Kari
Gabinet mojego ojca zawsze wydaje mi się bardziej salą sądową niż miejscem pracy. Złote światło wpada przez wysokie okna, ale nawet ono nie rozjaśnia ciężkiej atmosfery. Drewniane ściany zdobią trofea z dawnych polowań. Masywne biurko przytłacza każdego, kto staje naprzeciw niego z jakąkolwiek sprawą. Każde słowo tutaj waży więcej niż gdziekolwiek indziej.
Idmunt stoi pewnie. Nie spuszcza wzroku, nie pokazuje cienia wahania. Ja choć tego po mnie nie widać czuję, jak serce bije mi zbyt szybko. Tuż przed wejściem szepcze: „Zostaw to mnie.” Jasne. Jakby istniała szansa, że zachowam milczenie.
Ojciec siedzi w fotelu z dłońmi splecionymi na blacie. Patrzy na Idmunta z chłodną cierpliwością.
– Więc, książę Idmuncie – mówi powoli, przeciągając każde słowo –chcesz mi powiedzieć, że powinienem oddalić wszystkich innych kandydatów i skupić się wyłącznie na tobie?
– Dokładnie – odpowiada Idmunt bez mrugnięcia. – Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość, ale to jedyny rozsądny wybór.
Ojciec unosi brew. Ja przewracam oczami. „Rozsądny wybór”? Świetnie. Zaczyna polityczną zagrywką. Mój ojciec ma alergię na aroganckich strategów.
– I co daje ci prawo sądzić, że właśnie ciebie powinienem wybrać?
– Bo tylko ja mam pełne poparcie księżniczki.
Ojciec spogląda na mnie z wyraźnym znakiem: to prawda?
Trzymam twarz kamienną. Kiwam tylko głową.
–Kari jest inteligentna –mówi Idmunt dalej. –Sama najlepiej wie, kto jest jej wart. A jej zdanie powinno mieć znaczenie. To ona będzie musiała dzielić życie z przyszłym mężem.
Zapada cisza. Ojciec marszczy brwi. Wiem, że zaraz coś powie, ale nie mogę się powstrzymać.
–O, nagle wszyscy uznają, że moje zdanie się liczy? Jak wygodnie – rzucam z goryczą.
Czuję, jak Idmunt spina się obok mnie, ale nie próbuje mnie powstrzymać.
–Kari mówi to, co myśli – odpowiada spokojnie. – A to nie słabość. To siła. Cecha przyszłej władczyni, nie ozdoby.
Ojciec wzdycha ciężko, jakbyśmy marnowali jego czas.
– Co według ciebie zyskam, jeśli wybiorę właśnie ciebie?
–Stabilność –mówi Idmunt bez wahania. – Inni pretendenci są tu ze względu na swoje rody. Ja nie przyjechałem po sojusz, tylko po partnerstwo. A skoro księżniczka już mnie wybrała, to nie będzie oporu. Ani z jej strony, ani z mojej. Chyba że chcesz królu królestwa podzielonego przez decyzję, którą ona odrzuci.
Ojciec milczy długo. Potem odchyla się na fotelu, splata dłonie pod brodą.
– Powiedz mi, książę… co ty z tego masz?
Idmunt uśmiecha się lekko, ale w tym uśmiechu jest ostrze.
– To samo, co każdy władca: przyszłość. Ale ja nie potrzebuję jej kosztem twojej córki.
Mam ochotę mu przyklasnąć, ale tylko dodaję cicho.
– No właśnie.
Ojciec posyła mi spojrzenie w stylu: nie przesadzaj i znów wzdycha.
– To wymaga przemyślenia.
Jego ton nadal jest chłodny, ale wyraźnie mniej nieprzejednany.
–Oczywiście, Wasza Wysokość – mówi Idmunt, jakby dokładnie tego się spodziewał.
Ojciec patrzy na mnie. Potem znów na niego.
– Jeśli naprawdę zależy jej tylko na tobie, chciałbym to zobaczyć. Nie słowami. Czynami.
–I tak będzie – odpowiada Idmunt. Jego głos jest twardy, spokojny. Pewność aż dźwięczy w powietrzu.
Gdy drzwi zamykają się za nami, oddycham wreszcie głęboko. Tak, jakbym przez cały czas wstrzymywała powietrze.
Idmunt idzie obok mnie, spokojny, jakby właśnie wygrał kolejną rundę szachów.
– Musimy mu pokazać, że się myli –wzdycham, opierając się o chłodną, kamienną ścianę korytarza.
– Dopiero co mówiłaś, że nie jesteś trofeum – zauważa Idmunt. – A teraz chcesz udowadniać, że jesteśmy „idealną parą”?
