Wielkość tekstu:

Rozdział 12

Widzę nicość, co nie robi już na mnie wrażenia, a wręcz przeciwnie, mam ochotę z stąd uciec, aby ktoś mnie obudził, zanim cokolwiek się zacznie. – Mówiłem ci że to się źle skończy, ale oczywiście mnie się nie słucha… – w oddali słyszę mojego ojca, wygląda na to że niezbyt zadowolonego, chociaż na jego miejscu kto mógłby być szczęśliwy? Jego jedyna córka walczy o życie, może a nie musi się wybudzić.                                                                                          

– Możesz przestać? – odpowiada z irytacja w głosie moja mama.                   

– Moja biedna – zwraca się do mnie, muskając swoją dłonią o mój pulik. W takiej chwili mam ochotę wstać, otworzyć oczy lub przynajmniej spróbować coś wybełkotać, ale ta okropna siła, trzyma mnie w zamknięciu, i nic nie wskazuje na to że ma się to zmienić.                                                                                   

-Dobrze wiesz że ten dzień mógł wyglądać inaczej.                                  

-Właśnie że nie mógł, George. Tak czy siak nasza córka w końcu by to zrobiła.

– Ale przynajmniej, nie wtedy i może znalazłaby sobie kogoś kto ma normalną rodzinkę.                                                                                                                               

– Mam ci przypomnieć jak było z nami?                                                                             

– Lily, ale to nie to damo…                                                                                                             

– To samo, najważniejsze że się kochają, prawda?                                                               

– No tak ale….                                                                                                                           

– Ale?! Nie ma tu żadnego ale, musisz to w końcu zrozumieć.                           

– Lily, minęły już 3 miesiące, jeszcze trochę a Jack znajdzie sobie kogoś innego, albo co gorsza matka wybierze mu żonę, aby spełniała jej wygórowane wymagania.                                                                                                     

– Tego nie wiesz, Jack nie wygląda na takiego. A matka w kwestiach uczuciowych nie ma nic do powiedzenia, ma swój rozum więc wie co dla niego dobre. – Odpowiada – a przynajmniej mam taką nadziej. – dodaje szeptem.                   

– No właśnie masz nadzieje, powiedz mi że nie widzisz jak na przykład tamta baba zaczyna się do niego kleić.                                                                                       

– Nie prawda, wypełnia tylko swoją pracę.                                                                       

– Taaa, ciekawe jaką.                                                                                                          

– George, błagam cię nie mam teraz czasu ani ochoty na kłótnie. .                             

– Ja też nie, ale musimy coś z tym zrobić, ja tego tak nie zostawię.                             

– Czego tak nie zostawisz – pyta gdy słychać oddalające się kroki zapewne taty. – George! Wracaj… Zrobisz więcej szkody niż pożytku… – odpowiada już wręcz płaczącym głosem, aby zaraz po tym zamilczeć.

 

Rano budzę się na szczęście w suchej piżamie, ale niestety dopiero teraz uświadomiłam sobie że minęły 3 tygodnie odkąd wyszłam z szpitala. Wiem że powinnam się z tego powodu cieszyć, ale nie potrafię. Miałam nadzieje ze do tego czasu zdążę przypomnieć sobie choć polowe tego czego nie pamiętałam, sorki czego nadal nie pamiętam, a w zamian za to mam ciągłe pobudki w nocy ze względu na te koszmarne sny.

Kto je wogule wymyślił? Znaczy z jednej strony nakreślają mi to co się działa, ale kto wie ile z tego jest prawdą… I czy to nie jest jak już wcześniej myślałam jakiś wymysł mojej wyobraźni? Tylko co by miał na celu, oprócz tego nieustannego niepokoju, oddałabym wszystko żeby się ich pozbyć.  

Pół przytomna siadam na łóżku i niemal dostaje zawału.

– Luna? No choć tu do mnie. – w drzwiach stała kotka, i wpatrywała się na mnie swoimi ślepkami, przekręcając głowę na bok.

Dopiero po chwili postanawia ruszyć się z miejsca, podejść bliżej i w końcu wskoczyć obok mnie na łóżko, nie minęło też dużo czasu zanim wyłożyła mi się na kolanach jak zawsze i zasnęła, przy okazji słodko mrucząc.

