Po ostatnim telefonie cisza.
Nadal nie mogę przestać myśleć o tym co się dzieje, ktoś ewidentnie próbuje zniszczyć ład w moim życiu, a przynajmniej to co z niego zostało po tych 6 miesiącach. Ale kto?
Moje myśli rozwiał przyjazd Jacka, może przynajmniej on miał dobry dzień.
Wstaje i kieruje się w stronę kuchni, wyciągam gotową zapiekankę na stole a zaraz potem resztę potrzebnych elementów takich jak sztućce czy talerze.
Po chwili słychać przekręcany klucz w zamku i kroki Jacka.
– Wróciłem, gotowa? -Wtrąca, wchodząc do kuchni aby zaraz potem jak miał to w zwyczaju dać całusa w pulik.
– Ale pięknie pachnie.
– Dziękuje… – mówię nie pewnym głosem, a zaraz potem się prostuje. Nie mogę dać po sobie nic poznać. – Siadaj, bo zaraz wystygnie – kontynuuje, już nieco pewniejszym tonem.
Reszta posiłku przebiega w miłej atmosferze ale to tylko przez to że żaden z nas nie rozpoczął rozmowy, pozostając przy cichej opcji zjedzenia obiadu. Tylko raz po raz słychać było brzęk widelca ocierającego się o talerz. Ale szczerze mi to pasuje. Zresztą nie miałabym nawet mu nic do powiedzenia, o czym mogę mu opowiadać skoro całe dnie spędzam w domu?
Nie chodzi o to że Jack n8e każe mi wychodzić, bo tak nie jest, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy. Przynajmniej nie jestem w tym sama, z Luną dotrzymujemy sobie towarzystwa.
Zaraz po posiłku zbieramy się d9 wyjazdu, chowam wszelkie pozostałości po zapiekance, by nikomu nie przyszło na myśl się do niej dostać i idę na górę.
Przeglądam się w lustrze, tym od szafy i z radością mogę stwierdzić że żadne przebieranki nie muszą wchodzić w grę. Nic mi nie widać czego nie powinno, ani w nic na co pogoda by nie pozwalała… Jest w sam raz. Jedyne czego mi brakuje to mój srebrny łańcuszek z sercem od Jacka, ubieram go zawsze gdy gdzieś wyjeżdżamy, a właściwie to robię podmiankę, bo na noc zakładam ten na koszmary chyba z ametystem ale tego nie jestem pewna, aż tak na kamieniach szlachetnych się nie znam.
Podchodzę do szafki nocnej, biorę mini szkatułkę i delikatnie ją otwieram, a zaraz potem zamieram.
– Jack… – wołam nie pewnym głosem, byłam pewna że zostawiłam go tu, w środku szkatułki, tak samo jak zrobiłam to wczoraj, przedwczoraj i jeszcze poprzednio.
– Tak kochanie?
Narzeczony wchodzi powolnym krokiem do sypialnie i wpatruje się w pudełko które trzymam.
– Coś się stało? Musimy już wychodzić.
– Brałeś mój naszyjnik ze szkatułki? – pytam.
To jedyna osoba która miała do niej dostęp.
Jack nabiera powagi w oczach i przyjmuje stanowczą pozę z złożonymi rękami.
– A po co miałbym go z stamtąd zabierać?
– Lepiej ty mi to powiedz.
Spoglądam na niego ale nie wygląda na kogoś kto miałby coś do ukrycia, a przynajmniej nie w tej sprawie.
– Ruby… – Podchodzi bliżej i łapie mnie w tali przybliżając do siebie w uścisk. – Pewnie zostawiłaś go gdzieś indziej, a teraz po prostu zapomniałaś, bywa… Bo gdybym zrobił to ja dowiedziałabyś się już o tym wcześniej, ode mnie. Nie sądzisz?
Nastała cisza, w której trwamy dalej w objęciu.
Niby jego słowa mają sens, no ale… Ach… Jestem pewna że go tu zostawiłam, na pewno sobie tego nie zmyśliłam.
Chociaż… Nie! Na pewno ją tu zostawiłam, nie ma innej opcji.
– Musimy się zbierać, nie będą na nas czekali wieki. – wtrąca spokojnym głosem, i w tej samej chwili osuwa swoje ręce pozostawiając miłe ciepłe uczucie w moim wnętrzu.
Bez wahania odkładam otwartą szkatułkę i pozostaje przy naszyjniku którym mam na sobie w chwili obecnej.
Schodzę na dół kilka minut po Jacku, kierując się w stronę drzwi. Biorę torebkę z telefonem z salonu, aby przejść do przedpokoju i założyć czarne sandały, które nie wyglądały na koniecznie nowe, a jednak były chyba najwygodniejsze ze wszystkich.
