Wielkość tekstu:

1

1

Herbata w szklance z grubego szkła miała kolor gnojówki i cuchnęła chlorowaną wodą z dworcowego kranu. Artur trzymał naczynie w obu dłoniach, pozwalając, by ruda, parząca ciecz powoli przywracała czucie w zdrętwiałych palcach. Za oknem kanciapy, w listopadowej mazurskiej flaucie, zdychał kolejny wtorek.

Stacja w Borowicach nie stanowiła węzła komunikacyjnego, z którego można było uciec w świat; była raczej ślepą kiszką polskiej kolei. Trzy perony, z czego dwa zarośnięte samosiejkami tak gęsto, że latem przypominały zielone nasypy. Cztery tory przelotowe, na których nocami rdzewiały składy towarowe, czekające na nikomu już niepotrzebny wolny semafor. I ta cisza. Oblepiająca uszy jak mokra watolina.

Artur pociągnął łyk. Płyn sparzył mu język, ale on prawie tego nie poczuł. Jego ciało od dłuższego czasu działało na zwolnionych obrotach, jak stary, nienaoliwiony silnik diesla. Miał trzydzieści osiem lat. Jego twarz, oglądana w pękniętym lusterku nad umywalką, wyglądała na wyrzeźbioną w szarym mydle. Była zmęczona rzeczami, o których Artur bardzo starał się nie pamiętać. Ucieczka na stanowisko nocnego dozorcy w miejscu, z którego nawet wrony zawracały, miała być czymś na wzór darmowej terapii. Świętym spokojem za dwa tysiące osiemset złotych na rękę.

Farelka pod biurkiem rzęziła monotonnie, wyrzucając z siebie strumień powietrza o zapachu przypalonego kurzu i zwęglonych owadów. O dwudziestej drugiej trzydzieści przetoczył się ostatni osobowy do Działdowa. Wysiadły z niego dwie osoby: podchmielony budowlaniec, który od razu ruszył w stronę miasteczka, chwiejąc się na boki jak okręt podczas sztormu, oraz pani Genowefa – lokalna instytucja, starsza kobieta w ortalionowym płaszczu, która dwa razy w tygodniu jeździła do córki z torbami pełnymi słoików.

Artur wyszedł na peron, żeby zamknąć poczekalnię. Kostka Bauma była śliska od wilgoci, a stare latarnie rzucały na ziemię bladożółte plamy, w których tańczyły komary i drobinki mgły.

– Zimno, panie Arturze – zagadnęła Genowefa, poprawiając chustkę na głowie. Jej głos, chropowaty i znoszony, brzmiał jak tarcie kamienia o kamień. – Idzie zima. Taka jak za dawnych lat, taka prawdziwa, co to kości łamie.

– Ano idzie, pani Genowefo. Trzeba się ciepło nosić – odpowiedział bezwiednie, przekręcając ciężki, żeliwny klucz w drzwiach poczekalni.

Kobieta nie odeszła od razu. Zapaliła cienkiego mentolowego papierosa, a dym z jej ust natychmiast zmieszał się z mgłą. Spojrzała w stronę trzeciego, nieużywanego peronu, nad którym majaczyła ciemna bryła dawnego przejścia podziemnego.

– Słyszał pan to wczoraj? – zapytała nagle staruszka.

Artur zastygł na moment z kluczem w dłoni.

– Co takiego?

– No, to stukanie. Moja chałupa stoi zaraz za nasypem, wie pan, przy samej nastawni. W nocy, jakoś po trzeciej, tak tłukło, jakby kto młotem w szyny walił. Albo w beton. Mój stary mówił, że to lód na jeziorze pęka, ale przecież mrozu jeszcze nie ma.

Artur poczuł, jak pod flanelową koszulą, wzdłuż kręgosłupa, przebiega mu nieprzyjemny dreszcz.

– To pewnie towarowy stał na rozjeździe. Blachy stygną, to i strzela.

– Może – mruknęła starsza pani, rzucając niedopałek na tory. – Ale dźwięk szedł od dołu. Jakby spod ziemi. Z tego starego tunelu.

Odeszła, a stukot podeszw jej butów o beton powoli cichł, aż w końcu zgasł w ciemnościach nocy. Artur został sam. Popatrzył na zabite deskami wejście do podziemia. Deski były czarne od wilgoci, poprzybijane grubymi, pordzewiałymi gwoździami, a wokół nich owinięto łańcuch, szeroki jak ramię dorosłego mężczyzny. Na kłódce widniała warstwa nalotu tak gruba, że przypominała strup.

Tunel zamknięto na początku lat dziewięćdziesiątych. Oficjalnie z powodu złego stanu technicznego; pękających stropów, groźby zawalenia pod ciężarem przejeżdżających pociągów. Nieoficjalnie zaś – Artur słyszał to w miejscowym sklepie – nikt nie chciał tam wchodzić, bowiem miejsce to po prostu źle się kojarzyło. Bardzo źle.

Wrócił do kanciapy. Zegarek na ścianie, z logo PKP, głośno odmierzał sekundy. Tyk. Tyk. Tyk. Usiadł na trzeszczącym krześle. Zamknął oczy, próbując zasnąć choć na godzinę, ale słowa starej kobiety krążyły mu pod czaszką jak natrętne muchy. Gdy otworzył oczy, farelka już nie działała. W kanciapie panował przejmujący chłód, a z jego ust przy każdym oddechu ulatywały obłoczki pary. Spojrzał na ścienny zegar.

Wskazówki pokazywały 03:13. Sekundnik drgnął raz, drugi, trzeci, przeskakując na czternastą minutę. I w tym samym momencie wskazówki skorodowały, a stary wiszący na zewnątrz megafon, odłączony od sieci dobre dwadzieścia lat temu, wydał z siebie cichy, elektryczny jęk. Bzzzt… A potem, prosto z głębi ziemi, przez betonową podłogę kanciapy, Artur poczuł wibrację. A zaraz po niej – ciężkie i mokre uderzenie.

Beng!