Jack musiał już wyjść do pracy, gdyby było inaczej mała chodziła by za nim krok w krok aby po sępić o trochę jedzenia, które liczyło się dla niej o wiele bardziej niż przyjście do mnie.

Niechętnie biorę ją na ręce aby odłożyć ją na bok a zarazem uważając by się nie obudziła.

Odsuwam skrawek kołdry i powoli wyciągam nogi kładąc stopy na zimne panele, co od razu powoduje u mnie chwilowy dreszcz na skutek nagłej zmiany temperatury, co utwierdza mnie w przekonaniu że te dywaniki obok łóżka to wcale nie taki głupi pomysł.

Oprócz tego jest jeszcze jeden sposób który strasznie mi się podoba ale niestety jest niewykonalny czyli spędzenie pod ciepłą, grubą puchatą kołdrą całego dnia.ale to musi pozostać jedynie na liście marzeń, miałam ważniejsze zadanie. Dowiedzieć się czegoś więcej o mojej przyszłości, co brzmi tylko na łatwe zadanie ale w rzeczywistości jest to strasznie skomplikowane.

Przyzwyczajając się do zimna panel wstaje i podchodzę na palcach do szafy przesuwnej, z której wyciągam czarne jeansowe spodenki z rozdarciami u dołu i szarą bluzkę na no ramkach. Patrząc przez okno można było się dzisiaj spodziewać ogromnej fali upału, o czym mowa jest w wiadomościach od wczoraj. Chociaż zważając na to jaka temperatura panuje w domu nie uwierzyłabym w ich prawdomówność.

Parę minut później schodzę na dół w pełni gotowości na dzisiejszy dzień, a przynajmniej tak mi się wydaje. Z jednej strony nie zapowiada się aby mógłby być gorszy niż poprzednie ale z drugiej? Wszystko może zmienić się szybciej niż myślę, niestety mój pesymistyczny wgląd na świat daje mi pełno okropnych przykładów sytuacji.

Odrzucam te myśli na bok i otrząsam się. Ciekawe jak wyglądało moje życie, życie starej Ruby. Ale mogę się tylko tego domyślać, niedługo pewnie sama się dowiem, a przynajmniej mam taką nadzieje.

Przekraczam próg kuchni wraz z Luną nie odchodzącej ode mnie o krok, a zaraz potem wskakującą na krzesło przy stole.

– Luna wejdź. – odzywam się do kotki i łagodnym ruchem ręki próbuje zegnać ją na podłogę. Dopiero teraz moją uwagę przykuła śnieżnobiała kartka na stole, pewnym ruchem biorę ją w ręce i otwieram aby zobaczyć zawartość. To list od Jacka, wszędzie poznam jego koślawe pismo, a po za tym oprócz nas nie ma tu żywej duszy która by mogła tu zostawić.

 

Ruby, nie zapomnij o wizycie kontrolnej w szpitalu o 16.00, specjalnie wrócę do domu wcześniej więc bądź gotowa gdzieś godzinę przed. Bo z twoim szykowaniem możemy się nie wyrobić 🙂

Kocham Cię!

Jack

 

Wpatruje się w kartkę jeszcze przez moment a potem ponownie składam ją na pół. Zupełnie zapomniałam o tej wizycie. Czy na prawdę muszę tam wracać? A zwłaszcza wdychać te okropne szpitalne zapachy jak te od dezynfekcji.

Wtedy po powrocie do domu ledwo mogłam się ich pozbyć z mojego ciała. Współczuje tym którzy tam pracują, ja chyba już po pierwszym tygodniu bym zrezygnowała.

Ale nie mam innego wyjścia, módlmy się tylko aby to była ostatnia wizyta w tym miejscu. Niestety kojarzy mi się ono tylko z złymi chwilami, które stanowią już nieodwłoczną część mojego życiorysu.

Jest jeden plus mam jeszcze 6 godzin do wizyty.

Czym szybciej tym lepiej.