Po moim wyjściu Jack zamyka drzwi na klucz, i wchodzi do auta. Tym razem zdążyłam sama sobie otworzyć drzwi od strony pasażera zanim zrobił to on.
Cala podróż również mija w ciszy, jedyne co słyszę co bicie mojego serca. Niby ta wizyta to tylko kontrola. Ale mimo to strasznie się stresuje, moje ręce też odmawiają mi posłuszeństwa i mimowolnie zaczynają drgać.
Zauważywszy to, mój chłopak zdejmuję jedną rękę z kierownicy i łapie nią moje ręce.
Nie musi nic dodawać, abym cała się rozluźniła. Jego spokój przekłada się na mnie. Trzeba mu przyznać że jest kiedy go potrzebuje, choć czasami jego zachowanie jest strasznie zmienne.
Jedziemy tak z dobre 5 minut, choć sama nie wiem ile bo czuje jakby to trwało wietrzność. Na szczęście nasza Insygnia jest w automacie więc Jack nie musi prawie używać gałki od skrzyni biegów.
W końcu dotarliśmy do Addenbrooke’s Hospital przy Hills Road, szpital jest taki jak go zapamiętałam wielki ale tworzy przyjazną atmosferę. Choć do moich najlepszych wspomnień nie należy to jest w nim coś… hmmm… coś takiego czego nie da się opisać. Niby znikłabym jak najszybciej za najbliższym zakrętem ale jednak… Czuje jakby coś mnie tu trzymało, może to dlatego że spędziłam tu ponad 6 miesięcy, sama już nie jestem pewna.
Na miejscu parkujemy niedaleko głównego wejścia.
– Gotowa? – Pyta, wyciągając w tym samym momencie kluczyki ze stacyjki.
Biorę głęboki wdech a zaraz potem wydech i kiwam mu potwierdzająco głową.
Z auta wychodzimy niemal w tym samym monecie. Więc i tym razem rola Jacka w otwieraniu drzwi nie miała miejsca.
Kierujemy się ku wejściu ze wzrokiem wbitym w szklane drzwi. Żadne z nas nie jest chyba w 100% gotowe na powrót do tego miejsca.
W środku wita nas ta sama pielęgniarka co ostatnim razem dawała nam wypis.
– Dzień dobry Pani Wilson… Dobrze pamiętam?
– Tak. – odpowiadam, starając się zachować równowagę w głosie jak i w staniu.
– Doktor już na państwa czeka, pozwólcie że was zaprowadzę. – Odparła nie czekając na odpowiedz.
Kobieta prowadziła nas w stronę schodów na piętro, po nich skręciła w prawo aby zniknąć w kolejnym korytarzu. Nie wiem jak oni się tu odnajdują, jak dla mnie jest to wielki labirynt.
W końcu się zatrzymujemy.
– To tutaj, ale proszę aby Pani chwilę poczekała tutaj.
– Dlaczego? – wtrąca Jack, zanim przyjęłam te zdanie do siebie.
– Dr. Johnson chciał porozmawiać najpierw z Panem.
– Ze mną?
– Pan Brown?
– Tak.
– A zatem z Panem, nikogo innego tu nie ma.
– Dobrze, ale….
– Proszę zapukać i wejść. – wtrąciła, i odeszła znikając za najbliższym przejściem.
– Zaraz wracam – odparł Jack, a zaraz potem wszedł do środka.
Nie pozostaje mi nic innego jak poczekać tutaj.
Siadam na pierwszym krześle po lewej, i wpatruje się w drzwi. Co ja bym dała aby ten dzień się już skończył. Mam już dość.
W tym samym momencie coś zawibrowło mi w torebce. Dostałam SMS. Delikatnie otwieram klamrę w torebce tak aby nie wydała żadnego głośniejszego rozdźwięku, ale przy całkowitej ciszy, nie da się tego wykonać. Biorę telefon do ręki, rysuje kod i otwieram aplikacje z ikoną dymku czatu.
NUMER NIE ZNANY.
Sam ten napis brzmi nie po kojąco, ale nie pozostaje mi nic innego niż przeczytanie wiadomości, może ktoś pomylił numery i wysłał nie tu.
BĄDŹ OSTROŻNA NIE WSZYSCY SĄ TACY ZA JAKICH ICH UWAŻASZ…
– Serio? – kwitkuje.
Czemu to wszystko musi spotykać mnie. Ciekawe czy ma mieć to formę ostrzeżenia czy … Nie no, to drugie mogę od razu odrzucić. Ktoś próbuje mnie przed czymś lub kimś ostrzec. Tylko po co.
