Wielkość tekstu:

Rozdział II

Rozdział II

Gdy umyłam ręce, mama już czekała na mnie z kostiumem w rękach. Podeszłam do niej lekkim krokiem, czując, jak w brzuchu zaczyna łaskotać ekscytacja.

— Ręce do góry.

Posłusznie uniosłam je nad głowę.

— Nie tak wysoko. Jeszcze mi odlecisz.

Parsknęłam śmiechem i trochę je opuściłam. Mama rozłożyła sukienkę na podłodze i wskazała na otwór.

— Najpierw jedna noga.

Wsunęłam stopę.

— Druga.

Zrobiłam, co kazała, a ona powoli podciągnęła sukienkę w górę, uważając, żeby żadna z falban się nie podwinęła. Materiał zaszeleścił cicho, muskając mnie po łydkach.

Nie wytrzymałam. Obróciłam się na pięcie. Falbany rozłożyły się wokół mnie jak kolorowy kwiat.

— Zylthia…

Zatrzymałam się i spojrzałam na mamę z najbardziej niewinną miną, jaką potrafiłam.

— Sprawdzałam, czy dobrze się kręci.

Mama westchnęła, ale w jej oczach zatańczyło rozbawienie.

— I jaki werdykt?

Uniosłam kawałek spódnicy i zakręciłam się jeszcze raz.

— Kręci się idealnie.

Mama pokręciła głową, choć kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu.

— Kiedyś osiwieję przez ciebie.

— Przecież już masz siwe włosy.

Mama zamarła, patrząc na mnie z udawanym oburzeniem.

— Słucham?

Szybko zakryłam usta obiema dłońmi.

— Nic nie mówiłam.

— Owszem, mówiłaś.

— To pewnie Baron.

— Oczywiście. Wszystko przez Barona.

— No pewnie.

Mama prychnęła cicho i poprawiła falbany przy mojej talii.

— Stój spokojnie choć minutę.

Przez całe… może trzy sekundy naprawdę próbowałam. Potem zaczęłam kołysać się z pięty na palce.

— Zylthia.

— Ale ja stoję!

— Twoim zdaniem.

Zatrzymałam się i wystawiłam język do własnego odbicia w lustrze. Mama w tym czasie sięgnęła po czerwony pompon i przypięła go do mojego nosa. Nie minęła nawet sekunda.

Piiik.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

— Naprawdę?

Uśmiechnęłam się szeroko.

Piiik.

— Jeszcze raz go naciśniesz, a odpadnie przed występem.

Przez chwilę dzielnie walczyłam sama ze sobą. Naprawdę. Ale przecież był po to, żeby piszczeć.

Piiik.

Mama tylko zakryła twarz dłonią.

— Nie wiem, dlaczego jeszcze mnie to dziwi.

Roześmiałam się i spojrzałam w lustro.

Wyglądałam trochę śmiesznie.

Idealnie.

Podbiegłam do mamy i dałam jej szybkiego buziaka w policzek. Zanim zdążyła odpowiedzieć, już czmychnęłam na zewnątrz, zostawiając za sobą jej rozbawione „Tylko się nie spóźnij!”. Powinnam była iść prosto w stronę areny, ale przecież nic złego się nie stanie, jeśli na chwilę zajrzę do naszych zwierzątek. Oczywiście nie mogłam sobie pozwolić na prawdziwe spóźnienie — mama naprawdę miała oczy dookoła głowy! Ale pięć minut to nie spóźnienie. To… rekonesans.

Cyrkowe zaplecze pachniało trocinami, sianem i czymś słodkim, co zawsze unosiło się w powietrzu przed pokazem. Przebiegłam obok stosu beczek, minęłam stół z porzuconymi rekwizytami i już po chwili znalazłam się w części namiotu, gdzie zawsze było najgłośniej i najciekawiej. Tu stały klatki — duże, małe, drewniane i metalowe, trochę powyginane od pazurów i rogów. Każda była domem dla innego stworzenia, a wszystkie razem tworzyły cyrkowe zoo, które znałam lepiej niż własną kieszeń.