Nie tracąc czasu podchodzę do lodówki i wyjmuje świeże maliny i borówki które kupił wczoraj Jack po drodze do domu. Połowę z nich wrzucam do sitka, opłukuje wodą i wykładam na ręcznik do wyschnięcia. Następnie podchodzę do szafki nad zlewem i wyciągam płatki, których garść wsypuje do miski. Teraz kładę na nie suche już owoce oraz jogurt naturalny który również wyciągam przed chwilą z lodówki. Resztę składników odkładam i zamykam wszelkie szafki i lodówkę zanim jeszcze zacznie pikać z powodu zbyt długiego otwarcia.

Miskę zanoszę do salonu gdzie siadam wygodnie na kanapie i chwytam pilot do telewizora.

Miło tak posiedzieć w ciszy i zając myśli chociażby kryminalnym serialem, sama czuje jakbym znalazła się w jakiejś powieści czy filmie. A w najlepszym przypadku w śnie z którego zaraz się wybudzę jak poprzednio.

Ze smakiem chrupie śniadanie i wkręcam się w morderstwo na ekranie. Trzeba przyznać że jak na pół godzinny odcinek wszystko składa się w całość wraz z ciekawą fabułą i muzyką w tle.

Ach…. Zapomniałabym. Spoglądając na scenę z przeszukiwaniem laptopa ofiary zdałam sobie sprawę o znaleziskach w moim, które miałam odszyfrować.

Parę dni temu po raz kolejny przeszukiwałam folder z tytułem wszystko. Robiłam to już chyba piąty dzień z kolei, niestety było tam pełno materiału do przejrzenia i miałam już rezygnować, ale dopiero wtedy jedna nazwa nie dawała mi spokoju, a dokładniej jej brak. Wszystkie pozostałe foldery czy zdjęcia w środku były jakoś zatytułowane na przykład : Grafiki, Zdjęcia z telefonu, Muzyka, Wakacje albo po prostu dokumenty. A ten jako jedyny nie miał żadnego słowa które doprowadziłoby na jego zawartość.

Może to był słaby punkt zaczepienia ale zawsze lepiej taki niż żaden. Dlatego od razu postanowiłam go sprawdzić, na szczęście moja intuicja dobrze mi podpowiedziała. W folderze był dokument programu Word, z tytułem ,, R. W.” czyli moimi inicjałami, a przynajmniej nie znam innego równie dobrego rozwinięcia dla tych liter .

Bez przeciągania pod nieobecność Jacka, otwarłam dokument, i wszystko stałe się jasne, a przynajmniej choć na moment. Moje przypuszczenia po znalezieniu kilku dyplomów i wyróżnień za udziały w konkursach literackich były prawdziwe.

Pisałam książkę, a bardziej biografie czy pamiętnik. Wszystko co się w niej znajdowało było o moim życiu, zatem łatwo mogła się ponownie w nim znaleźć chociażby wczytując się w historię starej mnie.

Na początku opowiadam o swoich przytłaczających myślach z szkoły średniej, było w nich pełno pesymizmu, a z dnia na dzień złe samopoczucie tylko się pogłębiało. Chyba dopiero po roku wpisy zaczynały przejawiać cień optymizmu i tego że udało mi się to uporać. Ale był to tylko moment gdy poznałam Emily. Wpisy nie były pisane codzienne ale mimo paru dni czy nawet miesiąca, dwóch przerwy między nimi miały one nadal logiczną spójność.

Po paru tygodniach złe samopoczucie znowu zakwitło w opisach ale stały się one pisane bardziej regularnie. Z chęcią, tak jakby opisywanie wewnętrznych przeżyć dawało starej mi wytchnienie, pozbycie się tego co tu i teraz. Jakąś odskocznie od rzeczywistości.

Wpisy zaczynały znowu być rzadsze i pisane w kratkę po następnych dwudziestu czterech miesiącach, dokładnie wtedy gdy poznałam Jacka. Nigdy wcześniej nawet nie zastanawiałam się jak doszło do naszego poznania, teraz wiem ze poznaliśmy się na jednej z imprez, które kiedyś robiły niezłą furorę a teraz są tylko wspomnieniem dla innych, dla mnie jeszcze kilka dni temu nie istniały.