Chwilę później słyszę odgłos otwieranej klamki na co szybko wyłączam telefon i zamykam w torebce. Albo mi tak długo zajęło przyswajanie tego jednego SMS-a albo to Jack tak szybko starał się wyjść z gabinetu.
Teraz moja kolej.
Z Jackiem mijamy się w przejściu. Próbuje wyczytać z jego twarzy tyle na ile jest to możliwe, ale przyjmuję uniwersalną postawę, ni tu zmartwiony, ni zdziwiony. Kto wie co teraz chodzi mu po głowie a tym bardziej o czym rozmawiali.
Wchodząc do gabinetu czuje chłód który muska moje poliki, musi być tu gdzieś otwarte okno bo zrobił się niezły przeciąg a drzwi prawie nieźle by przez niego trzasły. Na szczęście zdążyłam je złapać w samą porę i delikatnie zamknęłam, tak aby nie wywołały żadnego hałasu.
– Dzień dobry Pani Wilson, jak się Pani mniema?
Lekarz zza biurka powoli wstaje wstaje i wita mnie z wielkim uśmiechem na twarzy, chciałabym podzielać jego entuzjazm.
– Dobrze… – odpowiadam i zwięźle, ale na temat.
– Proszę sobie usiąść.
Dr. Johnson wskazał ręką czerwone krzesło podobne do tych z poczekalni. Podchodzę do niego, i jak przystało siadamy w tym samym czasie.
Mimo rozmowy z Jackiem lekarz nie wydaje się ani zmartwiony, ani zbytnio emocjonalny. Tak jakby nic się nie działo przed moim wejściem, ale obaj wiemy że to nie prawda.
– Przejdźmy do konkretów. Jak się Pani czuje?
– Nie jest źle… – odparłam, bo cóż innego można odpowiedzieć na takie pytanie? Nie jest dobrze bo moja pamięć jak znikła tak znikła, ale nie jest też źle.
– Mogłaby pani rozwinąć? Czuje Pani jakiś dyskomfort, bóle, no nie wiem miewa Pani koszmary?
Skąd… Ach tak, Jack.
Musiał się wypaplać, myślałam że zostanie to między nami. Ile razy mam mu powtarzać że to nic takiego i sama dam sobie z tym rade? To tylko sny, ich się nie leczy. Bez żadnych wątpliwości.
– Naprawdę wszystko gra.
Staram się sprowadzić tą rozmowę na korzystniejsze dla mnie tory.
– Pani Wilson… – ciągnie
– Tak? – udaje że nie wiem o co mu chodzi, ale to chyba się nie udało.
– Nigdy wcześniej nie słyszałem bardziej nieprzekonywującą odpowiedzi niż ta poprzednia, na prawdę może mi Pani zaufać. – Taa i komu jeszcze? Na razie nie da się zaufać nikomu. – Obowiązuje mnie tajemnica lekarska, nasza rozmowa nie wyjdzie poza mury tego pokoju, moje to Pani zagwarantować.
– Ale…
Próbuje nie dać za wygraną, ale każde moje słowo zmienia uśmiech doktora na rozczarowującą mimikę twarzy. Chociaż bardziej może na znudzoną.
– Jack Panu już wszystko odpowiedział? – pytam z nadzieją że jeszcze nie wszystko stracone.
– Owszem.
– To co chce Doktor jeszcze ode mnie usłyszeć?.
– Jak się Pani z tym czuje.
– Z czym?
– Codziennymi koszmarami, codziennością.
Wpatruje się w oczy lekarza a ten szybka urywa kontakt wzrokowy. Chyba nie mam wyboru.
– Ciężko.
– Ciężko?
– Och… Nie wiem jak to Panu wytłumaczyć. Czuje że te koszmary to tak an prawdę nie koszmary.
– A czym?
– Czymś w rodzaju przebłysków pamięci, tego co działo się przed moim wypadkiem i tym co było w trakcie śpiączki.
– Czyli słyszy Pani głosy podczas snów.
– Znaczy się to bardziej jakieś fragmenty rozmów.
– Rozmów mówi Pani.
– Tak, to źle?
– Nie, raczej nie.
Aha, bardzo mnie uspokoiłeś, raczej nie czy raczej tak? Otwieram się mimo że nie mam na to ochoty, a zbieram tylko niejednoznaczne odpowiedzi.
– Raczej? – nakierowuje przebieg rozmowy.
– Towarzyszy Pani coś jeszcze podczas tych “przebłysków”? Jakieś nocne poty, drgawki, majaczenie.
– Z tego co mi wiadomo to czasem budzę się cała zlana zimnym potem.
– coś jeszcze?
– O niczym więcej nie wiem, chyba że Jack by coś…
– Nie nie trzeba mam od niego komplet odpowiedzi.