Krzyżuję ręce.
– To co innego. Chcę mieć wybór. A skoro moje zdanie nie wystarcza, damy mu dowody, których nie będzie mógł zignorować.
Uśmiecha się. Jego spojrzenie staje się ostrzejsze, bardziej skupione.
– A więc jesteśmy po tej samej stronie.
Zbliża się o krok.
– Tylko tymczasowo – odpowiadam, prostując się.
– Oczywiście –mówi poważnie. –Do czasu, aż twój ojciec uzna mnie za jedynego kandydata.
– Do czasu, aż ja zdecyduję, co dalej – poprawiam go.
Milczymy. Przez krótką chwilę napięcie między nami znowu rośnie. W końcu uśmiecha się lekko.
– W takim razie, księżniczko, czas zacząć przedstawienie.
Chcę zapytać, co ma na myśli, ale w tej samej chwili w korytarzu pojawiają się strażnicy. Za nimi jedna z dworek mojego ojca.
– Wasza Wysokość – zwraca się do mnie z ukłonem. – Król życzy sobie, abyście jutro wzięli udział w polowaniu.
Mrugam zaskoczona.
– Polowaniu?
– Tak. –Rzuca krótkie spojrzenie Idmuntowi, jakby dopiero teraz zauważyła jego obecność. –Wszyscy kandydaci zostali zaproszeni.
Idmunt parska pod nosem.
– Oczywiście.
Zaciskam zęby. Oto, jak ojciec chce nas sprawdzić rzucić mnie wśród kandydatów jak zwierzynę i zobaczyć, który z nich wróci z trofeum.
–Będzie… interesująco – stwierdzam chłodno.
Dworka odchodzi.
– No to masz swoją szansę –mówię do Idmunta.
– Ty też.
Jego wzrok wbija się we mnie.
– Jeśli naprawdę chcesz, żebym został tym jedynym, musisz mi pomóc wygrać.
–To nie turniej –odpowiadam ostrożnie.
–Nie? – Unosi brew. – Więc przekonajmy się, kto tu naprawdę poluje.
Nie podoba mi się, jak to brzmi.
Ale wiem jedno.
Jutro nie będzie tylko testem dla niego.
To będzie nasza próba ognia.
********
Szaleńczy galop przez las rozgrzewa mi krew. Wiatr rozwiewa włosy, gałęzie śmigają tuż nad głową. Pędzę między drzewami, skupiona i wściekle zdeterminowana. Nie zamierzam nikomu ułatwiać tego polowania. Zwłaszcza nie Idmuntowi.
Dostrzegam go kilka długości konia przede mną. Spokojny. Zbyt spokojny. Gdy inni myśliwi ścigają zwierzynę jak oślepieni, on porusza się jak ktoś, kto zna ten teren lepiej niż własną komnatę. Jego ruchy są wyważone, metodyczne. Nie wygląda na księcia grającego w polowanie. On jest łowcą.
Coś się we mnie gotuje.
– Nie licz na łatwe zwycięstwo, Idmuncie! –rzucam, wyprzedzając go z dziką satysfakcją.
Unosi brew. W jego oczach pojawia się błysk — coś między rozbawieniem a wyzwaniem.
–Och? A więc to wyścig, księżniczko? Dobrze. Pokaż, na co cię stać.
Ściskam wodze, popędzam konia. Pędzimy przez gęstwinę, gdy dostrzegam go potężnego jelenia z imponującym porożem. Cel. Szansa. Zwycięstwo.
Sięgam po łuk. Napinam cięciwę. Już. Ale kątem oka widzę ruch Idmunt. Też celuje. Spokojny jak posąg. Pewny jak stal.
Nie dam mu tej satysfakcji.
– Ups –mówię z przesadną niewinnością, potrącając jego ramię. Strzała mija cel i wbija się w drzewo.
– Kari – ostrzega nisko, ale w jego głosie słychać uznanie. Kąciki ust drgają w niemym uśmiechu.
– Coś nie tak? – pytam słodko. Wypuszczam własną strzałę. Rani jelenia w bok, ale nie powala go.
– Teraz to osobiste– warczy Idmunt i rusza za zwierzęciem.
Nie zostaję w tyle.
Obok mnie pojawia się Evelyne. Jej koń równo dotrzymuje kroku mojemu. Uśmiecha się lekko.
– Nie sądziłam, że księżniczka Aurionu ma w sobie tyle ognia – mówi miękko.
Rzucam jej spojrzenie. Zbyt uprzejme. Zbyt wyważone. Palce Evelyne muskają moje przedramię z dziwną, teatralną czułością.