Najpierw zatrzymałam się przy Krzyżacikach. Większość ludzi odruchowo odwracała od nich wzrok. Trudno było się dziwić. Przypominały niewielkie kruki o siwych, matowych piórach i dziobach białych jak kość. Najgorsze były jednak oczy. Zupełnie ludzkie. Patrzyły uważnie, jakby rozumiały każde wypowiedziane słowo i cierpliwie czekały, aż człowiek zrobi coś głupiego.

Ja je lubiłam.

Jeden z nich przekrzywił głowę, kiedy podeszłam do klatki. Odpowiedziałam mu dokładnie tym samym gestem. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w całkowitej ciszy, aż w końcu cicho zaskrzeczał i przeskoczył na bliższą gałąź.

— Cześć, Śnieżek — uśmiechnęłam się.

Obok, w średniej klatce, drzemał półprzezroczysty Lisek Zmierzchowy, który w świetle lampy mienił się na srebrno i złoto. Przez chwilę zastanawiałam się, czy śni, czy może tylko udaje, że mnie nie widzi.

Gdy przechodziłam między klatkami, kolejne stworzenia podnosiły głowy. Niektóre machały ogonami. Inne wydawały ciche odgłosy. Nawet najbardziej płochliwe zbliżały się do krat.

W końcu, po przejściu kilku kroków głębiej, dotarłam do klatki Fergusa. Jego klatka była największa i stała trochę z boku, bo nie każdy go lubił i nie każdy rozumiał, że nie jest groźny. Jego zielone oczy patrzyły na mnie inteligentnie i nawet trochę figlarnie.

Większość odwiedzających na jego widok przechodziła na drugą stronę namiotu albo udawała, że go nie zauważa. Nigdy tego nie rozumiałam. Przecież Fergus był cudowny! Był z rasy iluzorycznych bestii. Dla mnie? Po prostu trochę za duża fioletowa pantera z sześcioma łapami. Trochę większy od konia, z miękkimi poduszkami pod łapami i ogonem, który zawsze kiwał się w rytm moich kroków. Kiedy podeszłam bliżej, powoli podniósł łeb i wyciągnął szyję, jakby czekał na przywitanie.

— Cześć, Fergusie! — szepnęłam, żeby nie przestraszyć innych zwierząt. — Dobrze spałeś?

Fergus zamrugał powoli, a potem zrobił coś w rodzaju szerokiego, kociego uśmiechu, wystawiając olbrzymi jęzor. Przysunęłam się jeszcze bliżej i wsunęłam palce przez kraty, żeby pogłaskać go po futrze. Jego sierść była ciepła i miękka, a pod palcami czułam jakby delikatne trzepotanie — może to magia, a może po prostu radość na mój widok.

W mojej opinii o wiele bardziej przerażające były Majki  z tymi ich wyłupiastymi oczami, które wszędzie się skradały i wydawały z siebie dźwięki, które miały być muzyką, ale brzmiały raczej jak kocia orkiestra po nieprzespanej nocy. Z Fergussem zawsze czułam się bezpieczna, a z Majkami… nigdy nie byłam pewna, czy nie planują jakiegoś figla.

Nagle w mojej głowie rozbrzmiał ciepły, melodyjny głos Erzulie.

— Cukiereczku, widzę że dobrze się bawisz ale zaraz się spóźnisz.

Jeszcze przez chwilę pogłaskałam Fergusa po pysku, po czym spojrzałam na zegar zawieszony na jednym ze słupów. Erzulie, miała rację czas wracać, zanim mama znajdzie mnie wśród klatek.

— Do zobaczenia, przyjacielu — szepnęłam i puściłam mu oczko.

Zrobiłam jeden krok.

Za plecami rozległo się niskie warknięcie.

Odwróciłam głowę.

— Fergus…?

Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej.

BUM!

Coś ogromnego uderzyło mnie w plecy.

Straciłam równowagę.