Co ma na myśli “cały komplet odpowiedzi”. Co zdążyli sobie naopowiadać, chociaż lepszym pytaniem byłoby czego nie zdążyli…
To słodkie że Jack się o mnie martwi i wogule, ale powinien się chociażby upewnić czy chcę aby te moje problemy ujrzały światło dzienne. Niech się w końcu zdecyduje po której stronie jest i trzyma.
Dr. Johnson rzucił na mnie nieczułym spojrzeniem, a potem przeniósł je do czarnej teczki. Mija chyba z dobre parę minut zanim postanowił ruszyć się z miejsca.
– Niech Pani poczeka chwilę przed wejściem do gabinetu. Zaraz Państwa zawoła i razem skompletujemy myśli.
– Jasne.
Wychodzę dopiero gdy lekarz uniósł sir lekko nad fotel a zaraz potem usiadł na niego z powrotem, teraz już kompletnie skupił wzrok na kartkach z teczki oraz na monitorze który stał zaraz obok na dębowej podstawce.
Już się boje co Ci oboje mogli nazmyślać j. O nawymyślać.
Unikając ponownego przewiewu drzwi łapie najmocniej jak potrafię i postępując zgodnie z naklejoną naklejką ciągnę jak najmocniej mogę. Trochę kosztowało mnie to siły ponieważ drzwi strasznie wessały się do środka, ale mimo przeciwności losu mogłam jej już zamknąć z ulgą, a może i nie.
Jack siedział zaraz na przeciwko drzwi i wkleić się wzrokiem w ekran telefonu.
– Musiałeś? – pytam upewniając s8ę że drzwi nie stają na przeszkodzie swobodnej wymiany słów.
Narzeczony uniósł wzrok znad ekranu, i odłożył go na bok.
– A co chciałaś to trzymać w tajemnicy przed wszystkimi?
– Nie ale… – bełkocze – powinieneś mnie zapytać o zdanie. Jeśli bym chciała sama bym mu o wszystkim opowiedziała.
– Znam cie na tyle dobrze że oboje o tym wiemy że byś tego nie zrobiła.
No dobra masz mnie, ale to nie oznacza że od razy że możesz wszystko robić za mnie. Gdybym na prawdę potrzebowała pomocy na ten temat sama bym mu o tym powiedziała, przy najbliższej okazji, nawet przez telefon.
Ale tylko w wypadku kiedy sama stwierdzalnym że idzie to w niebezpiecznym kierunku, a na dzień dzisiejszy moje sny się ustatkują. Nie są już aż tak częste, mocne i mokre jak poprzednie. Zaraz wszystko powróciło by do normy bez ingerencji nikogo.
– Gdybym tego potrzebowała to bym sama o wszystkim mu opowiedziała.
Jack spojrzał się na mnie, i lekko uniósł kącik ust wydawając jednorazowy cichy śmiech. To nie miał być dowcip, na prawdę gdybym poczuła coś co by mnie zaniepokoiło powiedziałabym o tym. Z jednej strony te sny są pomocne, nie chce ich stracić, nie teraz. Nawet gdyby nie były całkowicie prawdą jakieś jej ziarenko w nich udałoby się wyłapać. Potrzeba tylko czasu.
Którego nie mam.
– sam wiem poniekąd jak to jest
Wyrywam się z zamyślenia i nie tomnym spojrzeniem patrze ku jego twarzy.
– jak to? – podkreślam – Jack…
Mina Jacka pobladła a stanowcza twarz ustąpiła miejsca mniej radosnej mimice. Co on mógł mieć na myśli…
Narzeczony ruszył tylko wargami, tak jakby starał się wypowiedzieć chociażby jakieś słowo, cokolwiek, ale nic. Nastąpiła cisza. Bez grama słów.
– Proszę do środka – zanim zdążyłam go o co kol wiek dopytać Doktor zawołał nas z powrotem.
Jack bez zastanowienia ruszył w stronę drzwi gabinetu i podtrzymując je ręką przepuścił mnie pierwszą do środka.
Przy biurku nie stoi już jedno krzesło lecz dwa. Podczas naszej nieobecności musiał je szybko dostawić. Może i to miłe z jego strony ale może też oznaczać że nasza rozmowa nie będzie należeć do najkrótszych, czy tych najmilszych.
Krocząc po woli Jack wyprzedza mnie i siada na krześle po prawej, na nim o wiele łatwiej było dostrzec twarz doktora, ponieważ przed tym drugim stał monitor zasłaniający za razem sporą ilość lekarza.
– Skonsultowałem Pani senne koszmary z innym specjalistą.
– iii? – Jack zbyt nerwowo wyłapuje każde słowo wyłapywane z ust dr. Johnsona. Uznać to za znak nadopiekuńczości? Chyba ta opcja spodoba mi się najbardziej. Nie chcą mnie przecież nigdzie wysyłać.