Od tego momentu wpisy są co dwa może trzy miesiące. A przynajmniej tak mi się wydaje bo jedyne co to zerknęłam na te rozdziały tylko okiem. Z rozdział gdy poznałam Jacka przeczytałam tylko trzy strony, z których dowiedziałam się już całkiem sporo. Zresztą na moją nie wiedzę o przeszłości nawet ziarenko wspomnienia daje mi ogromną wiedzę.

Jutro muszę się zabrać do dalszej części do końca zostało mi chyba z 80 lub 90 stron. Trzeba przyznać że jak na ten czas dużo się wydarzyło. Cały dokument zawierał blisko 309 stron, nie było to mało. Choć jak na parę lat pisania? A z resztą przy natłoku nauki przeładowanego programu kto ma czas na pisanie? Albo na co kol wiek innego?

Dobrze że przynajmniej tyle udało mi się napisać, zawsze mam jakiś punkt zaczepienia. A z drugiej pełno stron do przeczytania. Ciekawe czy Jack o tym wie.

Dobra, to akurat głupie pytanie, bo niby po co ukrywałabym ten folder między innymi plikami? Jag bym chciała by ktoś sir o nim dowiedział przymocowałabym go odrazu na pulpicie.

No chyba że ta książka to tylko stek bzdur, w który ślepo wierzę. Może planowałam wydać książkę, i te całe przeżycia nie są moje? Albo kreowane tak aby podpasować jakiejś bohaterce i aby na ich podstawie wygenerować jej historię bytu? W rozdziale o Jacku nie było jasno napisane jego imię, był zapisany tylko wyrazami bliskoznacznymi miedzy innymi: Go, Niemu, mężczyzna, brunet. Sama sobie tylko dodałam że chodzi o niego, a może to tylko fikcja i to bohater książki? Tak samo opisywana była Emily w czasie poznania przyjaciółki w szkole ponadpodstawowej.

Nie było tam nic wprost wszystko było tylko zdaniami z których sam musiałeś sobie wszystko wywnioskować. Może dlatego zadawała w tych tekstach tyle pytań? Aby zaciekawić czytelnika czy też zmusić do przemyśleć.

Nie cierpie tych natłoków myśli. Sama znowu nie wiem co o tym myśleć. Ale jeśli jednak to nie o mnie jestem znowu w wielkiej kropce.

Chcąc zwrócić uwagę na coś innego, próbowałam ponownie wkręcić się w serial, ale niestety jedyne co znalazłam na ekranie to mnóstwo napisów końcowych pisanych małym maczkiem.

Kto by się spodziewał – kwitkuje w duchu i sprawdzam co ma lecieć dalej w telewizji. Jak na dzisiaj spis był niezbyt ciekawy, i nie zachęcał do oglądania tego programu dłużej. Zwłaszcza że następne miały lecieć wiadomości, na które nie koniecznie mam ochotę ani cierpliwości.

Szybko zatem kieruje kciuk na czerwony guzik i bez zawahania wduszam go. Nawet jeśli na innych programach miało by lecieć coś ciekawszego – w co szczerze wątpię – nie zastąpiło by mi to ciszy, której moje uszy nadal pragną tak samo jak umysł który ma dość nocnych koszmarów. Chociaż nie wiem czy można je tak nazwać to raczej mini dialogi w których jest więcej chartyzmu czy nostalgi innych ludzi niż strachu i przerażenia z mojej strony.

Ciekawi mnie ile z tych rozmów jest prawdą a ile tylko wymysłem mojej wybujałej wyobraźni. O ile cokolwiek z tego nie zostało tylko wykonane w mojej głowie, a jest faktycznym wydarzeniem.

Ale dość z tym, ciągłe pytania i domysły nie mogą mi przecież podsunąć odpowiedzi prawda? Jak bardzo bym się nie starała nie jestem w stanie sama odpowiedzieć sobie na nurtujące mnie pytania, o mnie czy o sytuacjach ze snów. Ale nawet jeśli zapytałabym o nie kogoś innego Jacka czy nawet moją matkę nie mogłabym być pewno że mówią prawdę. Już wcześniej rozmyślałam na ten temat, i wywnioskowałam że mogą mi bez szwanku  wmawiać rzeczy które nie są prawdą. Nawet moja data urodzenia którą mi powiedzieli może być fałszywa, moje imię, pochodzenie, tożsamość… To wszystko może być kłamstwem.