– Może zamiast rywalizować, spróbujemy współpracować? – pyta, delikatnie dotykając mojej rękawicy.
Nie odpowiadam. Mój koń nagle skręca. W jednej sekundzie pędzę tak blisko niej, że…
Chlup.
Jej suknia jedwabna, błękitna, idealna ląduje w błotnistej kałuży.
– Ach! – Evelyne patrzy na nią, oszołomiona. Potem na mnie. W oczach mieszanina szoku i wściekłości.
– Ups – mówię z anielską miną.
Zanim zdąży się odezwać, słyszę Idmunta:
– Jeśli skończyłaś swój popis, księżniczko… ja właśnie upolowałem naszą nagrodę.
Odwracam głowę. Stoi obok powalonego jelenia. W ręce trzyma włócznię, ostrze lśni krwią.
Cholera.
Jego uśmiech drapieżny, bezczelny mówi wszystko.
– Nie martw się, Kari. Zawsze możesz spróbować wygrać następnym razem.
Zaciskam zęby. Nie chodzi o zwycięstwo. Chodzi o to, jak wygrał z tą nieznośną pewnością siebie, jakby cały czas wiedział, że to się tak skończy.
Zeskakuję z siodła. Gniew pulsuje mi w żyłach.
Evelyne otrzepuje błoto z sukni. Jej głos jest chłodny jak lód.
– Księżniczka Aurionu najwyraźniej lubi rywalizację… szkoda, że kończy się w błocie.
Ledwie powstrzymuję uśmiech. Zyskałam nowego wroga. Sądziła, że mnie rozbroi uśmiechem. Teraz wie, że nie zamierzam być jej sprzymierzeńcem. Ani pionkiem.
Ale moja uwaga wraca do Idmunta.
Podchodzę do niego. Unoszę podbródek.
– Ładny rzut. Ale miałeś przewagę.
– Ach tak? – pyta z udawanym zdziwieniem. – Jaką?
–Twoja pozycja. Byłeś bliżej. Lepszy kąt.
–Albo po prostu jestem lepszy –mówi. Jego uśmiech poszerza się. Mam ochotę zetrzeć go pięścią.
Evelyne wzdycha z teatralną przesadą.
–Kari, po prostu przyznaj mu zwycięstwo. Daj mu chwilę chwały.
Ignoruję ją. Oczekuje reakcji. Upokorzenia. Dobrze wie, że gdybym wybuchła Idmunt by to zapamiętał. Ale nie. Zamiast furii… cisza.
Zaciskam pięści. I wtedy słyszymy róg. Ojciec nas wzywa.
Idmunt pochyla się lekko do mnie. Jego głos to szept.
–Może następnym razem pozwolę ci wygrać. Choć wątpię, byś tego chciała.
Cofam się o krok, chłodna jak stal. O nie, książę. To dopiero początek.
Wsiadam na konia. Bez słowa galopuję w stronę orszaku. Przegrałam bitwę. Ale wojna… wojna dopiero się zaczyna.
********
Wieczorna kolacja to kolejna scena tego samego spektaklu pełna dworskiej etykiety i wymuszonych uśmiechów, gdzie każdy ruch jest obserwowany, oceniany, zapamiętywany.
Moja szkarłatna suknia, ciężka i idealnie dopasowana, przyciąga spojrzenia. Królewska czerwień. Symbol siły. Symbol ostrzeżenia. Obok mnie kroczy Ina jedyna, której mogę ufać w tym zamku pełnym sekretów.
Wchodzimy do sali. Moje spojrzenie mimowolnie odnajduje Idmunta. Siedzi przy stole. Obok Evelyne. Zbyt blisko. Jej złote włosy błyszczą w świetle świec, a jej śmiech rozbrzmiewa zbyt dźwięcznie, zbyt lekko. Nie przejmuję się. Przynajmniej nie pokazuję, że się przejmuję.
Zamiast tego podchodzę do księcia Luciena. Ma spokój w oczach, ten rzadki rodzaj ciszy, który nie udaje pewności siebie. Uśmiecham się lekko i siadam obok niego.
– Lucienie, jak minął ci dzień?
–Spokojnie, księżniczko. Choć twoje polowanie wyglądało… znacznie ciekawiej niż moje.
Uśmiecha się. Ten jego uśmiech nieprzesadny, ale czujny sprawia, że przez chwilę naprawdę jestem tu, a nie gdzieś indziej.
– Można tak powiedzieć – odpowiadam. Choć myślami jestem już, poza tym stołem. Poza tym zamkiem.
