie jesteś zły?

– Ja ależ skąd, o tak miałem cię dzisiaj zabrać do zoologicznego. Minął już ponad tydzień od ogłoszenia, i zmierzam dotrzymać obietnicy.

– To świetnie – uradowana możliwością ponownego wyjścia domu, ale tym razem samochodem, jak ja za tym tęskniłam, nigdy więcej nie pójdę tyle na nogach. Za żadne skarby, no chyba że…

Rozmowę przerywa nam dzwonek telefonu.

– Serio? Akurat teraz. – odparł Jack patrząc błagalnie na mnie. – Odbierzesz? To domowy, jest w przedpokoju wisi przy szafie.

– Jasne. – odpowiadam. O tak nie miałam już co robić bo skończyłam jeść. Podnoszę słuchawkę, i zastaję zupełną ciszę.

– Halo?

– Kim ty jesteś co?! –  krzyczy przerażającym tonem głos komputerowy.

– Nie rozumiem, kto mówi? – odpowiadam starając się zachować choć odrobinę spokoju, nie zważając na strach przez który daje swe znaki we mnie

Nastaje przerażająca cisza, w której mogłam usłyszeć bicie mojego serca.

 Po chwili sygnał się urywa.

Roztrzęsiona odkładam słuchawkę i idę do kuchni.

– Coś się stało? – Jack patrzy na mnie i dopiero teraz czuję łzy na moich polikach i trzęsące się ręce. – Chodź do mnie.

Siadam na kolana Jacka i odczekuje chwile aby nabrać sił. Jego dotyk to to czego teraz potrzebuje. Ten telefon był naprawdę dziwny i niepokojący. Zanim zdążyłam coś z siebie wykrztusić, w przedpokoju znów rozlega się dokuczliwy głos dzwonka telefonu.

– Pozwól że teraz ja odbiorę. – mówi, a ja posłusznie schodzę mu z kolan, choć nie za bardzo wiem jak bo czuję jakbym miała nogi jak z waty.

Chwilę potem Jack wraca z uśmiechem na twarzy.

– Garnitur będzie gotowy na jutro . Akurat godzinę przed spotkaniem więc zdążę po niego podjechać. – uspokajam się na tą myśl. Może tylko źle odebrałam to co chciano mi przekazać. Może to po prostu ktoś z pralni, i pytał się czy dobrze się dodzwonił, albo i zdziwił się że odebrał damski głos a nie męski Jacka?

– Powiesz mi teraz kto dzwonił chwilę przedtem?

– To musiała być pomyłka. – odpowiadam przejętym głosem, a Jack chyba tego nie kupuje.

– A tak na prawdę?

– No mówię przecież. Ktoś z podobnym głosem do komputera spytał się kim jestem i tyle.

– To Cie tak zdenerwowało?

– Bo on nie mówił tego tak spokojnie, wręcz krzyczał, a potem po prostu się rozłączył.

– To pewnie dzieciaki się  bawiły. – wtrąca śmiejąc się z mojego przypadku.

– O tym nie pomyślałam. – przyznaje.

– Nie masz się czym martwić nic ci przy mnie nie grozi. Po za tym chciały Ci zrobić zapewne kawał, a ty przyjęłaś to zbyt na poważnie.

– Mówisz to jakby to była moja wina?

– Nie, dobrze wiesz że nie o to mi chodziło. Po prostu wyluzuj.

 Łatwo powiedzieć myślę patrząc się na znów głęboko w oczy Jacka i będąc w jego ramionach. W niektórych momentach wydaje mi się jakbym go nie znała.Gdybym za każdym razem rozmawiała z jego inną osobowością. Raz jest romantyczny, pełen empatii i chęci pomocy, a zaś?

Nawet nie wiem jak to określić. Tak jakby nie brał mnie na poważnie, i traktował mnie jak dziecko.

Ale może to przez moje zdenerwowanie, jego zachowanie jest przeze mnie inaczej odbierane.