To znaczy po nim mogłabym s spodziewać wszystkiego ale Ci Specjaliści mogli mieć trzeźwiejsze spojrzenie na cała tą sytuacje.
Starszy mężczyzna poprawił swoje okulary, i spojrzał zniechęcająco na mojego partnera.
– Zdecydowaliśmy że najlepiej będzie jeśli poddamy panią serii spotkań.
– Spotkań? Jakich znowu spotkań? Już dosyć na siedziałam się w tym miejscu, a co dopiero powracać do tego co było.
– Pani Wilson, proszę obdarzyć nas choć odrobiną zaufania, jak już wspominałem… Albo nie wspominałem… Mniejsza z tym – Wszystko co tu robimy, robimy dla Pani dobra.
– Nie ma się Pani czego bać. – dodaje.
Nie muszę nawet prosić Jacka o chwilową uwagę, ten chyba już wyczuł mój niepokój. Patrzył na mnie, a jednocześnie widziałam w jego oczach ból, oznakę że wie co się dzieje, wie co czuje. Tylko dlaczego to znowu ja o niczym nie wiem. Naprawdę trudno jest wypowiedzieć parę słów o sobie?
Skoro twierdzi że moje problemy są naszymi – co wnioskuje z ówczesnego. To znaczy że chyba mam prawo znać co nie co o jego przeszłości.
– To będą spotkania z naszą Psycholog. Krótkie pogawędki jak te które odbywa Pani z koleżanką powiedzmy że przy kawie czy ciastku. Nic wielkiego a może coś pomoże. Zresztą może Pani zapytać swojego …..
– Widzisz? Wszystko się ułoży. Zgódź się.
Czemu mu przerwał, kogo mogę się o to zapytać. Wyczuwał tu próbę ukrycia czegoś przede mną, tylko po co.
– To jest Pani teczka z najbliższymi wolnymi terminami. Wystarczy Zadzwonić na podany poniżej numer lub zadzwonić di mnie.
Przeżywam de ja wu…
Ta teczka. To nie możliwe. Prawie identyczną znalazłam podczas przeszukiwań, była tak samo podpisana, tylko tyle że Pusta.
-, A co jeśli nie chcę tego się pozbyć?
– To będzie Pani moją pierwszą pacjentką która woli udręki nocami zamiast spokoju.
– Panie Johnson. – upominam.
– No dobrze… Po części to pierwsze a po drugie nie pozbędzie się Pani tych snów po prostu. Czym wcześniej się to usunie tym większe prawdopodobieństwo że nie wystąpią żadne skutki uboczne.
– Jakie skutki?
– Może dojść do utrwalenia takich snów, a raczej koszmarów. Leczenie wtedy będzie o wiele bardziej wymagające zważając też na to że czas też będzie grał ogromną role.
– To jeszcze nie takie złe.
– To nie, ale po dłuższych przeżyciach związanych z tą dolegliwością, często pacjenci trafiają na oddział psychiatryczny. To za duży ciężar na dłuższą metę.
– Dopilnuje aby tak się nie stało – odparł Jack.
– To tylko głupie sny… – szepcze, kogo on w końcu trzyma stronę. Och… Ja chce tylko spokoju, nic więcej. Z resztą sama sobie poradzę. Ile razy mam im to powtarzać.
Nagle czuję ciepły dotyk na mojej nodze, z nerwów nie zauważyłam kiedy ta noga zaczęła niespokojnie chodzić. On to zauważył, i chyba nie tylko…
– Miewa Pani jakieś oznaki nerwów? Jakieś inne tiki?
– Nie to tylko jednorazowa sytuacja. – odpowiadam nie udawając mu luki na myślenie. Zaraz mnie wsadzą do jakiegoś psychiatryka. Muszę się uspokoić. I to już!
– Na pewno? Przedtem też mi Pani nie do końca powiedziała o wszystkim…
Tak, czekam tylko na to aby go znowu okłamać na pewno.
– Tym razem to prawda, wcześniej nic takiego nie miało miejsca. – Przyznaje Jack.
– Dobrze.
No w końcu.
– A powracają do poprzedniego tematu. – ciągnie – Wolałbym aby pierwsza ta wizyta odbyła się właśnie dzisiaj.
Spoglądam na Jacka, ale nawet nie zwraca na to uwagę. Czemuż to miało by być inaczej. Wpatruje się w lekarza jakby był jakimś półbogiem. I to mi próbują wmówić że to ZE MNĄ jest coś nie tak?
Nigdy wcześniej się tak nie zachowywał. Przyznać muszę że to miłe jak ktoś się o ciebie troszczy ale nie tak, nie w tym temacie.