Planuję ucieczkę. Nie dziś. Nie teraz. Ale wkrótce. Muszę zniknąć, zanim dwór uzna, że należę do kogoś. Nawet jeśli Idmunt ma być tym „kimś”, to on również nie dostanie mnie na własność.
– O czym tak rozmyślasz? – Głos Luciena wyrywa mnie z zamyślenia.
–O przyszłości – odpowiadam. – O tej, którą wybiorę sama.
Lucien patrzy uważnie, jakby chciał dostrzec coś więcej między słowami.
–Czasem przyszłość zależy od tego, kogo wybieramy za sprzymierzeńca.
– Czasem sprzymierzeńcy są największym zagrożeniem.
– Tylko jeśli wybierzesz źle.
W tym momencie Idmunt podchodzi do króla, zamienia z nim kilka zdań i wraca. Patrzy na mnie.
– Księżniczko – mówi z uśmiechem pełnym zuchwałości. –Twój ojciec wyraził zgodę, bym porwał cię na krótką rozmowę. Mam nadzieję, że nie odmówisz?
Zaciskam usta. Nie mam wyboru.
– Skoro ojciec się zgodził, nie będę nieuprzejma – odpowiadam chłodno. Gdyby nie obecność świadków, z przyjemnością przypomniałabym mu, co myślę o „porwaniach”.
Idmunt prowadzi mnie przez ogrodowe alejki. Drzewa rzucają długie cienie, a powietrze jest ciężkie jak niewypowiedziane słowa.
Patrzy na mnie, jakby to on rozdawał karty. Ja nie odwracam wzroku. Nie dam mu tej satysfakcji.
– Po co mnie tu wyciągnąłeś, książę? Mam nadzieję, że to ważne, bo przerwałeś mi pasjonującą rozmowę.
Zaciska szczękę. Dobrze. Może wreszcie zauważy, że nie tylko on dyktuje warunki.
– Książę Lucien wydaje się taki… –urywa, szukając odpowiedniego słowa. – Nudny.
Zbliża się. Głos staje się miękki, niemal zmysłowy.
– Powinnaś flirtować tylko ze mną, rudzielcu. Twój ojciec nie da się nabrać, jeśli zaczniesz rozdawać uśmiechy wszystkim po kolei.
Zatrzymuję się. Patrzę na niego chłodno.
– To samo dotyczy ciebie, książę. Flirtowanie z każdą, która cię zauważy, nie wygląda zbyt… poważnie.
W jego oczach coś zadrgało, choć szybko maskuje to swoim uśmiechem.
– Musisz mi ufać –mówi. –Bez zaufania ten układ się rozpadnie. A zaufanie wymaga pewnych… rezygnacji.
– Nie potrzebuję twojego zaufania, Idmuncie. I nie zamierzam rezygnować z własnej niezależności tylko po to, żebyś ty czuł się pewniej.
Milknie. Patrzy na mnie intensywnie, aż wreszcie odwraca wzrok.
– Musisz uważać, wiewióreczko. I musisz się podporządkować. Inaczej to nie zadziała.
– Nie jestem twoim pionkiem. Nie zamierzam grać według twoich zasad.
Cisza zacieśnia się wokół nas. Idmunt kontynuuje spacer, jego krok jak zawsze pewny. Ale coś się zmieniło. Coś pękło.
–Wiesz – zaczyna, zniżając głos – mój ojciec mawiał, że wszystko sprowadza się do pozycji i kontroli. Władza to nie prawo, tylko umiejętność grania w odpowiednim czasie.
–A ja uważam, że prawdziwa władza to nie kontrola –odpowiadam. –To wybór. I siła, by działać, gdy wszyscy inni się boją.
Patrzy na mnie z cieniem niepokoju.
– Więc twierdzisz, że to ja jestem w pułapce?
–Mówię, że może nie jesteś graczem, tylko pionkiem. Nawet jeśli jeszcze o tym nie wiesz.
Zatrzymujemy się. Spojrzenia zderzają się w ciszy ciężkiej jak stal.
Wreszcie Idmunt cofa się o krok. Uśmiecha się, ale ten uśmiech nie ma już w sobie pewności. Raczej… respekt.
–Zatem pokaż mi, co potrafisz, księżniczko. Zobaczymy, kto wygra tę grę.
A ja wiem jedno: to nie on będzie rozdawał karty. Nawet jeśli dzisiejsza noc skończy się toastami, a jutrzejszy dzień kolejną intrygą nie dam się uwięzić.
Nie jestem ozdobą. Nie jestem nagrodą.
Jestem zagrożeniem, którego nie przewidział.