 

Po 40 minutach szykujemy się do wyjazdu. Nie będziemy tam aż tak długo ale wydaje mi się że da mi choć trochę wytchnienia. Co przyda się też Jackowi. Albo ze mną coś się dzieje coś dziwnego i dlatego inaczej patrze na jego zachowanie, albo on sam je zmienia.

Sama już nie wiem. Od paru dni zachowuje się inaczej, raz ma napady sarkazmu, raz romantyczności i wiele innych sprzecznych emocji. Może to we mnie jest problem? Tak jak i dla innych? A te myślenie i użalanie się nad sobą jest narcystyczne i wszystkich drażni? Po co ja tu jestem, robię same problemy, gdybym nie ja Jack najprawdopodobniej miałby normalny dom z kimś innym.

Rodzicom uniknęło by to wiele smutnych chwil i stresu. A matka Jacka nie miała by, jakby to ująć wroga? Osoby która według niej nie jest odpowiednia dla jej syna, i pewnie już dawno wydałaby go za jakąś pustą damę, oczywiście nikogo nie obrażając.

Och… Znowu to samo! Miałam z tym skończyć, to wszystko mnie kiedyś zniszczy.

Wykorzystuję że Jack jest w sypialni i szybko uciekam do łazienki. Nie mogę mu się teraz pokazać. Zamykam drzwi na klucz i podchodzę do lustra.

Co jest ze mną nie tak?! Moje oczy znowu są czerwone i wątpię żeby ten kolor znikł w 5 minut. Co znowu powoduje u mnie płacz.

Weź się w garść!

Znowu mówi głos w mojej głowie. Jedyne co przychodzi mi do głowy to umyć twarz a zwłaszcza oczy zimną wodą, może to coś da, albo przyśpieszy zniknięcie efektu mojego płaczu. Odkręcam kran, i przemywam całą twarz. Mając nadzieje że coś to da znowu patrzę na moje odbicie w lustrze, zapierając się dłońmi o zlew. Czuję się może trochę odświeżona ale moje oczy nie powróciły do pierwotnego stanu.

– Ruby, pośpiesz się!

– Już idę! – odpowiadam starając się zachować normalny ton.

Tylko co by tu zrobić. Rozglądam się dookoła, chcąc znaleźć coś co mi pomoże, ale nic tu nie ma. Przynajmniej na widoku. Ostatnio wydawało mi się że w szafce widziałam jakieś okulary. Niby jest już jakoś po 17 ale słońce nadal strasznie razi w oczy. W końcu to dopiero końcówka lipca.

Zaglądam do wcześniej wspomnianej szafki mając nadzieje że się nie myliłam. Ale na szczęście nie. Muszą to być moje stare okulary, bo wątpię aby Jack nosił damski model. Zakładam je i się przeglądam.

Nie jest źle po jakieś pół godziny myślę że będę mogła je spokojnie zdjąć. Byle tylko nie był to błąd i Jack będzie kazał mi je zdjąć.

Wychodzę powoli z łazienki, biorąc głęboki wdech, aby udać że nic się nie stało. Schodzę na dół i zabieram po drodze do wyjścia torebkę z kuchni. Jack czekał już na mnie przy drzwiach z uśmiechem na twarzy, który jak dla mnie wydawał się sztuczny, ale niech mu będzie że mu wierzę.

Idę do auta, podczas gdy On zamyka drzwi na klucz.

– Czekaj. – zwraca się do mnie gdy zamierzałam otworzyć drzwi od strony pasażera. – Ja to zrobię, proszę. – otwiera drzwi za mnie i zaprasza mnie gestem do środka. Tak jak zrobił to przed szpitalem. Nie wiem czy miał być to gest aby przekonać mnie do siebie, czy zrobił to tak po prostu.

– Dziękuje. – odpowiadam delikatnie wsiadając do auta aby się nie uderzyć w głowę o dach. Mimo wszystko ten opel jest strasznie niski.

– Do twarzy ci w tych okularach. Kupiłaś? – komplementuje mnie Jack. Gdzieś już to dziś słyszałam tylko że wtedy była mowa o kapeluszu.