Niby mignął mi i dowód w moim portfelu i faktycznie było tam podane moje imię, ale… Sama nie wiem znowu się nakręciłam. Na serio muszę z tym skończyć, tylko jak?

Wstaje z sofy i odnoszę miskę wraz z łyżeczką po śniadaniu do zlewu w kuchni.

Po momencie dociera do mnie godzina wskazywała na zegarze, jak to możliwe że jedzenie i przemyślenia zajmą mi ponad godzinę. Muszę się streszczać, zwłaszcza że wypadało by coś zrobić na obiad, Jack nie będzie miał później na to czasu bo pojedziemy na wizytę. 

Tylko co. Och…

A z resztą nie będę się rozczulać. Ostatnio widziałam w szafce pomysły na obiad czy inne różne okazje. Ostatecznie mogłabym stanąć na tej opcji.

Wyciągam koszyczek z kolorowymi papierkami z przyprawami i przeszukuje w celu znalezienia obiadu idealnego. Moją uwagę przykuwa zapiekanka serowa – szybka prosta i powinna być smaczna, ostatnio mam okazje obserwować jakimi ilościami schodzi u nas ser, po prostu lecimy nim hurtowo, na przykład gdy mamy ochotę na szybką kolacje i wkładamy go razem z chlebem w opiekacz już chyba któryś dzień z rzędu.

Obracam opakowanie na drugą stronę i czytam sposób przygotowania. Podgrzać wodę ze śmietaną wsypać zawartość opakowania… Potem przelać do naczynia żaroodpornego z makaronem… Piekarnik na 180 stopni i 36 minut. Wydaje się całkiem proste, ale skoro Jack ma być o piętnastej nie ma sensu zaczynać teraz, zdążyła by dwa razy ostygnąć. Zajmę się tym o 14. Na spokojnie.

Ustawi na wszelki wypadek budzik w telefonie informując mnie po chwili że zostało jeszcze dwie godziny i czterdzieści osiem  minut. Całkiem sporo czasu.

Do głowy przychodzi mi tylko jedno, od dawna miałam ochotę wyjść na nasz ogródek, usiąść w leżaku, poopalać się i/ lub przeczytać jakąś książkę.

Dzisiaj nie mam nic do stracenia, przynajmniej tak mi się wydaje, tak czy siak nic nie pomoże mi od tak powrócić pamięci.

Szczerze to z chęcią wzięła bym laptopa i przeczytała ostatnie strony mojego dokumentu ale po pierwsze na dworze przy słońcu nic bym nie widziała po drugie poparzyła bym sobie uda a po trzebcie zdążył by się przy razy rozładować, ni trzeba przyznać że lata swojej posługi ma już prawie za sobą. Nie wygląda ani nie chodzi jak te nowe ze sklepu widać jego kilkuletnie doświadczenie chociażby z wyglądu.

Myśl o chwilowym odpoczynku  od razu wprawia mnie w dobry nastrój. Może nie pracuje fizycznie ciężko ale mój umysł jest na nogach 24h i nie umie inaczej, tak gdyby próbował za wszelką cenę doprowadzić się do poprzedniej wersji, tej z 10 miesięcy temu.

Dlatego bez wahania przyjmuje pierwszą myśl i idę do góry po jakiś kryminał, pamiętam że podczas przeszukania domu widziałam je w szafce nocnej.

Chciałabym wogule wiedzieć czy nie będę tracić czasu na coś co przeczytałam, ale nawet jeśli tak to jaka to różnica? Tak czy siak nawet okładki nie dawają mi nic do myślenia.

Kucam przy szafce i pewnym ruchem ją otwieram. W środku panuje te sam porządek który zapamiętałam na początku, wyciągam  książkę z wierzchu i zamykam szafkę.