Patrze w teczkę, która leży otwarta na biurku i wędruje po niej wzrokiem próbując znaleźć coś co mnie uratuje z tej sytuacji.
– Ale tu nie ma wolnego terminu na ten czas, po za tym…
– Po za tym poprosiłem Panią Blake, o to aby została pięć minut dłużej w pracy i z Panią pogadała.
-Nie spytał mnie Pan nawet o zgodę. – wtrącam.
– Bo to nie pytanie a polecenie od lekarza.
Jack musiał coś nakręcić, no musiał.
– Pani Blake czeka w gabinecie obok.
Dopiero teraz zauważam jak Jackowi zaczerwieniają się policzki, zna ją? Jeśli tak to skąd?
Oboje powoli wstajemy od biurka i kierujemy się w stronę wyjścia. Mam już dosyć tego Miejsca a jeszcze muszę przetrwać tą rozmowę.
– Poczekajcie jeszcze moment. Zapomniałem się zapytać jak z Pani pamięcią powraca?
Patrze na niego z niedowierzaniem. Męczył mnie pytaniami od dłuższego czasu i dopiero teraz skojarzył sobie że moja pamięć zniknęła.
– Jakieś urywki znam ale nic więcej.
Dr. Johnson przerzuca wzrok ze mnie na Jacka, na ci ten posłusznie skina głową.
– Dobrze a zatem do zobaczenia.
– Dowidzenia.
Do nigdy – dodaje surowo w myślach.
Nie sądziłam że ta wizyta będzie taka, bardziej myślałam że dr. Johnson wypyta mnie o szczegóły mojej codzienności, zbada czy coś. Ale niestety tak się nie stało, dobrzy przynajmniej że sobie przypomniał o mojej utracie pamięci, zawsze coś.
Wcześniej uważałam go za bardzie wesołego i sympatycznego człowieka, teraz jednak nie był taki jaki był miesiąc temu wypuszczając mnie stąd. Jego zachowanie zmieniło się diametralnie i to wcale nie na lepsze. Zrobił się surowszy.
Może gdzieś tam leży moja wina, bo chciałam ominąć ten “jeden” mały szczegół. No ale cóż stało się.
Tylko dlaczego od samego początku to właśnie z Jackiem chciał porozmawiać? To jakaś nowa metoda by pacjent nie mógł skłamać, ani jak w moim wypadku nie powiedzieć.
-Proszę.
Niemal nie zauważyłam kiedy Jack zdążył zapukać do drzwi i je przede mną otworzyć. To byłu sejundy. Tym sposobem załatwił sobie tylko trochę czasu aby wszystko poukładać, zanim ja zamienię z nim parę zdań na osobności.
Muszę teraz po prostu dać z siebie wszystko aby psycholożka stwierdziła że nie muszę tu wracać. Tylko tyle.
Spoglądam na kolejne strasznie podobne dębowe biurko Pani Blake za którym siedzi ona, brunetka, z szczupłą twarzą i zielonymi oczami.
W uszach zaczyna mi dzwonić a zmysły podpowiadają że to nie 1 nasze spotkanie. Może nie teraz w realu ale w gazecie, na necie nie pamiętam. Zresztą tak jak wielu innych rzeczy. Jedyne co kojarzę to obraz jej osoby.
– dzień dobry.
Prostuje się na ile to możliwe i podchodzę czujnym krokiem do krzesła. Tym razem wyglądało na o wiele bardziej miękcięjsze po tamtym nadal czuje nieprzyjemny ból krzyża, i nie tylko.
Kobieta zza biurka delikatnie wstała a następnie wskazała gestem abym usiadła przed nią.
Kurcze nadal mi się wydaje że gdzieś ją widziałam. Tylko bardziej ten wyraz twarzy jest dla mnie znajomy. Jej brązowe włosy nie kojarzą mi się z jej wizerunkiem. Wygląda tez na nieco młodszą ode mnie, to może dlatego eksperymentuje z wizerunkiem jak większość osób w mieście. Tylko trzeba jej przyznać że nawet neonowe włosy lepiej podkreślały by jej rysy twarzy niż te.
– Pani Ruby Wilson. Tak?
– Tak. – odpowiadam i spoglądam na nią gdy zaczyna zapisywać coś w zeszycie.
– Zna Pani przebieg takiej wizyty? Miała ją Pani wcześniej?
– Nie. – odpowiadam równie zwięzłe szczerze to nie mam ochoty na wysłuchiwanie tego całego wstępu. Chcę tylko jak najszybciej znaleźć s8ę w domu, czy to tak wiele?
– A zatem informuje Panią że obowiązuje mnie tajemnica zawodowa, a zatem oprócz nas dwóch nikt nie wie co się tu dzieje, a ja nie mogę o tym opowiadać. Są jednak pewne wyjątki między innymi gdy mam podejrzenie chęci zrobienia sobie krzywdy przez pacjenta.