– Nie, znalazłam je w łazience. W szafce.

– dziwne nie pamiętam żebyś takie miała. Chociaż… Może przywiozłaś je przy przeprowadzce i nie miałaś okazji je założyć.

– Może – Odpowiadam gdy wyjeżdżamy już z podjazdu.

Droga minęła nam szybko, galeria do której mnie zabrał była zaledwie 15 minut czasu od domu.  Ale w środku samochodu panowała cisza prze całą drogę, której nikt nawet nie próbował zakończyć.

Galeria z zewnątrz była niezbyt dużej wielkości ale za to mieściła, naprawdę sporą ilość sklepów, zaczynając od księgarń, fast-foodów, odzieżówek aż po zoologiczne i sportowe.

Mimo początku tygodnia w środku panował nie mały ruch. Nie chcę widzieć co zatem jest tu w ciągu weekendu.

Jack kieruje mnie na ruchowe schody a zaraz potem skręca w prawo. Niestety przez te okulary mam trochę ograniczone pole widzenia, i muszę na prawdę skupiać się gdzie kieruje się mój chłopak. Ta galeria jest jak labirynt, pełno tu zaułków i ogromnych wejść do sklepów.

W końcu po kilku minutach drogi wchodzimy do zoologicznego. Od samego wejścia poczułam zapach zwierzaków a zwłaszcza ich karmy. Wchodzimy w głąb jednej z alejek i dopiero na jej końcu się zatrzymujemy.

– Hmm… Co jeszcze potrzebujemy dla Luny, Kochanie?

– Chyba jakąś, obróżkę i na pewno 2 miski.

– Okej, może tą. – odparł wskazując fioletową obroże.

– A nie zleje się ona z jej czarnym futrem?

– Nie mam zielonego pojęcia.

– Ta jest jeszcze fajna. – odpowiadam pokazując mu żółtą obroże z białymi księżycami do której doczepiona jest jeszcze dodatkowo smycz.

– Nawet całkiem, całkiem. Bardziej widocznej dla niej nie znajdziemy… No dobra weź ją.

– A miski?

– Te?

– Na przykład.

– Mogą być. – mówi zabierając 2 metalowe miski wraz z czarnym niskim podstawnikiem. – Jeszcze coś?

– Nie wiem.

– Karmę?

– Jak chcesz, ale powinniśmy mieć jeszcze trochę tej z marketu.

– A drapak? Albo zabawki.

– Serio?

– Nom, widzisz tamten? Razem w zestawie ma chyba jakieś zabawki. Zawszę będzie jakoś taniej niż jakbyśmy mieli kupować wszystko z osobna.

– Nie jest za drogi?

– Kochanie… Czy ja każe ci patrzec na cenę?

– No nie.

– To podoba ci się?

– Tak…

– No to bierzemy, na jakiś czas powinno jej wystarczyć tego wszystkiego. – wtrąca kierując się do kasy. Podajemy wszystko kasjerce, a ja odchodzę na chwile na bok udając że oglądam jeszcze coś na półce.

Wole nie słyszeć ceny końcowej naszych zakupów, przez to miałabym jeszcze większe wyrzuty sumienia że naciagłam na to Jacka. Nie trwa to jednak długo, zaraz potem wszystko spakowane jest w reklamówkę, oczywiście oprócz drapaka który by się w nią nie zmieścił.

– Zabrać coś od ciebie? – pytam gdy wychodzimy ze sklepu.

– Jeśli chcesz możesz wziąć reklamówkę. – odpowiada i od razu wyciągam ją z jego ręki. Sam drapak musi sporo ważyć. Głupio by mi było gdyby wszystko niósł sam.

– Jack? – ktoś z tyłu woła Jacka, a ten momentalnie zatrzymuje się i odwraca. – Mój skarbek.

– Mamo! – odpowiada zawstydzony Jack.

Mogłam od razu skojarzyć kto to jest jej głos nadal pozostał w mojej głowie od porannego koszmaru, powinnam była sobie go skojarzyć. No cóż, muszę zrobić teraz dobrą minę do złej gry.

