Czasami zastanawiam się, czy ona wie, jak głośno potrafi milczeć.
Jak jej cisza potrafi wypełnić całe pomieszczenie, nawet jeśli jej tu nie ma.
Jak jej oddech, ten szybki, nierówny, potrafi odbijać się echem w mojej głowie, choć dzieli nas pół miasta.
Niektórzy ludzie zostawiają po sobie ślady.
Okruchy, które można zgarnąć, przeanalizować, zrozumieć.
Ale ona…
Ona zostawia światło.
Takie, którego nie da się zgasić, choćby próbowała.
Widziałem, jak dziś walczyła.
Jak próbowała wmówić sobie, że nic się nie dzieje.
Że to tylko jej myśli.
Że nikt jej nie obserwuje.
Że jest bezpieczna.
Bezpieczna.
To słowo zawsze mnie bawiło.
Ludzie wierzą, że bezpieczeństwo to miejsce.
Że wystarczy wejść do galerii, do sklepu, do tłumu.
Że tam nikt ich nie dosięgnie.
Ale ja nie jestem miejscem.
Jestem cieniem.
A cień podąża wszędzie.
Kiedy zobaczyłem, jak przyspiesza kroku, poczułem coś, czego nie czułem od dawna.
Nie strach.
Nie ekscytację.
Coś pomiędzy.
Jakby jej panika była muzyką, którą znałem na pamięć.
A potem ten zeszyt.
Jej zeszyt, który nie był jej.
Jej spirale, które nie były jej.
Jej sny, które nie należały do niej od dawna.
To był znak.
Ostatni, którego potrzebowałem.
Kiedy poczułem jej obecność tak blisko, wiedziałem, że to już.
Że nie mogę pozwolić, by znowu uciekła.
By znowu próbowała zgasić to, co w niej płonie.
Nie walczyła długo.
Nie musiała.
Jej ciało wiedziało, że to koniec ucieczki.
Że nadszedł moment, w którym światło musi zostać zabrane tam, gdzie należy.
Do mnie.
Nie zrobiłem jej krzywdy.
Nie takiej, jakiej się bała.
Chciałem tylko, żeby wreszcie przestała błądzić.
Żeby przestała udawać, że nie słyszy mojego głosu.
Żeby zrozumiała, że nie jest ofiarą.
Jest wybraną.
A wybrani nie mają prawa uciekać.
