Wielkość tekstu:

Rozdział III

Rozdział III

Zamrugałam kilka razy, próbując zrozumieć, co się właściwie stało. Przez dłuższą chwilę widziałam przed sobą tylko ciemnofioletowe futro, pachnące cyrkową słomą i odrobiną magii. Spróbowałam się poruszyć, ale coś mnie przygniatało — i wtedy już wiedziałam, dlaczego nie mogę wstać.

Spojrzałam w dół. Zamiast własnych kolan zobaczyłam wielki pysk Fergusa, który patrzył na mnie zadowolonymi, zielonymi oczami i merdał ogonem, jakby był najzwyklejszym domowym kotem, a nie jedną z największych bestii w całym cyrku. Jego sześć łap było rozłożonych wygodnie po bokach moich nóg, jakby właśnie znalazł najwspanialsze legowisko na świecie i nie zamierzał się stamtąd ruszać.

— Fergus… — westchnęłam z udawaną powagą. — Wiesz, że nie możesz tak po prostu wymykać się z klatki. Jak cię w końcu nakryją, będziesz miał kłopoty.

Na moje słowa odpowiedział tylko oburzonym prychnięciem i pacnął się jedną ze swoich długich, macek w czoło — zupełnie jakby chciał powiedzieć „och, daj spokój!”. Pogłaskałam go czule za uchem, a on przymknął oczy i zamruczał tak głęboko, że poczułam wibracje aż w żebrach.

— Złaź już, naprawdę nie chcę się spóźnić — poprosiłam, próbując go leciutko z siebie zepchnąć.

Fergus jednak ani drgnął. Przeciwnie, rozłożył się jeszcze wygodniej, przyciskając mnie do ziemi jak olbrzymia, fioletowa poduszka. Wyglądał na tak zadowolonego, że aż trudno było się na niego gniewać.

— No, proszę cię… Obiecuję, że przyniosę ci smakołyk po występie, jeśli teraz grzecznie zejdziesz.

Jedno z jego uszu nieznacznie się poruszyło, wyraźnie zainteresowane obietnicą. Jednak Fergus nie zamierzał tak łatwo dać się przekonać.

Nagle z oddali dobiegło mnie ciche wołanie:

— Panienko Zylthio!

Odwróciłam głowę w stronę głosu. Między klatkami biegł Genji, a jego dwa trójkolorowe ogony ciągnęły się za nim jak długie, jedwabne wstążki. Gdy w końcu mnie dostrzegł, przyspieszył i podbiegł, lekko zadyszany.

— Tu… panienka… jest. Panienki ojciec kazał mi po panienkę przyjść… — spojrzał z naganą na moje nogi — Fergus, co ty wyrabiasz? Zniszczysz panience kostium!

Fergus spojrzał na Genjiego z wyraźnym niezadowoleniem. Prychnął, zatrzepotał uszami i machnął ogonem, a jego sylwetka zaczęła rozmywać się w gęstej, fioletowej mgle. Kiedy dym opadł, zwierzak siedział już z powrotem w swojej klatce, wyglądając zupełnie niewinnie — jakby od początku wcale jej nie opuszczał.

— Masz szczęście, że to ja po nią przyszedłem — mruknął Genji, kręcąc głową. — Gdyby to był Terence, złoiłby ci skórę na karku!

Genji wyciągnął w moją stronę dłoń, którą ochoczo chwyciłam. Pociągnął mnie zgrabnie do góry, a ja wykorzystałam ten moment, żeby zakręcić się w miejscu, wprawiając moją sukienkę w kolorowy wir i otrzepując ją z resztek kurzu.

— No proszę, panienka wygląda teraz jak prawdziwa artystka — powiedział Genji z wyraźną ulgą.

Uśmiechnęłam się szeroko, wygładziłam falbany i poprawiłam czerwony pompon na nosie. Spojrzałam jeszcze przez ramię na Fergusa. Siedział już grzecznie w swojej klatce, obserwując mnie z tym swoim kocim, lekko złośliwym uśmiechem, jakby całe to przygwożdżenie do ziemi nigdy się nie wydarzyło.

— Bądź grzeczny — pogroziłam mu palcem.

Fergus odpowiedział jedynie leniwym mrugnięciem, zwijając się w kłębek i udając, że jest najniewinniejszą bestią pod słońcem.

Uśmiechnęłam się pod nosem i ruszyłam za Genjim. Prowadził mnie przez wąskie przejścia pomiędzy wozami i klatkami, a ja musiałam co chwilę przyspieszać, żeby dotrzymać mu kroku. Czułam, jak moje serce zaczyna bić szybciej z każdym krokiem — z oddali coraz głośniej dobiegały dźwięki muzyki, śmiech i oklaski dzieci.

Im bliżej byliśmy areny, tym bardziej miałam wrażenie, że cały cyrk oddycha wspólnie ze mną. Kilka minut przed występem wszystko drżało w oczekiwaniu — światła, namiot, ludzie, zwierzęta. Uwielbiałam ten moment, kiedy jeszcze nic się nie zaczęło, ale już można było poczuć magię w powietrzu.