Zamierzam jak najszybciej zająć się tym co dzieje na tych stronach, więc nawet nie zwróciłam uwagi na inne powieści ułożone w nie dużym ani nie małym meblu.

Trzymając książkę w prawej ręce schodzę po woli po schodach i przechodzę przez kuchnie do ogrodu. Oddziela je tylko drzwi balkonowe, również są pokryte filią podglądaczom.

ciekawe czy inni w swoich domach też okleili większość a właściwie wszystkie okna tym wynalazkiem. Rozumiem że można okleić kilka okien na przykład te które wychodzą komuś na podwórko czy okno w okno, ni ale że w wszędzie?

Wychodzę na dwór i od razu wyczuwał początki gorących temperatur, trzeba przyznać że w domu było o wiele chłodniej niż tu. Ale nie ma tego złego co na dobre nie wyjdzie.

Spoglądam w górę a potem na moją skórę i szczerze mogę wyznać że jeśli słońce nie przestanie grzać tak jak teraz z ogródka mogę wyjść albo nieco ciemniejsza albo w gorszym wypadku czerwona.

Chyba gdzieś na górze widziałam krem z filtrem właśnie na takie okazje, lepsze to niż zrywać zaś plastrami skórę i nie móc się niczego dotknąć z poparzenia.

Odstawiam książkę na stolik który mieści się zaraz obok leżaka i biegnę na górę do łazienki. Na szczęści ku moim oczekiwaniom krem był w szafce. Widać że nie tylko ja lubię się ubezpieczyć przed słońcem. No chyba że to jest kój stary krem, bo jego data przydatności wskazywała na nieco wcześniejszy termin.

Niestety to jedyny jaki znalazłam więc musi zadziałać, kremy chyba nie powinny się tak szybko psuć. Teraz to jedynie ryzyk fizyk albo wyjdę cała i blada jak teraz albo nieco czerwieńszy jak krwisty stek. Chociaż te porównanie zbytnio mnie nie satysfakcjonuje. Przez te miesiące straciłam niemal wszystkie pokłady śmiechu czy kreatywności o ile kiedykolwiek je miałam, nie mogę być pewna że to jest moja wrodzona wada, chociażbym bardzo chciałabym to wiedzieć. jak wiele innych rzeczy które stoją pod znakiem zapytania.

Uchylam lekko drzwi balkonowe aby przez przypadek ich nie zatrzasnąć oraz by Lunie do głowy nie wpadła ucieczka. Bez niej nie dałabym tu rady.

Powoli siadam na leżaku z miękką poduszką i smaruje całe widoczne fragmenty mojego ciała kremem. Po pokryciu się białą substancją czuje się nieco dziwacznie. Mam nadzieje że nikt mnie tu nie zauważy bo mogłabym w najgorszym wypadku wylądować na jakimś memie. Wolę sobie nawet nie wyobrażać jakby wyglądał.

Odczekuje minutę aby krem wchłonął mi się w palce i chwytam książkę bacznie śledząc elementy znajdujące się na okładce oraz skrzydłach powieści. Mimo paru kolorów i to jasnych wręcz kolorowych z okładki bije niezbyt przyjemna wręcz zagadkowa aura.

Zgaduje że może  być nawet ciekawa.

 

Lektura wciąga mnie szybciej niż myślałam i mimo iż wydaje ki się że spędziłam nad nią z dziesięć minut dzwonek w telefonie mówi o czymś zupełnie innym.

Szybko wyłączam irytujący dźwięk i rozglądam się za czymś czym mogłabym zaznaczyć ostatnią przeczytaną stronę, ale nic nie znajduje. Chociaż trzeba improwizować…

Schylam się delikatnie ku ziemi i urywam jeden listek trawy który zaraz potem wkładam pomiędzy przeczytane kartki.

Zamykam książkę i oglądam jak wygląda się z moją eco-zakładką.

– Jak na chwile to spełnia oczekiwania. –   myślę dumnie patrząc na prototyp zakładki. Może zaś uda mi się znaleźć jakieś parę minut ma znalezienie albo chociażby zrobienie jednej zakładki, zawsze lepsze to niż specjalnie taką kupować.

