Wielkość tekstu:

2

2

Beng!

Dźwięk był przedziwny, matowy, pozbawiony echa, jakie zwykle niesie się po pustej stacji. Przypominał uderzenie kością o twardą, zamarzniętą glinę, przywodził na myśl kontakt dłoni z dnem pustej trumny, sześć stóp pod ziemią.

Artur wstał tak gwałtownie, że krzesło z hukiem przewróciło się na gumolit. Szklanka z niedopitą herbatą zatańczyła na brzegu biurka, ale nie spadła. W kanciapie zrobiło się nagle tak zimno, że skóra na twarzy ściągnęła mu się nieprzyjemnie, jakby ktoś posmarował ją białkiem jajka. Farelka milczała, choć czerwona dioda na obudowie wciąż tliła się słabym, konającym blaskiem. Brak prądu? Nie, to było coś innego. Coś, co wysysało ciepło z tego pomieszczenia.

Wziął ze stołu latarkę. Klocowatą, metalową, z akumulatorem, który kupił za własne pieniądze, bo te kolejowe nadawały się tylko do świecenia pod nogi. Gdy pchnął drzwi kanciapy, listopadowa mgła natychmiast wdarła się do środka. Była tak gęsta, że snopy światła z latarni na peronie przypominały żółte słupy podpierające czarne niebo.

Beng… beng.

Teraz już nie miał wątpliwości. Dźwięk dobiegał z wnętrza schodów prowadzących do zamkniętego przejścia. Z każdym uderzeniem zardzewiały łańcuch, owinięty wokół spróchniałych desek, drżał z metalicznym brzękiem.

Artur ruszył przed siebie. Kostka brukowa pod jego butami była tak śliska, jakby ktoś przed sekundą polał ją olejem. Każdy krok wymagał wysiłku, powietrze wokół niego stężało, zamieniając się w chłodną galaretę. Strach ma ciężkie buty – tak zwykła mawiać babka Artura. I teraz Artur dokładnie to czuł. Jego nogi ważyły po tonie każda.

Stanął przed barierą. Światło latarki uderzyło w poczerniałe od brudu i wody deski. Uderzenia ustały. Nagle, w ułamku sekundy, zapanowała doskonała cisza. Nawet mgła przestała się poruszać, zastygając w groteskowych, powkręcanych kształtach wokół poręczy.

– Halo? – zawołał Artur. Jego głos brzmiał płasko, jakby słowa zaraz po opuszczeniu jego gardła tonęły w mokrym betonie. – Kto tam jest? Sokiści już tu jadą, wychodzić stamtąd!

Nikt nie odpowiedział. Kłódka wisiała nieruchomo. Artur podszedł bliżej. Przytknął ucho do szpary między deskami. Zapach uderzył go pierwszy.

Nie przypominał zwykłej stęchlizny starej piwnicy. Nie był to też zapach gnijących liści ani zdechłego szczura. Pachniało tanim, ostrym proszkiem do prania – takim, jakim jego matka na początku lat dziewięćdziesiątych szorowała mu kołnierzyki szkolnych koszul. Po chwili wyczuł coś jeszcze, coś zgoła odmiennego, kompletnie niepasującego do scenerii. Słodki, chemiczny aromat gumy balonowej „Donald”, której smak zniknął z rynku dekady temu. Woń ta była tak intensywna, tak bezczelnie żywa w otaczającej go listopadowej zgniliźnie, że Arturowi zakręciło się w głowie.

Wtedy, po drugiej stronie desek, coś drgnęło, zaszeleściło.

Czyżby to było… drapanie? Przełknął gorzką grudkę śliny. Ktoś po tamtej stronie przesuwał paznokciami po chropowatym drewnie, powoli, centymetr po centymetrze, szukając szczeliny. Artur cofnął się o krok, o mało nie przewracając się o krawędź peronu. Światło latarki zaczęło mrugać. Słaba bateria? Niemożliwe, ładował ją całe popołudnie. Lecz snop światła rzedniał, żółkł, aż w końcu zgasł, pozostawiając go w gęstej ciemności.

Z głębi tunelu, zza rzędu desek, dobiegł cichy, urwany jakby w pół dźwięk. Jakby dziecko, schowane w szafie, próbowało powstrzymać szloch. A potem zegarek na ręku Artura wydał z siebie pisk, obwieszczając pełną godzinę. Gdy Artur ponownie włączył latarkę – która tym razem zadziałała bez zarzutu – wokół nie było już nic oprócz mgły. Spojrzał na tarczę zegarka. 04:00. Zgubił gdzieś ponad czterdzieści minut.