Wielkość tekstu:

Rozdział I

Rozdział I

Najlepszym miejscem w całym cyrku było samo jego sklepienie.
Nikt poza mną tak nie uważał.
Na dole należałam do świata ludzi. Na górze należałam tylko do siebie.

Wcisnęłam policzek w gruby splot liny i spojrzałam w dół. Ludzie wyglądali stąd jak kolorowe plamy. Mama powiedziałaby, że znowu ryzykuję skręcenie karku. Tata tylko machnąłby ręką i dodał, że jeśli już mam spaść, to przynajmniej efektownie. Uśmiechnęłam się do tej myśli.

— Zylthia! — głos taty odbił się od płóciennego sklepienia.

Udawałam, że nie słyszę.
Jeszcze chwilę.
Jeszcze jedno spojrzenie na pustą arenę, zanim wypełni się śmiechem dzieci.

— Zylthia! Zaraz zaczynamy, musisz się przygotować!

Westchnęłam i powoli zaczęłam schodzić w dół po szczebelkach drabiny. Tata stał odwrócony plecami, rozglądając się po namiocie. Zmarszczone brwi zdradzały, że zaczynał się naprawdę martwić. Na beczce obok mnie leżała mała trąbka. Wpadłam na świetny pomysł. Zbliżyłam się na palcach, tłumiąc śmiech, a potem dmuchnęłam w trąbkę z całych sił. Tata aż podskoczył.

Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby serce miało wyskoczyć mu z piersi. Potem z jego twarzy zniknęło zmartwienie, a zastąpiła je dobrze mi znana irytacja.

— Pewnego dnia naprawdę dostanę przez ciebie zawału.
— Ale nie dziś.

Tata próbował jeszcze przez chwilę zachować poważną minę, ale szybko przegrał z własnym uśmiechem.

— Kiedyś naprawdę będę musiał przestać się z ciebie śmiać.
— Powodzenia.

Prychnął pod nosem i lekko poczochrał moje kruczoczarne włosy.
— No już. Leć się przebrać. Za chwilę zaczynamy.

Wywróciłam oczami w udawanym niezadowoleniu, choć w środku aż mnie rozpierała ekscytacja.

Dzień występu był najlepszym dniem tygodnia.

Za kulisami panował znajomy chaos. Ktoś szukał zaginionych maczug do żonglowania, ktoś inny przekrzykiwał muzyków, domagając się poprawienia oświetlenia. Konie niespokojnie stukały kopytami o ziemię, a z klatek dobiegały pomruki dużych kotów. Dla większości ludzi wyglądało to jak jeden wielki bałagan. Dla mnie wszystko było dokładnie tam, gdzie powinno.

Podeszłam do naszego vardo, uchyliłam powoli drzwiczki i wsunęłam przez nie głowę, żeby się rozejrzeć.

Mama czekała już przy lustrze z moim kostiumem powieszonym na manekinie. Był on całkiem zabawny: falbaniasta biało-czerwona sukienka, do niej zielone pantalonki, dwie puchate gumki mające dodać moim koczkom objętości i mały, doczepiany czerwony pomponik na nos, który śmiesznie piszczał przy naciśnięciu.

— No w końcu jesteś, nie zdążę cię przygotować — westchnęła mama i zerknęła na moje włosy. — Coś ty u licha robiła, całą fryzurę trzeba robić od nowa!

— Na mnie nie patrz — wskazałam ręką w stronę, z której przyszłam. — To robota taty.

W tej samej chwili tata właśnie przeciskał się przez drzwiczki. Mama zmierzyła go wzrokiem.

— No pięknie, żeś naszą córuchnę urządził! Ciekawe, jak ja zdążę zrobić jej włosy!

Tata z miną niewinnej owieczki patrzył na nią robiąc rękami gesty wysyłające jej buziaki, po czym rzucił krótko:

— Wierzę w ciebie, skarbie!

i uciekł z powrotem na zewnątrz, zanim mamie przyszłoby do głowy rzucić w niego szczotką.

Mama westchnęła i podeszła do toaletki. Zgarnęła z niej kilka czarnych wsuwek, które wsunęła sobie w ciemne pukle za uchem, oraz puchate gumki.

— No, młoda damo, bez marudzenia, siadaj na stołek, mamy mało czasu — powiedziała stanowczo.