Aj… Prawie bym zapomniała. T Przecież nie ustawiłam budzika dla laby.

Wstaje pośpiesznie z wygodnego leżaka i kieruje się w stronę drzwi do wnętrza kuchni. W tym samym momencie niemal nie przewracając się przez małą rozrabiakę. Musiała zasnąć przed drzwiami czekająca aż wrócę. Jak słodko…

Odkładam książkę na blat, i wyciągam składniki na obiad. Chociaż nie wiem czy można tak to nazwać bo jedyne co mi potrzeba według opisu na papierku to woda, śmietana, ser, makaron i oczywiście ten proszek.

Mieszam w garnku według przepisu dwa pierwsze składniki z zawartością papierka i czekam aż się zagotuje. W międzyczasie szykuje najróżniejsze makarony które znalazłam w dolnej szafce, odmierzam i wrzucam do naczynia żaroodpornego.

Żeby wszystko było proste jak ten obiad człowiek niczym nie musiał by się martwić. Każda choroba była by do pokonania a ja? No cóż może odzyskałabym pamięć. Z jednej strony myśl o powrocie pamięci i życiu jak za starych lat mnie cieszy, naprawdę. Ale jakby pomyśleć tak głębiej to to wydaje się straszne.

No wyobraź sobie że nie wiesz jak się nazywasz ani nie pamiętasz swoich rodziców przez co najmniej tydzień aż nagle wszystko staje się dla ciebie jasne, i od tak jak za pstryknięciem palcem wiesz kto jest kim, a zwłaszcza kim jesteś ty.

Pamiętasz czego chciałaś, co robiłaś w przeszłości czy co się wtedy stało. Znasz imię swojej pierwszej miłości, lata szkolne, przewinienie czy najróżniejsze wspomnienia powracają do ciebie falą co najmniej jak tsunami. Tak naprawdę nie wiesz nic a zaraz wszystko.

Te myśli powracają do mnie w noc gdy moje koszmary akurat nie mają nadejść, robiąc miejsce właśnie tym myślą. Sama już nie wiem co gorsze wiedza czy nie wiedza, koszmary czy trudne przemyślenia od których jedyne co mam ochotę to płakać całą noc. Nie wyobrażam sobie jakby zareagował Jack na wieść tych nocnych nawałów myśli, sadziłam że nie będę dla niego aż tak ważnym elementem do uwagi, ale się pomyliłam upomina mnie i pilnuje na każdym kroku. Jestem nawet w dziewięćdziesięciu dziewięciu koma dziewięciu procentów niemal pewna że czasami udaje ze śpi nocami i obserwuje czy moje nocne wizje nie powróciły.

Aż pewnej nocy się przebudzę i zobaczę jego wielką głowie nade mną, teraz to będę się nawet obrócić na drugi bo czy coś. Wiem że powinnam być wdzięczna temu co robi ale… No nie potrafie. Nie jestem już dzieckiem a tym bardziej taką osoba nad którą trzeba chodzić 24 h, są jakieś granice.

Z resztą to nawet nie mogę być pewna do jego zamiarów i uczuć do mnie, umie być czarujący cały dzień ale gdy tylko zrobię jeden nie właściwy ruch, oj jest źle. Na szczęście wyraża to tylko mocnymi i donośnymi słowami, di przemocy dużo mu brakuje, ale o tak to boli w środku. Na przykład wtedy z tym garniturem, zamiast mi uwierzyć wolał na ślepo wierzyć w swoje przekonania. Bo jest tak jak on sobie uzmysłowił i nie inaczej.

– Nie! Nie! Nie! – mówię do garnka z którego zaczyna wykipywać ciecz.

Podbiegam szybko do kuchenki i sprawnym ruchem wyłączam jeden z palników. Piana momentalnie opada i wszystko jest już okej.

Muszę przestać wszystko rozpamiętywać. To się kiedyś źle skończy.

Przelewam substancje do naczynia żaroodpornego i wkładam według instrukcji do piekarnika i nastawiam minutnik.

Nagle z przedpokoju dobiega donośny dzwonek telefonu. Tego samego z którego ostatnio dzwoniły najpewniej dzieciaki.