Pani Blake wydaje się mówić bardzo profesjonalnie. Ciekawe czy tworzy zdania w ten sposób na co dzień czy to tylko styl mowy w pracy.
– Okej. Czyli ma Pani problemy ze swoimi koszmarami sennymi tak? Od jak dawna one występują?
– znaczy się to nie są tak jakby koszmary, to po prostu takie mini wizje.
– Proszę rozwinąć.
Jeszcze czego. Brakuje tylko abym jej kankana zatańczyła.
– Widzę że nie jest tu Pani z własnej woli. – odparła zmęczonym tonem. – Rozumiem to. Ale musi też Pani wiedzieć że robimy to dla Pani dobra, a nie na przekór. Zatem mogłaby Pani powiedzieć coś więcej na temat tych ”wizji”?
– To prawda nie jestem tu z własnej woli. – przyznaje. – I wiem że robią to dla tego że chcą mi pomóc, chyba. Ale ja na prawdę nie mam pojęcia co mogłabym Pani powiedzieć o tych snach. Sama nie mam pojęcia co mam o nich myśleć. One po prostu pojawiają się w najmniej oczywistych dniach i tyle.
– A czego one dotyczą? – ciągnie.
Patrze na nią jeszcze przez chwilę aż w końcu unosi swoje oczy znad zeszytu i stara się mnie ponaglić, tak samo nimi jak i gestami.
– Najczęściej rozmów które są tak jakby podczas mojej śpiączki?
– Coś więcej? Jakieś szczegóły?
-Nie, czuje się wtedy jakbym leżała przyciągnięta przez łóżko i nie mogła wstać ani ruszyć czymkolwiek, nawet nie kogę otworzyć oczu.
– Rozumiem. A ma Pani jeszcze jakiś inny rodzaj snów? Jakiś wspomnień z dzieciństwa czy coś.
– Raz miałam urywek tego co się wydarzyło podczas mojego ślubu, a raczej jego próby zawarcia.
Kobieta zrobiła się nieco mniej rozluźniona, a jej twarz zaczęła się trochę świecić od wody. Jej niespokojny oddech też stał się dziwny.
– Wszystko w porządku? – pytam dla pewności.
– A czemuż by nie? Czasem tak mam, to normalne.
Moje sny to rzecz to pilnego wyleczenia a jej zdrowie nie? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.
– Zajmijmy się zatem snami. Przeszkadzają Pani, budzą jakieś lęki, obawy lub trudności w życiu codziennym? – pyta już bardziej spokojnym tonem.
– Chyba nie… – dodaje. Nigdy nie zastanawiałam się czy sny mają wpływ na to jak codziennie funkcjonuje, znaczy nie czułam że to przez nie.
– Chyba? – ciągnie mnie za słowo nie dawając ani cienia za wygraną.
– No nie wiem, nie zwracałam na to uwagi, choć czasem mogłam być po nich trochę taka rozkojarzona i na początku miałam wrażenie że…
– Że?
Teraz będziemy bawić się w jakieś łapanki za słówka czy co? Kobieta siedząca za biurkiem nadal próbuje wyciągnąć ze mnie wszystko co chce, nawet teraz jej wzrok wygląda jakby chciał mnie przejrzeć na wylot, wyczytując potrzebne dla niej informacje.
– Proszę kontynuować. Każda informacja na ten czas jest potrzebna, bez tego nie będę w stanie Pani pomóc.
Dotychczas udawało mi się radzić samej, i może czasami nie było łatwo… No dobra dawałam za wygraną emocją, byłam bezsilna robiły ze mną co chcą. Po co się okłamywać?
Łzy napływają mi do oczu, ale szybko je wycieram nie pozwalając im ujrzyć światła dziennego.
– Pani Wilson? – upomina.
– Na początku… – mówię nie pewnie nie mam pewności na ile można jej zaufać. Nawet jeśli ciąży na niej tajemnica zawodowa. – Oh. Po tym jak wróciłam do domu po wyjściu z szpitala, czułam się beznadziejnie. A te sny tylko dolewały oliwy do ognia.
– Czyli co Panią tak przepraszam za wyrażenie ale ”dobijało”?
– Uczucie bezsilności a zarazem tego że nie ma tu dla mnie miejsca, że jestem niepotrzebna. A wszystko co się ze mną działo tylko nie potrzebnie raniło moich bliskich. Iii. – ciągnę, choć nie wiem czy przejdzie mi to przez usta. – że lepiej by było gdybym się nie obudziła.
Psycholog wejrzała się na mnie już nie z surowością w oczach lecz z współczuciem.