Posłusznie usiadłam, a ona zabrała się do roboty. Zrobienie mi koczków było nie lada wyzwaniem, bo moje włosy nigdy nie chciały się słuchać. Uciekały spod palców, cały czas się wyślizgiwały, więc mama musiała użyć całej masy wsuwek. Po kilku minutach walki na mojej głowie spoczywały dwa małe koczki wyglądające jak dwie bułeczki. Na myśl o bułeczkach aż zgłodniałam. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze, kręcąc głową i próbując rozgryźć, czy mama naprawdę nie widzi, jak bardzo już się wiercę. Wtedy usłyszałam w głowie ciche „psst”.

— Psst… Mama ma schowane ciasteczka — szepnął znajomy, rozbawiony głos, który słyszałam tylko ja.

Ciasteczka! Oczy aż mi zalśniły. Dobrze, że mama była akurat odwrócona, bo od razu wiedziałaby, że coś kombinuję.

— Gdzie są ciasteczka? — zapytałam w myślach, starając się nie ruszyć nawet brwią.

— Ach, pytanie brzmi nie gdzie są ciasteczka, tylko czy jesteś gotowa ponieść konsekwencje ich odnalezienia — odpowiedział loa tonem, jakby zdradzał największy sekret świata.

— Czyli wiesz! — próbowałam ukryć podekscytowanie.

— Oczywiście. Za kurtyną po prawej stronie.

— Dziękuję! — uśmiechnęłam się do siebie.

Mama w tym czasie zdjęła kostium z manekina i zaczęła go wygładzać, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. To była moja szansa. Powoli i ostrożnie wyjęłam z kieszeni małą szmacianą laleczkę, tę, którą zawsze nosiłam przy sobie. Przykucnęłam przy podłodze i szepnęłam do niej tak cicho, że nawet duchy musiały się dobrze wsłuchać:

— Po ciasteczka, za kurtynę, szybko!

Moja laleczka ruszyła w swoją misję, człapiąc szmacianymi nóżkami po deskach podłogi. Przez chwilę widziałam tylko, jak znika za kotarą, a potem… wraca, niosąc nad głową wielkie ciasteczko z kawałkami czekolady. Wyglądała przy tym tak dumnie, że nie mogłam się nie uśmiechnąć.

Wzięłam ciasteczko od laleczki i delikatnie pogłaskałam ją po główce. — Dobra robota — pomyślałam, chowając ją z powrotem do kieszeni, zanim mama zdążyła się odwrócić.

Odwróciłam się tak, żeby mama nie widziała mojej buzi, i zaczęłam pożerać zdobycz. Ciasteczko było jeszcze lekko ciepłe, a kawałki czekolady rozpuszczały się na języku. Każdy gryz wydawał się najpyszniejszy na świecie. Starałam się chrupać jak najciszej, ale wiadomo — jak coś ma chrupać, to będzie chrupać, nawet jeśli bardzo się starasz.

Niestety, mama ma uszy jak nietoperz. Ledwie połknęłam połowę ciasteczka, usłyszałam za plecami jej głos:

— Który ci powiedział, że mam łakocie, co? Niech zgadnę… znowu Papa Legba?

Zamarłam na chwilę, z resztą ciasteczka zawieszoną między palcami. Przez ułamek sekundy próbowałam udawać, że nie słyszę, ale wiedziałam, że nie mam szans w tej bitwie. Szybko wcisnęłam wszystko do buzi, aż policzki napęczniały mi jak u chomiczka. Odwróciłam się powoli, próbując wyglądać jak najniewinniej.

— Jakie łakocie? — powiedziałam z trudem, bo buzia wypełniona była ciasteczkiem. — Nie mam pojęcia, o czym mówisz…

Spojrzałam na mamę najbardziej słodkimi oczami, na jakie było mnie stać, chociaż wiedziałam, że mam czekoladę na ustach, okruszki na nosie, a winę wypisaną na całej twarzy.

Mama uniosła brwi, a potem pokręciła głową z politowaniem. Cicho się zaśmiała pod nosem.

— Tak, na pewno nic nie wiesz — mruknęła. Podeszła do mnie, wzięła chusteczkę i zaczęła wycierać mi policzek z czekolady i okruszków, co było trochę upokarzające, ale też bardzo mamowe.

— Leć szybko umyć łapki, zanim mi całą sukienkę uciapiesz. I uważaj, bo jak znajdę okruszki na podłodze, to następnym razem schowam je w jeszcze lepszym miejscu!

Zeskoczyłam ze stołka i puściłam się biegiem w stronę miski z wodą, czując się jednocześnie trochę winna, a trochę jak bohaterka tajnej misji. W mojej kieszeni laleczka uśmiechała się do mnie porozumiewawczo, jakby mówiła: „Widzisz? Udało się!