– Dzień dobry. –  Zwracam się do rodziców Jacka. Jego ojciec w przeciwieństwie do teściowej zachowuje odpowiednią postawę i odpowiada mi skinieniem głowy, a ona nawet nie zwróciła na mnie uwagi.

– Mary, on jest już dorosły. – zwraca się do żony Pan Paul.

– Wiem wiem, ale dla mnie nadal będzie małym synkiem.

Nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Wcześniej nie zauważyłam jakim mami synkiem jest Jack, choć nie wiem kto bardziej dla kogo.

– Co tu robicie? – pyta, jego ojciec.

– Ostatnio przypałętał się do nas kot i obiecałem Ruby, że jeśli nie odnajdziemy jego właścicieli to będzie mógł u nas zostać i… Potrzebowaliśmy paru drobiazgów.

– Aaa rozumiem, to ten o którym mi ostatnio opowiadałeś przez telefon? – pyta jego matka. Nie myliłam się myśląc że mają ze sobą kontakt. Czego mogłabym się spodziewać przecież Pani Mary nie przeżyła by dnia bez swojego synka. Myślę śmiejąc się w myślach, a jednocześnie współczując Jackowi. – Niech no pomyśle… Nazywa się Luna?

– Tak. – odpowiadam bez zastanowienia. Choć nie wiem czy dobrze zrobiłam bo matka Jacka dziwnie się na mnie wejrzała i przeszedł mnie dreszcz.

– Mary musimy już iść. – pośpiesza ją jej mąż. – Zaproś ich może na kawę, to sobie dłużej pogawędzicie.

– To wspaniały pomysł to jak? – pyta zadowolona pomysłem żona Paula.

– Nie wiem czy będę miał czas…. – zaczyna Jack ale nie jest mu dane skończyć zdania. Zwłaszcza w obecności matki.

– To w środę? O 17.00? – pyta choć nie jestem pewna czy na pewno to było zapytanie bo nie dała nam nawet chwili na odpowiedz. – To postanowione. Do zobaczenia.

Teściowie poszli w swoją stronę i na szczęście przeciwną do naszej. My wracaliśmy już raczej do samochodu. Choć to albo przez okulary się trochę zdezorientowałam albo Jack pomylił kierunki.

– Jack? Gdzie teraz idziemy?

– Pomyślałem że sporo dziś dla mnie zrobiłaś i chciałem ci zrobić małą niespodziankę. – odpowiada.

– Czyli?

– Zobaczysz.

Jack trzyma mnie w napięciu. Przez co czuję się jakbyśmy szli wieczność.

– Oto i ona. – mówi wskazując sklep jubilerski po drugiej stronie. – Możesz sobie coś wybrać.

– Nie trzeba było. Ten sklep wygląda na drogi.

– Co ja ci mówiłem o cenie?

– Wiem, ale…

– Nie ma żadnego ale.

Zaraz potem wchodzimy do środka. Lada ciągła się tu równie daleko jak i w cukierni, ale o wiele bardziej podoba mi się to wnętrze.

– Dzień dobry! – wita nas ekspedientka.

– Dzień dobry, szukam czegoś dla mojej narzeczonej.

– Rozumiem, może jakiś naszyjnik? Co bardziej was interesuje złoto czy srebro.

Jack spogląda na mnie wyczekując odpowiedzi.

– Chyba srebro. – mówię.

– Dobrze. – odpowiada pani za ladą i karze podejść nam nie o dalej pokazując biżuterię.

– Podoba ci się któryś? – pyta Jack. – zdejmij może okulary będziesz lepiej widzieć.

Niepewnie je zdejmuje, mając nadziej że moje oczy nie są już czerwone  i odkładam je do torebki.

– Ten z sercem jest prześliczny. – w końcu decyduję.

– To niech będzie.

Spokój z jakim mówi Jack jest pełen podziwu, robi to jakby nie było to dla niego niczym nowym, niestety ja czuje zupełnie coś innego. Niepokój który nie daje mi spokoju od paru dni.