Po drodze mijaliśmy artystów schodzących właśnie z areny. Dwójka klaunów śmiała się z czegoś między sobą, wymachując kolorowymi perukami i jeszcze bardziej kolorowymi nosami. Żongler, choć jego numer już dawno się skończył, wciąż podrzucał trzy maczugi, jakby nie potrafił przestać. Jedna z tancerek, cała w cekinach i z włosami upiętymi na czubku głowy, pomachała mi z szerokim uśmiechem.

— Połam… nie, wróć. Niczego nie łam! — zaśmiała się, mrugając do mnie porozumiewawczo.

— Postaram się! — odkrzyknęłam radośnie, czując w brzuchu znajome motyle.

Genji tylko westchnął pod nosem z lekką rezygnacją.

— Panienka naprawdę powinna już czekać przy wejściu.

— Przecież właśnie tam idziemy — odparłam z niewinną miną.

Stanęliśmy tuż za ciężką, bordową kotarą oddzielającą kulisy od areny. Przez szparę między materiałem mogłam podejrzeć końcówkę poprzedniego występu. Dwójka akrobatek wirowała wysoko pod sklepieniem namiotu, wykonując kolejne salta z taką lekkością, jakby grawitacja o nich zapomniała. Ich stroje połyskiwały w świetle reflektorów, a włosy fruwały za nimi niczym wstążki. Publiczność raz po raz wybuchała brawami, a ja, obserwując je, nie mogłam się doczekać, aż sama znajdę się tam, na środku areny, w blasku świateł.

Nagle muzyka ucichła, a w namiocie rozległy się gromkie oklaski. Akrobatki wykonały ostatni ukłon, posyłając w stronę widowni szerokie uśmiechy, po czym zbiegły z areny. Przebiegając obok mnie, jedna z nich nachyliła się i rzuciła:

— Powodzenia, mała! — mrugnęła porozumiewawczo.

Ledwie zdążyłam odpowiedzieć uśmiechem, gdy zza kotary wyszedł tata. Publiczność przywitała go kolejną falą braw. Przez moment patrzył na widownię, potem dyskretnie zerknął przez ramię w moim kierunku.

— Gotowa? — zapytał niemal bezgłośnie, unosząc brwi.

Przytaknęłam.

Zaciskając dłonie na falbanach sukienki.    

Tata uśmiechnął się z dumą, skinął mi głową i odwrócił z powrotem do publiczności. Głos miał mocny i pewny, jak zawsze podczas zapowiedzi.

— Szanowni Państwo! Przed wami najmłodsza artystka naszego cyrku! Dziewczynka, która udowadnia, że magia i odwaga potrafią iść w parze. Powitajcie gorącymi brawami… Zylthię!

Brawa rozległy się jeszcze głośniej, a ja poczułam znajome ciepło rozlewające się po całym ciele.

Muzyka zmieniła się niemal natychmiast. Wesoła melodia ustąpiła miejsca spokojniejszym, zaczarowanym dźwiękom, które płynęły wolno niczym rzeka przez cały namiot. Po bokach areny zaczęła wypełzać gęsta, zielona mgła. W kilka sekund zakryła całą podłogę, sprawiając, że wyglądała jak miękki, szmaragdowy obłok – jakby nagle przeniosła tu kawałek baśni.

To był mój znak.

Wzięłam głęboki oddech. Serce waliło mi jak oszalałe, ale nogi same ruszyły do przodu. Wbiegłam prosto w mgłę, czując na skórze jej leciutkie, wilgotne dotknięcie.

Przez krótką chwilę nie widziałam zupełnie nic – świat skurczył się do zielonej poświaty i odgłosu własnego oddechu. Nagle poczułam znajome, silne dłonie chwytające mnie w pas. Akrobatka, ukryta w mgle, podrzuciła mnie wysoko w górę.

Zaczęłam opadać, ale zanim zdążyłam pomyśleć o ziemi, dwie kolejne akrobatki pomknęły w moją stronę na długich cyrkowych chustach. W idealnym momencie chwyciły mnie za nadgarstki. Poczułam, jak siła ich ruchu wynosi mnie jeszcze wyżej, a świat wokół zamienia się w wirujące barwy i światła.

Zawirowałam w powietrzu niczym kolorowy bąk. Z widowni, przez ciszę i napięcie, przebiły się pierwsze przestraszone okrzyki dzieci i zdziwione westchnienia dorosłych.

Uwielbiałam ten moment – tę sekundę, w której wszystko było możliwe.

Przez ułamek sekundy zawisłam pod samym sklepieniem namiotu. Czułam, jak czas na moment zwalnia – powietrze wydawało się gęste i ciche, a światło reflektorów tańczyło na mojej sukience. Potem zaczęłam spadać.

— Papa Legba… — szepnęłam niemal bezgłośnie.

