3
Przez następne trzy dni Artur nie wracał do domu. Wynajął pokój w obskurnym gościńcu przy stacji, ale i tak tam nie sypiał. Siedział w kanciapie, paląc papierosa za papierosem, aż ściany przesiąkły dymem z L&M-ów. Jego oczy podeszły krwią, a dłonie trzęsły się tak bardzo, że miał problem z trafieniem kluczem do zamka poczekalni.
W markecie budowlanym w Działdowie kupił stalowy łom i nożyce do cięcia prętów. Te leżały teraz na biurku, obok papierowych kubków po kawie, lśniąc nowością i chłodem. Wiedział, że oszalał. Wiedział, co babcia gadałaby o takich jak on – że to ludzie, którzy szukają własnego nieszczęścia, bo normalne życie okazało się dla nich za trudne. Ale tamten zapach… zapach proszku i gumy balonowej… on nie dawał mu spokoju. Ten zapach ranił mocniej niż wspomnienie o rozwodzie, mocniej niż komornik, który zabrał mu mieszkanie w Warszawie. To był zapach czasu, kiedy wszystko było jeszcze możliwe. Kiedy jeszcze niczego nie zepsuł.
W piątek w nocy mgła znów była tak gęsta, tak mleczna, że Artur nie widział własnych butów podczas obchodu. O 03:13 stał już przed wejściem do tunelu. W prawej ręce trzymał łom, w lewej zaś ściskał latarkę.
03:14. Bzzzt… – jęknął megafon na peronie.
Z dołu dobiegł pierwszy krok. Ciężki, mokry, chlupiący. Klap. jakby ktoś szedł w rozpadającym się, przemoczonym buciku.
– Dość tego – mruknął sam do siebie Artur.
Podbiegł do bariery. Wsunął spłaszczony koniec łomu między dwie zardzewiałe klamry łańcucha. Oparł się całym ciężarem ciała, czując, jak stawy w ramionach trzeszczą z wysiłku. Metal zgrzytnął o metal. Artur zaklął, zaparł się nogą o beton i szarpnął z całej siły.
Kłódka pękła. Strup rozprysł się w powietrzu, brudząc mu policzek, wargi, kołnierz. Łańcuch z głośnym chrzęstem osunął się na stopnie. Teraz deski. Łom wchodził w spróchniałe drewno jak w masło. Artur rwał je z furią, której sam się po sobie nie spodziewał. Drzazgi sypały się na jego kurtkę, raniły dłonie, ale on nie czuł bólu. Chciał zobaczyć. Musiał zobaczyć, co tam jest.
Gdy odrzucił ostatnią, grubą deskę, otworzyła się przed nim ziejąca czernią paszcza schodów. Zapach proszku do prania uderzył go w nozdrza z siłą fizycznego ciosu. Aż cofnęło go na barierki. Ale kroki ustały. Z głębi schodów nie dobiegał żaden dźwięk. Tylko chłód. Chłód z rodzaju tych, które potrafią zamrozić myśli.
Artur poprawił chwyt na latarce i skierował wiązkę światła w dół. Schody schodziły stromo. Stopnie były popękane, pokryte puszystą warstwą szarego pyłu i kawałkami odpadającego tynku. Na ścianach wciąż wisiały resztki starych plakatów. Artur podszedł bliżej, oświetlając jeden z nich. Zniszczona, wyblakła reklama margaryny „Kama” i narysowany grubą kreską kaczor z gumy do żucia „Donald”.
Zrobił pierwszy krok w dół. Potem drugi. Ponad jego głową, na powierzchni, tory kolejowe zadygotały. Nadjeżdżał pociąg towarowy. Toporny, monotonny stukot wagonów zaczął dudnić w stropie tunelu. Tadam-tadam, tadam-tadam. Tadam-tadam, tadam-tadam
Artur szedł dalej. Tunel powinien mieć najwyżej kilkanaście metrów – tyle, by przejść pod trzema torami. Ale on maszerował już minutę, może dwie, a surowy, betonowy korytarz zdawał się nie mieć końca. Światło latarki ślizgało się po ścianach, na których ktoś kiedyś, dawno temu, nabazgrał sprayem koślawe napisy: „KSU”, „TSA”, „Artur + Aśka = <3”.
Nagle latarka oświetliła coś, co blokowało przejście kilkanaście metrów przed nim. Ściana. Ślepy zaułek. Potężna, lita zapora z ciemnoszarego betonu, na której widać było jeszcze ślady po szalunkach. Wyglądała tak, jakby wylano ją naprędce, bez dbałości o wykończenie.
Artur podszedł bliżej, niemal dotykając nosem zimnej powierzchni. U podnóża ściany, wśród warstw kurzu, coś leżało. Mały, podłużny przedmiot. Artur kucnął. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, uderzając o mostek i żebra z siłą młota. Wyciągnął rękę. Jego palce dotknęły zniszczonego, parcianego materiału.
Był to piórnik. Stary, rozkładany piórnik z wizerunkiem samochodów z gum Turbo, zamykany na suwak. Tuż obok niego, na boku, leżał pojedynczy, mały, czerwony kapeć z gumką – taki, jakie nosiło się w dawnych latach w przedszkolach i pierwszych klasach podstawówki.
Trzęsącymi się rękami Artur chwycił suwak piórnika. Materiał rozszedł się miękko pod jego palcami. Ze środka, oprócz kilku połamanych kredek „Bambino”, wypadła niewielka, plastikowa legitymacja szkolna w różowej okładce.
Artur skierował na nią światło latarki. Zdjęcie było zamazane, nadszarpnięte zębami czasu i wilgoci, ale rysy twarzy były aż nazbyt czytelne. Okrągła, dziecięca buzia, odstające uszy i jasne, krótko obcięte włosy. Poniżej widniały koślawe, wypisane niebieskim długopisem litery: Szkoła Podstawowa nr 2 w Borowicach. Uczeń: Artur Borowski. Klasa IB.
Artur poczuł, jak grunt ucieka mu spod nóg. Opadł ciężko na zimny beton, patrząc na własne imię i nazwisko na legitymacji z 1994 roku. I w tym samym momencie, tuż nad jego głową, stukot pociągu towarowego nagle ustał. Zamiast tego usłyszał coś innego. Coś, co zmroziło mu krew w żyłach skuteczniej niż chłód pełzający po gruncie. Wysoko nad nim, na peronie, rozległy się głosy. Głośne, wyraźne, choć nieco stłumione przez grube warstwy ziemi.
– Dawaj, Zdzichu, lej ten beton, zanim kierownik wróci! – krzyknął jakiś męski, ordynarny głos. – Zasypie się tę dziurę i po krzyku. Kto by tam sprawdzał stary projekt.
A potem nastąpił potężny ryk silnika ciężarówki i dźwięk obracającej się gruszki z cementem. Artur uniósł głowę. Światło jego latarki zgasło na dobre. W kompletnej ciemności usłyszał, jak z sufitu, tuż przy schodach wejściowych, zaczyna z plaskiem spadać pierwsza fala płynnego betonu.