– Nie powinna Pani tak myśleć.
– Nie umiem inaczej. Teraz jest już lepiej i nie przejmuje się tak tym, ale nadal to czucie, siedzi to we mnie nie chcąc wyleść i dać mi spokój.
– Rozumiem…
– Co może Pani rozumieć? Nie straciła Pani nigdy pamięci. Nie zapomniała Pani kim są Pani bliscy. Wszystko składa się w Pani życiu pd A do Z bez żadnego ułamka luki. Jest tak jak powinno.
– Wcale tak nie jes…
– Pani Blake, długo jeszcze wam to zajmie? Nie chce poganiać ale potrzebujemy tej sali do następnych pacjentów.- Doktor nawet nie ośmielił się zapukać, wchodząc jak do siebie… Chociaż jako tako był tak częściowo u siebie.
Kobieta wejżała na niego pytającym wzrokiem.
– Przecież sam Pan Doktor kazał mi tu zostać dłużej.
– Nie sądziłem że ta rozmowa zajmie wiècej niż godzinę, a zatem…
– Tak zaraz kończymy…
– Dobrze. – Uciął, zatrzaskując za sobą drzwi.
Mineła godzina… Nawet nie poczułam kiedy zleciało tyle czasu. A jednak.
– Na dziś koniec wizyty, o tak posiedziała Pani dłużej niż sądziliśmy… Yyy jak ja sądziłam. Zatem gdyby te złe nastroje powracały to – psycholożka schyliła się zza biurko i otwoezyła szafke w swoim biurku – to są leki, gdy tylko poczuje Pani poczucie bezsilności proszę zażyć jedną. Wielu moim pacjentom nie raz pomogły.
– Naprawde chcecie zrobić ze mnie jakąś chorą psychicznie osobę.
Patrzę prosto w jej oczy powstrzymując łzy w oczach jak i gniew.
– Źle mnie Pani zrozumiała…
– Najwyraźniej – wtrącam.
– Niech Pani zrozumie że to dla Pani dobra. Ja nie każe brać tego non stop, ale tylko wtedy gdy potrzeba, gdy nie daje sobie Pani rady z emkcjami… Tylko wtedy.
Jej głos ma w sobie coś co jednocześnie mnie uspokoja i naprawde wiem że to dla mojego dobra, ale z drugiej gdzieś go konarze i za każdym razem gdy wypowiada chociażby jednk słowo sprawia że moje ciało drga i budzi niepokój. Niby dwie sprzeczne emocje, ale łączą się w sobie tworzą dziwne uczucie.
– Dobrze. – Odpowiadam stanowczo. Nie mam pewności czy ich użyje, ale jeśli nawet nie to da mi spokój.
Kąciki ust kobiety lekko się iniosły pokazując spokój spowodowany moją decyzją. A przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
Białe pudełeczko jest tak małe że niemal nie widać go w mojej dłoni. Jeśli to ma mi pomóc to nie chce wiedzieć co do nich napchali.
Niepostrzerzenie wsówam je do torebki i wychodze. Nie mam zamiaru rozmawiać teraz z Jackiem, gdyby nie on połowa moich objawów pozostałaby przemilczona, i nie znalazłabym się w tym miejscu.
Kieruje się od razu do wyjścia bez czekania na reakcje mojego chłopaka.
– Ruby. – Jack woła mnie i przyśpiesza kroku aby mnie dogonić.
Ja natomiast nie zamierzałam zwalniać. O nie.
– Możesz poczekać?
Słyszę hego głos w oddali, ale nie zwracam na niego uwagi.
Idę dalej, aż w końcu muszę się zatrzymać. Auto samo się nie otwoezy.
Czekam posłusznie przy oplu, nie zerkająć za siebie. Dopiero po chwili pojazd wydaje charakterystyczny dzwięk i wsiadam do środka.
– Ruby… – urywa widząć że nie reaguje, a wzamian to wpatruje się w przestrzeń za oknem.
W drodze powrotnej wnętrze pochłoneła cosza, a przynajmniej częściowa. Radio co chwila ją urywało wydając szumy znajdowania fal, wyjątkowo nawet ono nie planowało się odezwać. Gdy dojeżdzamy do domu czuję ulge, chociaż niewiem czy nie bardziej na widok Luny w oknie czy tym że w końcu mogę wejść do domu.
Gdy tylko silnik zgasł, wyszłam bez namysłu z auta, i czekam aż Jack otworzy drzwi do domu. Jakimś cudem tylko on nosi nasze klucze. Raz czy dwa miałam w ręku zapasowe, ale zakażdym razem to on mi je dawał. Boi się że uciekne? Nqwet jeśli to zamknięte dzwi nie byłyby dla mnie przeszkodą.