Mimo wszystko podchodzę do niego i łapią za słuchawkę ustalam w głowie kwestie którą powiem tym łobuzom.

Nic bardziej mylnego.

Z słuchawki wydobywał się tylko dźwięk oddychania, raz po raz mieszanym z wciąganiem zawartości nosa. Odczekuje spokojnie 2 minuty ale ta osoba nie ma zamiaru zaprzestać rozmowy.

– To na prawdę nie jest zabawne – wtrącam, a moje słowa odbijają się tylko głuchym echem – znajdźcie sobie lepiej inne zajęcie, nie szkoda wam czasu?

Brak odzewu.

Czy na prawdę to taka frajda, dzwonić do kogoś tylko i wyłącznie dlatego by go wkurzyć? Och… Co z nich wyrośnie.

– Halo – odzywam się po raz kolejny.

– Wynoś się stąd!!

Krzyk głosu komputerowego kończy sygnał przerwania połączenia.

Włosy na mojej skórze momentalnie stają dęba, a zaraz potem czuje ten sam ucisk w gardle jak i w brzuchu co ostatnio.

Dopiero teraz dociera do mnie że to nie jest jakaś zwykła zabawa dzieciaków, albo na pewno nie ich. Czemu to wszystko musi spotykać mnie?

Zsuwam się po ścianie i siadam trzymając się za kolana. Nie rozumiem jednego, kto może mnie nie nienawidzić do tego stopnia by mi to robić. To nie jest normalne.

No chyba że to wszystko ma tylko jedno podłoże – ten przeklęty sufit.

Może to nie był zwykły wypadek. Tylko dlaczego ktoś by miał to robić.

Po co?

Wcześniej nawet nie rozważałam takiej opcji, przyczyną była starość tego budynku, a przynajmniej tak nam powiedziano, ni wiadomo ile jest prawdy w prawdzie.

Z zamyśleń odsuwa mnie wibrująca tylna kieszeń. Wyciągam z niechęcią telefon i patrzę na ekran to EMILY.

Biorę głęboki wdech i wydech póki mój organizm się nie uspokoi. Po chwili przeciągam zieloną strzałkę słuchawki w telefonie i przykładam go do ucha.

– Hej Ruby co tam porabiasz?

Jej głos jest dla mnie jak zbawienie. Brzmi dla mnie kojąco niczym szum strumyczka. Choć może to być spowodowane tym że to pierwszy głos jaki wówczas usłyszałam.

– Nic takiego, właśnie stawiłam obiad. A co tam?

Staram się nie zdradzać swoich emocji lecz to nie taki łatwe, nadal czuje drganie rąk z nerwów.

– Nie pamiętasz?

– Nie… – ciągnę starając sobie coś przypomnieć ale to na nic. – A powinnam?

– Miałyśmy się dzisiaj umówić na paznokcie.

– Aaa, faktycznie.

– Więc…? O której możesz wpaść?

Zupełnie wyleciało mi to głowy. Spoglądam na moją dłoń i o wiele za bardzo zapuszczone paznokcie jak i skórki. Została niestety jedna mała kwestia, która jest niestety dzisiaj ważniejsza.

– Och… – jęczę gdy uświadamiam sobie że muszę jej odmówić.

– Coś się stało?

– Nie, to znaczy tak ale…

– Ruby?

– Zapomniałam że dzisiaj mam wizytę kontrolną.

– Bez problemu.

– Na pewno? – pytam dla pewności.

– Tak, nawet lepiej dla mnie przynajmniej wrócę szybciej z pracy. A masz coś zaplanowane na jutro?

– Nie – przyznaje.

– Hmmm, 16 ci pasuje?

Nurtuje moje plany na jutro, ale nie trwa to długo bo tak na prawdę jeszcze o nich nie myślałam.

– Jasne. Dzięki.

– nie ma za co. To do jutra.

-Pa – odpowiadam po czym rozłączam połączenie.

Wpatruje się jeszcze tylko w gasnący ekran próbując o niczym nie myśleć.

Żałuje że nie mogę usunąć poprzedniego połączenia z pamięci tak samo jak te kilkanaście lat które wymazano mi z pamięci…