Tuż przed tym, jak miałam zderzyć się z ziemią, poczułam dziwne szarpnięcie i zobaczyłam, jak przestrzeń przede mną rozdziera się niczym materiał. Niewielki portal rozbłysnął zielonkawym światłem.

Wpadłam do niego, czując jednocześnie dreszcz strachu i ekscytacji. Z punktu widzenia publiczności po prostu zniknęłam – jakby rozpłynęła się w powietrzu. Na widowni zapadła cisza – pełna napięcia, niedowierzania i oczekiwania.

Sekundę później, niemal przy samej ziemi, drugi portal rozwarł się jak otwarte drzwi. Wyskoczyłam z niego z szerokim uśmiechem na twarzy i miękko wylądowałam na obu nogach, czując pod stopami chłód areny.

Mgła zaczęła się powoli rozstępować, odsłaniając mnie w blasku reflektorów. Przez krótką chwilę panowała cisza, a potem rozległy się pierwsze brawa – nieśmiałe, potem coraz głośniejsze, aż w końcu cały namiot wypełnił się aplauzem.

Wiedziałam, że to dopiero początek.

— Ogou… odrobinkę siły — szepnęłam w myślach.

Ciepło rozlało się po całym moim ciele.

Zacisnęłam dłoń i obdarowałam widownie szerokim uśmiechem.

Po chwili z mgły wyłonił się Fergus. Kroczył powoli na środek areny, dumny i majestatyczny. Jego futro połyskiwało zielonkawym światłem reflektorów. Publiczność wyraźnie wstrzymała oddech.

Nagle, tuż obok niego, pojawił się drugi Fergus. A zaraz potem trzeci – identyczny, iluzoryczny bliźniak, równie ogromny i imponujący. Ludzie na trybunach patrzyli szeroko otwartymi oczami. Przez chwilę panowała absolutna cisza.

Pierwszy Fergus odbił się z gracją od ziemi i skoczył prosto na mnie. Wyciągnęłam rękę przed siebie, pewna, że dam radę. Z łatwością zatrzymałam go nad głową, jakby był tylko wielką, fioletową poduszką.

Zaraz potem doskoczył drugi. I trzeci. Przez krótką chwilę cała trójka balansowała na jednej mojej dłoni, tworząc przedziwną, fioletową wieżę z łap, ogonów i mrugających zielonych oczu.

Publiczność eksplodowała brawami i okrzykami zachwytu. Poczułam, jak duma rozlewa się po mojej twarzy, ale uśmiechnęłam się tylko odrobinę. Jeszcze nie koniec.

Z mojej kieszeni wyskoczyła mała szmaciana laleczka. Przebiegła przez arenę, niosąc nad głową niewielką, kolorową piłkę. Podrzuciłam ją wysoko w powietrze, a światła reflektorów odbiły się od jej powierzchni setką barw.

Fergus uniósł pysk. Piłka opadła idealnie na czubek jego nosa, a on zaczął nią balansować, jakby robił to od zawsze – przez kilka długich sekund, które widownia śledziła w bezdechu.

Muzyka ucichła. Iluzje Fergusa rozpłynęły się w fioletowej mgle, która powoli opadała na arenę niczym kurtyna po zakończonym przedstawieniu. Zostałam tylko ja, Fergus i moja mała szmaciana laleczka.

W tej samej chwili wszyscy troje wykonaliśmy głęboki ukłon – ja z ręką na sercu, Fergus z ogonem wysoko w górze, laleczka z teatralnym ruchem szmacianej rączki. Przez krótką chwilę w namiocie panowała cisza – ta wyjątkowa, pełna napięcia cisza, kiedy świat wstrzymuje oddech tuż przed wybuchem radości.

A potem cały namiot eksplodował gromkimi brawami. Oklaski, okrzyki, dziecięcy śmiech i dźwięk klaskania rozlały się po arenie jak fala. Kłaniałam się razem z Fergussem, czując na policzkach ciepło reflektorów i dumę, której nie dało się ukryć.

Wtedy kątem oka dostrzegłam coś, co zupełnie tu nie pasowało. Trzy sylwetki – wysokie, ciemne, ubrane zbyt nietypowe jak na cyrkową widownię – kierowały się w stronę wyjścia. Nie klaskały. Nie uśmiechały się. W tłumie rozbawionych, roześmianych ludzi wyglądali jak cienie w samym środku dnia, jakby zupełnie nie należeli do tego miejsca.

Wtedy jeden z nich nagle zwolnił.

Zatrzymał się.

Powoli odwrócił głowę.

Spojrzał prosto na mnie.

 Przez ułamek sekundy nasze oczy się spotkały. Przez plecy przebiegł mi zimny dreszcz – taki, jak wtedy, gdy wiesz, że coś się dzieje, ale nie potrafisz jeszcze tego nazwać.

Nie wiedziałam dlaczego…

ale pierwszy raz od dawna cyrk nie wydawał mi się już całkowicie bezpieczny.